Zespół Tiberius poznałem wieki temu, bo jakoś w 2012 roku na pewnych urodzinach pewnego bydgoskiego zespołu, którego nazwa kojarzy się z piłą. Stare dzieje, no ale tak było. Później była pierwsza płyta, następnie druga i wszelki ruch w obozie tej formacji zamarł. Aż tu nagle ni z gruchy, ni z Pietruchy Paweł napisał do mnie, "że jest w sumie taka głupia sprawa, bo no wiesz... nagraliśmy płytę". Pewnie trochę to podkoloryzowałem, ale zasadniczo spora niespodzianka z tym nowym materiałem, bo poprzedni "Picture of Your Life" miał premierę w 2017 roku. No dobra, a co tym razem wypichcił nam ten Tiberius?
Przyznam, iż bardzo smakowite danie. "Acrimony" to 9 numerów i ciutkę ponad 40 minut muzycznej wyprawy do drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych. Kierunek Szwecja i szufladka "skandynawski melodyjny death metal". Tej "śmierci" to akurat za wiele nie ma, bo dominują tutaj średnie tempa i miodne melodie. Oczywiście są momenty gdy zespół dociska gaz do dechy i ciśnie ciut mocniej, z rozpędzoną perką. Potrafią też wrzucić jakiś bardziej "matematyczny" moment, czy znienacka zmienić temat przewodni. Aaa... żeby była jasność: te cztery ostatnie zdania to dotyczą każdego kolejnego numeru. No właśnie - nie myślcie sobie, że tu jest łato i przyjemnie na zasadzie jeden numer w szybkim tempie, drugi wolniejszy itp. Nie, nie nie. Tiberius mocno miesza w strukturze każdego z numerów i serwuje takie "pomieszanie z poplątaniem". A jak im to wychodzi?
Wiadomo, że przy takich kompozycyjnych wygibasach łatwo się zatracić i pogubić. Ale nie z tym zespołem takie numery. Tutaj wszystko jest spasowane niczym zapadki w zamku i nie ma przegięcia w jakąkolwiek stronę. Zresztą na poprzednich płytach było podobnie bogato. Muzycznie będzie to spora uczta dla fanów Dark Tranquillity, czy In Flames z czasu, gdy jeszcze nie skręciły za bardzo w elektronikę. A z obecnych czasów to mocno pachnie mi The Halo Effect, no ale to przecież ta sama szufladka. Poszczególne numery są nieźle pokombinowane i potrafią zaskoczyć swoim bogactwem. Niespodziewane przejścia, zmiany tempa, nagłe wjazdy podwójnej stopy, czy blastów - to chleb powszedni na "Acrimony". Instrumentalnie nie ma się do czego doczepić, gitary świetnie chodzą, solówki miodne ("Ashes to Dust" gościnnie Dominik Prykiel z Hate), bas elegancko furkocze i ma momenty wyjścia na pierwszy plan. Gary trzymają to wszystko w ryzach i odpowiednio napędzają całą maszynkę. Wokalnie też elegancko - dosyć nieprzyjemne growle, odrobina spokojniejszego śpiewu. Wszystko na swoim miejscu i wykonane tak jak należy.
Jak możecie przeczytać powyżej - Tiberius przygotował bardzo dobry materiał. Fajnie jest widzieć jak ten zespół urósł z płyty na płytę i jak ładnie się rozwinął. A przy tym wszystkim zachowuje swój styl pisania i komponowania numerów. Jeśli lubicie nieco pogmatwane granie mocno osadzone w skandynawskim sosie z pod znaku melo, to ten materiał jest skrojony pod Was. Polecam i życzę przyjemnych odsłuchów, tak jak to wygląda w moim przypadku.