01. Nie umiem kochać 02. Flaga 03. Gniew na świat 04. Nikt 05. Sam na sam 06. Mój świat 07. Smutno mi 08. Bonum ex malo non fit 09. Jeżeli 10. Prosto w pysk 11. Nie widząc nic 12. Jedna droga
Musieliśmy czekać na siódmy album thrashersów z Alastor aż 12 lat! A jak wiemy Alastor jest jednym z prekursorów polskiego thrash metalu. Jednak czekanie wynagrodził nam fakt, że za wokami stanął Robert Stankiewicz, który był z zespołem od początku (oprócz przedostatniego albumu "Out of Anger" na którym śpiewał Mish Jarski). Bo wówczas wydawało się, że drogi zespołu i Roberta Stankiewicza rozeszły się definitywnie. A jego charakterystyczna chropowata barwa głosu i cwaniacki sposób śpiewania powodowały, że w połączeniu z jego polskojęzycznymi tekstami Alastor miał swój styl. Kolejnym pozytywnym faktem który zafundował nam zespół z albumem "Nigdy nie było mnie tu" to czas trwania - ponad 70 minut.
I powiem szczerze, że album przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Nawet śmiem twierdzić, że jest moim faworytem spośród wszystkich alastorowskich albumów. Nawet jeśli przy albumie "Zło" trzyma mnie mega sentyment. I to co przede wszystkim odróżnia ten album od poprzedników to jest jego klimatyczny i mroczny charakter. Oczywiście wciąż to jest Alastor taki jaki znamy. Nadal mamy tutaj rytmiczne groove'owe i dynamiczne thrashowe gitarowe tematy z charakterystycznym frazowaniem wokalu. Z energicznym śpiewem przeplatanym melodyjnymi, wokalnymi akcentami. Słychać też mocną więź z poprzednimi albumami, szczególnie ze "Zło" (co słychać chociażby w utworach "Nie umiem kochać", "Bonum ex malo non fit"). Nadal są momenty z wyraźnym lub pierwszoplanowym eksponowaniem gitary basowej - typowe dla Alastor. I nadal zespół nie stroni od pasaży czystych gitar. Ale tym razem jest tego naprawdę sporo - prawie w każdym utworze - co wprowadza dużą dozę melancholii do tej muzycznej agresji. A częste, melodyjne gitarowe solówki jeszcze bardziej pogłębiają melancholijną atmosferę albumu wraz z bardzo nastrojowymi balladowymi chwilami w "Mój Świat", "Smutno mi", "Jeżeli". Te chwile są bardzo emocjonalne.
W brzmieniu wyraźnie słychać obniżone strojenie gitar. A z nowości aranżacyjnych? Elementy progresywnego grania, charakterystyczne prog-metalowe melodie, zagrywki i rozbudowane perkusyjne rytmy (np. utwory "Sam na sam", "Jeżeli") oraz współczesne patenty na granie metalu. Czyli dodatkowo trochę djent'u i odrobinę metalcore'a (np. w utworach "Sam na sam", "Jedna droga"), a i sporo technicznych tematów. Album zawiera też inne zaskakujące momenty, wcześniej nieznane w Alastor - pierwiastek reggae, czy raczej funku w thrash metalu w utworze "Flaga" z efektem gitarowym wah-wah. Innym bardzo pozytywnym zaskoczeniem okazały się dźwięki, jakby wiolonczeli lub skrzypiec we wprowadzeniu do "Bonum ex marlo non fit", albo przy zakończeniu "Jeżeli". Ponadto pianino w finiszu "Prosto w pysk". Tego typu dodatki świadczą o dojrzałości i otwartości muzycznej muzyków. Ale przede wszystkim ukazują inne, współczesne oblicze Alastor.
Album "Nigdy nie było mnie tu" jest najbogatszy aranżacyjnie spośród wszystkich albumów Alastor. Każdy z utworów zwiera wiele rozwiązań kompozytorskich, mimo tego bardzo spójnie scalonych. Materiał ten śmiało można określić klimatycznym, ze sporym ładunkiem różnych emocji takich jak złość, gniew, agresja i momentami zdecydowanie melancholia. Podsumowując: album ukazuje niejako dualizm twórczy. Z jednej strony trzyma się korzeni, a z drugiej strony wyraźnie słyszymy wpływy współczesnego podejścia do aranżowania.
To jest bardzo istotne gdy zespół z wieloletnim stażem proponuje coś nowego, ale nie tracąc swojego stylu i swojej charakterystycznej cechy. Nie zjada swojego ogona. I to w 100% udało się Alastor. Jedyną złą wiadomością jest to, że po nagraniu tego albumu zespół ponownie rozstał się z Robertem Stankiewiczem.