Moonspell - "Moonspell jest ponownie potężną siłą"


Z Fernando Ribeiro miałem już okazję porozmawiać przy okazji wydania przez Moonspell "Opus Diabolicum" - koncertu z orkiestrą symfoniczną. I choć wówczas skupiliśmy się właśnie na tym wydawnictwie, to wokalista uchylił także rąbka tajemnicy na temat nadchodzącego albumu studyjnego. No i rzeczywiście jest. "Far from God" ukazał się nakładem Napalm Records i doczekał się bardzo dobrych recenzji. Nie powiem, po bezpłciowym "Hermitage" miałem pewne obawy, ale gdy tylko odpaliłem przedpremierowo wysłany mi materiał, to banan nie schodził z twarzy. Jasne, może nie jest to najlepszy krążek Portugalczyków w ich bogatej dyskografii, ale jednak są tam momenty powodujące ciarki na plecach. Powstrzymać się nie mogłem i ponownie skontaktowałem się z kapelą, by tym razem dowiedzieć się wszystkiego o jej najnowszej propozycji. Oto więc ponownie Moonspell. Oto więc ponownie lider zespołu: Fernando Ribeiro. O "Far from God" i inspiracjach stojących za tym wydawnictwem!





Fernando Ribeiro: Cześć Tomasz! Słychać mnie dobrze?

MetalSide: Tak! A jak u Ciebie? Wszystko ok. z audio?

Tak. Jak najbardziej.

No to możemy zaczynać. A zacznijmy od tego, że za brzmienie nowego albumu Moonspell ponownie odpowiada Jaime Gómez Arellano. Co wniósł on do świata Moonspell? Co sprawiło, że współpracujecie z nim już od czasu "Hermitage"?

W przypadku "Hermitage" po prostu po raz pierwszy eksperymentowaliśmy z Jaime'em. No wiesz, to był album, na którym Moonspell poszukiwał nowych rozwiązań. Zwróciliśmy się do niego, bo był przyzwyczajony do współpracy z zespołami z bardziej progresywnej strony metalu, jak również z niektórymi zespołami, które są bardziej "indie" w ramach metalu. Miał niezłe portfolio. Było w nim coś takiego - pracował chociażby z Paradise Lost - że chcieliśmy zmienić producentów z "Extinct" i "1755". Wybraliśmy się do Wielkiej Brytanii. Zaprzyjaźniliśmy się. Teraz również mieszka w Portugalii, w Porto, gdzie nagrywaliśmy album. Myślę, że mimo iż pracowaliśmy ze znakomitymi producentami - Waldemar, Jens Bogren, Tue Madsen, Hiili Hiilesmaa - to on ma z nami pewną więź i bliskość, które również wniosły pewną wizję do tego albumu. To dość ciekawe, bo to my zwróciliśmy się do niego w sprawie "Hermitage", a teraz on przyszedł do nas mówiąc, że to bardziej typowy album Moonspell. "To wy robiący to, co potraficie najlepiej - łączycie metal z gotykiem - i naprawdę chcę zrealizować ten album". Myślę, że zdecydowanie zasługiwał na kolejną okazję, kolejną szansę z Moonspell i vice versa. Współpraca z nim była świetna, choć czasami wymagająca. Bo jest bardzo wymagającym producentem. Trzymał nad nami bat. My muzycy lubimy wchodzić do studia i eksperymentować, ale nie z nim - on miał swoją wizję tego albumu.

Kiedy zaprezentowaliśmy mu utwory, powiedział: "Cóż, to musi brzmieć tak i tak. Nie możemy mieć zbyt wielu warstw, wszystko musi brzmieć idealnie. Nie może to być ściana dźwięku - wszystko musi brzmieć jak oldschoolowo, organicznie: perkusja, bas. Bo czasami wasze nowe utwory mają zbyt dużo przestrzeni". Wydaje mi się, że był on na tej płycie kimś w rodzaju szóstego członka zespołu. Myślę, że ma w sobie coś, co jest naprawdę dobre. Nie chce, żeby wszystkie zespoły brzmiały tak samo. Słuchasz wielu płyt, nad którymi pracował i wszystkie brzmią trochę inaczej. W przypadku niektórych produkcji od razu można rozpoznać osobę odpowiedzialną za brzmienie. Ma też świetny gust. Zawsze elegancko się ubiera, zawsze nosi kapelusz, zawsze ma w sobie ten gotycki, metalowy pierwiastek, co też było bardzo ważne dla zespołu. Jesteśmy z niego bardzo zadowoleni i będziemy z nim współpracować w przyszłości, bo czujemy się z nim całkowicie swobodnie. Jest on na tyle szczery, żeby powiedzieć ci prosto w twarz, że nie dajecie rady, że po prostu coś ściemniacie. Myślę, że na tym polega nasza relacja. Zawsze świetnie się bawiliśmy z każdym producentem. Nie zrozumcie mnie źle, z niektórymi trudniej się pracuje, ale Jaime... To nie jest tak, że robi wszystko, czego chcemy - ma swoją wizję albumu, nad którą dyskutujemy. I w końcu dochodzimy do porozumienia co do tej wizji w ostatecznym miksie i finalnie "Far from God" jest albumem, który moim zdaniem brzmi naprawdę świetnie.

Notka promocyjna opisywała "Far from God" jako "Irreligious XXI wieku". Zgodziłbyś się z tym twierdzeniem? Bo moim zdaniem każdy album Moonspell był inny od poprzedniego. Nawet "Irreligious" było czymś zupełnie innym niż "Wolfheart".

Tak, wciąż pamiętam, czym "Irreligious" różni się od "Wolfheart". "Wolfheart" to obecnie ten wielki, legendarny album, o którym wszyscy mówią. I tak, uwielbiam go. Mam świetne wspomnienia z promowania go w trasie. Ale nie było tak od początku. To nie było tak, że ludzie w Polsce czy w Niemczech biegli do sklepów, żeby kupić "Wolfheart". To był dziwny album jak na debiut. Ludzie się zastanawiali, co to w ogóle jest. "Czy to folk metal? Czy to gothic metal? Czy to black metal?". Było tam sześć osób i każda z nich się rozpychała. To było naturalne, bo byliśmy bardzo młodzi, pełni zapału, prosto z Portugalii. Nawet nie spodziewaliśmy się, że pojedziemy do Niemiec nagrywać z Waldemarem. Wciąż to wszystko przetwarzaliśmy w głowach, kiedy tam byliśmy. Kiedy go usłyszeliśmy, a potem nawet pomimo tego, że ten album stał się tak legendarny i sprzedał się w tak ogromnej liczbie egzemplarzy, to sami nie byliśmy zadowoleni z obranego kierunku. Chcieliśmy więc zrobić coś bardziej bezpośredniego, bardziej spójnego, bardziej jednolitego - tak to ujmijmy - i taki był właśnie "Irreligious". I myślę, że "Far from God" czerpie trochę z tej prostoty łączenia metalu i gotyku bez zbyt wielu elementów pośrednich. A także dlatego, że utwory są chwytliwe i prostsze. Czasami trudniej jest być prostym niż skomplikowanym i wydaje mi się, że wielu fanów metalu właśnie tego oczekuje. Czasami, kiedy słucham niektórych współczesnych zespołów metalowych, jestem całkowicie przytłoczony, bo jest tam tak wiele elementów. Wiesz, są tam breakdowny, są gitary ośmiostrunowe, są te wszystkie solówki, te wszystkie partie wokalne, a ja czasami mam po prostu ochotę posłuchać czegoś prostszego, jak np. Iron Maiden. W przypadku Moonspell zadbaliśmy o to, by utwory były chwytliwe i zapadały w pamięć już przy pierwszym odsłuchu. Oczywiście opinie mediów są zawsze mocno wyolbrzymione, ale myślę, że istnieje tu pewien związek. Jest pewien związek, choć wiadomo: brzmi to inaczej - w końcu minęło już 30 lat od czasów "Irreligious". Ale są tu trochę podobne motywy, jest ten sam klimat i ta sama prostota. Myślę, że właśnie dlatego tak go określono.

Po raz pierwszy autorem Waszej okładki jest Eliran Kantor. Ten obraz był jego własną wizją, czy może pracował według Waszych wytycznych?

To była jego własna wizja. To była jedna z tych rzeczy, co do których byłem pewien w związku z tym albumem - zanim jeszcze miał on tytuł. Uwielbiam prace Elirana Kantora. Myślę, że jest kimś znacznie więcej niż tylko projektantem okładek. Uważam, że to prawdziwy artysta, którego prace mogłyby trafić do muzeum, wiesz? I mam nadzieję, że prędzej czy później tak się stanie, bo jego prace to zdecydowanie coś więcej niż tylko okładki płyt muzycznych. Kolekcjonuję niektóre z albumów, tylko po to, by mieć daną okładkę - niekiedy nie jestem nawet wielkim fanem konkretnej grupy. Chcę mieć ten... przedmiot. Myślę więc, że był pierwszą osobą, którą zatrudniłem. W 2023 roku wysłałem mu e-mail. To bardzo zapracowany facet, więc napisałem: "No cóż, chcę cię zatrudnić, chcę z tobą pracować nad tym albumem. Wciąż nie mam utworów, wciąż nie mam tytułu albumu, ale wiem, że jesteś zajęty, więc spróbujmy znaleźć jakiś kompromis". Tak więc pisałam z nim i muszę powiedzieć, że na szczęście zawsze ignorował moje sugestie (śmiech). Bo tak naprawdę sam nie wiedziałam, czego chciałem. Eliran, podobnie jak Jaime, miał swoją wizję tego albumu. Jak już zbliżaliśmy się do deadline'u, po tym jak wysłaliśmy Eliranowi kilka demówek, a wcześniej przekazaliśmy mu mnóstwo informacji, to przesłał mi czarno-biały szkic tego, co stało się okładką albumu "Far from God", wraz z wyjaśnieniem. Nie musiał mi niczego wyjaśniać ani wysyłać tekstu - to była uprzejmość z jego strony. Powiedział, że miał już wcześniej ten pomysł, ale nigdy nie wykorzystał go przy żadnym z zespołów - czekał na odpowiednią muzykę i na odpowiedni zespół. Eliran od dawna jest fanem Moonspell i bardzo spodobał mu się ten album, a ja pomyślałem: "Wow, to jest nawet ważniejsze, bo już miałeś ten rysunek". Nie był jeszcze kolorowy - tylko czarno-biały. Wyjaśnił mi, że nie chciał tworzyć okładki z wilkiem ani z facetem na krzyżu, mówiącego wiesz: "jestem daleko od Boga" (śmiech). Nie chciał popadać w banał. Chciał oddać to, jak ten album na niego oddziaływał, a było to przede wszystkim poczucie obcości, dystansu.

Przedstawił coś, co jest bardzo ważne w kulturze zachodniej i kulturze katolickiej, a mianowicie pocałunek. Pocałunek w naszej kulturze może oznaczać - niezależnie od tego, czy jesteśmy osobami wierzącymi w Boga, satanistami czy ateistami - uczucie lub dystans. Może to być miłość, może oznaczać zdradę. I jeden z tych naprawdę ważnych szczegółów na okładce, to gilotyna wisząca nad głową mężczyzny. Nic nie wiesz. Nie wiesz, czy ona całuje go na pożegnanie, czy też wabi go na pewną śmierć. I myślę, że to świetnie, kiedy masz grafikę, która opowiada historię i wzbogaca album. Nie powiem, że to najlepsza okładka, czy nasz najlepszy album, bo jestem za stary na te bzdury (śmiech). Ale chodzi o to, jak to wszystko się łączy, wiesz? To coś, co naprawdę mi się podoba. Jedną z rzeczy, o które poprosiłem Elirana, było wyobrażenie sobie, że to nie jest okładka "Far from God", ale po prostu obraz w muzeum. Myślę, że ludzie będą się zatrzymywać, żeby na niego spojrzeć - i uważam, że to świetna sprawa. Tak bardzo nam się podoba, że nie chcieliśmy nawet żadnego logo (śmiech).

Ostatnio występujemy z orkiestrą i czasami gra ona nasze utwory - brzmi to tak pięknie, a potem my musimy wyjść i zagrać z nimi. Niekiedy czujemy wręcz, że psujemy nastrój. Poprosiłem więc ElIrana o wdrożenie logo - więc jest bardzo dyskretne. W naszej własnej edycji zespołowej, którą sprzedajemy w naszym sklepie, nie ma żadnego logo, nie ma napisu "Far from God". To również nasze podziękowanie dla ElIrana. Myślę, że okładka jest piękna i opowiada pewną historię. Jak otrzymałem egzemplarze promocyjne, to często na nią patrzyłem. Kocham sztukę i uważam, że to zdecydowanie wyższa półka. Czasami mówię, że warto było nagrać "Far from God", choćby po to, żeby pracować z Eliranem (śmiech).



Wybranie pierwszego singla zawsze jest wyzwaniem. Dlaczego postawiliście na utwór tytułowy?

Tak jak mówisz: to zawsze jest wyzwanie. Bo wiesz, Moonspell działa już od trzech dekad. Zaczęliśmy wydawać muzykę w czasach, kiedy wypuszczanie singli było, delikatnie mówiąc, zupełnie nie na miejscu dla metalowego zespołu. Jeśli miałeś singiel, uchodziłeś za komercyjnego. Potem sytuacja się zmieniła. Przemysł muzyczny się zmienił, a my wciąż tu jesteśmy. Branża niejako nas do tego zmusza, i nie można za to winić tylko zespołów, ale także fanów. Ludzie domagają się różnych rzeczy, chcą "przetestować" album. To wszystko prowadzi do zamieszania, bo jeśli chodzi o tworzenie albumów, to wciąż jesteśmy oldschoolowi. Nie chcemy trzymać się tylko singli. Nie jesteśmy mainstreamowym zespołem popowym. Nie kupujemy tej retoryki, że ludzie nie mają czasu na słuchanie muzyki, że będą słuchać tylko kilku piosenek. Że masz nagrać kilka kawałków, masz wypuścić kilka singli lub teledysków, a potem masz ruszyć w trasę i grać stare kawałki. Zawsze pomiędzy tym wszystkim jest sporo szumu. Tak jak mówisz, trudno jest wydać singiel, a jest mnóstwo muzyki, z której wywodzi się "Far from God". Musimy jednak wysłać kogoś na pole bitwy jako pierwszego. No wiesz, gwardię, żołnierzy czy kogokolwiek, kto chce walczyć. Pomyślałem więc, że "Far from God" to piosenka, która najlepiej reprezentuje album. To mogło być zaskakujące, bo jest bardzo prosta i bardzo chwytliwa, a ludzie nie bardzo wiedzieli, czego się spodziewać po "Hermitage". Do tego teledysk wyszedł świetnie - ma taki filmowy klimat.

Sam numer czerpie inspirację z kina, na przykład z filmu "Nosferatu" Roberta Eggersa oraz ze starych filmów Murnau'a. Trzy single zapowiadają "Far from God". Mamy utwór tytułowy, jest też "Cross Your Heart" - który jest utworem otwierającym album. To już bardziej wyważona piosenka: ma w sobie więcej riffów, więcej groove'u. No i jest też "The Great Wolf in the Sky", który jest już bardziej typową kompozycją Moonspell, klimatyczną, zawierającą growle. Ale jak to mówisz, zawsze zachęcam ludzi, żeby znaleźli czas na wysłuchanie całego albumu, ponieważ jest w nim pewna historia. Zespół pracował nad wszystkimi utworami, spotykaliśmy się, żeby wybrać, który utwór będzie na początku, a który na końcu - no wiesz, ze względu na brzmienie, na nuty, na melodię. Zawsze mamy nadzieję, że ludzie nie będą oceniać albumu wyłącznie na podstawie singli. Oczywiście najpierw będą mieli dzięki nim jakiś jego obraz - co jest w porządku, bo w końcu są jego częścią. Ale mam nadzieję, że dadzą też szansę samemu albumowi. Mieliśmy sesję odsłuchową tutaj, w Sintrze w Portugalii z setką fanów. Bardzo podobało im się to doświadczenie. Oczywiście pili wino, więc być może dlatego, ze byli pijani (śmiech). Szczególnie po trzecim utworze, który nazywa się "Biblical" widać było takie zaciekawienie: "Ok., teraz wkraczamy na całkiem nowe terytorium". Jestem więc całkiem pewny tego materiału. Myślę, że to solidny album, który łatwo wpada w ucho. Jak na razie wszystko wygląda dobrze.

Wspomniałeś, że jedną z inspiracji był film Roberta Eggersa. Co się stało, że tak długo musieliśmy czekać na dobry film o wampirach? Bo taki "Byzantium" Neila Jordana wyszedł w 2012 roku, a rok po nim "Tylko kochankowie przeżyją" Jima Jarmuscha. Od tamtej pory cisza.

Tak, film Jima Jarmuscha to jest coś. Są też filmy... Bardzo lubię filmy o wampirach, które tak naprawdę nie są o wampirach, jak na przykład właśnie dzieło Jima Jarmuscha. Mają inny sposób opowiadania historii. Jest też "The Addiction" Abela Ferrary - świetny film. Jest także "The Hunger" z Davidem Bowie. Mają w sobie coś popkulturowego. Ale hardkorowe filmy o wampirach trochę straciły na popularności, i wydaje mi się, że Robert Eggers naprawdę stworzył... Lubię też "Draculę" Luca Bessona. Wiele osób go nienawidzi, bo czasami jest dość zabawny. W taki sposób jak np. film Romana Polańskiego o wampirach - wręcz miejscami burleskowy. Naprawdę lubię tę książkę, podoba mi się ten film, lubię tego aktora. Kiedy tak o tym mówimy, to były dwa momenty na "Far from God", które były naprawdę ważne. Jednym z nich było obejrzenie filmów Roberta Eggersa, bo uwielbiam jego dzieła - na przykład "The Lighthouse" to jeden z moich ulubionych filmów. Kiedy oglądałem jego film, to czułem jakby F. W. Murnau przeniósł się do roku 2024 i nakręcił horror, wykorzystując wszystko, co było dostępne. A wiesz, Murnau był znany z tego, zwłaszcza w "Fauście", że w 1923 czy 1922 roku wykorzystywał wszystkie dostępne zasoby - od fotografii, przez studio, po rekwizyty. Sam tworzył wszystko do swoich filmów. Więc oglądałem ten film Eggersa i wiesz, nie jestem ekspertem od kina, ale uważam, że naprawdę uchwycono to przesłanie, sedno tego, czym jest Dracula, Nosferatu w literaturze. A mianowicie jest to po prostu człowiek zajmujący się swoimi sprawami, dopóki nie zostanie mu odebrana miłość - wtedy rozpętuje się prawdziwe piekło. Nie widzi on wówczas niczego innego, jak tylko spróbować wszystkimi siłami odzyskać to, co stracił. To, co świat, bogowie, ludzkość mu odebrały. I myślę, że taka właśnie jest postać wampira.

Myślę, że Dracula jest tak samo ważny jak Frankenstein, Faust, doktor Jekyll i pan Hyde. Myślę, że to jedno z tych kluczowych dzieł literackich. Literatury europejskiej, brytyjskiej, czy północnoamerykańskiej, które naprawdę jest obrazem straty i bólu oraz tego, jak wiąże się z tym miłość. A to, co widziałem poza tymi filmami, o których wspomniałeś, to albo wampiry idą w fantasy, albo wampiry idą w humor. Podchodziłem do tego bardzo chłodno, zwłaszcza gdy słuchałem wypowiedzi Billa Skarsgårda. Pomyślałem sobie: "Cóż, zrobiłem coś takiego w '95 roku". On mówił tak, jak ja mówiłem w "Vampirii" (śmiech). To było na zasadzie żartu, ale czułem z tym pewną więź. A inną rzeczą, która połączyła mnie z powrotem z gothic metalem, był album szwedzkiego Tribulation: "Sub Rosa in Æternum". Myślę, że to było w tym samym roku, 2024. Byłem wtedy w domu, kiedy zadzwonił do mnie znajomy i zapytał: "Śpiewasz na nowym Tribulation? Bo jest całkiem niezły". Odpowiedziałem, że nie śpiewam, ale od razu mnie to zaciekawiło. Zajrzałem na Spotify, a potem kupiłem płytę winylową i bardzo mi się spodobała. Pomyślałem, że nagrali świetny album. Więc wziąłem płytę, poszedłem do Ricardo oraz Pedro i zapytałem: "Hej, co my właściwie robimy? Ci goście robią to, co my powinniśmy!". Tribulation to świetny zespół i obrali świetny kierunek. I to zaskoczyło u nas. To nie jest tak, że chcemy z nimi konkurować - jesteśmy przyjaciółmi i uważam, że nagrali niesamowity album. Bardzo mi się podoba. Zresztą zagramy razem na polskim Castle Party. Nie mogę się doczekać, żeby obejrzeć ich występ (wywiad przeprowadzony przed Castle Party-dop. red.), bo nie byłem jeszcze na żadnym ich koncercie z tym repertuarem - oglądałem je tylko na YouTube. No ale to było dla nas coś w rodzaju sygnału alarmowego, żebyśmy trochę powrócili do tej moonspellowej, gotycko-metalowej magii. A jeśli chodzi o wampiry, to znów czuję z nimi większą więź, bo od kiedy zacząłem studiować filozofię, zagłębiłem się intelektualnie w wiele spraw. Teraz, kiedy mam 51 lat to ponownie czas powrócić do klasyki. Nawet jeśli chodzi o książki, które czytam... Jasne, czytam oczywiście współczesne książki. Nie chcę żyć wyłącznie przeszłością. Czytam francuskie dzieła, jest też Solà i mnóstwo innych rzeczy - i mi się podobają. Klasyki są dla mnie tym, czego potrzebowałem, aby przetrwać w tym pokręconym świecie, w którym wszyscy po prostu pociągają za sznurki.


Wyjątkowym momentem na nowej płycie jest "The Great Wolf in the Sky". To hołd złożony fanowi, który zmarł zanim album został ukończony. Możesz powiedzieć nam coś więcej?

Cóż, album był już gotowy, a my właśnie wracaliśmy do Portugalii, kiedy dotarła do nas wiadomość, że Pedro Pieres zmarł. W bardzo makabryczny sposób, bo zmarł w kościele. Był na czuwaniu przy zmarłym ojcu swojego przyjaciela. Byli więc w kościele, oddając hołd zmarłemu - jest taki zwyczaj w Portugalii. Być może w Polsce też macie coś takiego, że noc przed pogrzebem czuwamy przy zmarłym, a potem odbywa się pogrzeb. No wiesz, jest bardzo katolicko, jest wielka procesja, i to wszystko trwa bardzo długo. Więc dostałem wiadomość i natychmiast zadzwoniłem do jego żony. Nazywa się Sonia i ma córkę. Rozmawialiśmy i wiesz, on był wielkim fanem. Pochodził z mojej okolicy, więc był z nami od czasów, gdy Moonspell był jeszcze Morbid God. Pamiętam, że chciał słuchać metalu, ale my go odsuwaliśmy na bok (śmiech). Bo wiesz, kiedy on słuchał Maiden czy Slayera, to my już słuchaliśmy Kinga Diamonda i Bathory. Więc miał trochę kłopotów z nami, z chłopakami z Moonspell, bo to był zamknięty krąg. Ale potem się do niego dostał. Wiesz, byliśmy po prostu dzieciakami. Wydaje mi się nawet, że został pochowany w koszulce Moonspell. No i kiedy rozmawiałem z wdową, to powiedziała mi, że w jego domu, w rodzinnym gronie nazywali go Wilkiem. Poprosiłem więc o to, by pozwoliła nam zadedykować mu tę piosenkę. Bo wiesz, "The Great Wolf in the Sky" to prosty tekst - nie chodzi tu o wilka jak w "Wolfheart": silne zwierzę zaznaczające swoje terytorium i pokazujące kły, tak jak to robiliśmy, gdy byliśmy młodsi. Bardziej chodzi o dojrzałego wilka na niebie, który jest jak boska, opiekuńcza postać. Kosmiczny wilk. Więc kiedy Pedro umiera... Wiesz, nie wiem, czy wierzę w życie po śmierci. Nie wiem, nie mam zdania, jutro może się to zmienić. Ale coś się dzieje - symbolicznie Pedro dołączył do czegoś większego. To może być niebo, to może być piekło - choć był z niego dobry facet! (śmiech). To mogą być gwiazdy, albo konstelacja, albo sama ziemia. Zaczął być jednak kimś więcej - przestał być tylko Pedro. Udał się w miejsce bardziej "kosmiczne". Więc tekst piosenki jest o tym. Myślę więc, że muzyka służy także do oddania hołdu. To nie tylko zarabianie pieniędzy, dążenie do sławy, podróżowanie po świecie i zdobywanie fanów. Myślę, że muzyka jest czymś wyjątkowym. Zawsze mówię, że muzyka może być wszystkim, jednocześnie będąc nic nie wartą. Bo za pomocą muzyki nie zbudujesz łodzi, nie upieczesz chleba - musisz użyć mąki, nie? Muzyka to coś niematerialnego. Ale ludzie rodzą się cały czas, a matki wybierają piosenkę, którą puszczają w pokoju dziecięcym. Wiele razy pytano mnie, jaką piosenkę chciałbym, żeby zagrano na moim pogrzebie. Wiele osób już odpowiadało, że coś Moonspell. Co uznałem za bardzo tragiczne, ale też ważne. Myślę więc, że to dobry hołd dla Pedro. Był naprawdę miłym facetem i... wielkim fanem Moonspell.

W jednym z wywiadów powiedziałeś: "Po "Hermitage" myślałem, że już nie ma we mnie tego ognia". Czy "Reconquista" z tekstem nawiązującym do debiutu, to swego rodzaju deklaracja? Moonspell wraca do pełni sił? Jesteście tak mocni, jak na początku?

Myślę, że jestem teraz silniejszy. Wiesz, teksty Moonspell są bardzo osobiste. Moonspell jest dla mnie bardzo osobisty. Myślę, że to oczywiste, również dla pozostałych członków zespołu, ale może nawet bardziej dla mnie, ponieważ jestem tu od czasów Morbid God. W Moonspell istnieje tradycja, że ostatni utwór - czy to "Alma Mater", "Fullmoon Madness", "Tired" z "The Butterfly Effect", czy "The Future is Dark" z albumu "Extinct" - jest utworem o największym znaczeniu. Jest wolniejszy, bardziej epicki. I dotyczy Moonspell. Opowiada o tym, czego wymaga bycie w zespole. Nie zapominajcie, że pochodzimy z Portugalii. Bycie w zespole nie jest u nas czymś tak powszechnym. Wiesz, żeby mieć zespół taki jak Moonspell z Portugalii. Jasne, teraz mamy Gaerea - i na szczęście! I mieliśmy inne zespoły, ale to wciąż jednak rzadkość. Zespoły ze Szwecji - jest ich tuzin, co najmniej - są bardzo dobre, ale nie jest to wielkim zaskoczeniem, gdy słuchasz zespołu ze Szwecji. Mają do tego wszystkie warunki. Ale w Portugalii bycie w zespole to prawdziwa walka. Więc w 2018 roku wyruszyliśmy w trasę z Rotting Christ, co było dla nas bardzo trudne. Potem Mike odszedł z zespołu, potem nadeszła pandemia, a potem "Hermitage". Zastanawiałem się, czy mam jeszcze coś do wniesienia do muzyki i tekstów Moonspell. A kiedy mam wątpliwości... Bo nie jestem szefem, ale to ja kieruję zespołem. Muszę wymyślić koncept, muszę napisać teksty, żeby muzyka mogła się wybić. To nasz sposób pracy. Przez dłuższy czas poświęciłem się więc słuchaniu muzyki i zgłębianiu dziedzictwa, z którego czerpiemy inspirację. Ważne było dla nas, żeby zagrać koncerty skupione na "Wolfheart", ważne było też, żeby zrealizować ten pomysł z orkiestrą. Wszystkie te drobne elementy pomogły mi więc skleić to, co dla mnie było rozbitym wazonem, rozumiesz?

Czasami, kiedy coś sklejasz, to staje się to jeszcze mocniejsze. Czuję się więc bardzo dobrze w Moonspell i jestem pełen entuzjazmu. Czuję też, że Moonspell jest ponownie potężną siłą, potężnym głosem na naszej scenie metalowej. To nie jest jak w przypadku wielkich zespołów z głównego nurtu - nie gramy jak Sabaton w wielkich halach, czy największych festiwalowych scenach. Ale mamy swoją wartość i mamy swoich fanów, i na pewno teraz jestem za to bardzo wdzięczny. A więc w "Reconquista" nie chodzi o wyrzucenie muzułmanów z naszych krajów. To już przeszłość. "Reconquista" oznacza odzyskanie, ponowne podbicie. I myślę, że to, co odzyskujemy dzięki temu albumowi, to... Moonspell. Pozwoliło nam to skupić się bardziej na przyszłości, i myślę, że dzięki temu możemy być z siebie trochę bardziej dumni. Co moim zdaniem jest świetną i bardzo potrzebną rzeczą. Bo kiedy podróżujesz to - w sensie metaforycznym - cierpisz. Odczuwasz ból, tęsknisz za domem, za dzieckiem, za żoną, wpadasz w kłopoty w trasie, eksperymentujesz, a czasami jesteś tak zdesperowany, że możesz popełnić tragiczny czyn. Często widzimy: muzycy popełniają samobójstwa lub umierają samotnie w tour-busach. Więc to nie jest łatwe życie. Dlatego naprawdę chciałem powiedzieć ludziom poprzez "Reconquista", że jesteśmy tu, i zostaniemy. Do pewnego momentu, bo przecież nie osiągniemy statusu Judas Priest, Iron Maiden czy Metalliki - to są naprawdę wielkie zespoły. To szalone, że jak ich słuchałem, to byłem w wieku moich dzieci, a oni wciąż działają i wciąż mogę oglądać ich na żywo - to naprawdę coś pięknego. Nie sądzę, żeby tak się stało z Moonspell, ale dopóki tu jesteśmy, to musimy się trzymać.

W ramach promocji nowego albumu wypuściliście "Far from God and Other Spells". Już wcześniej mieliście coś takiego przy okazji "Hermitage" z "Before the Lights Go Out". Zgaduję, że cover "Joy Division" to wersja z "Darkness and Hope". A skąd wzięliście kawałki w wersjach na żywo?

Cóż, dokładnie nie pamiętam, ale wszystko znajdziesz w trackliście. Wydaje mi się, że pochodzą one z trasy, którą zrobiliśmy z Insomnium po pandemii. Nie była ona łatwa, bo ludzie wciąż nie wierzyli, że koncerty się odbędą, więc w niektórych miejscach było naprawdę dobrze, a w innych naprawdę źle. Ale obecnie, po ponad trzydziestu latach z Moonspell, pamiętam miejsca i koncerty, na których graliśmy, a które były absolutnie niesamowitymi przeżyciami, ale nie mieliśmy sprzętu, żeby je nagrać. Obecnie, podobnie jak wiele zespołów, nie chcemy zajmować się tworzeniem contentu, jeśli wiesz, o co mi chodzi. Ale musimy mieć naszą spuściznę, musimy mieć naszą skrzynię. Bo kiedy jakiś magazyn prosi nas o coś, naprawdę musimy pogrzebać w naszych skrzyniach ze skarbami i udostępnić to. To też fajne dla naszych fanów. Myślę więc, że te utwory zostały nagrane podczas naszej europejskiej trasy z Insomnium. Ale po prostu grzebałem razem z Pedro w naszej sali prób - mieliśmy tam małą przebudowę. Odkopaliśmy kilkadziesiąt taśm DAT z tras "Wolfheart" i "Irreligious". Może nie brzmią one najlepiej, może nie słucha się ich za dobrze, ale czasami czuję, że Moonspell to nasze muzeum, a ja jestem jego kustoszem. Czasami po prostu pozwalamy ludziom zapoznać się z tymi mniej znanymi rzeczami. Myślę, że teraz jest dobry moment, aby zacząć dzielić się tymi klejnotami. Myślę więc, że fani mogą spodziewać się więcej takich rzeczy - nie zawsze muszą za to płacić lub kupować magazyn, aby je zdobyć. Czasami znajdą je na naszych profilach, na naszym kanale na YouTube. Zamierzamy tam udostępnić parę rarytasów. W tym roku mija 30 lat "Irreligious", więc prawdopodobnie wydamy specjalną edycję z płytą, tabulatorami na gitarę i prawdopodobnie albumem koncertowym, ale nie z obecnego okresu działalności Moonspell, tylko z przeszłości - z całym jej urokiem i niedoskonałościami.

Czekam więc! To by było wszystko, co przygotowałem, więc bardzo dziękuję za poświęcony czas i cóż, życzę miłego dnia!

Dzięki Tomasz! Bardzo dziękuję za ten wywiad! To była dla mnie przyjemność! Do widzenia!




Autor: Tomasz Michalski

Data dodania: 13.09.2026 r.



© https://METALSIDE.pl 2000 - 2026 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!