Po trzecim albumie, Iced Earth stanęło przed ciężkim wyborem, w którą stronę pójść. Czy wybrać ścieżkę mocnego, mrocznego thrashowego napierdalania, czy może urozmaicić swoją muzykę o sporą dawkę melodii. Po "The Dark Saga", na której świetnie spisał się Matt Barlow, zespół postanowił szybciutko wydać płytę z zremasteryzowanymi i oczyszczonymi kawałkami z poprzednich wydawnictw (1990-1993) - i to z Barlowem na wokalu. Było to bardzo sprytne zagranie marketingowe, ponieważ wszyscy zdawali sobie sprawę, że tamten materiał był bardzo dobry. Opatrzony dość kontrowersyjną okładką, podwójny album zawierał utwory z dema "Enter The Realm", płyt "Iced Earth" , "Night Of The Stormrider" i "Burnt Offerings". Typowy "the best of"...
Płyty brzmią świetnie, cieszyły się dużą popularnością i nawet teraz łatwo jest je wypatrzyć na półkach sklepowych. Taki zabieg przyniósł Iced Earth same korzyści. Zainkasowali niezłą sumkę, zespołowi przybyło nowe grono fanów, a starzy wyjadacze nie mogli przecież nie uzupełnić swojej kolekcji o to wydawnictwo. I tak mamy rok 1997 i wszystko staje się jasne - Iced Earth po raz kolejny rzuca na kolana i ma dla kogo grać. Jest zapotrzebowanie na ich muzykę, a fani ostrzą zęby na nową płytę. "Days Of Purgatory" to bardzo ciekawe podsumowanie pierwszego okresu działalności zespołu. Jest to zasługa m.in. Mata, który brawurowo wykonał stare, doskonale znane utwory. Niektóre z nich zostały nieco zmienione, tak jak Burnt Offerings (ten fantastyczny wstęp).
Zapomniałem dodać, że kawałki zostały wykonane przez prawie wszystkich byłych członków zespołu, tak więc nie jest to jakiś zwykłe podsumowanie działalności. Panowie zadbali o to, ażeby płyta była warta swojej ceny. Dlatego dołożyli jeszcze bonusowe niespodzianki. Dość ciekawa pozycja dla fanów zespołu, reszcie polecam raczej sięgnąć po studyjne krążki Iced Earth.
Telperion / [ 23.12.2004 ]
|