CD 1:
01. Churchill's Speech
02. Aces High
03. Where Eagles Dare
04. 2 Minutes to Midnight
05. The Clansman
06. The Trooper
07. Revelations
08. For the Greater Good of God
09. The Wicker Man

CD 2:
01. Sign of the Cross
02. Flight of Icarus
03. Fear of the Dark
04. The Number of the Beast
05. Iron Maiden
06. The Evil That Men Do
07. Hallowed By Thy Name
08. Run to the Hills



Miejmy to już z głowy: "Nights of the Dead" to wydawnictwo, o które nikt nie prosił i którego nikt nie potrzebował. Proszę bardzo: powiedziałem to. Ledwo pod koniec 2017 roku otrzymaliśmy "The Book of Souls: Live Chapter", a tu przyszła pora na trzynastą już koncertówkę w wersji CD (VHS/DVD/BD nawet nie będę liczył!). I jasne, możecie powiedzieć: "Hej, ale występy w Polsce były kozackie!". Tak, trasa "Legacy of the Beast" była bardzo dobra: mieliśmy nie tylko dość ciekawą setlistę, ale także fenomenalną oprawę wizualną, ze zmieniającymi się "światami" na czele. W przypadku nowego wydawnictwa, nie wiedzieć jednak czemu, wideo brak: mamy tylko i wyłącznie audio. Efekty, scenografia, czy nawet samo zachowanie muzyków na scenie potrafi odciągnąć uwagę od niedoskonałości w warstwie muzycznej - a te są tutaj mocno słyszalne.

Zanim zacznę wyżywać się na niektórych muzykach to muszę się nieco rozwinąć w kwestii wydania fizycznego "Live in Mexico City". Wydawnictwo o absurdalnie długim tytule (serio nie można było postawić na tylko jeden z tych trzech podtytułów?!) przybrało formę czarnego, rozkładanego digipaka. Bardzo ładnego, ale jednocześnie zawierającego szpetną okładkę. I żeby było śmiesznie: w środku mamy ładniejszą jej wersję! Na froncie cała grafika została pomniejszona, wciśnięta w jakieś kółeczko z kiczowatymi różami i paskudnymi czaszkami cavalera. Na grafice po rozłożeniu digipaka mamy więcej szczegółów, a całość prezentuje się zdecydowanie mroczniej. Szkoda, że na froncie użyto brzydkich ozdobników, bo cała reszta wydawnictwa prezentuje się zjawiskowo: piękne, kolorowe płyty CD, mnóstwo fantastycznych, wysokiej jakości zdjęć, a do tego naklejki, rozkładówka (odwołanej) trasy, a nawet książeczka, w której rozłożono na czynniki pierwsze całe show "Legacy of the Beast" (ileż tam ciekawostek natury logistycznej!). Tylko po co jest ten ostatni dodatek skoro nie ma DVD/BD?

Po włożeniu płyty (czy raczej: płyt) do odtwarzacza czeka nas prawdziwa droga przez mękę. I nie chodzi tylko o to, że "Legacy of the Beast" potrafiło w pewnych konkretnych momentach całkowicie zawieszać jeden z odtwarzaczy, przez co musiałem wyjmować/wkładać nośniki. Bo to jeszcze dało radę obejść na innym sprzęcie. Obejść niestety nie da się reszty problemów. Już w "Churchill's Speech" ujawnia się jedna z większych wad omawianego wydawnictwa: publiczność. To ona wzmacnia siłę rażenia każdego koncertu: świetnie bawiący się, klaszczący, śpiewający fani to podstawa. A tutaj ktoś chyba nagrywał ich ziemniakiem. Długo się zastanawiałem co mi ten odgłos drących się Meksykanów przypomina. Zepsute radio? Włączoną na najmniejszej mocy suszarkę do włosów? Odkurzającego za ścianą sąsiada? W końcu po którymś odsłuchu do mnie dotarło: to miś-szumiś, którym usypiam moją kilkumiesięczną córkę. Tylko nucone melodie w "The Clansman" i "Fear of the Dark" jakoś tam brzmią - cała reszta to jakiś koszmar. A jak Bruce daje tekst do śpiewania, to szkoda gadać. Refren "2 Minutes to Midnight"? "Szszszszsz...". Fragment wspomnianego "The Clansman"? "Szszszsz...". Na drugiej płycie już jest delikatnie lepiej, zupełnie jakby ktoś się zorientował, że do tej pory miał mikrofon skierowany w drugą stronę - ciągle jednak szału nie ma. Już chyba lepiej by było, gdyby "Nights of the Dead" (tak, będę stosował zamiennie wszystkie trzy tytuły, a co!) był nagrany "na żywo, ale w studio".

Nawet jednak gdyby zespół podjął decyzję o koncertówce bez publiczności, to i tak nie byłaby ona dobra. Tutaj właśnie muszę stwierdzić smutny fakt: muzycy Iron Maiden są już starzy. Średnia wieku to 65 lat i tego się po prostu nie da przeskoczyć. Oczywiście jak na takich starych dziadków, to naprawdę dają radę, no ale z drugiej strony: jak sięgnie się po dowolną płytę na żywo z pokaźnej dyskografii Brytyjczyków, to... cóż, okaże się, że każda z nich jest lepsza niż "Live in Mexico City". Gitary jeszcze dają tutaj radę (choć popisy w "Where Eagles Dare" zagrane jakoś tak zachowawczo), a i Steve ciągle ładnie młóci na basie. Nicko jednak oszczędza siły gdzie tylko może, przez co sporej ilości kawałkom brakuje mocy - szczególnie słychać to w "The Trooper", który zagrał totalnie bez życia. Sama perkusja też brzmi jak jakiś dziecięcy zestaw Hello Kity - jest pusto i płasko. Jeszcze gorzej wypada jednak Bruce, który nie był w Meksyku w najlepszej formie: wyje niczym kojot do księżyca, często goniąc przy okazji resztę muzyków. Podobno był chory, a jeśli tak to czy nagrywanie koncertówki było dobrym pomysłem? Wolno mu idzie w "2 Minutes to Midnight" czy "Hallowed Be Thy Name", a w "The Clansman" jakby grupa specjalnie stopowała, aby w końcu zrównać się ze swoim frontmanem. Tylko w tych kawałkach pozbawionych szarż wypada jako-tako: cieszy spokojniejsza partia w "Revelations", niezłe melorecytacje w "The Evil That Men Do", czy nisko zaśpiewany wstęp w "Sign of the Cross", w którym brzmi niczym Blaze. No i jest też bardzo fajne wykonanie "For the Greater Good of God" - najlepszy numer na płycie, no ale to akurat już późniejsza kompozycja, skrojona pod starszego Dickinsona.

"Nights of Dead" to bardzo ładnie wydana najsłabsza koncertówka w historii Iron Maiden. Już po usłyszeniu pierwszych kawałków zapowiadających to wydawnictwo nie miałem ochoty jej kupować, a pełna wersja wymęczyła mnie niemiłosiernie. Nie widzę żadnego innego powodu do zakupienia tej płyty, prócz uzupełnienia dyskografii Dziewicy. W końcu niemal wszystkie kawałki znajdziemy na innych koncertówkach i to w dużo lepszych wersjach. Kurde, po "Live in Mexico City" włączyłem sobie nawet "Rock in Rio" i ta druga pozycja po prostu miażdży: szalona publiczność, żywiołowy zespół (co tam się dzieje w tle "The Evil That Men Do"!), Bruce korzystający z pełnej skali głosu - no niebo a ziemia. A tutaj? Jeden dobry kawałek, którego nie znajdziemy nigdzie indziej. Oprócz niego: średnie brzmienie, brak oznak życia i miś-szumiś w tle.

The Clansman:



Tomasz Michalski / [ 12.04.2022 ]







Nick:  



E-mail:  



Treść komentarza:  



Suma 2 i 3 =








Iron Maiden
Nights of the Dead, Legacy of the Beast: Live in Mexico City

Parlophone - 2020 r.




4/10




© https://METALSIDE.pl 2000 - 2024 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!