01. Wasted Years
02. The Messiah
03. Best Years
04. Blood Of An Angel
05. Valley Of The Kings
06. Changes
07. Man Behind The Mask
08. Remember My Name
09. The Day The Sun Turned Cold
10. Forever In Time



W drugim etapie kariery zespołu, czyli tym po reaktywacji, twórczość Praying Mantis stała się smętna i poruszająca. Na niektóre utwory wpływ miały nieszczęśliwe wydarzenia jakie przytrafiały się członkom zespołu (kawałek "Naked", poświęcony córce Tino zmarłej przy narodzinach). "Forever In Time" dedykowany jest ojcu braci Troy, zmarłemu w 1996 roku. Cała płyta jest melancholijna, wyciszona, pełna zadumania, obfita w liczne, ekspresyjne melodie oraz harmonijne wokale. Wszystkie utwory wzbogacone są chórkami, które tworzą członkowie grupy. Gitary są tu ostre, ale płaczliwe, dominuje również wyrażna sekcja rytmiczna. Sama muzyka jest dość interesująca, jednak niektóre utwory wydają się zbyt miałkie i przeciągnięte. NA początku skupmy się na tej lepszej stronie.

Niezwykły klimat jest odczuwalny już w pierwszym kawałku "Wasted Years", wzbogaconym klawiszami. Słyszymy też Tony'ego O'horę, przekonujemy się, że jego głos jest fantastyczny i pełny emocji. Następnie "The Messiah" z rewelacyjnym refrenem. Kolejny świetny kawałek. "Best Years" już się nieco dłuży, ale można go słuchać bez obrzydzenia. Mocnym punktem Praying Mantis zawsze były ballady, toteż "Valley Of The King" nie jest odstępstwem od tej reguły. Ta wyciszona ballada jest śpiewana chórem przez cały czas, co przypomina "Lovers To The Grave" z debiutu. Pojawiają się w niej również klimatyczne, urzekające sola. Pod koniec utwór przybiera na sile, pozostawiając smutne odczucia. Kolejna ballada na płycie to "Remember My Name" i to kolejne wielkie dzieło. Mnóstwo tu melancholii, estetyki i świetnych melodii, kawałek jak zawsze dopracowany do perfekcji. Numery są tu dość długie i nie wszystkie rażą, natomiast te powyżej 7-miu minut zdecydowanie nużą i smęcą. Mowa o "Man Behind The Mask" i "The Day The Sun Turned Cold", bo końcowy "Forever In Time" wyszedł perfekcyjnie i chyba najlepiej z całego albumu.

Z jednej strony to album udany, pełny wirtuozerii i melodii, z drugiej pojawia się tu wtórne smęcenie przeciągane na siłę. Album ciekawy, jednak staczający się w dół. Niestety, był to pierwszy krok w stronę jeszcze bardziej miałkiego "Nowhere To Hide", z którego nota bene też kilka perełek można wyciągnąć.

747 / [ 24.03.2013 ]







Nick:  



E-mail:  



Treść komentarza:  



Suma 2 i 3 =








Praying Mantis
Forever In Time

Pony Canyon - 1998 r.




7/10




© https://METALSIDE.pl 2000 - 2024 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!