Carmine Appice to legenda perkusji. Kładł fundamenty heavy rocka razem z zespołem Cactus, a wraz z Vanilla Fudge eksplorował psychodeliczne terytoria już od połowy lat 60. Pisał hity dla Roda Stewarta, grał w zespołach Teda Nugenta i Ozzy'ego Osbourne'a, pojawił się na legendarnym singlu Hear 'n Aid, a jeśli sami tłuczecie w bębny, to wiecie, że nie ma lepszego podręcznika do tego instrumentu niż właśnie ten od starszego z braci Appice. Dwa lata temu mieliśmy okazję porozmawiać z nim przy okazji premiery albumu "Temple of Blues" Cactus, na którym pojawiło się morze znakomitych gości. Jak dostaliśmy propozycję przeprowadzenia wywiadu skupiającego się na "Temple of Blues II", to oczywiście nie mogliśmy odmówić! Oto po raz kolejny sympatyczny i wygadany Carmine Appice!
MetalSide: Cześć! Jako że dwa lata temu skupiliśmy się nie tylko na pierwszej części "Temple of Blues", ale też i na całej Twojej karierze, to teraz możemy pogadać tylko i wyłącznie o drugiej części tego wydawnictwa! W przypadku pierwszej części nie spotkaliście się w studio - poszczególne partie były nagrywane w różnych miejscach. Czy coś zmieniło w przypadku "Temple of Blues II"?
Carmine Appice: Cześć! Było tak samo. Nikt nigdy nie spotkał się w tym samym pomieszczeniu. Zacząłem tworzyć aranżacje i nagrywać bębny w moim studio, następnie wysłałem je do Artiego Dillona - mojego gitarzysty. Położył partie gitary i basu, a następnie wysłał to do mojego wokalisty, Eda Terry'ego, by ten nagrał wokal. Mieliśmy demówki i musieliśmy się rozejrzeć, kto mógłby co nagrać. W przypadku Dee Snidera, to zapytałem się go, wysłałem kilka kawałków. Spytałem, który mu się najbardziej podoba. Wybrał "The Little Red Rooster". Widziałeś teledysk? Tam Dee został stworzony przez AI! Szalone, co nie? Wokal cały czas jest prawdziwy, ale miejscami Dee został wygenerowany przez AI - cała historia z autem i kobietą... No wiesz, to wszystko, w tym kogut przemieniający się w piękną kobietę o rudych włosach - to wszystko wytwór sztucznej inteligencji! Wykorzystaliśmy CGI, by złożyć nas w jeden zespół i umieścić w chatce na odludziu. Te fragmenty, jak my oraz Dee gramy i śpiewamy przed chatką - to wszystko jest już prawdziwe. Tylko że wykorzystaliśmy CGI jak w King Kobra - żeby się wydawało, że wszyscy jesteśmy w jednym miejscu. No i mamy ten fragment z autem i kogutem. I problem polegał na tym, że gdyby Dee nie spodobało się bycie stworzonym przez AI, to oznaczałoby koniec teledysku. Ale powiedział, że to niesamowite. Spodobało mu się, więc wszystko jest ok. To fajnie. Wypuściliśmy klip i ludziom się spodobał. Scenariusz jest szalony. Zamiana w kobietę, ale jest napis, że efekt jest tymczasowy, więc na końcu ponownie zmienia się w koguta. To dość zabawne. Powiedziałem mojemu człowiekowi: jak wejdzie kogut to zrób to jak we "Frankensteinie": naciska się guzik i jest mnóstwo iskier oraz dymu. No i całość się otwiera i wychodzi piękna kobieta (śmiech).
Byłeś zaskoczony, gdy Snider ogłosił przejście na emeryturę? Bo ogłoszono powrót Twisted Sister, a później zmienił zdanie mówiąc, że w sumie to jest już za stary na to gówno.
To może być jego ostatni numer jaki nagrał przed przejściem na emeryturę. Śpiewał na najlepszych kawałkach: "Evil" na ostatnim albumie, teraz na tym. Brzmiał lepiej niż z Twisted Sister! Śpiewa R&B Bluesa, wiesz? To idealne pod taki świetny głos. Znamy się już szmat czasu - to wspaniały wokalista. Twisted Sister to coś, co po prostu musiał wtedy robić. Ale ma w sobie znacznie więcej jako wokalista.
Na "Temple of Blues II" używałeś tego samego zestawu co na "jedynce"? Bo wtedy wspomniałeś, że centrala pamięta jeszcze czasy debiutu Cactus.
Tak, ten sam zestaw. Ten sam bęben basowy, te same tom-tomy, ten sam snare, to samo studio należące do mnie. Bębny się stąd nawet nie ruszyły. Nigdy ich stąd nie zabieram - stoją w studio, w tej samej wilgotności z włączoną klimatyzacją, więc naciąg pozostaje taki sam, strojenie jest takie samo. Mogę więc wejść dzisiaj by nagrać jakiś numer, a w następnym tygodniu go poprawić - wszystko będzie brzmieć tak samo.
Pierwszy "Temple of Blues" skupiał się na klasykach Cactus. Skąd pomysł, by na "Temple of Blues II" cofnąć się jeszcze dalej? Bo sięgnąłeś wręcz do fundamentów, w postaci np. Williego Dixona czy Howlin' Wolfa.
Cóż, tytuł albumu to "Temple of Blues", więc musiał być blues (śmiech). Na ostatnim krążku zrobiliśmy kawałki Cactus i zostały nam trzy numery. No więc zrobiliśmy te trzy kawałki, które uznałem, że będą nadawać się na album. No i jest taki krążek "The Howlin' Wolf Electric Album". Dostałem go od Jeffa Becka. Dawno temu Jimmy Page dał go Jeffowi, a Jeff dał go mi. To z niego wziąłem dla Cactus "Evil", który stał się naszym największym hitem. Kocham ten album. Ścieżki perkusji są świetne - Morris Jennings, stary bluesowy perkusista, jest fantastyczny. Bębny mają fajne brzmienie. Powiedziałem: "Wiecie co? Potrzebujemy siedmiu numerów. Wezmę je z tego albumu, bo to prawdziwy blues". Howlin' Wolf, Willie Dixon - to właśnie prawdziwy blues. No i tak właśnie zrobiliśmy. Nie skopiowaliśmy ich zupełnie, ale użyliśmy ich aranżacji jako bazy. Chociażby ścieżki perkusji były podstawą dla niektórych kawałków. Wziąłem je i przekształciłem na własną modłę - wyszło świetnie. Wyszło fantastycznie, bo kocham ten album. Słucham teraz tych wszystkich kawałków, ciągle bluesowych, ale zrobionych mocniej i ze wszystkimi moimi kumplami.
Willie Dixon zmarł w '92, a Howlin' Wolf w 1976 roku. Miałeś okazję zobaczyć ich na żywo?
Nie. Nigdy nie byłem jakimś wielkim fanem typowego bluesa. Z uwagi jednak na świetną pracę perkusji, różne rytmy i aranżacje, to pokochałem ten album. Miałem okazję widzieć B.B. Kinga. Graliśmy koncerty z B.B. Kingiem razem z Vanilla Fudge, kiedy był jeszcze bardziej popowy. Ale było fajnie. Ten album z kolei jest świetny. Jeśli go posłuchasz, to zobaczysz podobieństwo między naszym krążkiem a oryginałem. Zajebista rzecz. Świetna. Co pijesz? Herbatę? (śmiech)
Tak, herbatkę!
Ja wodę! (śmiech)
Już dwa lata temu powiedziałeś, że na następnym albumie będziesz chciał mieć mniejszą ilość gości. Dlaczego? Skąd ta zmiana?
To przyszło od wytwórni. Im dłuższy album, im więcej kawałków, im więcej artystów, to wtedy wychodzi zestaw 2xLP, a finansowo to się nie spina. Powiedzieli, że potrzebujemy 10 kawałków na LP i dodatkowy numer na CD. Dlatego właśnie tak to ostatecznie wygląda.
Powiedziałeś mi również, że chciałeś, by na pierwszym "Temple of Blues" pojawił się Steve Morse, ale wtedy musiał zająć się chorą żoną. Tym razem się udało! Mamy go na "Bad Stuff"!
I zagrał świetnie! To stary kawałek Cactus z albumu "'Ot 'N' Sweaty". Taki bardziej funkowy. Potrzebowałem kogoś na klawisze, bo to na nich jest oparty. No i jest Derek Sherinian, ja i Tony Franklin, a na wokalu wymiótł Joe Lynn Turner - wyszło fenomenalnie. Kiedy zaczęliśmy robić solówki, to uznałem, że trzy części będą Dereka, ale zrobimy też dodatkową dla Steve'a. Bo on potrafi budować solówkę, a nie tylko ją grać. Zaczyna powoli, a później jest coraz lepiej i lepiej. Kiedy usłyszałem jego solówkę, to powiedziałem tylko: "Wow! On jest tak dobry...". Jest niesamowity i bardzo mu się podobało. Zresztą, każdemu podobało się to granie z innymi, bo zazwyczaj nie robisz czegoś takiego. Z reguły grasz z członkami swojego zespołu, a raz na jakiś czas może z jakimś gościem czy coś. A na tym albumie każdy gra z każdym. Billy Sheehan nigdy nie grał z Galesem. A przecież Eric Gales to prawdziwy potwór! Wiele osób go nie zna. Tak jak mówiłem wcześniej, zacząłem od ścieżek perkusji, to przeszło do Artiego, by zrobił gitary i bas - tak wygląda ta droga, która ostatecznie tworzy demówkę. Wysłałem ją do Erica, a on zagrał i zaśpiewał wprost fantastycznie. I jest tam taka szybsza partia, która pozostała pusta. Zapytałem się go dlaczego ją zostawił. On na to, że myślał, że to na perkusję, a ja mu tłumaczę, że właśnie dla niego. Więc dograł swoją część, a następnie podesłaliśmy to Billy'emu - wersję z moimi partiami, Artiego i Erica. Kiedy Billy usłyszał co robi Eric, to dołączył do niego na niektórych solówkach, na niektórych liniach. Nie spodziewałem się tego! Brzmiało fantastycznie! Było sporo tego typu niespodzianek, solówka Steve'a, Cactus i Melanie - jej głos brzmiał tak dobrze! Kiedy ludzie z Cleopatra Records powiedzieli, że chcą, by Cactus zrobił coś z nią, to bardzo długo słuchałem jej głosu. Kiedy krzyknęła, to brzmiała jak Janis Joplin - jak w tym kawałku z lat 70. o wrotkach. Tutaj jesteśmy daleko od takich klimatów, ale wyszło świetnie. Wyszło fantastycznie.
Miałeś okazję poznać Melanie osobiście? W trakcie jej kariery?
Nie, nigdy jej nie spotkałem. Po jej śmierci prawa do jej nagrań miała Cleopatra Records. Właściciel zadzwonił do mnie i powiedział, że chciałby żeby Cactus nagrał "Purple Haze" z wokalem Melanie. Wydusiłem tylko: "Że co?". Ale potem przesłał mi jej ścieżkę z wokalem i powiedziałem: "Wow! To mogłoby być świetne!". Więc mój inżynier dźwięku, Pat Regan, zajął się tym i rozciągnął clicka z jej głosem w tle. Zaczęliśmy ustalać, że zrobimy kilka dodatkowych pauz, a kiedy dojdziemy do solówek, to jakieś 32 takty dalej wytniemy wokal. Zrobimy solówki na tych 16 taktach, czy ile tam zostało, a potem wrócimy z wokalem. Zrobiliśmy więc clicka, na którym pojawiał się i znikał jej głos. Później dodałem do tego perkusję. Zrobiłem aranżację, ten cały początek, z akordami i wszystkim, a potem to wszystko złożyliśmy, a Tony Franklin zagrał na nim na basie. Mój basista, James Caputo, akurat był poza miastem - nie mógł wrócić i tego zrobić. Dlatego właśnie zrobił to Tony. Tony grał już z Cactus nie raz. Wiedział co gramy, znamy się bardzo się dobrze. Wykonał kawał dobrej roboty. Kiedy skończyliśmy ten utwór i go zmiksowaliśmy, to Pat Regan powiedział: "Matko, to brzmi tak dobrze!". Kiedy wchodzą te jej krzyki - coś niesamowitego!
Powiedziałeś mi też wcześniej, że pierwszą osobą jaką zaprosisz na "Temple of Blues II" będzie Michael Schenker. W końcu gościnnie pojawiłeś się na jego krążku z numerami UFO. Co się więc stało, że go zabrakło?
Nie chciał tego zrobić! Co za dziad! Zagrałem na jego albumie za pół-darmo i mówię żeby teraz zagrał na moim. A jego prawnik czy tam menedżer mówi, że Michael nie chce. "Dziękuję bardzo! Więcej ci nie pomogę. Nie dzwoń do mnie więcej". Ręka rękę myje, wiesz? Mówiłem mu, gdy nagrywałem dla niego, że jak będzie czegokolwiek potrzebował, to niech dzwoni. Wszyscy graliśmy za pół-darmo - każdy dostał taką samą stawkę. To uczciwe. Nie możesz dać jednej osobie tysiąc dolarów, a innej 300, bo jak się spotkają i zaczną rozmawiać, to każdy będzie wkurwiony. Więc od razu była informacja z góry, że każdy dostanie tyle samo, bez względu na to, czy jest bardziej czy mniej znany. Nikomu to nie przeszkadzało. Michael, zrobiłem dla ciebie dwa kawałki w cenie jednego! To nie było miłe.
Może był zajęty tym swoim nowym albumem. Bo po krążku z numerami UFO zrobił nowy z całkowicie autorskimi.
Ja tylko słyszałem ten z moimi dwoma kawałkami. Bo byłem na tym poprzednim. Ciągle mi wisi przysługę, a nie wyciągnął ręki. To niezbyt fajne. Powiedział, że zagra, a gdy do niego zadzwoniłem, to dostałem odpowiedź, że nie chce. Nie że nie może, tylko że nie chce. Ok., w takim razie nie dzwoń do mnie więcej. Poczekaj, bo ktoś dzwoni do mnie na mój zegarek... Zamknij się! (śmiech) Już! Przepraszam!
Jednym z takich najbardziej zaskakujących gości na "Temple of Blues II" jest Alex Skolnick z Testament. Posiada on jazzowy projekt, ale nie wiedziałem, że lubi też bluesa.
Cóż, jazz także wziął się z bluesa. Wiedziałem, że jest świetnym muzykiem i pomyślałem, że ciekawie byłoby go umieścić w prawdziwie bluesowym kawałku, np. Williego Dixona. No i właśnie tak zrobiliśmy. Mieliśmy na nim też Rudy'ego Sarzo. Rudy zagrał na nim pierwszy. Mieliśmy demo z grającym Cactus. Później Rudy położył partię basu, ale wyszło bardzo sztywno. Powiedziałem mu: "Rudy, bardziej się otwórz!". Zapytał kto będzie na nim grał, a ja odpowiedziałem, że Alex. "W takim razie poczekajmy aż Alex zrobi swoje, a później poprawimy mnie". To jest właśnie piękno tego wszystkiego - to niczym tworzenie obrazu. Zrobiliśmy coś, dodaliśmy prostego Rudy'ego, do którego zagrał Alex, a następnie Rudy ponownie do tego wrócił - i tym razem był bardziej otwarty. Ale Alex wyszedł świetnie. Od razu powiedziałem: "Wow, posłuchajcie tylko!". Super, bo wiele z tych rzeczy to wielkie niespodzianki. Alex był zaskoczeniem, Billy Sheehan i Eric byli zaskoczeniem, Joe Lynn także. Ted Nugent był ogromnym zaskoczeniem, bo nagrywa gitary tak jak za starych czasów. Nagrywa trzy ścieżki, które daje swojemu inżynierowi dźwięku, który je składa. I tak samo zrobił tutaj. Co zawsze podobało mi się w Tedzie: on zawsze dodaje fajną partię rytmiczną. Tak jak na "One Way... Or Another" i tym nowym kawałku - zmienił rytm, co brzmiało naprawdę fajnie. Niby podobnie, ale jednak inaczej. Mieliśmy więc rytm. Zapytałem jednak mojego inżyniera: "Co z solówką?". Bo wysłał mi ze trzy solówki, które przeglądaliśmy i składaliśmy. Wiedziałem, że chcę mieć jakiegoś old-schoolowego basistę. Dlatego postawiłem na Boba Daisley'a - bo to niemal old-schoolowy blues, a wiedziałem, że Bob lubi coś takiego. Mieliśmy więc tę dwójkę, do której zaśpiewał mój wokalista: Terry. Wyszło świetnie - kapitalny głos. To było niczym składanie puzzli: tu wchodzi ten, tam wchodzi tamten, tu nie pasuje to, tamto trzeba przenieść itp. Jak coś nie wychodzi, to trzeba spróbować czegoś innego.
Wracając do Alexa: jesteś fanem thrash metalu, czy to jednak nie Twoja broszka?
Lubiłem thrash metal, jak go nazywają, ponieważ był fajny i sporo w nim szybkich partii na perkusji. Grał też w pewnym momencie z Trans-Siberian Orchestra, nie? Słyszałem różne rzeczy, które robił, a które niekoniecznie były metalowe. Wiedziałem więc, że potrafi grać w różnych stylach. W każdym bądź razie, jego solówki w Testament są podobne do tego, co zrobił tutaj. Pomyślałem, że jeśli wrzucimy tutaj ten jego styl, to całość zabrzmi nieco dziwnie, wiesz? To trochę tak, jak kiedy zrobiłem "Guitar Zeus". Mick Mars chciał zagrać z Edgarem Winterem - chciał być z nim na jednym albumie. Yngwie Malmsteen z kolei chciał być na numerze zaśpiewanym przez Duga Pinnicka. Czasami tworzą się takie dziwne kombinacje. I podobnie było tutaj. Na "Token Chokin'" miał być technika slide, ale Bumblefoot grał na bezprogowej gitarze. Żadnych slide'ów, mimo że wydaje się inaczej. No i jest też Johnny Rod z King Kobra, który na tym kawałku wychodzi z siebie - on potrafi zagrać niemal wszystko. Mamy więc szaloną mieszankę ludzi i stylów.
Wersja CD posiada utwór dodatkowy w postaci "Feel So Good". Dlaczego "tylko" bonus? To przez ograniczoną pojemność winyla?
Potrzebowaliśmy dodatkowego utworu. Mieliśmy 10, a ten miał być numerem 11. Pomyślałem, że fajnie byłoby na nim mieć sporą ilość gości. Oryginalnie z Cactus na "Feel So Good" zrobiłem perkusyjną solówkę. To był taki mój popis. Nie chciałem robić kolejnego, bo w swoim życiu zrobiłem już mnóstwo solówek. Pomyślałem, że fajnie byłoby zagrać numer do momentu, w którym powinna pojawić się moja solówka, ale zamiast niej pojawi się fajny riff i zrobimy pojedynek na gitary. Pomiędzy Britt Lightning z Vixen i Tommym Thayerem z KISS. No i wiesz, zagraliśmy dwa takty, cztery takty, cztery takty, dwa takty, a potem przeszliśmy do tej drugiej części. Uderzyliśmy w gong i przeszliśmy do tej drugiej części, która miała być czymś w rodzaju "Whole Lotta Love" - tej środkowej, hałaśliwej części. Razem z Patem Reganem pracowaliśmy z takim gościem, co zajmuje się przemówieniami. No i nagraliśmy jak mówi "Feel So Good". Do tego mieliśmy mojego brata, Nicko McBraina, Todda Suchermana, Roxy z Vixen - wszyscy zagrali coś na perkusji. Był też Mike Portnoy. Przekręciliśmy jednak te dźwięki tak, że nawet nie brzmią jak perkusja, tylko jak jakiś hałas. Dodaliśmy różne efekty, a Billy Sheehan co osiem taktów robił przester w stylu Tima Bogerta. Do tego theremin robiący te swoje "woo-woo", a i ja jeszcze przysiadłem nad harmoniami. Zacząłem składać to wszystko w całość i przysiadłem nad moim małym werblem - który nagle przesunął się w lewo. Na końcu wyszła z tego totalnie szalona sekcja, która po osiągnięciu momentu kulminacyjnego wraca na jeszcze jeden refren i dopiero wtedy się kończy. Uznałem, że to coś fajnego. Uznałem, że przez umieszczenie tych wszystkich ludzi to będzie fajny bonus. Ma to sens? (śmiech)
Jak najbardziej! Release party albumu "Temple of Blues II" odbyło się w Arcade Theatre. Jak było? Bo widziałem, że zjawili się Sheehan, Gales, Aldrich, Franklin, Travers, Pinnick, Bumblefoot. Jaka historia kryje się za tym wydarzeniem?
Dlaczego zrobiliśmy coś takiego? Chcieliśmy zorganizować wielką imprezę z okazji premiery albumu - i tak właśnie zrobiliśmy. Ale chcieliśmy też przekazać pieniądze na rzecz dużych organizacji charytatywnych. Facet, z którym pracowałem, ten od przemówień ma fundację. Powiedział, ze może dać nam pieniądze na zorganizowanie występu i opłacenie wszystkich, a to, co zostanie, przekażemy na cele charytatywne. Więc tak właśnie zrobiliśmy. Zebraliśmy więc wszystkich tych ludzi. Zastanawiałem się: "Kto mógłby przyjechać, a kto nie?". Zacząłem więc dzwonić. Billy Sheehan: "Tak, chętnie to zrobię". Tony Franklin: "Chętnie to zrobię". Pat Travers: "Tak, chętnie to zrobię". Było kilka osób, które nie mogły się pojawić, ale nawet nie pamiętam już, kto to był. Ostatecznie zebraliśmy się w składzie: Tony Franklin, Billy Sheehan, grupa Cactus, Pat Travers, Bumblefoot, Doug Pinnick oraz mój wokalista z mojego programu poświęconemu Rodowi Stewartowi. Śpiewał to, co miał śpiewać Dee Snider. Początkowo Dee miał to zrobić, ale kiedy przeszedł na emeryturę, to zostałem sam - nie miałem nikogo, kto mógłby wykonać te piosenki wymagające chrapliwego głosu. A wiem, że mój wokalista z "Rod... the Show" jest świetnym MC, no wiesz, mistrzem ceremonii. Potrafi przemawiać do ludzi, no wiesz, sprawić, że klaszczą i krzyczą. Więc zaprosiłem go, żeby się tym zajął i zaśpiewał te piosenki - poszło fantastycznie. Wykonał świetną robotę. A potem był jeszcze Eric Gales - niesamowity talent. Billy nigdy z nim nie grał. Ja też nigdy z nim nie grałem. Wiesz, grałem z Bumblefootem, grałem z Dougiem, grałem z wieloma różnymi muzykami, ale my nigdy nie graliśmy z Ericiem, a Billy też nigdy z nim nie grał. A ja nigdy wcześniej nie grałem z Billym na żywo. To było naprawdę fajne, wiesz?
Podczas próby graliśmy utwór "Backdoor Man". Zagraliśmy trzy kawałki, które miał zagrać Eric: "Little Red Rooster", "Backdoor Man" i, jak sądzę, "Tail Dragger" czy coś w tym rodzaju. Zagraliśmy więc "Tail Dragger", a potem "Backdoor Man" i energia była tak niesamowita, że kiedy zagraliśmy "Little Red Rooster", wyszło to tak, no wiesz - wszystko poleciało w dół. Mój wokalista, Rob, powiedział: "Wiesz, nie sądzę, że powinniśmy grać po "Backdoor Man"". A ja na to: "Wiesz co? Masz rację". Więc przesuńmy to bardziej w stronę końca koncertu, a potem możemy zagrać po tym energetyczny "Cactus Boogie" - no i tak zrobiliśmy. Przesunęliśmy to na koniec koncertu i wyszło fenomenalnie. Potem zaprosiliśmy ludzi na scenę i zagraliśmy "Do You Think I'm Sexy" w mocnej wersji, tak jak to zrobiłem z Patem Traversem, a następnie "Long Tall Sally". Podczas tych kawałków mieliśmy wszystkich gości na scenie. A publiczność stała przez całe dwie godziny - od początku do końca. Było fantastycznie - to był świetny koncert. Potem przekazaliśmy tysiące dolarów na cele charytatywne. Byłem z tego powodu bardzo szczęśliwy, bo, no wiesz, kiedyś to był tylko pomysł w mojej głowie, tak jak te albumy - a zrobiliśmy to. Mieliśmy ten koncert jako pomysł w mojej głowie. Mój menedżer powiedział: "OK, zorganizujemy to", i zrobiliśmy to. Minął miesiąc, a ludzie ciągle o tym mówią. Zmontowaliśmy też materiał wideo i zrealizowaliśmy wielościeżkową edycję całego dźwięku. Więc wkrótce zobaczymy, co nam wyszło, i sprawdzimy, czy uda nam się stworzyć show, które być może uda się sprzedać, nie wiem, AccessTV, Netflixowi czy komuś innemu. A cokolwiek zarobimy, przekażemy na cele charytatywne.
Chciałem właśnie powiedzieć, że fajnie byłoby wypuścić ten koncert jako DVD/BD.
Tak, niedługo się temu przyjrzymy. Po tym koncercie pojechałem do Kalifornii. Mój syn właśnie został ojcem - to mój pierwszy wnuk. Nazywa się Luca Carmine Appice (śmiech). To świetne imię. W każdym razie, wróciłem z tego i miałem kilka dni wolnego, a potem wyjechałem na 10-dniową trasę z Vanilla Fudge. Właśnie z niej wróciłem i teraz codziennie do poniedziałku udzielam wywiadów. Więc nawet gdybyśmy to mieli, nie miałbym czasu, żeby to obejrzeć. Więc zajmiemy się tym później. Mój menedżer zajmuje się również Carlem Palmerem, więc jest teraz z nim w trasie. Skończy z nim w sobotę. Jak wróci, to postaramy się uporządkować materiał wideo i audio, żeby sprawdzić, jak to brzmi i jak wygląda. Jeśli będzie dobrze... Nie zrobiliśmy tego, ale powinniśmy byli przeprowadzić wywiady ze wszystkimi - może zrobimy to teraz. Na przykład powiedzieć Billy'emu Sheehanowi: "Czy mógłbyś odpowiedzieć na te pytania? Przydałoby się coś takiego". Albo może zadać te same pytania wszystkim. Jak to było grać z ludźmi, z którymi nigdy wcześniej nie grałeś, spotykać ludzi, z którymi nigdy wcześniej nie grałeś, no wiesz. Po kolacji usiedliśmy przy stole i pogadaliśmy. Byliśmy ja, Eric Gales, jego żona, Billy Sheehan i Doug Pinnick. Po prostu gadaliśmy o różnych sprawach - o rzeczach, o których nie wiedziałem o nich, a oni nie wiedzieli o mnie. Wiesz, to było naprawdę miłe. Panowała między nami prawdziwa koleżeńska atmosfera.
Zastanawiałem się, co by było, gdybyś jednak dołączył swego czasu do Rainbow i w końcu możemy poznać odpowiedź! W końcu jesteś częścią "Ride the Rainbow - The Ultimate Tribute to Ritchie Blackmore's Rainbow". Jak to się stało, że wziąłeś udział w tym muzycznym przedsięwzięciu?
Cóż, te utwory powstały w ramach mojej współpracy z wytwórnią Cleopatra - to wytwórnia mojego kumpla - i mam z nimi umowę na 10 sesji. Właśnie teraz pracuję nad utworem Williama Shatnera. Nagrywamy "Crazy Train" - szaleństwo. Dopiero dzisiaj dostałem ścieżki - prawdopodobnie będę nad tym pracował w weekend. Ale, no wiesz, po prostu się mnie zapytali. To w ogóle jeden, czy dwa utwory?
Dwa.
"Chcesz zagrać na dwóch utworach na Rainbow?" - odpowiedziałem, że jasne! Nigdy na tym nie grałem, a powinienem. Wtedy nie mogłem tego zrobić, więc teraz gram na dwóch utworach. Fajna zabawa. Nagraliśmy też utwór Deep Purple - zagrałem w "Hush". Ale to jeszcze chyba nie wyszło. Cóż, to dla mnie frajda - jest to fajne. Mam własne studio i mogę robić takie rzeczy. Gdybym musiał iść do innego studia, ustawiać perkusję, dobierać brzmienie i tak dalej - nie ma mowy. To się nie opłaca. W tego typu akcjach wszyscy dostają tyle samo pieniędzy. Tu już bardziej chodzi o dobrą zabawę - o granie tych kawałków. Teraz ukazał się właśnie kolejny kawałek z... Jak on się nazywa? Z tym facetem, który śpiewa teraz z Twisted Sister... Mam pustkę w głowie...
Sebastian Bach.
Tak, dzięki! To utwór z Sebastianem Bachem, mną i całą grupą innych gości - już nawet nie pamiętam kto co robił. Utwór już wyszedł, a ludzie mówią mi: "Cóż, brzmi świetnie z tobą i Sebastianem Bachem". Więc posłuchałem tego kawałka - przysłali mi go. Wysłuchałem go. Powiedziałem: "Wow, to rzeczywiście brzmi całkiem fajnie". To kolejny taki hard rockowy kawałek. Bo heavy metal uważam za coś, co zaczęło się od Metalliki, wiesz? Przed tym wszystkim to był hard rock. Te brzęczące gitary, podwójna stopa za nimi podążająca - to właśnie to zapoczątkowało heavy metal. Wszystko inne typu Mötley Crüe, Van Halen, Blue Murder, wszystko to hard rock - ciężki hard rock. Heavy metal wywodzi od jego gitar. W każdym bądź racie - to był świetny kawałek. Nagrywam wszystkie te utwory dla Cleopatra Records i mi się to podoba - to świetna zabawa. Mój brat też grał dla nich w wielu kawałkach. Nie pamiętam już jakich, ale znów: świetna zabawa. Robiłem coś takiego już w latach 80., kiedy po raz pierwszy pojawiła się Cleopatra. Tak właśnie osiągnęli sukces. Nagrali całą serię tribute-albumów, a ja grałem na wielu z nich.
Teraz zagrałem na dwóch utworach, a później ukaże się płyta dla Deep Purple - ale nie wiem kto na niej gra. Zagrałem też na nowej płycie Thora. Ale moim zdaniem była dość nudna, wiesz? Producent powiedział: "Rób, co chcesz". Zrobiłem więc, co chciałem, a potem wytwórnia zapytała: "Dlaczego zrobiłeś coś takiego? Powinieneś grać prosto". Odpowiedziałem: "Bo producent powiedział, żebym zrobił, co chcę!". Zadzwoniłem do gościa, a on mówi żeby zrobić ten kawałek Ozzy'ego: "Crazy Train". Powiedziałem: "Mam to zagrać tak, jak grałem z Ozzym?". On na to: "Tak". A potem w kolejnym e-mailu: "Ale graj prosto". Powiedziałem: "Ozzy nie grał tego prosto. To mnóstwo przejść perkusyjnych i takich tam". Więc dzwonię do niego i mówię: "Słuchaj, jeśli chcesz, żebym grał prosto, to po prostu nie będę grał w ogóle. Zrobiłem to, co powiedział producent. Wy nie jesteście producentami, wy jesteście wytwórnią. To wy powinniście byli powiedzieć producentowi, żeby mi przekazał, czego chcecie. Jakbyście powiedzieli jak to ma wyglądać, to byśmy to jakoś ogarnęli. Tu bym coś skrócił, uczynił nieco bardziej interesującym". A oni: "Bo my chcieliśmy, żeby wszystko było w szybkim tempie". Więc zmontowaliśmy to i dopracowaliśmy razem z moim inżynierem, Patem Reganem. Ale wiesz, nie podoba mi się, jak mi się mówi: "No cóż, po prostu zagraj to prosto". Daj spokój, stary! Nigdy w życiu niczego nie grałem "prosto" (śmiech). Na Rainbow na pewno nie gram "prosto"!
No właśnie! Bo miałeś przygodę z Accept: oni chcieli żebyś zagrał prosto, ale Ty nie byłeś w stanie! Bo chcieli żebyś grał jak automat (śmiech).
Tak! W Niemczech. Tak, to było... to było naprawdę okropne! Zagrałem, a oni powiedzieli: "Nie, to nie tak. To nie jest w porządku". Bo to wszystko było zbyt sztywne - ja tak nie gram! Ja gram trochę za rytmem, wiesz? Z groove'em. Nigdy wcześniej tego nie powtórzyłem! (śmiech)
I to wszystko, co przygotowałem! Bardzo dziękuję za poświęcony czas i życzę miłego dnia!
Również dziękuję! To była fajna zabawa! Doceniam to! Znasz sporo faktów z mojej przeszłości! Bardzo dziękuję! Pa!