01. Intro (instrumental)
02. Leavin' Here
03. Vibrator
04. Help Keep Us on the Road
05. The Watcher
06. Motörhead
07. Witch Doctor (instrumental)
08. Iron Horse / Born to Lose (instrumental)
09. Leavin' Here (alternate take)
10. Vibrator (alternate take)
11. The Watcher (alternate take)




W tym roku celebrujemy 50-lecie powstania legendarnej formacji Motörhead. Z okazji jubileuszu przygotowano serię wydawnictw i wydarzeń związanych z Lemmym i spółką. Było uroczyste odsłonięcie pomnika Kilmistera w miejscu jego urodzenia, a wcześniej do sklepów trafiły chociażby limitowane edycje albumów "Overkill", "Bomber" i "Ace of Spades". Teraz dzięki BMG fani otrzymali inne wyjątkowe wydawnictwo: po 49 latach możemy przesłuchać materiału z pierwszych prób klasycznego składu. Materiału dawno uznanego za zaginiony.

"The Manticore Tapes" ukazał się w kilku wersjach, w tym takiej z dodatkową, znaną już wcześniej koncertówką "Blitzkrieg on Birmingham '77". Dzięki uprzejmości BMG oraz CMM GMBH ja do rąk własnych otrzymałem tę standardową, jednopłytową edycję. I choć płytkę wyjmuje się z niej z koperty (czego strasznie nie lubię) to przyznać trzeba, że całość prezentuje się schludnie. Ładna, stylizowana na nieco podniszczoną okładka, a po otworzeniu digipacka oczy cieszą wysokiej jakości fotki. W tym "Trzech Amigos" jak i "Test Pressa" zaklepanego przez (odpowiadającego za proces przywrócenia do życia oryginalnych taśm) Camerona Webba. Po lewej stronie znajdziemy książeczkę, a w niej kolejną porcję starych fotografii: ówczesnego składu, pierwszych koncertów, jak i przedstawiających oryginalne, mające już niemal pół wieku bilety. Ozdobą jest jednak bardzo długi tekst autorstwa Krisa Needsa dokumentujący te wczesne, nieco chaotyczne lata działalności Motörhead. Od odejścia Lemmy'ego z Hawkwind i stworzenia własnej grupy. Przez pierwsze występy, zmiany składu, aż do wejścia do należącego do supergrupy Emerson, Lake & Palmer studia na Fulham Palace Road. Fajna rzecz. O ile oczywiście lubicie czytać takie encyklopedyczne wręcz opisy - tutaj to aż osiem pełnych stron! No ale tym crème de la crème jest oczywiście muzyka będąca niejako przedstawieniem (wówczas) nowego składu.

Dziś Lemmy, Fast Eddie Clarke i Philthy Animal to klasyczny Motörhead który odpowiada za prawdziwe albumy-pomniki, ale w studio Manticore stawiali oni dopiero swoje pierwsze wspólne kroki. I nie da się ukryć, że słucha się ich z zaciekawieniem. Bo choć tak naprawdę nie ma tutaj żadnego numeru którego nie znalibyśmy wcześniej, to jednak te mające już niemal pół wieku wersje są na swój sposób fascynujące. Zaczynamy od instrumentalnego "Intro" które fani londyńskiej ekipy znają pod nieco inną nazwą - tą z książeczki i która pada na wstępie z ust samego Lemmy'ego. EP "Beer Drinkers & Hell Raisers" nazywa je "Instro", natomiast tutaj Kilmister dodaje, że jest to "Instro & Oustro". I rzeczywiście wersja ta jest zdecydowanie dłuższa. Clarke ładnie ciśnie solóweczki, a dzięki rzężącej gitarze basowej odnosi się wrażenie, że mamy tutaj nie jedną a dwie gitary. Na początku bywa nieco nierówno, ale Philthy szybko łapie odpowiedni groove i popisuje się ciekawymi przejściami. Fajna rzecz, podobnie jak cover Johna Mayalla. Słyszeliśmy "normalne" podejście (pod pełną nazwą: "I'm Your Witch Doctor"), teraz możemy zapoznać się z rozpędzoną, surowszą, w pełni instrumentalną wersją, która pod koniec potrafi się jednak nieco rozjechać - ot uroki pierwszych wspólnych prób.

Zerkając na tracklistę zauważycie jeszcze instrumentalną wersję "Iron Horse / Born to Lose", ale to nie jest tak, że dopiero później ten kawałek doczekał się tekstu. Bo tak naprawdę mamy tu wokal, ale jest on mocno schowany pod instrumentami. Już słuchając po raz pierwszy tego materiału (dodam: na dość sporym luzie) odniosłem wrażenie, że gdzieś tam w tle słyszę jakieś głosy. Po nałożeniu słuchawek okazało się, że to nie są pierwsze objawy schizofrenii: Lemmy rzeczywiście śpiewa cały kawałek, tyle że ciężko go wyciągnąć spod tego całego "hałasu". Zupełnie jakby przez przypadek (albo awarię?) miał wyłączony mikrofon, ale jego głos złapał się na ścieżce z którymś z instrumentów. Dziwna sprawa, zwłaszcza że nie ma wyjaśnienia tego fenomenu w książeczce, a i tracklista niejako wprowadza w błąd. Samo wykonanie jest oczywiście w porządku - nieco wolniejsze tempo w porównaniu do reszty materiału (co dodaje całości kolorytu), dobra solówka Clarke'a i ponownie: jakby na sekundę zgubienie rytmu pod koniec. Co nie uważam za wadę - w końcu te drobne pomyłki pokazują, że i prawdziwe legendy musiały gdzieś zaczynać. A jeśli myślicie, że teraz napiszę, iż reszta materiału to już Motörhead jaki znamy i kochamy, to... cóż, i tak, i nie.

Jasne, poszczególne numery znajdziecie m.in. na debiutanckim krążku, czy też wydanym w 1979 roku (choć nagranym znacznie wcześniej) "On Parole", ale na Fulham Palace Road zespół brzmiał mimo wszystko nieco inaczej. Lemmy zawsze powtarzał, że gra rock'n'rolla, ale jeszcze nigdy nie było mu tak blisko do tego stylu, jak na "The Manticore Tapes". Nawet wokalnie bywa tutaj dość czysto, a w refrenie pierwszej wersji "Leavin' Here" mamy nawet próbę melodyjnego śpiewania ("Alternate Take" to już ten brudny, niepozbawiony charakterystycznej chrypki Motörhead). Również i w "Vibrator" Kilmister nie brzmi jak Kilmister, a całość bardziej przypomina mi rozpędzone... The Clash. I ponownie: bardziej chropowato robi się w "Alternate Take", choć wokal jednak mocno schodzi wtedy pod instrumenty. W pozostałych kawałkach jest już klasycznie, co jednak nie oznacza, że nudno. W "Help Keep Us on the Road" Lemmy przypomina już siebie, ale zaskakuje czysto muzycznie. Solówka Clarke'a była bowiem tak żywiołowa, że pękła struna i końcówkę przejmuje tutaj właśnie Kilmister wygrywając partię gitary na swoim basie. W napisanym jeszcze dla Hawkwind "Motörhead" wpadek już nie ma i "Fast" jest odpowiednio szybki i wściekły. Druga kompozycja stworzona dla legendy kosmicznej psychodelii pojawia się w dwóch wersjach. Obydwie są nieco inaczej śpiewane (w pierwszej mocno wykorzystuje się zniekształcenie wokalu), a w "Alternate Take" pojawiają się także drobne zmiany w warstwie instrumentalnej (zwłaszcza linii basu).

No i tak właśnie przedstawia się "The Manticore Tapes". Notka prasowa szumnie zapowiadała "zaginiony album Motörhead", ale ja bym aż tak daleko się nie posunął i powiedział po prostu, że są to odratowane demówki z wczesnej fazy działalności tej legendy. Ładnie wydane, całkiem nieźle brzmiące jak na coś co przeleżało pół wieku Bóg jeden wie gdzie, no i mające niewątpliwą wartość historyczną. Fani Lemmy'ego śmiało mogą się tą płytką zainteresować - to nie żaden skok na kasę, tylko coś naprawdę interesującego.

Motörhead:




Tomasz Michalski / [ 25.07.2025 ]







Nick:  



E-mail:  



Treść komentarza:  



Suma 2 i 3 =








Motörhead
The Manticore Tapes

BMG - 2025 r.




7/10




© https://METALSIDE.pl 2000 - 2025 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!