Markiz De Sade - "Najważniejsza jest satysfakcja"


Północno-wschodnia część Polski zawsze była zaściankiem jeśli chodzi o scenę metalową. Mało się tu działo, a jeśli się kiedyś działo, to tamte kapele dawno nie istnieją i dawno o nich zapomniano. Na szczęście jest pewna ekipa z Białegostoku, która po wielu latach powróciła do życia i udowodniła, że jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa. Markiz De Sade wydał w minionym roku kozacki album na miarę dzisiejszych czasów. Serce rośnie, że mimo iż liczebnie odstajemy od reszty kraju, to nadrabiamy to jakością. Oto garść wspomnień i kilka planów na najbliższą przyszłość Białostoczan...





MetalSide.pl: Przyznajcie się, któremu z Was wpadł do głowy ten szalony pomysł o reaktywacji kapeli? Domyślam się, że to sprawka Andrzeja, mam rację?

Krzysztof Hofer: Witaj Pawle, na samym początku bardzo dziękujemy za zainteresowanie i ciepłe słowa na temat naszej w końcu wyczekanej (przede wszystkim przez nas, ale co miłe, że nie tylko) pełno wymiarowej płyty po 26 latach. Dobre. Szalony pomysł o reaktywacji zrodził się w momencie, gdy z Maciejem D, pierwszym naszym bębniarzem popiliśmy sobie przy oponach w pewnym magazynie na "Trójce" (wtajemniczeni wiedzą, o co chodzi) przy okazji dyskusji o graniu. Namawiał mnie straszelnie, abym powrócił do grania, broniłem się jak lew. Wiercił mi w głowie niesamowicie, aż w końcu po jego namowach kupiłem gitarę. Po pewnym czasie pojechaliśmy pograć we dwójkę i zasprzęgliło mnie niesamowicie. Zacząłem kombinować jak to namówić Andrzeja. Opornie to szło, ale dał się przekonać. Przy okazji poprzez Macieja poznałem Areckiego i zaczęliśmy regularne próby. Edward doszedł do naszego składu pół roku później. I tak to wyszło z tą reaktywacją.

Andrzej Mrowiec: To wszystko było podstępem Krzyśka, namówił mnie i to wszystko.

Arek Maślanka: Heheh, właśnie że nie! ;) Andrzej doszedł na końcu i nie był specjalnie do tego pomysłu przekonany (żeby było śmieszniej ;). Zaczęliśmy grać we trójkę: ja, Krzysiek i Maciek (pierwszy nasz bębniarz). Z Maćkiem znalem się i przyjaźniłem jeszcze z czasów gry w Effect Murder (był tam bębniarzem). Kiedy odszedł, zadzwoniłem do niego z propozycją pogrania, tak zupełnie niezobowiązująco, dla relaksu. Dołączył do nas Krzysiek (pracuje razem z Maćkiem w tej samej firmie). Okazało się, że Krzysiek jest gitarzystą Markiza i po kilku próbach zaproponował, żebyśmy zagrali pod szyldem odrodzonego Markiza de Sade. Pomyślałem, czemu nie? No i poszło ;)

Nie mieliście żadnych obaw przed tym powrotem? Dinozaury z "tamtych" lat albo wymarły, albo wyjechały, a młodzież niechętnie uczy się historii.

KH: Nie, dla czego mielibyśmy się bać. Fakt, że w dzisiejszych czasach przebicie się na jakieś wyżyny to droga bardzo ciężka. Tak dużo jest w naszej ojczyźnie super zespołów, starszych i młodszych. My do tematu podeszliśmy inaczej. Robimy to przede wszystkim dla satysfakcji i radości z naszego hobby. Bardzo cieszymy się z tego, że podczas koncertów, nie licznych koncertów, podoba się to, co robimy, jest satysfakcja, a to najważniejsze. Z tą młodzieżą to masz trochę racji, nie wszystkim nauka jest priorytetem, ale cieszę się, że chociaż jakąś "linijkę", jakiś malutki fragment historii polskiego metalu ze starszych lat możemy przypomnieć. To cieszy.

Andrzej, to Ty jako pierwszy (wespół z Adamem) stworzyłeś podwaliny pod Markiza De Sade, w postaci Supersamu. Od samego początku graliście metal? Nazwa wcale tego nie sugeruje.

AM: Jak to nie sugeruje, wiesz, jaki hardcore był kiedyś w takim Supersamie, szczególnie po reglamentowane produkty? Masakra. Tak na serio z Supersamem była o ile dobrze pamiętam dwuletnia przygoda. Graliśmy mocniejszego rocka. Było to w ogóle coś innego niż Markiz de Sade, który nastał po zawirowaniach personalnych w Supersamie. I dobrze się stało. Krzysiek także miał swój udział w podwalinach naszej muzycznej przyszłości.

Kiedy i w jakich okolicznościach poznałeś się z Krzysztofem Hoferem?

AM: Poznaliśmy się na cyklicznej Białostockiej imprezie jaką była "Wiosna muzyczna", to było w 1982 roku, na której Krzysiek grał ze swoją kapelą Tayger, następnie wpadał do nas na próby. Zobaczył co i jak i przy kolejnej jego wizycie w czasie przerwy wziął gitarę i zaczął tam coś brzdąkać. Pomyślałem, że gra bardzo sprawnie i z jakimś dużym potencjałem. Wzięliśmy razem z Adasiem młodzika na bok i pogadaliśmy konkretnie, aby robił drugą gitarę w Supersamie. I tak się ta historia zaczęła, a po pewnym czasie nastał koniec historii Supersamu.

Od razu podpasował Ci jako muzyk, czy sprawdzaliście innych gitarzystów?

AM: Od razu zasprzęgliło z Krzychem, nikogo więcej nie przesłuchiwaliśmy. Było super i szło do przodu. Tak do przodu, że został sam jako gitarzysta i zamknęliśmy drzwi na kłódkę od Supersamu. Graliśmy tylko w trójkę tworząc nową muzę.

Przed stworzeniem Supersam udzielałeś się jeszcze gdzieś muzycznie?

AM: Tak, przygodę z muzyką zacząłem już w latach siedemdziesiątych, było parę projektów, trochę komunistycznych koncertów z obowiązku dla władzy.

Krzysztof, jak Ty wspominasz pierwsze spotkanie z Andrzejem i swoje początki w jego ekipie? Chyba wszyscy nie byliście wtedy zbyt doświadczonymi muzykami.

KH: Dlaczego? Andrzej z Adamem w moich oczach byli wyjadaczami w naszym regionie. Ja bardzo dużo ćwiczyłem. Mieliśmy z kumplami (Leszkiem K. i Grześkiem M. Przy okazji pozdrawiam i może w końcu na jakiś browar byśmy się umówili :-) swoją kapelę. Graliśmy ze sobą rok czasu. Zawsze fajnie wspominam tamte czasy, a najbardziej szukanie sali prób. Ostro było, ale w końcu szczęście uśmiechnęło się do nas i wyhaczyliśmy salę w osiedlowym klubie Miraż. Kurczę, jaka to była satysfakcja. Początki z Adamem i Andrzejem? Super, trochę bałem się, bo ich kapela była już, jak to się mówi, znaną na terenie podlaskim. Po przeglądzie na Wiośnie muzycznej jakoś zgadaliśmy się i przychodziłem na ich próby, aby zobaczyć jak to wygląda od "Kuchni". Pamiętam jak dziś, na jakiejś z kolei ich próbie odważyłem się wziąć gitarę i jak mieli pauzę coś tam pograłem. Później Adam z Andrzejem wzięli mnie na rozmowę i dogadaliśmy się. No niestety musiałem zrezygnować z grania w Taygerze, ale chłopaki zrozumieli moją sytuację. I takie to były początki mojej znajomości z Adamem i Andrzejem.

Jak było z tworzeniem nowych kawałków? Andrzej dopuszczał Cię do głosu? Byłeś przecież świeżakiem w obozie.

KH: No pewnie, na samym początku Markiza coś tam gmeraliśmy na próbie i tak wyszło nasze pierwsze dziecko "Sen schizofrenika" pamiętam jak bardzo byliśmy dumni z tego kawałka, a jak Andrzej przyniósł tekst i zaśpiewał to masakra. Wstąpiła w nas jakaś nowa energia. Przez całą próbę no i nie jedną graliśmy to w kółko. Pamiętam że już nie musiałem nawet patrzeć na gryf tylko z zamkniętymi oczami grałem ten w sumie niełatwy kawałek. To było wspaniałe, jak to już w życiu bywa, chciało się więcej. To normalne. Tak następnie powstała "Marionetka" Takiego dostaliśmy emocjonalnego kopa, że tylko pożyczyć wszystkim, aby tego doznali. Paweł, wstąpiła w nas taka wielka siła, że szok. Te próby i tworzenie muzy to było coś niesamowitego. Nikt z nas w kapeli nie myślał o innych przyziemnych rzeczach tylko, aby do przodu. Następny kawałek "Judasz" zrobiony do końca przez trzy może cztery próby to było apogeum wiary w naszą moc tworzenia. Tak wielkiej weny tworzenia życzę wszystkim. Satysfakcja nie do opisania. Coś na prawdę zajebistego. Poza tym nasze próby były otwarte, przychodzili kumple siedzieli słuchali w kółko, poznawali teksty i nowe kawałki, które na koncertach znali na tyle, że to było wspaniałe słyszeć i widzieć jak się super bawią. Totalna masakra, teraz chyba tak nie ma.

Zdaje się, że po występie w Jarocinie udałeś się na wczasy ufundowane przez Wojsko Polskie. Nie myślisz czasem, że mogłeś z zespołem zdziałać więcej i dziś może bylibyście na innym etapie "kariery"?

KH: Spodziewałem się tego pytania. Mam tak wielką ochotę tyle nabluzgać za taką durną niesprawiedliwość, której na szczęście nie doświadczają dzisiejsi pasjonaci wszystkich rodzajów swojego hobby. To jest jakieś głupie, a raczej było. Masz pasję, jesteś zaangażowany tak głęboko w swoje zainteresowania, pragniesz rozwijać to dalej, masz niesamowitego pałera, a tu kurwa mać jakiś jebany obowiązek, który wyrywa tobie dwa lata z życiorysu. Przecież nic i nikomu złego nie zrobiłem, za co!!! do cholery ZA CO!!!!! To po prostu było pojebane, tak niezdrowe i dziwne. Jak ktoś miał układy z panami z resortu czy partii mógł wyślizgać się z tego, ja niestety mimo swoich na prawdę morderczych prób nie miałem takiej możliwości, byłem bezsilny co do tego ustroju i pojebanych zasad. I niestety musiałem iść do armii. Obcięli włosy, tresowali i szkolili jakby jakaś miała być wojna do kurwy nędzy. W imię czego? Sorry, że tak pobluzgałem, ale złość niesamowita do tej pory mnie bierze jak sobie przypomnę tamtą pojebaną sytuację. Tak fajnie zaczęło się kręcić w kapeli, spore plany, marzenia i chuj w dupę to wszystko strzelił. A na pewno było by inaczej. Nie chce mi się już na ten temat pisać, bo jeszcze ponawsadzam przekleństw, a chcę tego uniknąć. Następne pytanie Paweł proszę.

Jak wspominasz nagranie pierwszej demówki? Podejrzewam, że wszyscy w tym czasie mieliście narobione w portki ;)

KH: To było wielkie przeżycie, już parokrotnie opisywałem tą zajebistą sytuację. I z wielką rozkoszą powrócę niczym wehikuł czasu ponownie do tego momentu, momentu dla mnie bardzo ważnego, jakim było nagrywanie pierwszego materiału Markiza de Sade. Przygotowania były bardzo pieczołowite, ustawianie tego wielkiego bałaganu jak sterta sprzętu, setki metrów kabli, a najbardziej w momencie, gdy ustawiliśmy wszystko, najważniejszą sprawą było zagranie tego wszystkiego na żywca!!! Masakra totalna!!! Niektóre kawałki nagrywaliśmy parokrotnie. Niestety taka technika i takie możliwości tamtych lat. To było tak mordercze, a zarazem wspaniałe, że skończyliśmy wczesnym porankiem opijając kawał dobrze zrobionej roboty browarem. Cały materiał nagrywaliśmy w trójkę, na tak zwaną setkę, bez możliwości poprawek. Tak jakbyśmy grali próbę. Jak chciałeś poprawić to trzeba było nagrywać na nowo cały kawałek i tyle. Pomyłki były bezlitosne. Pamiętam jak dzisiaj, że jak otwierałem po powrocie drzwi od chaty to moi rodzice wychodzili do pracy. Ten ich wzrok i zdziwienie było niesamowite, fakt mówiłem, że trochę to zajmie, ale jak pokazałem trzymaną w ręku kasetę i powiedziałem, co na niej jest nagrane to zrozumieli mój entuzjazm. Oczywiście nie czuli takiej muzy, ale odniosłem wrażenie, że byli dumni z mojego zainteresowania i zaangażowania. To była dla mnie bardzo ważna sytuacja, którą pamiętam po dziś dzień.

Andrzej, Wasz występ na scenie w Jarocinie na pewno był wielkim wydarzeniem dla Was. Długo się po tym zbieraliście do kupy?

AM: A co tu się było zbierać do kupy jak pieprzony MON zabierał nam Krzycha, fakt że zaprosił do współpracy Jarka "Kelnera", ale i tak to nie było już tak jak było. Kelner godnie zastępował Krzycha w tym okresie. Zagraliśmy nawet sporo koncertów, ale zawsze był jakiś niedosyt gitary "Małego".

Jak przyjąłeś wiadomość o wyjeździe Krzysztofa do wojska?

AM: A jak byś Ty przyjął takie info, gdy razem coś się buduje, a potem jakiś powalony system to wszystko rozpieprza, szkoda gadać stary, z Adamem dostawaliśmy kurwicy, ale trzeba było się z tym pogodzić i zapić tą gorzką pigułę.

Co się tak naprawdę później stało, że zakończyliście działalność w 1989 roku? Wiem, że Krzysiek wyjechał do stanów, ale chyba nie tylko to zaważyło na tej decyzji.

AM: Krzysiek wyjechał do Niemiec, przycisnęła go sytuacja finansowa. Graliśmy jeszcze z "Kelnerem", ale później się posypało. Wspólnie z Adamem postanowiliśmy, że po rozmowach z zastępcą Krzycha kończymy z Markizem.

Od dawna kumplujecie się z Peterem i starą załogą Vader? Z nimi odchodziliście na tamten świat i z nimi do niego powróciliście. Dziwny zbieg okoliczności.

KH: Tak to prawda, w latach 80tych zaczęła się nasza znajomość i trwa do dzisiaj. Co do powrotu na scenę i pierwszy nasz koncert po wielu latach zawdzięczamy Piterowi i Mariuszowi Kmiołkowi, za co po raz kolejny dziękujemy. To na prawdę było super.

Miałem przyjemność być w "Gwincie" na Waszym powrotnym koncercie i było czadowo. Nie baliście się konfrontacji z publiką po tylu latach?

KH: No pewnie, że były pewne obawy i stres, ale mając na backstagu takiego kibica przez cały występ to nie czułem żadnego dyskomfortu, dzięki Piter to było naprawdę super z Twojej strony.

Arek M: Miałem małego "stresika" na początku koncertu. Ale wraz z upływem czasu i czadem na scenie, przestałem się nim przejmować ;) Grałem muzę, którą kocham i tylko to się liczyło. Wcześniej grałem już sztuki, chociażby w trakcie mojej gry w "Effectach", ale to było dawno temu, więc musiałem odkurzyć swoje doświadczenia sceniczne ;)

No właśnie, Arek, Ty miałeś sporo do czynienia z death metalem, bo udzielałeś się w Effect Murder. Jaki wpływ miały te doświadczenia na to, co robisz w Markizie? Namawiałeś resztę na trochę ostrzejsze granie?

Arek M: Myślę, że przede wszystkim podciągnąłem się technicznie. Death metal nie jest moją koronną dyscypliną ;) Uwielbiam thrash z jego wściekłością, feelingiem, totalnym czadem. A w Markizie mam tego pod dostatkiem, heheh ;) Nie musiałem chłopaków namawiać na ostrzejsze granie, bo raczej czujemy wspólnie muzę! I to pomaga w komponowaniu.

Jaki miałeś wkład kompozycyjny w "Sen Schizofrenika"? Andrzej i Krzysiek dopuszczają Cię do głosu?

Arek M: Czy dopuszczają?! Hehehe, no pewnie! ;) Akurat na tej płycie jest przekrój kompozycyjny Andrzeja, Krzyśka i mój. Podeszliśmy do tego w ten sposób, że większość robiliśmy razem. Oczywiście poza "Zdeptanymi" i "Snem schizofrenika", które chłopaki skomponowali 26 lat temu ;) No i muszę oczywiście wspomnieć o Łukaszu, który zrobił aranże bębnów i później to wszystko nagrał!

No dobra panowie, jest debiutancka płyta, ale chciałoby się więcej. Co z dalszą działalnością? Tworzycie nowe numery? Ponoć macie ciągłe problemy z bębniarzami. W Białymstoku przecież pełno dobrych muzyków.

Arek M: Co dalej? Lecimy z nowymi kompozycjami. Chcemy też troszkę przearanżować dwa stare numery i je nagrać (tak jak na "Śnie schizofrenika"). A perkusista? No cóż... znajdzie się w końcu ;) Widać taka już "uroda" Markiza, że nie ma łatwo z bębniarzami ;)

Krzysztof, ciekawi mnie jeszcze sprawa Waszej wytwórni. Beyond The Grave Rec. Założyliście na potrzeby wydania płyty własnej, czy planujecie wydawać też inne kapele?

KH: Beyond The Grave Rec. to pomysł Edwarda, którego pozdrawiam. Tak wymyślił sobie przy wydaniu "Zdeptanych" naszego promo. I to tyle historii, no chyba, że Edward ma jakieś plany związane ze swoim projektem, ale nic mi na ten temat nie wiadomo. Markiz De Sade nie ma żadnej wytwórni płytowej. Stary materiał "Judasz" został wydany przez Thrashing Madness Leszka Wojnicz Sianożęckiego, za co bardzo dziękujemy, zrobił to na prawdę zawodowo. Tak w ogóle to bardzo fajnie, że zapoznałem się z Lechem. Takich ludzi jak on to szukać ze świecą. Zawsze pomocny, zawsze doradzi. Po prostu zawsze można liczyć na jego bezinteresowną pomoc. Lechu tak trzymać!!! Pozdrawiamy Ciebie brachu i cały Twój band, a i oczywiście wszystkich z Krakowa, którzy tak bardzo kibicowali nam podczas koncertu na pierwszej edycji Metalmaniac. POZDRAWIAMY

Jak obecnie wygląda sprawa z koncertami? Wiem, że w Białym bida, ale w Polsce też Was nie widać. Kiedy będzie najbliższa okazja Was usłyszeć na żywo?

KH: 14 Maja 2011 w stolicy na pierwszej edycji Cthulu Night Vol1 w klubie Metal Cave. Wszystko zorganizował Adrian Pełka, następny super człowiek, a zarazem maniac metalu. Miałem okazję poznać przelotnie Adriana na festiwalu Rock na Bagnie 2010 następnie wspólny kontakt za pomocą Danka, kolejnego asa o super sercu, zaowocował wywiadem i zaproszeniem na powyższą imprezę. Faktem jest, że gramy bardzo mało. Jest sporo czynników, które mają na to wpływ, ale nie będę rozwodził się na ten temat, bo temat rzeka.

To tyle ode mnie. Gratuluję udanego powrotu i do rychłego usłyszenia.

MDS: Dziękujemy i pozdrawiamy

zdj.: Elżbieta Piasecka Chamryk


Autor: Atrej

Data dodania: 15.03.2011 r.



© https://www.METALSIDE.pl 2000 - 2024 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!