01. Tipping Point 02. I Don't Care 03. Hey, God?! 04. Let There Be Shred 05. Puppet Parade 06. Another Bad Day 07. Made to Kill 08. Obey the Call 09. I Am War 10. The Last Note 11. Ride the Lightning (Metallica cover)
"One more spotlight starts to fade to black One more winding road that I won't come back The roar I lived for, it starts to die And now it's time for me to say the long goodbye"
Dave Mustaine zapowiedział, iż ten album będzie ostatnim dla Megadeth. Problemy zdrowotne, ząb czasu... Muzyk postanowił zejść ze sceny na swoich zasadach i warunkach. Nie odbędzie się to jakoś nagle, bo zespół ma jeszcze sporo koncertować. Z jednej strony takie zapowiedzi można różnie odbierać, bo jak wiemy z historii - niejednokrotnie zapowiedzi mijały się z faktami. No, ale przyjmujemy, że tym razem będzie wedle słów Rudego. A więc powstaje pytanie - w jakim stylu żegna się z nami ten muzyk?
Ostatnie płyty nie były dla mnie specjalnie porywające: były albo dobre, albo po prostu przeciętne. No jakoś nasze drogi z Megadeth lekko się rozjechały. Przyznam się, że ciut obawiałem się tego "ostatniego" albumu. Singli w zasadzie nie słuchałem i spokojnie poczekałem na CD. Pierwsze odpalenie i lekka konsternacja: "Tipping Point"... ależ to jest dobry numer! Energia, moc i po prostu czad. Wow! Lekkie zaskoczenie szybko wyparowało, bo kolejny "I Don't Care" jest troszkę "dziwny" (lekko punkoy?). Oparty na basie w zwrotkach i jakoś tak nietypowo go odbieram. No ale w tym momencie płyty kończymy jakieś niedopowiedzenia i (może) lekką zniżkę formy. Dalej - palce lizać. Serio. Z każdym kolejnym numerem gęba cieszy mi się jak w Dniu Dziecka.
Mustaine jakby zrzucił z siebie jakiekolwiek ograniczenia, czy też ciężar oczekiwań. Postawił na proste i krótkie numery. 3-4 minuty i "do widzenia". Różnicę robi oczywiście mocniej rozbudowany "The Last Note", który jest swoistym pożegnaniem z fanami. No i cover "Ride the Lightning". Do tych numerów pozwolę sobie wrócić w dalszej części tekstu. Ta bardziej zwarta forma poszczególnych kawałków ubrana jest w bardzo dobre riffy (zero zaskoczenia), dobre aranżacje i świetne sola (ktoś zaskoczony?). Wiadomo - to nie jest dziki thrash metal, ale to Megadeth przecież. Od lat wiadomo jak ten zespół gra. Tu troszkę ciężkości, a tutaj lekkie zwolnienie, czy inna przyjemna melodia. Mam takie wrażenie, że wjechał taki trochę mix albumów "Countdown to Extinction" i "Youthanasia", z lekką dokładką "Cryptic Writings". Jest trochę mięska: "Tipping Point", czy "Made to Kill", ale nie brakuje też zwolnień i ciut spokojniejszego grania: "Hey, God?!" (co za wokale, co za końcówka!), "Obey the Call" (te refreny!). Trzeba przyznać, że jest dosyć różnorodnie. Wokalnie też Mustaine pozwala sobie na zróżnicowanie. Naprawdę jestem pod wrażeniem tego wszystkiego. Każdy kolejny numer ma w sobie coś charakterystycznego i przykuwającego uwagę. A cały materiał brzmi bardzo spójnie i dobrze jako całość.
"The final curtain falls, a quiet end to it all Now it's just memories in my mind Just fading lights and names, if I ever play again Then let this last note never die"
Przyjemna jest produkcja tej płyty - nie ma podkręcenia gał na maksa, są fajne przestrzenie pomiędzy instrumentami i to granie wręcz oddycha. Miła odmiana przy tych przekręconych albumach. Instrumentalnie to wiadomo - klasa. Dużo fajnych riffów, a solówkami to Dave i Teemu sypią jak polityk obietnicami podczas kampanii wyborczej. Szczególne uznanie dla tego drugiego, bo elegancko trzyma poziom Szefa. Bas bardzo przyjemnie dźwięczy pomiędzy gitarami, a całość spina Dirk Verbeuren na perkusji - bez szaleństw, ale i z dużym feelingiem. Cóż pozostało? Wspomniane dwa ostatnie numery. W "The Last Note" Dave żegna się z nami, opisując w tekście swoje emocje. Kurczę, świetnie to wyszło. Kapitalny riff, świetne solówki i dosyć zaangażowany tekst. Troszkę łapie to za serducho, nie przeczę. "Ride the Lightning" - rozumiem głosy, że niepotrzebny, że niewiele wnosi itp. Też trochę z tym się utożsamiam, bo dla mnie outro "The Last Note" byłoby idealnym zakończeniem tej płyty i dyskografii (!) Megadeth. Z drugiej strony Mustaine pewno chciał podkreślić i może przypomnieć: "Hej... Metallica to też kawałek mnie". Przyjmuję to do wiadomości i tyle.
Podsumowując: to pożegnanie wypadło bardzo godnie. Dave Mustaine i tak "nic nie musi", bo swoje dla muzyki zrobił. Zostawia Megadeth z bogatą dyskografią siedemnastu albumów. Nie brakuje w niej dzieł wybitnych (pierwsze płyty), bardzo dobrych i zwyczajnie dobrych. Fakt, trafiła się mielizna ("Risk"), no ale kto w tamtym czasie nie błądził? Ja do Megadeth mam olbrzymi szacunek, wielbię ponad wszystkie "Rust in Peace", ale i lubię te ciut mniej thrashowe płyty (nawet "Cryptic Writings"). "RiP" to był pierwszy kompakt, który sobie sprawiłem (mam go do dzisiaj), a wtedy nie miałem jeszcze nawet odtwarzacza CD w domu. Na żywo też mnie nigdy nie zawiedli, a szczególne miejsce w moim sercu ma koncert ze Spodka w 1997 roku. Dzięki Megadeth! Dzięki Dave!
"They gave me gold, they gave me a name But etery deal was signed in blood and flames So here's my last will, my final testament, my sneer I came, I ruled, now I disappear"