Gamma Ray jest jednym z pierwszych heavy metalowych zespołów jakie słyszałem w życiu, było to dawno temu, i od razu mi odbiło na ich punkcie. Ale musiało sporo wody w Wiśle upłynąć zanim poznałem ich cały dorobek. Na początku w Gammie śpiewał Ralf Scheepers, mój ulubiony wokalista. Po trzech płytach odszedł z zespołu i śpiewaniem zajął się po raz drugi w swojej karierze Kai Hansen. I dobrze. Bo jako że Sheepers genialnym śpiewakiem jest, ale jego głos jakoś nie pasował do tych stricte powerowych numerów (swój talent objawił dopiero w Primal Fear, genialnym zespole pod jego dowództwem). Hansen to trochę inna liga, jego śpiew bardziej pasuje do muzyki Gammy. Jest odpowiednim człowiekiem na odpowiednim miejscu, w końcu Gamma to jego zespół, a gdy jeszcze dodamy do tego jego genialne umiejętności instrumentalne...
Czwarty album grupy jest pierwszym z Hansenem na wokalu i jest on moim zdaniem najlepszym ich krążkiem. Jest najbardziej przemyślany, najbardziej złożony, najlepiej skomponowany. Następne płyty nie zostają w tyle ale "Land..." już niedługo doczeka się miana klasyki. Album otwiera utwór "Rebellion In Dreamland", zaczyna się spokojnym gitarowym motywem i charakterystycznym śpiewem Kaia "voices are calling, somewhere below..." a potem już moc, gdzieś koło czwartej minuty numer zdecydowanie przyśpiesza i mamy jazdę na najwyższym poziomie. Dwójka to numer znany każdemu fanowi power/heavy metalu, "Man On A Mission", jeden z najlepszych, o ile nie najlepszy kawałek w całej historii tego zespołu. Ten numer po prostu wbija w ścianę, bije z niego taka moc, taka potęga, taka szybkość, że łeb mimowolnie porywa się do headbangingu. Kapitalny numer. Potem przerywnik w postaci ultraszybkiego "Fairytale" i kolejny świetny numer "All Of The Damned", już nie tak szybki zle z doskonałymi partiami gitar i wokalu. Potem mamy nie wyróżniający się ponad przyjęty poziom "Rising Of The Damned" i kolejny killer zapadający głęboko w umysł, "Gods Of Deliverance". Za nami dopiero 6 numerów a album wydaje się być doskonałością. Dalej mamy balladę "Farewell". O ile Gamma nigdy nie miała talentu do pisania dobrych ballad (co się będziemy czarować), to ta prezentuje się najlepiej, chociaż można zarzucić zbytnią "scorpionowatość". Ale przed nami jeszcze kilka utworów, szybszych i wolniejszych, wszystkie są znakomite, kapitalne linie melodyczne, które wnikają głęboko w serce i już tam pozostają, mamy też widoczne ciągoty do progresji, zmian tempa ("Land Of The Free" - czyż ten refren nie jest genialny?).
Po odsłuchaniu całości nie ma innego wyjścia jak tylko... posłuchać raz jeszcze. I kolejny. I tak w nieskończoność. Bo płyta naprawdę jest tego warta. Polecam każdemu, nawet nie fanom metalu, bo dla nich to obowiązek znać ten album, ale innym otwartym umysłom - zobaczcie o co tak naprawdę chodzi w muzyce. Takich emocji nie da wam Ich Troje czy Britney Spears. Ale to już tylko od Was zależy. Stawiam najwyższą notę, jako że album bezapelacyjnie na to zasługuje, a na klasykę jest jeszcze za wcześnie.
Ralf / [ 11.08.2004 ]
|