Miałem okazję dwukrotnie widzieć show Edguy w 2005 roku. Zarówno w Czechach, jak i na Wacken Open Air, Niemcy zaprezentowali się wyśmienicie. Nie to jednak zapamiętałem z tych występów. Edguy na scenie są po prostu nieobliczalni. Sammet zachowuje się jak świr! Pozostali muzycy godnie mu wtórują. Czuć w tych koncertach spontaniczność, luz i nieskrępowaną zabawę. No właśnie, nieobliczalni... patrząc na takich ludzi, ciężko było wyczuć, co też za jakiś czas nagrają. Wszystko zdarzyć się mogło i rzeczywiście... zdarzyło się.
Mysteria - the spirit arising Eldrich cries from the hill Mysteria - fires are blazing Their wicked feast is shattering the still oh
Nie wiem czy Edguy znudziło się to co robili wcześniej. Nie wiem czy nie chcieli stać miejscu, czy wreszcie pragnęli się "rozwijać", ale naprawdę ciężko zrozumieć co też uderzyło w głowy Sammeta i spółki. Pewne jest to, że muzycy postanowili zrobić swoim fanom niezłego psikusa. A, że jaja chłopaki potrafią robić przekonaliśmy się już niejednokrotnie. "Rocket Ride" brzmi... bardzo hard rockowo, mało tutaj odniesień do wymienionej w poprzednim akapicie "Mysterii", których wielu (w tym ja) oczekiwało. Edguy postawiło raczej na luz i prostotę przekazu. Zgrabne riffy połączono z cholernie nośnymi i chwytliwymi refrenami. Pełno tutaj potencjalnych hiciorów, pełno tutaj numerów, które atakują nasze komórki mózgowe w tempie błyskawicznym. Płyta wciąga, słucha się jej świetnie, ale ale, no właśnie, co to cholera jest? Edguy wbrew powszechnemu trendowi "brutalizowania" swojej muzyki postanowił zrobić... a jakże... zupełnie odwrotnie. Wrzaski Petrozzy zastąpiono zdwojoną dawką melodii. Szybkie, mocniejsze riffy ustąpiły miejsca harmoniom. Wszystko nagrane jest tak, żeby "bujało" z hard rockową lekkością. Jak tak sobie przypominam Edguy na scenie, to aż ciężko mi sobie wyobrazić, co ten zespół zrobi podczas nowych numerów. Przy tych starych, czadowych, panowie bawili się świetnie, przy tych "luzackich" będzie na scenie chyba jedna wielka impreza.
No właśnie, "Rocket Ride" to taka muzyka "bez zobowiązań". Słucha się przyjemnie, nie nudzi to, nie grzeje zbyt mocno, ale cholera czy tego właśnie się spodziewaliśmy? Sammet postanowił zabawić się ze słuchaczem i prawdę mówiąc... wydaje mi się, że wielu w takie zabawy nie będzie chciało w przyszłości "pogrywać". Miłośnicy "Hellfire Club" oczekiwali raczej konkretnego, melodyjnego, ale doprawionego z jajem heavy/power metalu. Niekoniecznie dostali to co chciali, więcej... spokojnie mogą sobie powiedzieć: "Przegiąłeś Panie Sammet, przegiąłeś". ( 6/10 )
We don't wanna be like you Don't you get that King Of Fools We don't mind your life is trite You are the King Of Fools.
Dla wszystkich ludzi łykających dotychczasowe krążki Edguy, dla tych, którzy po "Rocket Ride" nie spodziewali się "niczego", nowy krążek wyda się z pewnością nieco dziwnym, ale cholernie przyjemnym albumem. Z jednej strony albumem nieco innym niż poprzednik, z drugiej krążkiem wypełnionym tym, z czego Edguy zawsze słynęło. Tym razem Sammet postanowił bowiem pożeglować nieco po różnych gatunkach muzyki metalowej i przede wszystkim rockowej. Wybrał po trochu, wymieszał, dorzucił odrobinę Edguy'owego szaleństwa i tak powstał nowy krążek. Nie da się ukryć, że gość ten ma łeb nie od parady, za co się zabierze, tworzy z klasą. "Rocket Ride" z pewnością udowadnia talent Sammeta i spółki, do pisania przebojowych, dopełnionych rasowym rockowym czadem kompozycji. Brakuje pierwiastka agresji znanej z "Hellfire Club", ale jest za to masa nośnych partii, masa niesamowitych refrenów. Choć patrząc z drugiej strony, kilka numerów w dawnym stylu pozostało. Prawdę mówiąc, nad wszystkimi unosi się mniejszy lub większy zapach starych płyt.
Na "Rocket Ride" panowie postanowili jeszcze bardziej zaryzykować. Tym razem postanowili na proste rockery, wymieszane z typowymi dla Edguy numerami, których trzeba sobie jasno powiedzieć, jest zdecydowanie mniej. Chciałoby się rzec: "dla każdego coś miłego". Nie będzie to jednak do końca prawdą. "Rocket Ride" to bowiem krążek zdecydowanie inny od tego, co Niemcy robili wcześniej. Inny nie znaczy zły, dla tych, którzy nie oczekiwali po Edguy agresywnego łojenia wręcz świetny. ( 9/10 )
Nie ulega wątpliwości, że "Rocket Ride" to płyta, która może Edguy nieco podkopać. Chłopaki zaryzykowali, ale nie wiem czy było warto. Coś mi się bowiem wydaje, że wielkiego sukcesu też im ten materiał raczej nie przysporzy. Płyta z pewnością dobra, ale chyba rasowy, świetny album Edguy zrobiłby większą karierę. To co, krążek raczej średni? Skłaniam się ku tej właśnie opinii, ale za każdym razem gdy "Rocket Ride" wybrzmiewa w domowym zaciszu szybko "idzie" do góry. Dziwna to płyta, bardzo dziwna. No ale... jaki ojciec, taki syn.
Krzysiek / [ 29.03.2006 ]
! Kup Płytę !
www.metalmaniak.pl
|