Magnus - "Interesuje nas tylko muzyka, szaleństwo i czad"


Magnus to kapela, która dziś przez wielu uznawana jest za kultową. Swego czasu szokowała tak muzyką, jak i wyglądem scenicznym. Dziś taki image nikogo już nie bulwersuje, ale mimo to, tych gości nadal to bawi. Niedawno nagrali nowiutki album po ponad szesnastu latach milczenia. O przyczynach tak długiego przestoju, przyczynach powrotu i przyczynach podejmowania takich, a nie innych decyzji opowiedział mi lider tej formacji - Rob Bandit.





MetalSide.pl: Witajcie. Powiedzcie, co Was podkusiło, żeby powrócić po latach z zaświatów i znów straszyć dzieci na ulicy?

Rob Bandit: Stare chilijskie przysłowie mówi: "Jeśli nie masz nic do powiedzenia, to wypowiedz stare chilijskie przysłowie". Nie mieliśmy nic dopowiedzenia w ostatnim czasie, więc milczeliśmy jak kamienne grobowce. Zaniemówiliśmy na 16 lat, bo to było uczciwe wobec fanów, wobec nas samych. Straszna to paskuda, gdy nie masz nic do przekazania i zaczynasz kombinować jak ukręcić z gówna pejcz.

Nagraliście nowy krążek, który kupiłem praktycznie bez chwili zastanowienia, mając pewność, że się nie rozczaruję i... miałem rację. A Wy jesteście z niego zadowoleni?

Po stokroć. Nie pokazalibyśmy go nikomu, gdybyśmy nie byli z niego po stokroć zadowoleni.

Chyba nieźle ktoś sobie przez lata nagrabił, bo plujecie jadem w tych kawałkach bez opamiętania. Kogo, albo czego dotyczy ta płyta?

Kiedy przechodzisz na jaśniejszą stronę melona, wszystko staje się bardziej miłe, wygładzone, rubaszne, kolorowe. To nawet może na krótkim dystansie zachwycić, ale w naszym przypadku nie mogło to trwać dłużej niż trwało. Naszej świadomości potrzebna była równowaga. Czerpanie przyjemności z życia za bardzo nas głaskało i próbowało uśpić naszą czujność na sprawy istotne. Niezauważenie muł ziemskiego bagna odkładał się w okolicach potylicy, aż w którymś momencie uzyskał poziom alarmowy. Wtedy przystąpiliśmy do opróżniania.

Wszystkie kawałki to mocne ciosy w twarz. Nie bawicie się jak zwykle w kombinowanie i budowanie klimatu. Nie myśleliście, żeby jednak wpleść jakieś nowe elementy do muzyki?

Nigdy niczego nie planujemy. Wszystko, co robimy wydaje się być dziełem przypadku. Chcemy coś zrobić, więc to robimy. Nawalamy i patrzymy - co z tego wychodzi. Na tej płycie jak to nazwałeś "nowe elementy muzyki" nie wyszły z nas naturalnie. Następna płyta już się tworzy. Może tam? Bardzo jestem jej ciekaw.

Brzmienie płyty jest bardzo nowoczesne, czyste, dopieszczone. Gdzieś jakby zatracił się ten brud, a może mnie się tylko tak wydaje. To mały ukłon jednak w stronę współczesności, czy wyszło tak bez zamierzenia?

Jak zwykle nie było żadnego planu. Tak się poskładało i tak brzmi. Każdy zrobił co do niego należało, użył swojego ulubionego instrumentu, pomógł nam nasz ulubiony realizator w naszym ulubionym studio i jest co jest. Też się trochę zdziwiliśmy, ale inaczej być nie mogło. Takie nowo-technologiczne czasy. Nie dbasz zbytnio o brzmienie, a wychodzi:"... bardzo nowoczesne, czyste, dopieszczone".

Podjęliście współpracę z obiecującą firmą Witching Hour Prod., na której czele stoi Bart z Hermh. Jak doszło do współpracy? Nie wierzę, że nie było innych chętnych, wszak Magnus cieszy się w pewnych kręgach statusem legendy.

Już od kilku lat mieliśmy propozycje publikacji naszej ew. nowej płyty przez małe zagraniczne labele: USA, Chile, Chiny. Nie mieliśmy nic do zaoferowania, więc odmawialiśmy. Kiedy wstępnie zmiksowaliśmy materiał, wystosowaliśmy do świata tylko dwie płyty. Pierwszą do Mystic, drugą do Nuclear Blast. Nuclear napisała, że jest przepełniona, ale wcześniej zareagował Michał z Mystic, polecając Witching Hour jako najlepsze rozwiązanie dla Magnus, oferujące równocześnie swoją dystrybucję. Niemal w tym samym dniu zatelefonował do nas Bart z Witching i przedstawił propozycję. Wtedy wysłaliśmy jeszcze kilka płyt w świat i tam też znaleźli się chętni do współpracy. Były to wydawnictwa na poziomie Witching, albo nieco mocniejsze. Przeanalizowawszy, co dla nas najlepsze, postanowiliśmy, że zwiążemy się z polskim Witching Hour.

Co z koncertami promocyjnymi? Trochę czasu minęło od wydania płyty, a ciągle nie widać, żebyście się rozbijali po trasach. Aż tak źle w tym naszym kraju, czy wolicie ciepłe kapcie w domu?

Czekamy, aż skontaktuje się z nami osoba, która będzie potrafiła pociągnąć temat koncertów Magnus nie tylko w Polsce, ale globalnie. Mamy propozycje grania gigów na całym świecie, ale ktoś musiałby to logistycznie poukładać. Sama propozycja zagrania, to za mało. Jakoś trzeba dolecieć do Santiago de Chile i stamtąd przemieścić się do Mediolanu i dalej do Przemyśla. My tego sami nie zrobimy, bo interesuje nas tylko muzyka, szaleństwo i czad.
Byznez i układanie grafików nas nie dotyczy, w żadnym wypadku, nawet za cenę: być, albo nie być na scenie.

Wtedy, w latach 80-tych byliście niejako pionierami, zarówno w kwestiach muzycznych jak i pod względem wizerunku. Dziś taki groźny image nie jest już żadną kontrowersją, ale Wy pozostaliście przy swoich tradycjach. Warto jeszcze to robić?

Kiedyś tak to naturalnie czuliśmy. Tylko tak wyobrażaliśmy sobie przedstawianie naszego zamysłu muzycznego, naszych tekstów. To było dopełnienie, nieodzowny element naszego przekazu. Dzisiaj niewiele się zmieniło. Nasze teksty i muzyka (wg naszej wyobraźni) nadal wymagają wparcia ze strony wizualnej. Dopiero wtedy nasza "sztuka" staje się całością. Nie wiem, w którym kierunku pójdziemy na następnym albumie. Być może dopełnieniem będą białe kontusze. Image nie ma większego znaczenia, musi być tylko szczery, a wtedy zadziała nawet różowy kolor.

Ostatni Wasz album ukazał się szesnaście lat temu. Zbieraliście siły przez te lata by uderzyć jeszcze mocniej? Co się z Wami w tym czasie działo?

Python, w okresie kiedy przestawaliśmy współpracować, rozpoczął budowę swego studia nagraniowego, w którym zrealizował później mnóstwo materiałów, głównie zespołów metalowych. Rejestrował także swoje pomysły, ale raczej do własnego użytku. Reaktywował studyjnie zespół Splot, w którym działał jeszcze przed powstaniem Magnus.
Jaras, jest aktywnym perkusistą. Udziela się w różnych wrocławskich kapelach. Nagrał min. płytę z Blade Loki.
Ja jeszcze w czasach działalności Magnus zaangażowałem się w twór artystyczny - Mistrz Allegro - to były długie, psychodeliczne formy, mocno zakręcone, przypominające nieco King Crimson - odjazd, przestrzenie, swobodna myśl. W tym składzie grałem z basistą Deadbear, który nagrał właśnie nową płytę z Magnus. Nieco później, własny projekt Pseudo Artysta, porównywany do Zappy, a z czym się nie zgadzam - tu na perkusji udzielał się również Jaras i Deadbear. Kolejne moje wcielenie, to zespół Kilersi - heavy metal dla dzieci, a raczej dla rockowych rodziców, by mieli czego słuchać razem ze swoimi dziećmi. Ten zespół, to kontynuacja mojego pierwszego bandu Poison - czasy szkoły podstawowej.
Pozostali muzycznie się zapuścili. Rozpoczęli aktywne czerpanie przyjemności z życia.

Na przestrzeni lat zmieniał się też skład. Obecny jest idealny?

W każdym składzie zespołu Magnus była jakaś idea, i ten skład tę idee realizował. Każda idea wymagała innego składu, wiec te składy się zmieniały. W każdym przypadku skład miał swój sens i był najlepszy. Chociaż trzeba dodać, że Python, Jaras i ja, jesteśmy od początku tego, co rozumie się jako Magnus. Guzz też dołączył bardzo szybko, bo wtedy, kiedy kończyliśmy prace nad "Scarlet...", czyli w 1990 r., nową płytę nagrało właśnie tych czterech gości, plus Deadbear na basie, więc dzisiaj jest to najlepszy, idealny skład Magnus.

Jak zapatrujecie się na falę powrotów starych kapel? Wielu mówi o skoku na kasę, ale tak naprawdę niektóre powroty są naprawdę kapitalne. Nie boicie się wrzucenia do jednego wora z tymi powrotami "na siłę"?

Każdy powrót jest tak samo ekscytujący jak rozstanie. Patrzę na te zjawiska z naturalną aprobatą, o ile bije z nich prawda. Skoki na kasę raczej nie wchodzą w grę, bo po pierwsze, naszym zadaniem jest robić swoje i myśl o skokach i worach może tylko zniweczyć zamysł muzyczny, a po drugie, metal i kasa, to znaczenia, które się nawzajem wykluczają.

Wraz z Waszym powrotem pojawiły się też zdaje się wznowienia Waszych albumów, ale jakoś nie miałem okazji się natknąć. To oficjalne wznowienia, czy ktoś robi Wam za plecami jak to często bywa?

Z tego co wiem, to Bart wykupił, to co pozostało na świecie z amerykańskich reedycji: "Scarlet Slaughterer" i "Alcoholic Suicide", a przed nami ew. reedycyjne premiery: "I Was Watching My Death" i "The Gods Of The Crime demo". Jednak przyszłość, to zjawisko niezwykle abstrakcyjne dla mojego umysłu, dlatego będzie co będzie, czas okaże.

Podoba mi się okładka nowej płyty i cała oprawa graficzna wewnątrz opakowania. Gdyby tak jeszcze zrobić klip w tej konwencji...

Podobno coś takiego jest w planie: przyszłość - abstrakcja - Witching Hour.

Nie planujecie wypuszczenia jakiegoś DVD z materiałami koncertowymi? Na pewno coś rejestrowaliście kiedyś z myślą o przyszłości.

Jeśli pojawi się propozycja publikacji czegoś takiego, to mocno ją rozważymy, czyli pogrzebiemy i wygrzebiemy. Jednak babranie się w starociach nie jest niczym ekscytującym dla twórcy. Interesuje nas nieodgadnione, które czai się w przedsionku kolejnej płyty.

Jakie są Wasze plany na najbliższą przyszłość i cały rok 2011? Kiedy można się spodziewać nowego albumu? Mam, nadzieję, że nie za kolejne szesnaście lat.
Podpisaliśmy umowę na dwa albumy i nie dlatego, że tego wymagał wydawca, ale dlatego, że wypróżniamy się wręcz nowymi utworami. Mamy twórcze, metalowe rozwolnienie. Mocno pracujemy na premierę w 2012 roku.

To tyle ode mnie. Dzięki za dobry powrót i dobry album.

Dzięki za dobre słowo, Bracie.
Pozdrawiam wszystkich czytających te słowa!

Acceptance Of Death!!!
Ja zaakceptowałem - Rob Bandit


Autor: Atrej

Data dodania: 27.01.2011 r.



© https://www.METALSIDE.pl 2000 - 2024 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!