Gdy Frontiers Music s.r.l. zapowiedziało koncertowe wydawnictwo Lynch Mob noszące tytuł "The Final Ride (Live)", to jasne wówczas było, że jest to swoiste pożegnanie tej doświadczonej formacji z fanami. Jako że nigdzie nie mogłem znaleźć polskiego wywiadu z kapelą, to uznałem, że ktoś musi być pierwszy i zarazem ostatni. Menedżment przyznał mi rację i już wkrótce miałem okazję spotkać się z gitarzystą niezwykłym. Sklasyfikowany na 47. miejscu "100 najlepszych gitarzystów wszechczasów" przez magazyn Guitar World. Zajmujący 10. pozycję na liście "10 najlepszych metalowych gitarzystów" wg firmy Gibson. Były gitarzysta, twórca oraz współtwórca największych hitów Dokken. Oto sam George Lynch, który zdradził nam, że jednak na muzyczną emeryturę się nie wybiera. Porozmawialiśmy o tej najnowszej koncertówce, zmianach składu, hitach Dokken czy też tworzeniu utworu do jednego z filmów mojego dzieciństwa, a więc trzeciego "Koszmaru z ulicy Wiązów". Zapraszamy, zwłaszcza że "Mr. Scary" nie jest taki straszny, jak go malują!
MetalSide: Cześć! Jak leci?
George Lynch: Dobrze. Zamknąć okno za mną? Bo słabo cię widzę. Poczekaj chwilę... Tak lepiej?
Jest ok. Zacznijmy naszą rozmowę od faktu, że mamy nowy album koncertowy od Lynch Mob. A na nim w roli wokalisty pojawia się Gabriel Colon. Dlaczego obecnie na koncertach za mikrofonem jest jednak Andrew Freeman?
Nic dramatycznego. Pracowałem z Gabrielem wiele lat. Zagraliśmy razem wiele tras, nagraliśmy kilka krążków i tak naprawdę doszliśmy do wniosku, że Gabriel to taki prawdziwy wokalista metalowy. A że Lynch Mob oczywiście metalu nie gra, to nie do końca była to jego bajka. Nie zrobił niczego złego: śpiewał znakomicie i z każdym występem był coraz lepszy. Ale kiedy Andrew zastąpił Gabriela, kiedy ten nie mógł się pojawić, to zauważyłem pewną rzecz. Mieliśmy okazję zagrać z Andrew kilka koncertów i panowała tam inna atmosfera, bardziej zbliżona do tego, czym powinien być Lynch Mob i czego oczekiwali ludzie. Widzieliśmy to w reakcji publiczności. A z Gabrielem zawsze czułem, że w pewnym sensie na siłę próbujemy wepchnąć okrągły klocek w kwadratową dziurę, czy coś w tym stylu. Nie było źle - było świetnie. Ale jednocześnie inaczej i nie tego oczekiwali fani. Miałeś takiego metalowego wokalistę z naprawdę wysokim głosem, ale pozbawionego wpływu bluesa, który posiadał Oni lub inni wokaliści. Mieli oni w swoim głosie pewną głębię i ciężar, co pasowało do muzyki, z której jesteśmy znani. Gabriel był niesamowity, ale jego siła leżała w miejscu, które tak naprawdę nie pasowało do naszej muzyki i tego, czego oczekiwali fani. Miał wysoki zakres, był bardzo żywiołowy, ale jego głos był inny, bardziej nosowy. Kiedy mieliśmy okazję porównać obu wokalistów, to stało się jasne, że Andy lepiej pasuje i dlatego poszliśmy w tym kierunku. Nie ma między nami złej krwi. Kochamy Gabriela i ciągle okazjonalnie z nim gramy. Ostatnio robiłem coś na Wschodnim Wybrzeżu, gdzie był wokalistą. Grałem z innymi ludźmi, a on pojawił się w zastępstwie Andrew, ponieważ ten nie mógł się pojawić z uwagi na inne zobowiązania. Będziemy grać parę koncertów z Dokken i tam też będzie naszym wokalistą, bo Andy nie może przyjechać. Więc tak, Andy lepiej pasuje, ale ciągle przyjaźnimy się z Gabrielem i w pewnym ograniczonym stopniu ciągle będziemy współpracować. Poza tym, Lynch Mob to i tak takie drzwi obrotowe (śmiech). Jest taki stary żart, że aby dojść gdzieś dalej, to musisz najpierw przewinąć się przez Lynch Mob. Każdy na pewnym etapie swojej kariery grał w Lynch Mob. Albo będzie (śmiech).
Mówisz o jego metalowym głosie. W pewnym wywiadzie powiedziałeś, że miał w sobie coś mrocznego, co zresztą słychać na tym krążku w takim "Let the Music Be Your Master" czy nawet "Rain". Były takie kawałki, w których pozytywnie zaskoczył cię swoim podejściem do materiału źródłowego?
Tak. Wszystkie. We wszystkich zaznaczył swoją obecność swoim unikalnym stylem i brzmieniem. Każdy utwór jest reinterpretacją tego klasycznego. Uważam, że to dobrze, choć nauczyłem się tego z własnych błędów. Kilka lat temu zrobiliśmy album, na którym w zasadzie coverowaliśmy sami siebie. Jeśli dobrze pamiętam, to zrobiliśmy na nowo album "Wicked Sensation". Chyba nazwaliśmy go "Reimagined" czy coś - powinienem pamiętać takie rzeczy. W każdym bądź razie, uważałem, że to genialna płyta. Świetnie się jej słuchało, a jeszcze lepiej nad nią pracowało. Nic nie zabierała materiałowi źródłowemu. To po prostu płyta nagrana 35 lat później. Jeśli mnie pamięć nie myli, to na 35-lecie "Wicked Sensation". No i zostaliśmy zmiażdżeni przez krytyków, a i fani kręcili nosami. A my drapaliśmy po głowach: "Co? Naprawdę?". Mam nadzieję, że album koncertowy nie wywoła takich reakcji. Bo wiesz, ja lubię go słuchać, bo jest odświeżający. To nowe interpretacje, świeże podejście. Co w tym złego? Widocznie coś jest, ale się okaże. A co ty o tym myślisz?
Myślę, że jest bardzo mocny. Bardziej metalowy niż poprzednie koncertówki. Zaskoczyły mnie niektóre kawałki tym, że są bardziej w stylu wczesnego heavy rocka z elementami bluesa, jak np. Cactus.
No cóż, to w końcu podstawa wszystkiego, co nie? Cała muzyka rockowa, nawet te najbardziej ekstremalne podgatunki mają swoje korzenie, ten swój materiał źródłowy w bluesie i tym, co było przed nim. Kiedy dorastałem to rock był tylko blues rockiem (śmiech). Nie było żadnych zespołów, które klasyfikowano inaczej. Przynajmniej ja takich nie pamiętam. Wszyscy ci wielcy artyści z późnych lat 60. i wczesnych 70. bazowali na jednym, czterech czy pięciu bluesowych riffach i kradli od wielkich mistrzów bluesa, pokroju Williego Dixona, Muddy'ego Watersa i każdego po drodze. 1/3 tekstów Led Zeppelin była podkradziona ze starych bluesowych kawałków. Z innych zresztą też. W tamtych czasach dorastałem, więc te dźwięki stanowią swoisty fundament wszystkiego, co tworzę i gram. To dla mnie bardzo ważne, by grać z wokalistą, który także posiada te cechy - a Gabriel za bardzo ich nie ma (śmiech). A chodzi o to, że u wokalisty są one nawet ważniejsze niż u gitarzysty. Nawet bardziej niż u mnie. Zawsze byłem fanem wokalistów. Nie słucham za bardzo gitarzystów. Słuchanie ich gry nie wpływa na mnie pod względem emocjonalnym tak jak słuchanie wokalistów. Słucham starego bluesa, R&B, soulu, neo soulu - tego typu rzeczy. Gdy grasz na instrumencie, to w pewnym stopniu próbujesz naśladować to, co potrafią wokaliści. James Brown miał taki świetny tekst. Zawsze pytał każdego ze swoich muzyków, na jakim instrumencie grają. Gdy podawali jego nazwę, to on odpowiadał: "Nie, mylicie się. Wszyscy jesteście perkusistami, każdy z was jest perkusistą". I w pewnym sensie to prawda, ale wszyscy są też wokalistami, a przynajmniej dążą do bycia wokalistami. To jest ten ostateczny instrument.
Skoro jesteśmy przy perkusistach: na koncertówce gra Jimmy D'Anda, ale na koncertach występuje obecnie Brian Tichy. Co tam się wydarzyło? Bo z tego, co widziałem, to zaraz po trasie koncertowej Jimmy wrócił do BulletBoys.
Tak, dokładnie. Tak właśnie było. To zawsze było coś, co miał z tyłu głowy. Zawsze chciał, by się to wydarzyło, bo w Lynch Mob był w zasadzie najemnikiem. Jest bliskim przyjacielem i graliśmy razem przez bardzo długi czas - może tak długo, jak on z BulletBoys. Za nami mnóstwo tras, sporo płyt i przebytych dróg. Prawdopodobnie poczuł podczas naszej rozmowy, że albo teraz albo nigdy. Rozmawialiśmy o tym, że jeśli kiedykolwiek ma dojść do reunionu BulletBoys, to albo teraz, albo nie nastąpi to już nigdy. No i zaryzykował. I wiedział o tym, bo to rzeczywiście ryzyko biorąc pod uwagę ich historię. No ale jakoś im się to udaje - wiem, że tu i ówdzie mamy wspólnie daty. W niektórych miejscach BulletBoys będą grać przed nami, więc cały czas mam z nim kontakt. No ale Brian jest znakomity. Nie chcę umniejszać innym perkusistom, ale Brian musi być najlepszym pałkerem na świecie. Jest nieprawdopodobny. Posiada niesamowicie pozytywne nastawienie, które przekłada się na resztę grupy. Wszędzie go pełno i daje z siebie wszystko. Jest jak maszyna. Gra z bardzo dużymi zespołami - a my takim nie jesteśmy. Gramy dużo w klubach, kasynach, na mniejszych festiwalach, Monsters of Rock Cruise - tego typu sprawy. A on gra w ogromnych miejscówkach z dużo większymi artystami. A jednak daje z siebie 110% mocy na każdym naszym koncercie, co mi bardzo schlebia. To prawdziwy potwór i granie z nim jest inspirujące. Kocham to, że lubi nie trzymać się scenariusza. Moim ulubionym fragmentem każdego show, a przynajmniej staram się to robić na każdym, jest to, że zapominamy o setliście i po prostu gramy co nam się pojawi w głowach. Uwielbiam to, bo kiedy byłem młody i uczyłem się gry na gitarze, a później jak pisaliśmy wszystkie nasze utwory, to po prostu improwizowaliśmy. Nigdy nie chciałbym o tym zapomnieć. Kocham to, ponieważ dzięki temu publiczność może doświadczyć procesu tworzenia, a nie odtworzenia. A to dwie różne sprawy. Najbardziej ekscytującym momentem jest ten, w którym po raz pierwszy pojawia się pomysł, który zamieni się w piosenkę (śmiech). Ten moment w stylu "O mój Boże, to jest zajebiste! To jest tak świetne!". Później nad tym pracujesz, grasz 10.000 razy, aż do porzygu. Dlatego uważam, że coś takiego jest świetne. Brian też to uwielbia. Słucha i razem docieramy w różne miejsca. Uwielbiam to w nim!
Do setlisty "The Final Ride" trafiły trzy utwory Dokken. Dlaczego z całego tego morza hitów postawiłeś na "Lightning Strikes Again", "It's Not Love" i "Paris Is Burning"?
Przede wszystkim chciałem mieć pewność... Wiesz, miałem spory udział w powstaniu większości materiału - jeśli nie całego. Wiele kawałków napisałem od początku do końca, wliczając w to teksty i melodie. Zacząłem więc od tego. "Alone Again" to bardziej numer Dona i Jeffa. "In My Dreams" też. Chciałem więc trzymać się od nich z dala. Oczywiście to dalej zostawia mnóstwo materiału - jak coś wybrać? Z jednej strony chcemy wybrać z albumów coś mniej oczywistego, ale jednocześnie rozpoznawalnego. Trzeba było zachować balans. "It's Not Love" to duży hit. Jest tam "Don't Close Your Eyes"?
Nie, jest "Lightning Strikes Again" i "Paris Is Burning".
"Lightning Strikes", tak. "Paris" nie jest nawet utworem Dokken - to numer Xciter. A tak naprawdę, to pochodzi jeszcze z mojego zespołu sprzed Xciter, który się nazywał The Boyz. To bardzo stary utwór - prawdopodobnie z połówki lat 70. Po prostu ubraliśmy go w ładniejsze ciuszki dla Dokken. To ciągle ten sam kawałek, choć chyba zmieniłem troszkę tekst - nie pamiętam dokładnie. A "Lighting Strikes" no to wiesz: pierwszy album. Ale wydaje mi się, że to też było coś, co wyszło bezpośrednio z Xciter. "Lightning Strikes" był riffem, który przerobiliśmy na potrzeby Dokken. W czasach Xciter nie miał jednak takiego tytułu. A "It's Not Love"? Nie wiem. Musisz dać też ludziom coś, co jest bardziej przyswajalne, wiesz? Jakiegoś "hita". Nie myśleliśmy nad tym za bardzo. To nie było tak, że wrzuciliśmy pytanie do jakiegoś super-komputera żeby nam wypluł odpowiedź (śmiech). To był coś bardziej spontanicznego. Myślę też, że częścią procesu decyzyjnego było to, że nagraliśmy, o ile dobrze pamiętam, dwa koncerty. Albo więcej - nie pamiętam dokładnie, ale nagraliśmy co najmniej dwa koncerty. Same były bardzo długie. Zazwyczaj gramy, no wiesz, jakieś 14 lub 15 dobrych kawałków. Myślę więc, że część decyzji zależała od tego, jak dobrze dany utwór został zagrany. Bo nie wprowadzaliśmy żadnych poprawek, nie robiliśmy żadnych dogrywek. Co słychać (śmiech). Nie mieliśmy problemu z zostawieniem tego czynnika ludzkiego, tych błędów - zwał jak zwał. Nie jest to więc idealnie brzmiący album, nie są to idealne wykonania. Były jednak utwory, które chcieliśmy w nim umieścić. Teraz mi się przypomniało, że była sytuacja, że mogliśmy dać jakiś kawałek, ale wymagałoby to poprawek w studio. A problem z poprawkami na koncertówce jest taki, że po pierwsze: nie byłoby to już na żywo. Po drugie: to bardzo trudne, o ile nie niemożliwe. Robiłem coś takiego już wcześniej przy albumie koncertowym Dokken. Zaczynasz coś poprawiać i zaczynasz schodzić w głąb króliczej nory. Naprawiłeś to? Zobacz: tutaj jeszcze to można poprawić. I to, i tamto. I gdy już to wszystko zrobisz, to nagle wszystko brzmi inaczej. Brzmienie gitary jest inne - nie ustawisz jej tak, by brzmiała identycznie, więc całość będzie brzmieć dziwnie. Będzie słychać, że coś poprawialiśmy. Musisz więc później siedzieć i poprawiać brzmienie tak, by nie brzmiało na poprawiane. To jest ścieżka, którą nie chcesz podążać (śmiech). Poza tym, to nieuczciwe wypuszczać koncertówkę, która nie jest na żywo. Nie chcę czegoś takiego.
Z Dokken napisaliście utwór do mojego ulubionego filmu z dzieciństwa. Gdy inne dzieciaki płakały na śmierci króla Mufasy, to ja im opowiadałem o filmie, w którym facet ze spaloną twarzą wyrywa nastolatkowi żyły, by sterować nim jak pacynką. Opowiedz mi o kulisach powstania utworu "Dream Warriors" do trzeciego "Koszmaru z ulicy Wiązów"!
Jezu, coś takiego było w filmie? (śmiech) Będziemy się widzieć w sierpniu na zlocie miłośników horrorów w New Jersey. Ludzie przyjadą, by się z nim spotkać. I ja również tam będę. Fajnie. Będziemy mogli powspominać czasy, kiedy wciągaliśmy kokę z jego rękawic z nożami. Dlaczego natomiast zrobiliśmy ten kawałek? Powodem, dla którego Dokken stał się sławny... Podam ci główny powód. To nie dlatego, że byliśmy dobrzy. To nie dlatego, że pisaliśmy świetne numery. To nie dlatego, że byliśmy uparci i nigdy się nie poddawaliśmy. Jasne, to wszystko miało wpływ. To też nie dlatego, że całe życie ciężko pracowaliśmy, by stać się jak najlepsi i wspinać się na kolejne szczeble kariery. Głównym powodem było to, że mieliśmy za sobą firmę, która nazywała się... Zapomniałem. Ale naszymi menedżerami byli Cliff Burnstein i Peter Mensch. Q Prime! I to ciągle bardzo duża firma. Mieli pod sobą chociażby Metallikę i inne wielkie nazwy. No i Cliff postawił sobie osobisty cel, że sprawi, byśmy osiągnęli sukces. I miał do tego środki oraz władzę, bo miał w kieszeni ludzi odpowiedzialnych za emisję utworów w radiu. Miał w kieszeni promotorów i wszystkie wytwórnie - wszystko, co było potrzebne. Miał wszystkich tych ludzi, którzy mogli zrobić to, co trzeba było zrobić, abyśmy dotarli tam, gdzie chcemy. Musieliśmy włożyć w to sporo pracy - no wiesz: osiem lat, dziesięć lat. Ciągłe trasy koncertowe, to i owo. Ale nigdy byśmy tego nie zrobili bez Cliffa Burnsteina. Kilka razy prawie postawił na nas krzyżyk. Nawet powiedział nam, że nie widzi tego i nie wie, czy może to dalej ciągnąć. No ale spróbuje raz jeszcze, ale z nowym podejściem. No i oczywiście powoli zaczęliśmy się przebijać. A później wiesz: Don postanowił rozbić grupę, by zostawić sobie całą kasę i chwałę. To taki duży skrót naszej 12-letniej działalności. Ale tym najważniejszym faktem jest to, że to dzięki menedżmentowi staliśmy się sławni.
Kiedy Cliff Burnstein i Peter Mensch przychodzili do nas i do mnie z jakąkolwiek sprawą, zazwyczaj zgadzaliśmy się na wszystko ze względu na to, kim byli, co dla nas zrobili i co potencjalnie mogliby dla nas zrobić. Było mnóstwo takich sytuacji, a ja się zgadzałem. "Kocham was, wiem ile dla nas robicie. Nie będę chujem, będę grał z wami do jednej bramki, nawet jeśli się coś mi się nie podoba". No i pewnego dnia przyszli i powiedzieli, że wielka wytwórnia filmowa wypuszcza film "Dream Warriors" i chce, byśmy napisali numer. No i mieliśmy w zespole dwa obozy. Don i jego ludzie nie chcieli pracować z nami, a ja pisałem wspólnie z Jeffem - tworzyliśmy duet kompozytorski. Tak napisaliśmy większość materiału na płyty. Mieliśmy takie dwie rywalizujące ze sobą w przyjaznym duchu frakcje, które próbowały prześcignąć się w napisaniu najlepszej piosenki do "Dream Warriors". Don napisał naprawdę dobrą wersję, która, jak mi się wydawało, przejdzie dalej. Tak się jednak nie stało. Więc, no wiesz, ciągle coś poprawialiśmy i dopracowywaliśmy w naszym domowym studiu, by było lepiej i lepiej i w końcu wybrali wersję Jeffa i moją. Potem wszystko dopracowaliśmy, nagraliśmy porządnie w studio - na album. No i kiedy wszystko było już gotowe, dostarczyliśmy ten utwór. Pomyśleliśmy: "O, to będzie świetne", zwłaszcza jeśli film odniesie sukces. A był to duży film dla tej serii. A potem poinformowano nas, że numer zostanie całkowicie wykupiony za zawrotną kwotę 7500 dolarów... Która miała zostać równo podzielona na cały zespół... Po opłaceniu prowizji nigdy nie mieliśmy z niego zobaczyć ani centa, bez względu na to, jak dobrze film się sprzeda... Był to całkowity, globalny wykup praw do piosenki za 7500 dolców... Moja część z tego wyniosła prawdopodobnie 1500 dolarów... Nigdy nie dostałem z niego nic więcej... Cóż, nie uważam, że to było w porządku, no ale i tak było fajnie, bo to świetny numer. Ludzie go uwielbiają. Dobrze się też sprawdza na żywo. Dzięki niemu robimy też takie rzeczy jak wspomniany konwent w sierpniu. Bardzo dobrze płacą za to, bym się pojawił i rozdał autografy. Właśnie dzięki tej kompozycji. Ostatecznie więc i tak się opłacało.
Podczas kręcenia klipu spotkaliście się z Robertem Englundem i Patricią Arquette? Bo teledysk jest zrobiony w taki sposób, że w sumie nie ma Was na jednym ujęciu. Widać, że ktoś jest, ale bez twarzy, więc mogli to być dublerzy.
Cały czas spędzaliśmy ze sobą czas. Spędzaliśmy czas w naszych przyczepach, robiliśmy taką scenę, gdy wstaje z łóżka i się pyta co to za goście - to z naszego teledysku. Bo to nie było na planie filmu, tylko naszego klipu. Mieliśmy własną przyczepę, różne scenografie, jak np. ta góra lawy, czy pokój ze ścianą, przez którą musiałem się przebić. Spędzaliśmy ze sobą czas. Jest np. scena, gdy łapie mnie za szyję i przeciąga. To pamiętam.
No właśnie. Bo całość jest tak wyreżyserowana, że w sumie nie byłem pewny. No ale byli.
Tak, Patricia Arquette i Robert Englund grający Freddy'ego Kruegera byli obecni i spędzaliśmy ze sobą czas.
Ta zeszłoroczna trasa koncertowa była promowana jako pożegnalna. Dość szybko jednak doszedłeś do wniosku, że nie chcesz żegnać się z Lynch Mob. Myślałeś jak się z tego wytłumaczyć, czy raczej uznałeś, że "jebać to, po prostu jedziemy dalej".
Cóż, jestem wielkim kłamczuchem. To jeden z moich problemów: dużo kłamię. No dobra, żartuję. Ale rzeczywiście czasami potrafię skłamać o jakichś nieistotnych czy niewinnych sprawach tylko po to, by zabawić ludzi. Wymyślam sporo bzdur by ich rozbawić. To była po prostu impulsywna decyzja. Po prostu obudziłem się i przez krótki czas chodziło za mną takie uczucie. Pogadałem z żoną i powiedziałem: "No dobra, mam 71 lat. Jest jubileusz, mam ten ostatni album. Wydaje mi się, że nadszedł czas, żeby to wszystko odłożyć na półkę". Jakoś to wszystko wydawało się słuszne. No i to wszystko trwało jakieś 24h. No i zaczęły przychodzić naprawdę dobre oferty. Bardzo dobre. Promotorzy zdali sobie sprawę z tego, że nie ma już Randy'ego Rhoadsa, nie ma już Eddiego, nie ma tego, nie ma tamtego, wszyscy padają jak muchy. George jest jednym z ostatnich przedstawicieli tej starej gwardii, który ciągle tam jest i daje z siebie wszystko. Ciągle daje radę na żywo i chce grać. No i zaczęły przychodzić bardzo dobre oferty. Byłem wychowany do pracy. Mam takie podejście do pracy, którego nauczył mnie mój ojciec. Pracuję odkąd miałem jakieś osiem lat: robiłem wszystko, miałem każdą możliwą pracę na świecie, jaką tylko można sobie wyobrazić - fizyczną pracę. Nie mam wyższego wykształcenia, skończyłem dziewiątą klasę. Byłem stworzony do pracy. Utrzymuję rodzinę, gonię za pieniędzmi i uwielbiam to. Uwielbiam gonić tego króliczka, uwielbiam zarabiać pieniądze, uwielbiam grać na gitarze. Dlaczego nagle mam kończyć robić to, co kocham? A wisienką na torcie jest to, że gdy ogłaszam "The Final Ride", to nagle dostaję bardzo duże oferty - znacznie lepsze niż bym normalnie dostawał! Nagle więc dostaję to wszystko, na co tak ciężko pracowałem i niby mam odejść? Nie! Dlatego jestem z powrotem w siodle!
Wiemy więc jak wygląda sytuacja koncertowa. A jak z komponowaniem?
Właśnie skończyliśmy drugi album Casandra's Crossing z Casandrą Carson. Ja skomponowałem całą muzykę, ona napisała wszystkie teksty i melodie. Album jest ukończony, miks właśnie wleciał. Skończyliśmy go miksować, dodawać lekkie poprawki i tak dalej. Zostało już tylko dodanie swoistej kokardki do opakowania. Całość jest ukończona. Zawsze robię takie zewnętrzne projekty - dla innych wytwórni, z innymi artystami. Lubię to robić. Sprawia mi to przyjemność. Dopiero co zrobiłem na przykład tribute dla Air Supply, a ja nawet nie wiem co to jest Air Supply! (śmiech) Jasne, pewnie coś tam słyszałem, no ale to taki yacht rock. Na początku powiedziałem, że nie ma mowy, ale jak posłuchałem ich muzyki, to okazało się, że jest bardzo inteligentna, interesująca i nie do końca ją rozumiem. Nie rozumiem jej, bo nie ma tam dla mnie takich logicznych zmian - takich, jak ja je rozumiem. Nie do końca potrafiłem ułożyć wszystkie puzzle, więc zmieniłem zdanie. Zrobiłem to i to był najtrudniejszy tribute jaki kiedykolwiek zrobiłem. Jeden z najtrudniejszych. Dziwne, bo musiałem znaleźć logikę stojącą za piosenką - musiałem to rozgryźć. Do tego też te duże akordy. Wszystko zostało napisane z myślą o klawiszach, więc trzeba było to przepisać na gitary. To było ciekawe doświadczenie. Tak więc często robię takie rzeczy. Teraz jestem na bardzo wczesnym etapie powolnego pisania kolejnej płyty Lynch Mob. Wygląda to tak, że kiedy jestem w domu, na trasie czy podczas soundchecku, to zapisuję, kataloguję nowe pomysły, które potem zamienią się w bazę kompozycji.
Usłyszymy Cię także na tribute-albumie Rainbow. W "Jealous Lover". I to z Andrew Freemanem. Jak duży wpływ na Ciebie miał gitarzysta Deep Purple?
No tak! Rzeczywiście! Miałem to szczęście dorastać w późnych latach 60. i przez lata 70. z towarzystwem najlepszej muzyki rockowej jaka kiedykolwiek istniała. I najlepszych gitarzystów, którzy kładli fundamenty pod wszystko, co przyszło później. Szczęśliwa sperma. Urodziłem się w 1954 roku, a jak zacząłem grać na gitarze, chyba jak miałem 14 lat, to Beatlesi podbijali wszechświat. Byłem świadkiem Beatlemanii i wszystkiego, co przyszło potem: Led Zeppelin, Hendrix, każdego gitarzysty. Johnny Winter, Leslie West, Ritchie Blackmore i dziesiątki innych. Wszyscy oni w mniejszym lub większym stopniu stanowili dla mnie źródło inspiracji. Blackmore był dla mnie jednym z tych gigantów, ponieważ Deep Purple był wtedy jednym z największych zespołów na świecie - nie można było ich nie usłyszeć. Był pierwszym, kogo można by uznać za przedstawiciela nurtu neoklasycznego. Ten neoklasycyzm wywarł na mnie wpływ - to było coś pięknego. W pewnym sensie dostrzegałem, na czym polegała jego twórczość - jej źródła, fugi Bacha i tego typu rzeczy. Uważałem, że to coś naprawdę fajnego. Do tej pory jest to coś, co znajduje się w mojej skrzynce z narzędziami. To coś, co ciągle trzymam w zanadrzu. Jego brzmienie dawało niesamowity efekt. W ogóle ich muzyka, ich kompozycje... Dorastałem we wczesnej fazie Deep Purple. Zanim w ogóle się w nich wciągnąłem, to słuchałem Captain Beyond. Już nie pamiętam co było wcześniej, ale w Captain Beyond był Rod Evans, który był pierwszym wokalistą w Deep Purple. Do tego Bobby Caldwell - były perkusista Johnny'ego Wintera. To była niesamowita grupa - ciągle jej słucham. Echa tego typu muzyki ciągle można usłyszeć we wszystkim, co robię - co komponuję, co gram. Ciągle próbuję być Hendrixem, Page'em, Blackmore'em, Beckiem i Claptonem.
Tak jak Ty patrzyłeś za młodu na tych wszystkich wielkich muzyków, tak teraz wielu młodych gitarzystów patrzy w ten sposób na Ciebie. Jak się czujesz samemu będąc teraz legendą rocka?
Cóż, z pewnością to doceniam, ale też i nie potrafię pojąć skali tego, co ludzie czują. Rozumiem, że to dla nich ważne i że miałem na nich wpływ. Ale nie patrzę na to z tej perspektywy. I nikt, kto znajduje się w centrum uwagi - czy to w mniejszym, czy większym stopniu - tego nie zrozumie. No wiesz, chodzi mi o to, że my po prostu... Jesteśmy bardzo zajęci i żyjemy własnym życiem. Mam bardzo normalne życie i po prostu robię to, co wydaje mi się, że powinienem robić. Mam pasję do muzyki - kto wie dlaczego i skąd się wzięła. Czuję, że ciąży na mnie odpowiedzialność związana z tym darem, rozumiesz? Chodzi mi o to, że muszę dbać o niego, wkładać w niego wysiłek, żeby go nie zmarnować. Muszę go pielęgnować i jak najlepiej wykonywać swoją pracę. A kiedy ludzie to doceniają, to jest to dodatkowa korzyść - jest super. Zawsze brakuje mi słów, kiedy ludzie do mnie podchodzą. Nie jestem jakąś super sławną osobą, ale ludzie rozpoznają mnie tu i tam, albo, no wiesz, ktoś mnie chwali. Nie wiem co powiedzieć, chcę okazać szacunek, ale jednocześnie nie potrafię poczuć tego, co oni czują. Rozumiem, że to dla nich coś ważnego i wyjątkowego w ich życiu - ta muzyka i to wszystko. Ale zawsze, kiedy o tym myślę, przypominam sobie moment, kiedy role się odwróciły i sam spotkałem swoich bohaterów, takich jak Ritchie Blackmore czy Jeff Beck. I to rzeczywiście było coś niesamowitego w moim życiu - poznać tych gości. I tam nawet nie było żadnej rozmowy - to jest najciekawsze. Jak poznaję ludzi, którzy lubią moją muzykę, to oni też nie wiedzą, co powiedzieć. To dlatego, że tego się da ubrać w słowa (śmiech). Kiedy poznałem Becka, to byłem z żoną na backstage'u wielkiego festiwalu w Cotton Bowl w Teksasie. Było tam z pięćdziesięciu gitarzystów - same znakomitości. No wiesz, Clapton, B.B. King - wszyscy tam grali. Ja grałem wcześniej tego dnia - nie byłem dużym nazwiskiem, ale tam byłem. Razem z żoną byliśmy na zapleczu, gdzie stały przyczepy. No i zobaczyłem Jeffa Becka idącego po rampie. Pomyślałem, że więcej nie będzie okazji. Z jednej strony naprawdę nie chciałem tego robić, ale z drugiej: po prostu musiałem. Wiedziałem jednak, że muszę okazać szacunek. Zaparkowaliśmy, podeszliśmy z żoną i... nie byłem w stanie niczego powiedzieć. Nie mogłem ubrać w słowa tego wszystkiego, co chciałem mu przekazać - całego mojego życia. Zresztą, to i tak nie miało znaczenia, no bo co zrobi? On próbuje tylko przejść z punktu A do punktu B (śmiech). To było niesamowite, mocne doświadczenie - aż miałem łzy w oczach. W końcu zainterweniowała moja żona i powiedziała mu, że go uwielbiam i że wychowałem się na jego muzyce. Że jest niemal fundamentem pod to, kim się stałem. Był bardzo miły, no ale co miał zrobić, wiesz? (śmiech) Wiedział, że nie zostaniemy najlepszymi przyjaciółmi, że się nie wymienimy numerami telefonów (śmiech). On robił to co robił, ja też robiłem swoje - obydwoje dobrze na tym wyszliśmy. Później jeszcze raz go spotkałem - znów na chwilę. Ale tak, to było coś przytłaczającego dla mnie.
Cóż, czasami wystarczy po prostu ścisnąć za dłoń i podziękować za inspiracje.
Tak, wczoraj byłem u lekarza i ludzie kręcili się po gabinecie szepcząc kim jestem. Ciągle ktoś przychodził. Większość ludzi była w porządku, ale była tam jedna pani, taka Latynoska. Przeszła obok moich drzwi, a ja mam klaustrofobię, więc nigdy nie zamykam drzwi - zawsze muszę mieć drzwi otwarte. Więc siedzę w poczekalni gabinetu lekarskiego, czy tam w tym pokoju, gdzie lekarz przyjmuje pacjentów, a wszyscy ci ludzie ciągle przechodzą obok, zaglądają do środka, pokazują kciuk w górę albo: "Hej, Mr. Scary", czy coś. I to miłe, wiesz? Ale ta pani nie mogła się opanować i wręcz wpadła w histerię i zaczęła płakać - zareagowała tak samo jak ja na Jeffa Becka (śmiech).
Ja Ci życzę więcej tych spokojniejszych fanów! (śmiech) To wszystko, co przygotowałem. Bardzo dziękuję za poświęcony czas! Trzymaj się! Cześć!