01. Invitation
02. Eagle Fly Free
03. You Always Walk Alone
04. Rise And Fall
05. Dr. Stein
06. We Got The Right
07. March Of Time
08. I Want Out
09. Keeper Of The Seven Keys
10. Save Us



Recenzować będę album, bez którego melodyjny heavy/power metal dziś wyglądał by inaczej lub nie istniał w ogóle... Kto wie, co by było teraz gdyby nie takie albumy jak: "The Number Of The Beast", "Painkiller", wcześniejsze produkcje Metallici czy Helloween... Pewnie większość z nas katowałaby się produkcjami Ich Troje i ich pokrewnych "kapel". No... może nieliczni, mądrzejsi lubowaliby się w starym rocku... w każdym razie o metalu zapewne nie słyszałby nikt, a jeśli już to tylko 40-letnie niedobitki... Dziś przyjdzie mi recenzować, można by rzec album przełomowy w historii Helloween a mianowicie "The Keeper Of The Seven Keys Part II". Podczas tej czynności zaprzątać mą głowę będzie 1 pytanie: czemu, do cholery nikt nie zrobił tego przede mną ?!?

Po raz niezliczony wkładam przegrywaną, zdartą kasetę do odtwarzacza. Po wciśnięciu "play" witają nas (mnie) dźwięki intra... ten sam motyw pojawił się na "No World Order!" Gamma Ray, przed rozpoczęciem i po zakończeniu kawałka "Eagle" (notabene - to dla mnie najlepszy kawałek wszechczasów :) ale mniejsza o Gamme...) a, że "Eagle Fly Free" na chłopski rozum można przetłumaczyć na "Wolny Lot Orła" domyśliłem się po jakimś czasie, że te tytuły to nie zbieżność - te odgłosy to krzyki orłów, a nie jak wcześniej myślałem pociągów... Następnie po odgłosach wydawanych przez orły słychać dźwięki perkusji. Potem towarzyszy nam sprytne wplecienie się w otwierający kawałek a jest nim wcześniej już wspomniany "Eagle Fly Free". Genialny otwieracz... emanuje od niego, jak i od całej płyty taka... taka radość grania. Czymś nadzwyczajnym w tym utworze jest dla mnie praca perkusji... to jest niesamowite. Nie chodzi mi tu o tą parosekundową solówkę w środku, która zresztą jest najlepszą solówką perkusyjną jaką w ogóle słyszałem, ale o ten speed... tego nie było na jedynce... Na tej płycie Ingo nap******* jak smok! Jak dla mnie jest (był :( ) najlepszym pałkerem wszechczasów... Wspomnianą solówkę na perkusji poprzedzają 2 solówki gitarowe i basowa, cos pięknego, jeden z lepszych utworów na płycie. Po nim "You Always Make Alone", który nie jest niczym szczególnym, tak jak i następny "Rise And Fall". To, że nie są niczym szczególnym nie znaczy o tym, że są złe - wręcz przeciwnie. Jednak na tle innych rarytasów z tej płyty nie wyróżniają się zbytnio. Jak dla mnie są one mała wigilią, intrem do następnego utworu a jest nim utwór tytułowy. Dla mnie to raczej nieistotne lecz to napisze - skomponował go w całości Michael Weikath. Chciał zapewne przebić Hansenowkiego "Halloween" z jedynki... trudno powiedzieć czy mu się to udało. Nie zmienia to jednak faktu, że oba te kawałki są co najmniej genialne! 13 minutowy majstersztyk... bardzo poruszający piosenka. Przewracam kasetę na drugą stronę a więc pozwolę sobie na akapicik :)

Tutaj także występuje cos co można nazwać intrem, jest to wstęp do utworu "Dr. Stein". Łatwo wpadający w ucho kawałek. Ja wolę osobiście wersje zremasterowaną (która znajduje się na "Treasure Cheast") ze względu na bardziej słyszalne gitary ale to tylko moje zdanie. Po nim chwila wyciszenia, czyli "We Got The Right" - przyjemne, podchodzące pod balladę parę minut :) . Ostatnie takty, ostatnie sekundy... i już wszystko jasne! Gitarowe riffy przeplatane z dźwiękami fortepianu, eeeeeech... cos pięknego. Tak rozpoczyna się najlepszy utwór na tej płycie (wg mnie, oczywiście) - "March Of Time"! Nieeeeeee... tu nie ma co opisywać. To trzeba usłyszeć! Obojętnie jak słodkie byłyby moje słowa na temat tego dzieła byłyby tylko bezczeszczeniem! Po nim największy hit z tej płyty - "I Want Out". Także genialność w każdym calu. I w ten piękny sposób kończy się album wszechczasów...

...ale nie dla mnie! Posiadam bonusowy "Save Us", który nie odbiega on poziomem od pozostałych utworów. Teraz to już naprawdę koniec :(

Płytę tą cechuje mniej archaiczne brzmienie, lepsza produkcja no i ta radość z grania... Jeśli w dobie "neo-power metalu" słuchając kapel tego nurtu masz wstręt do "starego grania", gdy słysząc pierwszą płytę Ironów po pierwszych minutach wyciągnąłeś ją z obrzydzeniem i więcej do niej nie wracałeś, sięgnij po "Keeper Of The Seven Keys" i zobacz (usłysz) jak to się grało kiedyś, na kim wzorowali się Twoi idole... Klasyka!

Edgard / [ 05.08.2003 ]







Nick:  



E-mail:  



Treść komentarza:  



Suma 2 i 3 =




Adrian [ antek19990@o2.pl ] 03-07-2010 | 14:22

kuurde dobra zajebiscie zachecajaca do posłuchania plyty recenzja. seven ...part1 wbija w ziemie zobaczymy czy part 2 dorowna badz przebije


Blackout [ kosm2@o2.pl ] 13-01-2011 | 18:19

Nie wiem kompletnie czemu, ale na tej części jest więcej utworów zapadających w pamięć, lecz ja i tak wolę jedynkę. Part 1 jest bardziej równa, każdy kawałek jest dobry, a tutaj te lepsze (Eagle Fly Free, Dr Stein, March of Time, I Want Out) przeplatają się ze średniawymi. W dodatku o "kapitanach" obu płyt: "Halloween" i "Keeper of the Seven Keys", myślę, że Hansenowski "Halloween" jest po prostu lepszy. Ale oczywiście tej części również warto posłuchać przynajmniej dla tej czwórki, którą wyróżniłem w nawiasie :)


Andi [ tkmmk@o2.pl ] 09-11-2011 | 00:27

Polecam koncerowy album Live in the UK. Utwory z Keeperów zagrane przez Helloween z całkowicie hardrockowym brzmieniem al'a AC/DC. Najlepsze co słyszałem Helloween a słyszałem wszystko. Całkowicie inne brzmienie a utwory A Little Time i Future World zagrane na tej koncertówce rozkładają na łopatki (zwłaszcza fanów muzyki z lat 70 tych)


Soal [ tkmmk@o2.pl ] 13-08-2015 | 15:17

też kiedyś myślałem że taka perkusja to mistrzostwo świata, potem myślałem że Lombardo i Portnoy to mistrzostwo świata dopóki nie usłyszałem perkusistów wczesnego Santany jak Michael Shrieve czy perkusistów Franka Zappy w szczególności Terriego Bozzio. Shrieve na 3 bębnach i dwóch talerzach wypieprzał bardziej szalone i skomplikowane solówki niż Portnoy na swoich 60-ciu. W ogóle jak wejdzie się tym bardziej w świat jazuu to wychodzi jaki świat rocka i metalu jest toporny i prymitywny. Popisy proste i banalne a że szybkie to wydaje się że z kosmosu.


Kriz [ stein87@interia.pl ] 05-10-2015 | 22:08

Ach.... pamiętam jakie na mnie ten album zrobił wrażenie... był to pierwszy metalowy album jaki usłyszałem. Pierwszym utworem jaki był nastawiony to March of Time i nie mogłem uwierzyć że można grać tak szybko :D słychać że chłopaki byli na fali magia radość genialna praca gitar ścigających się solówkami(albo bardziej Weiki goniący za Kaiem) no i Kiske w pełnej klasie może trochę czasem za bardzo eksponuje te górki ale jest genialny co dobitnie ukazuje w kazdym utworze a już Majstersztykiem wokalnym jest dla mnie utwór tytułowy. I tutaj nie zgodzę się że utwór Kiske You always walk alone ( a nie Make jak w recce) jest przeciętny, kapitalny przedrefren i refren :P Part 1 chociaż genialny zawsze pozostanie dla mnie w cieniu Part 2.


pumpciuś [ tkmmk69@gmail.com ] 17-07-2017 | 18:46

ciekawostką jest to że Dr.stein kończy się identycznym uderzeniem w fortepian jak kończy się A day in the life, The Beatles i cała ich płyta wszechczasów Stg.peppers lonely hearts club band, a Weikath przecież jest fanem Beatles.




© https://www.METALSIDE.pl 2000 - 2024 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!