1. Rise Up
2. Native Blood
3. Dark Roots Of Earth
4. True American Hate
5. A Day In The Death
6. Cold Embrace
7. Man Kills Mankind
8. Throne Of Thorns
9. Last Stand For Independence



Cztery lata po znakomitym albumie "The Formation Of Damnation" Testament uraczył nas kolejnym studyjnym wydawnictwem. Płyta z 2008 roku to był znakomity powrót po wielu latach milczenia. Wielkie były oczekiwania fanów i trzeba uczciwie przyznać, że zespół wyszedł z tego obronną ręką. Teraz presja i ciśnienie były jakby mniejsze, no ale w przypadku tak zasłużonej kapeli nie ma mowy o jakiejkolwiek taryfie ulgowej. Cóż zatem przynosi nam krążek zatytułowany "Dark Roots Of Earth"?

Odpowiedź na to pytanie jest bardzo prosta, gdyż otrzymaliśmy kolejny doskonały album tego zespołu. Przyznaje się bez bicia, że pierwsze dwa, trzy przesłuchania nie zrobiły na mnie wielkiego wrażenia. Jakoś tak mozolnie przegryzałem się przez materiał zawarty na tym krążku. Wcześniej poznałem tylko singlowy "Native Blood", który również usłyszałem na wackenowskim koncercie. Ponadto zagrali tam "True American Hate", "Rise Up" i kawałek tytułowy. Resztę materiału przyswoiłem tak jak bozia przykazała - z pachnącego jeszcze nowością CD. Po kilkunastu kolejnych przesłuchaniach do nowego Testamentu byłem kupiony bez dwóch zdań. Mało tego, po każdym kolejnym powraca chęć do ponownego odsłuchu. Album niesamowicie mi się "wkręcił" i cały czas mam ochotę do niego wracać. A to oznacza tylko jedno - Testament nagrał doskonałą płytę.

"Dark Roots Of Earth" na początku zaskakuje, gdyż sporo jest tutaj wyważonego grania. W zasadzie nie ma thrash metalowej młócki na zasadzie byle do przodu. W zamian otrzymujemy doskonale zbilansowane proporcje ciężkości, szybkości i melodii. Kompozycje napisane są z polotem, ze sporym smakiem i kunsztem. W zasadzie to jestem pod wrażeniem każdego kolejnego numeru. Mamy tutaj mnóstwo świetnych riffów i kapitalne solówki. Panowie Skolnick & Peterson i w zasadzie wszystko jasne. Naprawdę jestem pod wrażeniem tego jak na tej płycie chodzą gitary. A wspomniane solówki dodają smaku i powalają na kolana. Kolejna kapitalna sprawa to Chuck Billy i jego linie wokalne. Zaskakująco sporo w nich melodii i praktycznie totalny brak growli. Jest to kolejny element testamentowej układanki, który sprowadza mnie do parteru. Po prostu Chuck przeszedł samego siebie z wokalami na tej płycie. No i na koniec tej wyliczanki zostawiłem sobie perkusję. Co tutaj się wyprawia, to ja w zasadzie nie ogarniam. Gene Hoglan to dla mnie "Man Of The Album". Genialne bębny... z olbrzymią przyjemnością słucham jak perkusja chodzi na tym albumie. Gene sporo gra pod gitary, dokłada smakowite przejścia, no i oczywiście jak trzeba to elegancko ładuje na dwie stopy. Wszystko to z mistrzowskim wyczuciem i smakiem. Normalnie Profesor Hoglan. Kończąc wątek perkusji to taka mała dygresja. Na trzech ostatnich płytach w Testament bębnili: Gene Hoglan, Paul Bostaph i Dave Lombardo. Nieźle, no nie?

Moim "michałkiem" z tej płyty jest utwór "True American Hate" - czadowa jazda od początku do końca z genialnymi solówkami oczywiście. Spore wrażenie robią też "Native Blood" (co za riffy!), "Last Stand For Indenpendence". Kapitalny jest "Man Kills Mankind" - posłuchajcie tego co Hoglan tam wyprawia, no i te urocze melodyjki pod koniec. Palce lizać. Zresztą musiałbym wymienić tutaj większość numerów, bo tak po prawdzie to ten album nie ma słabszym momentów. Niespecjalnie jestem przekonany do kawałka "Cold Embrace", no ale ja od zawsze mam jakieś dziwne "uczulenie" na większość ballad. A ten utwór to właśnie taka typowa "stara" ballada. Koniecznie muszę jeszcze wspomnieć o utworze "Throne Of Thorns". Taki jakby najmniej testamentowy, z lekko niepokojącym klimatem. No i to zwolnienie - jak dla mnie bomba. Dobra, nie ma co dalej wyliczać poszczególnych numerów, bo to do niczego i tak nie prowadzi.

Testament nagrał kapitalny album, troszkę inny od poprzednika. Mamy mniej totalnie rozpędzonych numerów i zespół jakby więcej czerpał ze swoich starszych płyt. Otrzymaliśmy zatrzęsienie świetnych riffów i sporo smakowitych solówek. Wspaniałe linie wokalne i mocarne bębny. Wszystkie kompozycje trzymają równy, wysoki poziom i nie pozwalają na jakąkolwiek nudę. W poszczególnych numerach sporo się dzieje (weźmy na przykład kawałek tytułowy), a całość sprawia wrażenie sporej świeżości i muzycznego luzu. Na pewno nie zabraknie bezpośredniego porównywania "Dark Roots Of Earth" do płyty "The Formation Of Damnation". Ja zupełnie się nad tym nie zastanawiam, bo oba krążki uznaję za doskonałe. I to w zasadzie tyle co mam do powiedzenia na ten temat. Nowa płyta Testament to kawał świetnego grania i tutaj nie mam najmniejszych wątpliwości. Dobra, rozpisałem się ponad normę... więc kończymy.

Piotr "gumbyy" Legieć / [ 19.09.2012 ]







Nick:  



E-mail:  



Treść komentarza:  



Suma 2 i 3 =




kwiatek [ smerfnaczelnik@wp.pl ] 20-09-2012 | 00:24

Moim skromnym zdaniem Dark Roots zmiata Formation. Po latach poprzedni krazek sie nie broni. Za to ten plus Overkill z Electric Age przywraca wiare w stara gwardie.


WP [ 666@66.pl ] 29-10-2012 | 11:08

To właściwie trzeci doskonały album z rzędu. Mam nadzieję że kolega docenia również The Gathering, pomimo jego ciężaru. Polecam zwłaszcza pierwsze wydanie tej płyty, bez bonusa, jest lepszej jakości, głośniejsze nieco. Puszczam sobie teraz te 3 albumy na zmianę i dziwne rzeczy się ze mną dzieją.


Ziomaletto [ ziomaletto@gmail.com ] 01-12-2016 | 18:43

Zgadzam się z kolegą @kwiatek. Dark Roots oraz Electric Age wymiatają i to są zdecydowanie najlepsze płyty 2012.

Oj tak, "Throne of Thorns" jest genialny. Tajemniczy, "mistyczny" klimat i ten wszechobecny mrok.
Z "Cold Embrace" problem jest taki, że utwór ma kilka ciekawych patentów, ale ma też kilka słabych. Mogło być lepiej w tym przypadku.
"True American Hate" to chyba też mój ulubieniec. ;) TE SOLÓWKI!
9/10






Testament
Dark Roots Of Earth

Nuclear Blast Records - 2012 r.




9/10




© https://METALSIDE.pl 2000 - 2024 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!