1. Elite Murder Society
2. Night of Confession
3. Disintegrated
4. The Last Breath of Humanity
5. Pretending of Life
6. Throne of Fire
7. Killer Instinct
8. Faces



Po ośmiu latach formacja In the Name of God powróciła z nowym materiałem, który zatytułowano "Faces". Dosyć długa przerwa biorąc pod uwagę, że jest to czwarty krążek tego zespołu. Poprzednie ukazywały się w trzech czy czteroletnich odstępach. Co spowodowało tak długą przerwę - nie wiem. Pewno chłopaków dopadła tzw. "codzienność", no ale to w sumie bez znaczenia. Skupmy się na zawartości muzycznej recenzowanego materiału.

Recenzowałem wcześniejsze albumy ("Imaginary Paradise" i "We Are the War") i pozostawiły one dobre wrażenie, więc do najnowszego podchodziłem z podobnym nastawieniem. Początek "Elite Murder Society" wzbudził zaciekawienie, bo jest dosyć intrygujący, ale po chwili zostałem dosyć mocno zaskoczony nawałnicą która wylała się z moich głośników. Totalna rozpierducha i death metalowy gruz. Poprzednie wydawnictwa kręciły się wokół thrash metalu z dodatkami death. Tutaj wajcha zdecydowanie została przesunięta w stronę większej ekstremy. Zespół gniecie od początku do końca. 8 numerów, 52 minuty (sporo!). Pojawiają się nawet wokalne "świnki" ("Night of Confession", "Pretending of Life"), ale na szczęście są to tylko momenty. Natomiast po drugiej stronie szali mamy dosyć melodyjne sola, czy króciutkie zwolnienia ("Night of Confession"), które dają chwilę oddechu i nawiązują do wcześniejszych albumów. Te spokojniejsze momenty wybijają słuchacza z tego death metalowego transu. Dla niektórych to pewno będzie wada, dla innych zaleta. Ja akurat jestem w opcji numer dwa.

Cały materiał dobrze brzmi: bębny mają swoją moc i świetnie zostały osadzone, gitary dosyć wyraźne, a bas podbija jak należy. No i na koniec wokale. Tutaj mamy dosyć sporo aktywności: od typowych growli, po ekstremalne świnki (fajnie zestawione są te dwa głosy). Chwilami Grzegorz Sparta "mieli" swoim głosem na manierę Johna Tardy'ego z Obituary. Dopracowane i bogate w melodię solówki uzupełniają całość. Słuchając tej płyty mam wrażenie, że zespół z każdym kolejnym numerem opowiada odrębną historię, ale jakoś to wszystko spina się w jedną końcową opowieść. Dużym plusem jest na pewno dopracowanie tego materiału. Tutaj nie ma jakiegoś zgrzytu, czy fragmentu odstającego. Od początku do samego końca trzymamy dobry, równy poziom. Maszyna ITNOG pracuje na pełnych obrotach - posłuchajcie utworu tytułowego i sami się przekonacie. Perkusja gniecie czachę, riffy świdrują, a wokal dobija tych co przetrwali. Następnie mamy sporo oddechu na melodyjnych solach i fragmencie instrumentalnego grania. Numer kończymy z grubej rury, bo "death" wjeżdża na całej. KLASA!

In the Name of God ciut zaskoczyli mnie krokiem w ekstremalne granie, ale były ku temu przesłanki na poprzednich płytach. Tam nie brakowało takich elementów i najwyraźniej tak to "wyszło w praniu". Podsumowując: sporo mocnych, brutalnych riffów, bardzo nieprzyjemny klimat, zaangażowane wokale i odrobina melodii w solówkach. Taki oto jest death metal według In the Name of God.

The Last Breath Of Humanity:



Piotr "gumbyy" Legieć / [ 09.02.2026 ]







Nick:  



E-mail:  



Treść komentarza:  



Suma 2 i 3 =








In the Name of God
Faces

In the Name of God - 2025 r.




8/10




© https://METALSIDE.pl 2000 - 2026 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!