1. Children Of Doom
2. Funeral Mounds
3. Doommonger
4. Ulterior Gods
5. Cthulhu Rising
6. Confiteor



O tym, że coś grubego kroi się w polskim doomie, coś co ma wywrócić na lewą stronę całą tę mikroscenę, słyszałem już dawno. O tym, że debiutancki materiał tej swoistej "supergrupy" już od jakiegoś czasu krąży tu i ówdzie dowiedziałem się przypadkiem. Wiedziałem, że będzie grubo, sądząc po opiniach internautów, ale postanowiłem się odciąć od recenzji i sprawdzić, na ile mam wprawne ucho, by porównać swoje spostrzeżenia z innymi. Jak mi to wyszło... trudno ocenić. Łatwo mi jednak przyszło ocenienie "In Partibus Infidelium". Jako że dopiero co zakończył się rok szkolny, posługując się porównaniem rzekłbym, że Evangelist zasłużył na świadectwo z czerwonym paskiem... i to nie na tyłku.
Pierwsza rzecz, jaka zwraca uwagę, to oczywiście doskonała okładka. Obraz bardzo klimatyczny, ponury i zapowiadający smętną nutę... a tu niespodzianka. Muza jest jak na doom metal dość pogodna. Co prawda nie jest to typowy, walcowaty i pogrzebowy doom jaki zwykło się w naszym kraju grać, a bardziej epicki i heavy metalowy, ale doom to jednak zawsze doom. W obliczanie proporcji jednego do drugiego, ani zawartości doomu w doomie bawił się nie będę i zostawię to analitykom z dyplomami muzykologów. Wystarczy rzec jedynie, że muzyka, jaka trafiła na "In Partibus Infidelium" to dzieło pierwszego sortu i na tym poprzestańmy.

Chcąc znaleźć odpowiedniki krajowe pasujące stylistycznie do Evangelista zmarnowałem wiele cennego czasu i nie doszedłem praktycznie do niczego. Tak podanego doomu dawno już nie słyszałem, a może po prostu słabo śledzę rozwój polskiej sceny, bo ta kojarzy mi się głównie z ponurakami, takimi jak chociażby Gallileous, którego debiutancki album jakimś cudem posiadam i nawet lubię. Sporo odpowiedników znalazłem za to w świecie. Każdy chyba przyzna mi rację, że Evangelist pełnymi garściami czerpie z twórczości Candlemass i Solitude Aeturnus, w których heavy metal leje się strumieniami, a i poziom epiki przekracza również wszelkie normy. Evangelist w klimatach epickich czuje się doskonale, co słychać na każdym kroku i w każdym niemal dźwięku. Idąc dalej tropem poszukiwań, natrafiłem na ślady obecności ducha innych Szwedów, a mianowicie Krux. Poza tym, kilka dźwięków słyszałem już zdaje się także u Isole. Jednak nie o wyszukiwanie na siłę podobieństw w recenzowaniu Evangelista chodzi, a o pokazanie, na jak dobrych wzorcach się opiera, a co za tym idzie, jak dobry materiał stworzył łącząc wszystko to w jedną całość, dodając swoje Ja i swoje muzyczne doświadczenia zdobyte przez lata.

W tych sześciu długich, rozbudowanych utworach zawarto tyle emocji, muzycznych smaczków i po prostu dobrych riffów, że nie sposób je wszystkie od razu ogarnąć. Przesłuchałem materiał już wielokrotnie, nie raz idąc z nim spać czy zabierając do samochodu i do dziś nie ogarnąłem jeszcze chyba do końca na tyle, by powiedzieć "mam dość". Nadal nie mam dość i prawie codziennie do albumu wracam. "In Partibus Infidelium" to stuprocentowa dojrzałość i profesjonalizm, tak w kwestii kompozytorskiej jak i instrumentalnej. Doskonale skonstruowane riffy, oszczędne, ale niebanalne bębny i bas, który momentami chce się wyrwać przed szereg, grając mocarną (co najmniej jedną!) solówkę. Wokal to już osobna historia. Na temat techniki wypowiadał się nie będę, bo nie mam ku temu przygotowania, ale stwierdzić mogę jedynie, że jest to wokal idealnie dobrany do muzyki i praktycznie każdy inny byłby nie na miejscu.

Wiem, że stwierdzenie, które za chwilę padnie jest wyświechtane i do bólu wyeksploatowane, ale na "In Partibus Infidelium" nie ma słabego utworu! Są tylko dobre i rewelacyjne. Moje ulubione to zdecydowanie "Doommonger" i "Ulterior Gods" z nieco słabszymi zwrotkami, ale za to nieziemskimi refrenami. Długo nuciłem go będąc czy to w pracy, czy też na obiedzie u teściowej i długo pozbyć się go z głowy nie mogłem. Reszta niewiele tym dwóm ustępuje, a całość zebrana do kupy daje nam album, który nazwać można bez żenady najlepszym albumem doomowym ostatnich lat w naszym pięknym kraju.
Evangelist to światełko w tunelu, powiew świeżości, choć muzycznie nic świeżego i nowego nie wymyślił. Dawno nie słyszałem po prostu tak dobrej polskiej płyty, nie licząc innego objawienia czyli Vexatus. Wróżę zespołowi świetlistą karierę, jeśli ktoś czegoś nie spieprzy, a z tego co mi wiadomo, zagranica już się zespołem mocno zainteresowała, co zaowocowało ciekawą współpracą. Jak się sytuacja dalej rozwinie - trudno zgadywać. Zespół ma wszystko, co potrzebne, by zrobić dużą karierę - pomysł na siebie i przy tym powinien pozostać, a o przyszłość nie będzie musiał się martwić. Evangelist jest kozacki i już, a kto nie lubi doomu niech idzie do domu.

Atrej / [ 10.07.2011 ]




 -  Doominicanes





Nick:  



E-mail:  



Treść komentarza:  



Suma 2 i 3 =




cobra verde [ weswoly_05@tlen.pl ] 09-08-2011 | 22:46

Klasyczny Doom i " duża kariera"? Sorry ale bez żartów. Zwłaszcza w Polsce gdzie pierwsza płyta par excellence doomowa wyszła 25 lat po pojawieniu się tego terminu w muzyce metalowej i jakieś 40 od pojawienia się protoplastów gatunku.Na świecie też nie jest to gatunek którego przedstawiciele robią "dużą Karierę", zresztą chyba nie o to chodzi w tej muzie.No ale mimo wszystko trzeba życzyć zespołowi jak najlepiej, w końcu po tylu latach doczekałem się tego typu zespołu i Polsce.


Atrej [ atreju@o2.pl ] 29-08-2011 | 16:59

Faktycznie, przepraszam, zapędziłem się. Przedstawiciele tego gatunku nie robią "dużych karier". Przecież wiem, że Candlemass i Solitude Aeturnus to podrzędne zespoliki, których płyty rozchodzą się jedynie wśród kumpli z osiedla, a na koncertach sztuczny tłok robią ludzie z ekipy technicznej.






Evangelist
In Partibus Infidelium

PsycheDOOMelic Records - 2011 r.




9,5/10



 -  Doominicanes



© https://www.METALSIDE.pl 2000 - 2024 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!