Kontagion - "Wizja tego albumu się nie zmieniła"


Kontagion to kapela, którą znam i obserwuję już od dłuższego czasu. Zdarzało mi się recenzować jej wydawnictwa, a i nawet na jednym z koncertów wpadłem na jej lidera, z którym do tej pory utrzymuję kontakt. Zespół powstał w 2007 roku w Bydgoszczy, by tworzyć dźwięki brudne i niestandardowe, no i trzyma się tej misji do dziś. Dwa lata temu usiadłem sobie z Damianem "Sfensonem" Bednarskim, by prześledzić historię formacji i poznać jej najbliższe plany na przyszłość. Muzyk przyznał wówczas, że na ukończeniu są prace nad kolejnym krążkiem. Ten jednak ukazał się dopiero w tym roku. Trzeba było więc nadrobić ostatnie dwa lata i dowiedzieć się skąd w ogóle opóźnienie przy wydaniu "I". A że po drodze pojawił się jeszcze interesujący split, a i grupa zmierzyła się także z repertuarem Cannibal Corpse, to wiedziałem, że do krótkich ta rozmowa należeć nie będzie.





MetalSide: Cześć! Zacznijmy od tego, że całkiem niedawno świętowaliście premierę swojego nowego albumu. Co ciekawe: piątego, ale jednocześnie "pierwszego". Dlaczego ta rzymska jedynka w tytule?

Damian "Sfenson" Bednarski: Zacznę od tego, że powiedziałeś "piątego". Ja tak naprawdę patrzę na to, jak na szósty album. Kolaborację z Fatigue może nie każdy będzie zaliczać jako pełny krążek, ale jednak wymagał tyle samo pracy, serca i włożonej energii, co proces komponowania własnego materiału. Uważam, że "I" to właśnie szósty album, a tym piątym jest kolaboracja. Pomysłodawcą rzymskiej jedynki był Piehoo, który z jednej strony proponował kontynuację tych różnych symboli, które pojawiały się już wcześniej w tytułach albumów, jak debiut "[R-!-Ǝ]", czy druga płyta, "[R-!-Ǝ]LENTLESS", lub EP "KO[R-!-E]". Z drugiej rzymska jedynka… Nie chcę mówić, że oznacza nowy początek, bo już jesteśmy na tym etapie, że jesteśmy ze sobą ograni, wiemy, czego od siebie oczekujemy i wiedzieliśmy, co komponujemy. Na pewno miało to jednak symbolizować pewien powiew świeżości. Mamy dużo rzeczy, które wcześniej się w naszej muzyce nie pojawiały.

Liczyłeś na to, że premiera nowego albumu odbędzie się jeszcze w 2025 roku. Dlaczego to się wszystko "delikatnie" opóźniło?

Zmieniliśmy wytwórnię - przeszliśmy z MOANS Music do Zoharum. Pewnym warunkiem… Może nie warunkiem, bo nam tego nie narzucono. Maciej Mehring powiedział, że chętnie nam to wyda, ale też i zapytał, czy moglibyśmy się uzbroić w cierpliwość i poczekać z wydaniem tego albumu w późniejszym terminie. Odpowiedziałem, że jak najbardziej, bo chciałbym być po prostu wydanym w tak zacnym wydawnictwie. W międzyczasie wypełniliśmy to oczekiwanie splitem, który nazywa się "Szpont". Co śmieszne, split wyszedł w październiku 2025 roku, nowy album w kwietniu 2026 roku, ale tak naprawdę zawartość splita nagraliśmy później niż zawartość albumu.

Jak to się w ogóle stało, że Wasz wzrok padł właśnie na Zoharum?

Wiesz co? Zoharum i MOANS to w zasadzie taka jedna, wielka rodzina. Jak się obcowało z MOANS, to się obcowało z Zoharum i vice versa. Techniczne rzeczy pokroju tłoczenie płyt, czy drukowanie okładek MOANS załatwiało przez Macieja z Zoharum. Znaliśmy się już od wielu, wielu lat. W MOANS Music były wydane, jeśli się nie mylę, cztery wydawnictwa. Poczułem, że chciałbym spróbować pod innymi skrzydłami - sprawdzić, czy może uda się dotrzeć do nowych odbiorców. I stąd właśnie ta decyzja. Z Maciejem były już rozmowy na ten temat od dwóch czy trzech lat. Zastanawiał się, czy nie rozszerzyć wachlarza swojej wytwórni o jakieś takie granie gitarowe, ale ciągle jednak niestandardowe. Wydaje mi się, że pasowaliśmy idealnie.

Dwa lata temu o tym nowym materiale mówiłeś, że to trochę Deftones, Helmet, Quicksand, będzie troszeczkę sludge metalu, godfleshowego industrialu, trochę post-metalu. Coś się zmieniło w kwestii tej pierwotnej wizji? Coś doszło do tego całego amalgamatu?

Właśnie nie. Moja wypowiedź sprzed dwóch lat jest ciągle aktualna, bo już wtedy znaliśmy zawartość albumu - mieliśmy ją już praktycznie nagraną. Była w trakcie miksów. Nic, poza brzmieniem, się w tej kwestii nie zmieniło. Jedyne zmiany to te, o których opowiadałem. Doszedł "Szpont", na który nagraliśmy numer "Everything in Vain", który ma 21 minut i 37 sekund. Był on niejako rozwinięciem pomysłów, które teraz wymieniłeś. Rozwinięciem tego sludge'u, rozwinięciem tego doomu, rozwinięciem tego post-hardcore'a. Odpowiadając więc na Twoje pytanie: nie, wizja tego albumu się nie zmieniła.

Skoro już jesteśmy przy temacie "Szpont": skąd w ogóle pomysł na to, by z Kontagion zagrać właśnie coś takiego?

Graliśmy na wspólnym koncercie z kapelami, z którymi ostatecznie zrobiliśmy tego splita. Bardzo spontanicznie padło wtedy hasło, by zrobić coś takiego. Jak takie rzeczy padają pod wpływem emocji, po udanym koncercie, fajnym spotkaniu ze znajomymi, to ja zawsze traktuję je z pewnym przymrużeniem oka. Okazało się jednak, że to faktycznie się rozwija. Inne kapele zaczęły coś działać w tym temacie, więc i my do tego przysiedliśmy. Z góry było zapowiedziane, że robimy jeden numer i będzie on trwał 21 minut i 37 sekund. Zaczęliśmy go budować od podstaw - ja już miałem w głowie pomysł, by zaczynał się i kończył sprzężeniami gitar i basu. Nagrywaliśmy je osobno - po kilkanaście minut w sali prób. Zaprzyjaźnione kapele mieszkające obok nas pukały i pytały, co się dzieje. My odpowiadaliśmy, że "to jest właśnie industrial". Tym razem nie czerpaliśmy sampli z Internetu tylko nagrywaliśmy swoje własne. Jak mijaliśmy np. jakieś roboty drogowe, to zaraz wychodził telefon z kieszeni i było to wszystko nagrywane. Ja jakoś w tym czasie w pracy zmienialiśmy magazyn, więc było spore zamieszanie - i jak posłuchasz "Everything in Vain", to znalazło się tam sporo dźwięków z tej przeprowadzki. Tempo było z góry ustalone - industrialność miała zostać, ale zrobić mieliśmy właśnie taki doomowo-sludge'owy, post-hardcore'owy, bardziej "plamiasty", jak również i post-metalowy numer. Bo w środku kawałka się zatrzymujemy i jest taka długa część klawiszowa - to coś mocno zainspirowane twórczością Neurosis. Wiedzieliśmy więc dokładnie co robimy tworząc ten utwór.

A dlaczego wersja fizyczna tego wydawnictwa ukazała się tylko i wyłącznie na kasecie magnetofonowej?

Uznaliśmy, że zawartość tego materiału jest bardzo analogowa. Mimo że oczywiście całość została nagrana cyfrowo. Chodzi o wszechobecny brud taśmy na nagraniach wszystkich kapel - w tym również i naszym kawałku. Naturalną koleją rzeczy było to, że to powinno się ukazać właśnie analogowo, a nie cyfrowo. Wpadliśmy więc na pomysł kasety. I prawdopodobnie tak właśnie zostanie - raczej nie planujemy wydania tego na CD.

A kto odpowiada za okładkę? Bo ona też została pomyślana w taki sposób, by ładnie wyglądała "w pionie".

Tak, to był taki mały prztyczek w nos… Cóż, Julian, czyli wokalista Grilled Witch i pomysłodawca tego całego splita zaprojektował dwie wersje okładki. Była taka pseudo-CD, gdzie było widać, że to takie CD z gatunku tych "zajechanych" - choć mi osobiście bardziej przypomina to "zajechany" winyl. Jest tam nawet odkształcenie od płyty. No i zrobił też całość w wersji kasetowej.

A jak na brzmienie tego nowego albumu Kontagion wpłynął Fatigue? Bo już w poprzednim wywiadzie powiedziałeś, że dzięki waszym długim rozmowom o muzyce otworzyliście się na nowe style.

Tak, wydaje mi się, że nowy album nie brzmiałby tak jak brzmi, gdyby nie nasza przygoda z Fatigue. Mieli na nas duży wpływ: na sposób komponowania, na sposób patrzenia na muzykę. Gdyby nie oni, to chyba nie mielibyśmy na tym albumie takich dziesięcio czy ośmiominutowych kawałków. Tak, na "Kontagion" z 2019 roku jest jeden minut trwający ponad 7 minut, ale to był wyjątek od reguły. Nasze kawałki nie były tak długie. A po artystycznej przygodzie z nimi teraz normą dla nas jest robienie ośmiominutowego utworu. I ani się przy tym nie męczymy, ani nie wydłużamy go na siłę. Jesteśmy teraz na etapie, gdzie mamy jeden, nowy, świeżutki numer skończony - i wyszedł nam na 9 minut. I to bardzo naturalnie. To jest właśnie ta pozostałość po przygodzie z Fatigue.


Mówiłeś też wcześniej, że chciałbyś by miksem zajął się Martin z Fatigue - bo byłeś bardzo zadowolony z brzmienia albumu kolaboracyjnego. Dlaczego więc ostatecznie sam się wszystkim zająłeś?

Ponieważ bardzo mi kibicował. Uwierzył w to, że będę w stanie zrobić to szybciej, lepiej i bardziej zgodnie z moją wizją. No i nie będę także ukrywał: kwestia finansowa. Bo ostatecznie oczywiście zgodziłby się na to, no ale zaczął rozmowę od tego, że na pewno dałbym radę to zrobić równie dobrze, jak nie lepiej - bo mam w głowie wizję tego, jak to ma brzmieć i wyglądać. Koledzy z Kontagion wierzyli, że mi się uda, no a przy okazji zaoszczędzimy także i gruby hajs. W końcu mój zespół, to zrobię to za darmo (śmiech).

Na Waszych albumach jest zawsze różnorodnie pod względem wokali. Jak to wygląda na "I"? Kogo tam jest najwięcej?

Wydaje mi się, że procentowo, to mnie jest tak na 60%. Piehoo tak ze 30%. A Rafała, naszego gitarzysty, pozostałe 10%. Śpiewa bardzo mało, ale jednak ważne, kluczowe momenty. A Tomek, nasz perkusista, jeśli się pojawia, to już w takich pojedynczych krzykach czy chórkach.

No właśnie: jak sytuacja z perkusistą? Bo do tej pory miał status takiego muzyka sesyjnego.

On jest praktycznie już na stałe w zespole. Jesteśmy tak zżyci, że nawet tego tematu nie poruszaliśmy - to już jest dla nas naturalne, że się bez niego nigdzie nie ruszamy. On zresztą też się bez nas nigdzie nie rusza. Dogadujemy się, przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie, lepiej niż kiedykolwiek. Zbliżyliśmy się do siebie po covidzie i jego powrocie. Jest idealnie - jestem bardzo zadowolony i mam nadzieję, że on też.

A jaką rolę pełnił na tym nowym albumie Jarosław Kuptel? Bo pojawia się na gościnnie na "I".

Bardzo dobrze, że o nim wspominasz, bo jest wielkim bohaterem tego materiału. Jarek Kuptel to gitarzysta grindowego zespołu Hoggod. Znamy się z tego światka - światka, w którym egzystuję z drugim zespołem, w którym gram, a więc Unborn Suffer. Bardzo się lubimy, szanujemy i cenimy. Jarek zasiadł kiedyś do nagrywania sampli bardzo dziwnymi urządzeniami. Nie powiem jakimi, bo się na tym nie znam, a nie chcę przekłamać - były to jakieś analogowo-cyfrowe ustrojstwa. Zaczął się nimi bawić w czasie rzeczywistym, wykręcać jakieś dziwne brzmienia, hałasy, trzaski i odgłosy nie z tej planety. Wysłał mi to pytając, czy byłbym zainteresowany stworzeniem do tego muzyki. Odpowiedziałem, że zawsze jestem otwarty na takie rzeczy, ale doba jest za krótka i brakuje mi czasu na takie projekty poboczne. Ale wyszedłem z propozycją jak z "Ojca chrzestnego": nie do odrzucenia. Wysłał mi to jak zacząłem miksować nowy album Kontagion, więc zapytałem, czy miałby coś przeciwko, gdybym wykorzystał te hałasy na nowym krążku. Odpowiedział, że nie ma problemu. Zacząłem tego słuchać - a było tego bardzo dużo. Spokojnie z godzina materiału. Zacząłem ekstrakcję i znajdowałem sample, które były w tej samej tonacji jak moment utworu, w którym chciałem je umieścić. Musiałem je tylko np. delikatnie przyspieszyć lub zwolnić. Zaczęły świetnie dopełniać całość. Nie jest na każdym kawałku, ale tak na ¾ numerów. Jest np. na singlowych "Closer" i "Ondemia".

Zanim w ogóle album został skomponowany, to już mieliście do niego okładkę. Co przedstawia to zdjęcie?

Jak zdążyłeś się już pewnie domyśleć poprzez śledzenie nas od kilku lat: lubimy wykorzystywać bydgoskie elementy. Mamy tego dużo. Niekoniecznie to musi być na okładce - może być w klipie, na krążku, w książeczce. "Gęba", którą widać na okładce nowego albumu to twarz wyryta w budynku konsulatu czeskiego w Bydgoszczy. Gdy wchodzi się do tego konsulatu, to mamy dwie identyczne "gęby": po lewej i po prawej stronie. Kiedyś poszedł tam nasz basista, Piehoo, i na szybko, z ukrycia je sfotografował. Nie chciał stać tam zbyt długo, żeby to nie wyglądało zbyt podejrzanie - że jakiś facet fotografuje konsulat (śmiech). Zaraz by ktoś się zainteresował i zaczął pytać, co się tutaj dzieje. Szybko zrobił zdjęcie, wrócił do domu, przerobił i nałożył te wszystkie efekty. Ale to nie jedyny bydgoski motyw, jaki się pojawia. Na odwrocie jest Pomnik Skrzydła Morza autorstwa Anny Szalast, który znajduje się na jedynym osiedlu. Piehoo także i go poszedł sfotografować.

Wspomniałeś wcześniej, że tą pierwszą zapowiedzią wydawnictwa był utwór "Closer". Dlaczego ten właśnie kawałek został wybrany do przedstawienia nowego dzieła Kontagion zarówno starszym, jak i tym nowym fanom?

Były długie rozmowy o tym, które kawałki z albumu najbardziej nam się podobają i które powinny być takie "reprezentatywne". Chłopaki chcieli "Closer", a ja "Ondemię". Spotkaliśmy się pośrodku i postanowiliśmy zrealizować oba pomysły, z tym że "Closer" jest klipem, a "Ondemia" lyric video. Premiera "Closer" odbyła się na dwa tygodnie przed wydaniem albumu, a "Ondemia" w dniu jego premiery. "Closer" jest takim kawałkiem, przynajmniej w moim odczuciu, pokazującym nas z tej sludge'owej i post-hardcore'owej strony. Przede wszystkim sludge'owej. Mało jest w nim industrialu. "Ondemia" jest natomiast miksem tego industrialu z tym post-hardcore'em. Riffy pod ten kawałek robiłem typowo w post-hardcore'owym stylu. Jak doszła reszta, a w szczególności ilość sampli i elektroniki, to dopełniła ten numer. Dlatego właśnie miałem wrażenie, że dobrze przedstawia wartość tego albumu. Poza tym na tych dwóch utworach dużo jest czystego śpiewania - szczególnie na "Ondemii". Chciałem pokazać zespół z tej strony, bo twórczość Kontagion kojarzona jest z darciem ryja, a ja od siedmiu czy ośmiu lat śpiewam w nim wyłącznie czysto i jakoś nikt tego nie zauważa.

Do cyfrowego singla dorzuciliście takiego klasycznego b-side'a - zupełnie jakby to miała być taka klasyczna siedmiocalówka. Z jakiego koncertu wzięliście wersję na żywo numeru "W"?

"W" jest kawałkiem, który pojawił się na albumie "Fatigue & Kantagion". Od momentu wydania gramy go na żywo w naszej lekko przerobionej wersji. Tę wersję na żywo zarejestrowaliśmy w legendarnym klubie Mózg w Bydgoszczy - graliśmy tam w październiku 2024 roku. Cały koncert mamy zarejestrowany profesjonalnie w multitrackach. Gdzieś tam może miałem nawet pomysł, by go gratisowo wydać razem z albumem, ale gdy go na spokojnie przesłuchałem, to uznałem, że lepiej byłoby chociaż wykorzystać jakiś jeden fajny numer w formie promocji. Też miałem takie skojarzenie: albo z siedmiocalówką, albo taką kasetą MetalMind z 1996 roku, bardzo króciutką, gdzie na stronie A masz jeden numer, a na stronie B drugi - i zazwyczaj jest to koncertówka. Stąd właśnie taki zabieg.

Mimo że Kontagion wydał nowy album, to w miejscu nie stoi. Zaraz po premierze "I" pojawił się tribute-album Cannibal Corpse. Jak to się stało, że ta Wasza trudna do zaszufladkowania muzyka trafiła na "Butchered by Death"?

Dziwne, nie? Włączasz sobie cały ten tribute i masz tam jedną, wielką, deathmetalową i death/grindową siekę, a tu nagle my wyskakujemy z tą naszą wersją. Sprawa potoczyła się bardzo naturalnie, bo dostałem propozycję od Tortured Corpse wystąpienia na tribute-albumie z Unborn Suffer. No i oczywiście z Unborn Suffer nie było żadnego problemu - mieliśmy już wybrany kawałek. Chciałem "A Skull Full of Maggots", ale był zajęty, więc skończyło się na najbardziej znanym środkowym palcu w historii death metalu, a więc "Put Them to Death". Zamysł całego hołdu był taki, że będzie obejmować tylko twórczość z Chrisem Barnesem. Nie poruszałem więc w ogóle tematu z Kontagion, bo wiedziałem, że za czasów Barnesa nie było kawałków bardziej groove'owych. Era Barnesa była jednak bardziej nastawiona na łomot i blasty. Nie chcę oczywiście jej nic odejmować, no ale tak ją osobiście odbieram. Gdy forma tribute-albumu się rozrosła i okazało się, że zaczęły się pojawiać kolejne kapele, które zaczęły brać numery z czasów Corpsegrindera, to zapytałem się Tortured Corpse, czy byliby zainteresowani taką mniej sztampową wersją jakichś kawałków. Byli jak najbardziej za. Wróciłem do chłopaków, a wiedziałem, że nasz perkusista jest wręcz psycho-fanem Cannibal Corpse. Miałem więc pewność tego, że temat będzie rozwiązany. Piehoo był za, Rafał był za. Propozycją Tomka, perkusisty, było "Evisceration Plague", bo uwielbia ten kawałek. A moją propozycją było "Sentenced to Burn", bo jest strasznie groove'owy. Słyszałem go w głowie w takim naszym stylu. Industrialnym, brudnym, sludge'owym, ale i takim łopatologicznym. Jest tam nawet taki fragment, gdzie w oryginale jest death-metalowa łupanka na dwie stopy, a werbel idzie szesnastkowo, a my to przerobiliśmy na taki hardcore, w stylu Agnostic Front czy Madball. Dziwna historia, ale bardzo się cieszymy, że jesteśmy w takim fajnym zestawieniu. Mamy nadzieję, że się wyróżniamy.


Wspomniałem też wcześniej, że macie już skomponowany jeden nowy numer - nic dziwnego, bo album trochę przeleżał. Głupio byłoby siedzieć na czterech literach i gapić się w ścianę. Macie coś jeszcze? Jakieś demówki? Pomysły?

Pomysłów mamy bardzo dużo. Już powstaje drugi numer - mamy jego zarys. Piehoo już nawet napisał tekst. My jesteśmy bardzo kreatywnym zespołem. Moim zdaniem czasami aż za bardzo. W połowie zeszłego roku zarządziłem wręcz wstrzymanie się z komponowaniem nowej muzyki. Mieliśmy tak zabójcze tempo, tyle tego wszystkiego pisaliśmy, ze wiesz… Ja musiałem to miksować, rozsyłać - ta cała robota producencka jest bardzo męcząca. Poprosiłem więc o przerwę - chyba do końca zeszłego roku. Chłopaki to uszanowali i nie robiliśmy niczego nowego. Wszyscy pozwoliliśmy sobie odetchnąć, złapać powietrze i od stycznia zaczęliśmy bawić się w nowe rzeczy. A bawimy się bardzo organicznie. Wcześniej było tak, że ktoś miał skomponowany cały numer od A do Z - w Guitar Pro, albo nagrana demówka. Następnie opracowywaliśmy ten numer jako zespół. Teraz natomiast przychodzimy, jest np. jakiś pojedynczy pomysł na bębnach czy gitarze i siadamy nad tym robiąc na sali burzę mózgów. Możesz sobie pomyśleć: "No tak, zaczęli od stycznia, a dopiero siadają do drugiego kawałka". Tak, bo nigdzie nam się nie śpieszy. Postanowiliśmy się bardziej pobawić tą muzyką, a nie pisać samemu, przynosić na salę i uczyć się ją grać.

Jako że ten nowy album zmiksowałeś sam, to czy jesteś otwarty na współpracę z innymi zespołami w tym zakresie?

Współpracowałem z innymi zespołami już od wielu, wielu lat. Zacząłem profesjonalnie nagrywać kapele jakoś krótko po covidzie. Bo Kontagion i Unborn Suffer nagrywam od 2013 roku, a gdzieś tak w 2020/2021 roku otworzyłem się na nagrywanie innych zespołów. Zarejestrowałem już dość dużo rzeczy, a Martin z Fatigue je zmiksował. Przez moment bardzo prężnie działaliśmy, ale chwilowo też potrzebuję przerwy. Jest to bardzo obciążające - mam dwie kapele, w których też jestem producentem i też muszę nagrywać. A praktycznie w każdym zespole, który przychodził na nagrywki musiałem pełnić niejako rolę kolejnego członka. Potrafi to być niezwykle obciążające, zwłaszcza jeśli ludzie przychodzą nieprzygotowani. I to nie jest żadna wrzuta - to jest coś, z czym trzeba się mierzyć jak się nagrywa inne kapele. No i trzeba się też liczyć z tym, że człowiek czasami się może zmęczyć. Ja się zmęczyłem, a że finansowo źle w życiu nie mam, to postanowiłem sobie zrobić przerwę. Planuję wrócić w następne wakacje. Dalej będę nagrywać, a Martin będzie miksować.

To samo mówił Maciek z Tides from Nebula: bardzo dużo zespołów pojawia się w studio myśląc, że są dobrze przygotowani, a tu okazuje się, że jednak kurde nie.

Nawet duże zespoły przed wejściem do studia mając materiał ograny na blachę wołali producentów, żeby do nich wpadali i go przesłuchali - jeszcze przed samym wejściem do studia. Sepultura zrobiła coś takiego przed "Chaos A.D." - zawołali Andy'ego Wallace'a, a ten notował sobie uwagi jakie miał na temat kawałków. Pytał, czy wiedzą, co będzie tu, co będzie tam. Trzeba myśleć "producencko" w kwestii muzyki, a kapele tak nie myślą, no bo po prostu są kapelami. One grają, a nie myślą o tym, jak to będzie na albumie zarejestrowane. Od tego mają takie osoby jak ja.

Dzisiaj właśnie rozmawiałem z Fernando Ribeiro z Moonspell i on przyznał wcześniej, że potrafił się kłócić z producentem. "Bo my jesteśmy zespołem!" - krzyczał. "Może i tak. No ale to ja jestem producentem" - ze spokojem odpowiadał mu Arellano (śmiech).

Czasami warto odłożyć ego na bok i pójść na kompromis. Miałem podobne sytuacje: przedstawiałem zespołowi moją wizję danego pomysłu, rozwiązania, kawałka, solówki, wokalu czy cokolwiek, a oni albo to akceptowali, albo jak mieli jakieś "ale", to siadaliśmy i dyskutowaliśmy. Czasami zdarzało się, że to ja odpuszczałem - jak najbardziej. "Jak tak chcecie to zrobić, to tak zróbmy. Ale pamiętajcie, że efekt finalny może wyjść tak czy siak". Jak się odłoży ego, to można wygrać i w takim temacie.

I to by było wszystko, co przygotowałem. Na koniec tradycyjnie poproszę o kilka słów do naszych czytelników!

No i pięknie! Bardzo dziękuję za poświęcony czas. Kłaniam się i biję brawo za takie fajne rozwijanie portalu, bo widzę oczywiście, że zdobywasz tam naprawdę grube nazwiska do wywiadów! Super, że najpierw gadasz z gościem z Moonspell, a teraz ze mną! Gratuluję, chylę czoła i oby portal jak najdłużej i jak najlepiej się rozwijał! Dziękuję za bycie z nami już tyle lat, bo widzę, że śledzisz nas i zawsze jesteś przygotowany do rozmowy!


Autor: Tomasz Michalski

Data dodania: 27.08.2026 r.



© https://METALSIDE.pl 2000 - 2026 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!