Nazwa The Gems może być stosunkowo młoda, ale członkinie tego zespołu... Nie, nie są stare. Chodzi nam o to, że znacie je z innej kapeli poruszającej się w stylistyce melodyjnego, przebojowego hard rocka: Thundermother. W tej poprzedniej kapeli wyszła taka drama, że Filippa Nässil została sama, a cała reszta składu założyła właśnie The Gems. W tym roku trio powróciło z następcą wydanego w 2024 roku "Phoenix". "Year of the Snake" trafił na półki sklepowe za pośrednictwem Napalm Records i był głównym tematem naszej rozmowy z wokalistką. Oto przed Wami przesympatyczna Guernica Mancini, która opowiedziała nam o muzycznych inspiracjach, charytatywnych singlach, czy też... o wietnamskim bimbrze.
MetalSide: Świat hard rocka i metalu poznał się już wcześniej, choć samo The Gems zmaterializowało się dopiero w 2023 roku. Ledwo ogłosiliście światu ten nowy szyld, a tu już pierwsze koncerty, kontrakt z Napalm Records i singiel, który stał się hitem. Była wówczas w Was taka sportowa złość? Chciałyście pokazać światu ile jesteście warte?
Guernica Mancini: Zdecydowanie tak! (śmiech) Bardzo zależało nam na tym, by pokazać światu rocka, że niezależnie od tego, co nas spotkało, nie pozwoliłyśmy, by to zmieniło nasz kierunek. Chciałyśmy pokazać, że po prostu idziemy dalej. Poza tym, wiedząc, że spotkało to już tak wiele osób przed nami, czułyśmy, że to nie tylko nasza walka, czułyśmy, że walczymy za wszystkie kobiety przed nami, które znalazły się w tej samej sytuacji. Więc to była taka podwójna sytuacja. "Nie damy sobą pomiatać. Z nami się nie zadziera!" - tak się czułyśmy.
Jeden z utworów na debiutanckim albumie, "Running", powstał z myślą o Twoim solowym krążku. Coś jeszcze zostało napisane? Należy się czegoś spodziewać w przyszłości?
Nie, z mojego solowego albumu był tylko "Running". No ale "Undiscovered Paths" to był utwór, który pamiętał stary projekt Mony i Emlee. Nieco przy nim zmieniłyśmy, coś tam dodałyśmy. Tak, to były jedyne kompozycje wyciągnięte z innych projektów.
Ten solowy album to pieśń przyszłości, czy coś, co zostało całkowicie odłożone do szafy?
Powiedziałabym, że coś na przyszłość. Początki The Gems wymagały poświęcenia czasu i wysiłku. Tak jak powiedziałeś: w ciągu trzech lata wiele osiągnęłyśmy. Byłoby trudniej, gdybym w międzyczasie zajmowała się czymś innym. Mój solowy projekt to coś, czym chciałbym się zająć, gdy będę miała więcej wolnego czasu. Chciałabym znaleźć producenta, który chciałby ze mną współpracować, by zrobić coś bardziej rockowego. Dla zabawy wypuszczałam ze swoim chłopakiem coś bardziej elektronicznego - coś totalnie z boku. Chciałabym jednak zrobić coś solowego.
Czyli chciałabyś coś mniej hard rockowego?
Tak, coś bardziej rockowego, albo pop-rockowego. Szczerze, to jeszcze nie podjęłam decyzji - muszę najpierw znaleźć odpowiednich ludzi. Myślę, że wtedy odpowiednie brzmienie samo do mnie przyjdzie. Oczywiście mam rockowy głos, więc zawsze będzie mnie ciągnąć w tę stronę. Raczej nie zrobię albumu metalowego - nie będę growlować.
Nowy album The Gems został napisany w Roku Węża. Jak ten fakt wpłynął na klimat albumu? Jego atmosferę?
Chodziło o zrozumienie, czym jest Rok Węża. Zrozumienie zmian jakie symbolizuje - zrzucenie skóry i tego typu rzeczy. Myślę, że z pewnością zainspirowało to część tekstów. Sam tytuł z kolei wziął się bardziej z tego, że zarówno Mona jak i Emlee urodziły się w Roku Węża. Tak się akurat złożyło. Myślę, że motywy związane z Rokiem Węża w chińskiej astrologii są całkiem interesujące. I na pewno dużo mówimy o zmianach - o tym, jak stać się tym, kim się chce być, o akceptacji siebie.
Ja sprawdziłem i w chińskim zodiaku jestem tygrysem (śmiech).
Ja też! Ale to trochę dziwne, bo mój rok technicznie jest królikiem. Ale z uwagi na to, że zodiak zaczyna się później, to jestem tygrysem.
Oglądałem fragmenty koncertów z 2025 roku i okazało się, że już wtedy Mona była w ciąży. Jak to wpłynęło na prace nad albumem?
Z bardzo to nie wpłynęło. Wydaje mi się, że w ogóle. Bardziej zmieniło to sposób planowania - jak zamierzamy otworzyć ten nowy rozdział. Chodziło raczej o zmianę podejścia i inne spojrzenie na sprawę - na różne rzeczy. Ale jeśli chodzi o proces pisania materiału, to w ogóle nie poruszałyśmy tego tematu na tej płycie. I uważam, że świetnie sobie poradziła, grając z nami tak długo, jak tylko mogła. O ile tylko mogła - z przylotem do Niemiec i w ogóle. Tak, będąc w ciąży pracowała więcej niż kiedykolwiek. A zaraz po, chyba miesiąc po urodzeniu dziecka, znów zaczęła pracować, bo gra z wielkim szwedzkim artystą i mają chyba z jakieś pięć występów tygodniowo. Jest więc niesamowita.
W ogóle ten nowy album początkowo miał się ukazać w 2025 roku. Skąd opóźnienie?
To wynikło z faktu, że kiedy latem oddałyśmy master, to wydawca powiedział, że musimy mieć 45 minut materiału. Wiosną dostałyśmy informację od przedstawiciela, że mamy zgodę na zrobienie 10 kawałków. Bo osobiście uważałyśmy, że 10 czy 11 to wystarczająca ilość. Nie ma sensu więcej. Nie dlatego, że nie chcemy tworzyć. Bardziej chodzi o to, w jaki sposób działa dzisiejszy świat - algorytmy i to wszystko. Później nastąpiły roszady personalne i dostałyśmy informację, że jednak musimy zrobić więcej. Musi być co najmniej 45 minut muzyki, ponieważ tak mamy zapisane w kontrakcie. W związku z tym musiałyśmy zmienić taktykę i zdecydowałyśmy się na crowdfunding. Nasi fani pomogli sfinansować trzy ostatnie utwory: "Firebird", "Stars" i "Forgive and Forget". I właśnie dlatego wydanie albumu się opóźniło.
Biorąc pod uwagę fakt, że "Year of the Snake" to album, na którym mamy mnóstwo wpadających w ucho melodii i refrenów: jak wyglądał proces wyboru singli? Rozmowy? Głosowanie? Wyrywanie włosów i drapanie się paznokciami?
(śmiech) Myślę, że najbardziej zażarte dyskusje toczą się na temat tego, które kawałki zostawić, a które wyrzucić. A następnie przy ułożeniu tracklisty - bo robimy to w starym stylu. Wkładamy dużo wysiłku w ustalenie odpowiedniej kolejności. Tam jest najwięcej walki, ponieważ każda z nas wierzy, że robi to, co w danym momencie jest najlepsze. A jakie było pytanie? (śmiech)
O wybór singli.
Tak. Głosujemy razem z producentem. To on nam w tym pomógł. Można powiedzieć, że jest takim czwartym członkiem grupy. Pokazywałyśmy mu nasze kawałki, a on je oceniał i udzielał rad.
A jak byś porównała "Year of the Snake" do "Phoenix"? Jak się rozwinęłyście względem debiutu?
"Phoenix" był albumem zawierającym utwory, które miały się sprawdzić na żywo. Chciałyśmy być świetnym zespołem koncertowym. No i wiele razy wykonywałyśmy na żywo cały materiał z "Phoenix". Kiedy zaczęłyśmy tworzyć materiał na "Year of the Snake" wiedziałyśmy, że chcemy mieć trochę szybszych kawałków, trochę w średnim tempie i bardziej energetycznych. Stąd ewolucja w brzmieniu. No i to otwarcie nowego rozdziału. Mamy więcej... Za każdym razem jak zaczęłyśmy tworzyć coś nowego, to pytałyśmy siebie: co by zrobiło Van Halen, wiesz? "Chcemy napisać nowe "Jump"! Chcemy napisać nowe "Hot for a Teacher"!". Dużo na tym krążku inspiracji Van Halen. Również KISS i Queen. Najwięcej jednak inspiracji pochodzi od Van Halen. Nie bazowałyśmy na nich, nie chcę powiedzieć, że brzmimy jak Van Halen, ale to było to światło, które nas prowadziło.
Często podajesz w wywiadach Queen jako źródło inspiracji. Samo intro do nowego albumu przypomina mi ich ścieżkę dźwiękową do filmu "Flash". Czego nauczyłaś się od tej grupy? Jak zainspirowała Cię jako artystkę?
Pod względem kreatywnym byli nieustraszeni. Mieli bardzo zróżnicowany repertuar. Mieli kawałki bardziej punkowe, ale też i bardzo teatralne. Mieli kompozycje, które wydawać by się mogło nie powinny działać w mainstreamie. Myślę, że to niesamowicie inspirujące i zawsze o tym pamiętamy. Na przykład kiedy tworzymy, nie ograniczamy się w procesie twórczym. Po prostu szalejemy ze wszystkim, a potem nasz producent może powiedzieć: "O rany, tutaj zaczyna się to rozjeżdżać". Niektóre rzeczy były takie, że zaczynałyśmy myśleć: "Czy zamieniamy się w Toto?". Nie no, żartuję! (śmiech) Ale czasami masz producenta, który cię hamuje, ale myślę, że Queen jest wielką inspiracją w tym aspekcie. Lubimy monumentalne piosenki, lubimy teatralność, lubimy rzeczy pełne blasku. Więc możemy czerpać wiele inspiracji od Queen w tym aspekcie. A potem Freddie Mercury jako wokalista. Był oczywiście niesamowity i epicki. Chciałabym mieć choćby odrobinę z jego talentu - to byłoby niesamowite. A także prezencja sceniczna - to coś, o czym często myślę. Będąc na scenie, by zająć tę przestrzeń, opanować ją. To także coś epickiego.
Teledysk do utworu tytułowego pokazuje Wasze życie w trasie. Obecność kamery nie przeszkadzała?
Nie bardzo. W ogóle mi to nie przeszkadzało. Nagrywał chłopak Emlee - jest naszym przyjacielem. Jesteśmy przyzwyczajone, bo to zawsze on albo mój chłopak robią zdjęcia lub nagrywają.
Tommy Johansson gościnnie pojawia się w utworze "Gravity". Z tego, co się orientuję, to poznaliście się przy okazji charytatywnego singla. Jak to było?
To była prośba od naszego wspólnego znajomego... To była prywatna impreza charytatywna na rzecz walki z ALS. Chcieli mieć nową wersję szwedzkiej piosenki z lat 80. Wiesz, tak jak nagrano ten wielki hit na Live Aid, tak w Szwecji wszystkie zespoły hair metalowe nagrały swój utwór. Nazywało się to... Och, teraz nawet nie pamiętam. Metal Aid czy coś w tym rodzaju. Dość kiczowata piosenka. Ale było fajnie. Byłam tam ja, Björn Strid z Soilwork i Night Flight Orchestra. No i Tommy Johansson. Byliśmy więc taką małą grupą naprawdę fajnych muzyków, którzy śpiewali wszystkie te partie główne. A ponieważ piosenka pochodzi z lat 80., była tylko jedna partia główna dla kobiety. Więc ja ją zaśpiewałam (śmiech). I tak, dobrze się bawiliśmy. Nagraliśmy piosenkę i to było wszystko. Ale w ciągu tego dnia, kiedy nagrywaliśmy i spędzaliśmy razem czas, ja i Tommy zaczęliśmy rozmawiać. Jest super miły i wymieniliśmy się namiarami. Zapytałam go też, czy byłby zainteresowany nagraniem z nami duetu, bo to jest coś, co chciałyśmy mieć na naszej drugiej płycie. Ale wtedy nie wiedziałam jeszcze, jaka to będzie piosenka. Później zdecydowałyśmy, że to "Gravity" będzie duetem i po prostu wydawał się idealnym wyborem, ponieważ ma taki epicki głos. Znakomicie śpiewa i jest przemiłym gościem. To ważne dla nas, by współpracować właśnie z takimi osobami. Spełnia oba kryteria i bardzo się cieszymy z tego, że się zgodził.
To w ogóle nie był pierwszy charytatywny singiel z Twoim udziałem. Pamiętam, że jak robiłem wywiad z Hannesem Braunem, to wyszedł singiel "Good Life". Jak wspominasz współpracę z Kissin' Dynamite?
Właśnie zrobiłam coś wspólnie z Hannesem, ale to jeszcze tajemnica (śmiech). Hannes jest super. Kocham go, Annę i całą jego ekipę. Nie wiem, czy Jim ciągle z nimi współpracuje - bo oni tworzą taką grupę kompozytorską w Niemczech. Znam Hannesa od czasu gdy napisał dla Thundermother "Dog from Hell". Są przemili. Praca z nim jest wymagająca, bo jest perfekcjonistą. Więc za każdym razem, gdy dostaję od niego jakieś zadanie, jestem w równym stopniu podekscytowana, co spanikowana, bo lubię improwizować i tak dalej. A Hannes jest sfokusowany - ma być tak, a nie inaczej. Więc naprawdę się cieszę z tego, że nie dostałam żadnych uwag do ostatniej rzeczy, którą nagrałam w sobotę. Pomyślałam: "Wow, uczę się, jak pracować z Hannesem Braunem" (śmiech). Hannes jest niesamowity. I wydaje mi się, że nagrałam dwie lub trzy piosenki charytatywne z ekipą Kissin' Dynamite. Bo nagrałam też "Stop the War", "Fight for Love" z tymi samymi ludźmi. No i "Good Life". Nie było jeszcze jednej, czy się mylę? Może to było "Good Life", a potem "Stop the War" - pewnie mi się miesza. Mam za sobą ten singiel, który nagraliśmy dla Ukrainy. Szczerze mówiąc, nie czuję się bogatym muzykiem, czy coś. Mam oczywiście dobre życie i jestem bardzo wdzięczna za wszystko, co mam. I czuję, że za każdym razem, gdy mam okazję pomóc swoim głosem, robię to z wielką radością. Tak jak w zeszłym roku, brałam też udział w akcji charytatywnej na rzecz walki z rakiem - tutaj w Sztokholmie, śpiewając piosenkę Dio. Jest to dla mnie ważne, ponieważ chcę pomagać tak, jak potrafię - a potrafię śpiewać. Jeśli więc mogę użyczyć swojego głosu, by pomóc innym, zawsze jestem gotowa - chętna do tego. Byłoby naprawdę fajnie nagrać kilka piosenek charytatywnych w ciągu roku.
Dwa lata temu rozmawiałem też z zespołem Silvera. Jak wspominasz tę kolaborację? Bo to kompletnie inny typ muzyki niż The Gems.
Niestety prywatnie się nie znamy - nigdy się nie spotkaliśmy. Skontaktowali się ze mną i po prostu zapytali, czy zechciałabym zaśpiewać w tej piosence. I to w zasadzie tyle. To nie był typ muzyki, z którą mam do czynienia na co dzień. Ale cieszyłam się i byłam dumna z tego, że do mnie się zwrócili. Pewnie inaczej bym ten utwór promowała, no ale każdy zespół działa inaczej. Pewnie znasz ich bardziej niż ja, bo my mieliśmy tylko kontakt mailowy. Można więc z kimś współpracować nawet go nie znając (śmiech).
Mi powiedzieli w zasadzie to samo: napisaliśmy maila, zgodziła się i ot, cała historia (śmiech).
Tak, to szalone, nie? Chciałbym ich pewnego dnia poznać osobiście.
Ciekawym utworem na "Year of the Snake" jest "Forgive and Forget". Opowieść o nieszczęśliwej miłości, czy może opowieść o smutnym zakończeniu przygody z Thundermother?
Rozumiem doskonale skąd może się wziąć takie przekonanie. Ale chciałabym przekazać słuchaczom i czytelnikom tego wywiadu, że podjęłyśmy świadomy wysiłek, by nie pisać już nic więcej o Thundermother na tej płycie. Tym rozdziałem był "Phoenix", a teraz chcemy zająć się i porozmawiać o uczuciach i innych sprawach, które zdarzają się w życiu. A "Forgive and Forget" opowiada o związku miłosnym lub relacjach z członkami rodziny - bo one również mogą być skomplikowane. Jest to także takie swoiste pobożne życzenie, ponieważ w moim przypadku - a to ja wymyśliłam motyw przebaczenia/zapomnienia - jestem bardzo dobra w wybaczaniu, ale łatwo nie zapominam. Więc to jest jak, że to ty jesteś tym, który nosi ze sobą bagaż. Nigdy nie możesz właściwie odpuścić, wiesz? Więc sama piosenka jest moim życzeniowym myśleniem - chcę być w stanie wybaczać i właściwie zapominać, żebym faktycznie nie musiała nosić ze sobą tego całego gówna. Więc to pobożne życzenie. Ale tak, chodzi bardziej o przeszły związek albo rodzeństwo - no wiesz, relacje.
Każdy szanujący się zespół rockowy musi też mieć piosenkę o piciu. Opowiedz więc o tym, że jak Twoja przygoda z wietnamskim bimbrem skończyła się utworem.
(śmiech) Spróbowałam tego w zeszłym roku na moje urodziny. Spędziłam siedem tygodni w Wietnamie, podróżując po całym kraju. Niesamowite. Naprawdę gorąco polecam wszystkim wyjazd do Wietnamu. Wybraliśmy się na taką wycieczkę, a jednym z przystanków było coś w stylu: "Spróbujecie tej szczęśliwej wody". Mieli te wielkie dzbany, jeden z kobrą, jeden z owocami, a jeszcze jeden z czymś innym. "To jest właśnie szczęśliwa woda" - i każdy dostał po kieliszku. A potem powiedział coś w stylu "100" - tak się mówi w Wietnamie. Pomyślałam więc: "No dobrze, to naprawdę utkwiło mi w głowie, brzmiało naprawdę interesująco, nowatorsko i świeżo". Zapisałam to więc niemal natychmiast. Pomyślałam: "Musimy coś z tym zrobić". Nie podobał mi się smak - uważałam, że smakuje jak gówno. Wolałabym pić gin czy cokolwiek innego, ale to był naprawdę dobry pomysł na piosenkę. Ponieważ chciałyśmy mieć na albumie również kilka lżejszych, radosnych piosenek, takich jak "Hot Bait". Mamy więc te dwie piosenki, które są bardziej, no wiesz, po prostu o tej bardziej zabawnej stronie życia (śmiech).
Wokalnie mocno wyróżnia się na płycie "Math Ain't Mathing". Jaka jest historia tego kawałka?
Tak, uwielbiam rapowanie. Szczerze mówiąc, chciałabym być raperką - no ale nie jestem. To jest granica mojego rapowania (śmiech). Rytmicznego wokalu. Jestem też wielką fanką zarówno Sebastiana Bacha, jak i Axla Rose'a. Oni zawsze mieli ten rodzaj śpiewania - wiesz, o co mi chodzi? Więc tak, to trochę nu-metal, ale uważam, że nu-metal to takie prawdziwe rapowanie, podczas gdy to jest bardziej rytmiczny śpiew. Ale to ta sama rodzina. Zawsze chciałam zrobić coś w tym stylu. Jeśli to możliwe, lubię coś takiego wrzucić. Fajnie jest też móc pokazać ludziom, że jako wokalistka potrafię robić coś więcej niż tylko jedną rzecz. Tutaj można pokazać większy zakres. Na przykład śpiewasz wysokie partie, śpiewasz niskie partie, tu i ówdzie dodajesz trochę rytmu. Jest więc różnorodność, z której osobiście jestem bardzo dumna. Z tego, że odważam się robić wiele różnych rzeczy. Sprawia mi to frajdę - bo nudno jest zawsze robić to samo. Ale jeśli chodzi o tekst, to była to piosenka, którą napisałyśmy, bo miałyśmy sporo kłopotów z menedżmentem. Przeszłyśmy przez wszystkie te stereotypowe gówniane sytuacje, które mogą spotkać muzyka... To, co może spotkać muzyka, spotkało również nas, niestety. Więc piosenka była bardzo inspirowana naszym dawnym menedżmentem. Tam nigdy nic się nie sumowało. W stylu: "OK, właśnie zagrałyśmy na Wacken. Jak to możliwe, że nie mamy żadnych pieniędzy?". Zrobiłyśmy to wszystko i nic z tego nie wynikło. Wykorzystałyśmy więc te doświadczenia współpracy z podejrzanymi ludźmi, żeby napisać tę piosenkę: "Math Ain't Mathing".
Miałyście też w planach trasę z The Hot Damn. Byłaś zaskoczona decyzją o zawieszeniu działalności?
Tak, szczerze mówiąc, byłam bardzo zaskoczona. Spotkałyśmy się z nimi w grudniu i... No cóż, nie rozmawiałyśmy o niczym zbyt głębokim, ale świetnie się dogadywałyśmy. Czułam, że od razu kliknęło, a one sprawiały wrażenie dobrze zgranego zespołu. Więc nie mam pojęcia, co się stało. Mam nadzieję, że zespół wróci, bo myślę, że jest potrzebny. I uważam, że to naprawdę fajny, dobry zespół. I tak jak my, są takim podnoszącym na duchu, radosnym zespołem rockowym. I myślę, że takie też są potrzebne. Więc nie wiem. Wiesz, co się z nimi stało?
Nie, była tylko informacja, że udają się na zasłużoną przerwę. Może zmęczenie koncertami i po prostu trzeba było zaczerpnąć świeżego powietrza.
Tak. Może ktoś się spodziewa dziecka? Nigdy nie wiadomo. Przy okazji chciałabym też wspomnieć o King Zebra - bo z nimi tez napisałam piosenkę.
No i ruszasz z nimi w trasę.
Tak, uwielbiamy tych chłopaków. Są niesamowici. To też zabawne, bo kiedy nagrywałem tę piosenkę, chyba w 2020 roku, trwała pandemia. Zastanawiałem się wtedy: "Kim oni są? Co to jest?". Potem pojechałam do Göteborga, żeby nagrać ten kawałek, poznałam ich i okazało się, że są po prostu niesamowici. Zostaliśmy więc przyjaciółmi i od tamtej pory chcieliśmy robić różne rzeczy razem. Fajnie więc, że pojechali z nami w trasę w 2024 roku, a teraz możemy znów wystąpić w tym samym składzie, bo świetnie się razem bawimy i naprawdę dobrze się dogadujemy. To bardzo ważne, kiedy jest się w trasie. Tak, są niesamowici.
W studio to Mona odpowiada za partie basu. Na koncertach wspomagają Was muzycy sesyjni. Pracujecie nad bardziej długotrwałym rozwiązaniem?
Tak. Jeszcze nie zaczęłyśmy, ale już mówię o tym teraz w wywiadach, bo mam nadzieję, że ktoś się do nas zgłosi. Nie wiem jednak, czy zorganizujemy przesłuchania. Oczywiście nie możemy zrobić czegoś w stylu Skid Row, bo nie jesteśmy aż tak znane, ale coś podobnego (śmiech). Szukamy więc stałego muzyka. Kogoś, kto byłby częścią zespołu, ale nie częścią firmy - co jest obecnie normą. Szukamy, bo ciągłe próby z nowymi ludźmi są dla nas bardzo męczące. Miałyśmy ogromne szczęście pracować z wyjątkowo niesamowitymi muzykami, ale to wciąż jest tak, jakby trzeba było wszystko robić od nowa. I zawsze jest tu i ówdzie trochę inaczej. Dlatego na przykład podczas niemieckiej trasy tego lata na basie będzie grał nasz przyjaciel. Czujemy się z nim swobodnie, a on jest świetnym basistą. Ale wszyscy faceci, którzy z nami grają po prostu wskakują, żeby pomóc. Wszyscy wiedzą, że chcemy być zespołem wyłącznie żeńskim. Więc tak, jeśli jakaś dziewczyna tego słucha, jest naprawdę dobra w grze na basie, ma uporządkowane zdrowie psychiczne i jest pracowitą, dobrą osobą, to tak, zapraszamy na przesłuchanie (śmiech).
Niektórzy sugerowali także rozbudowę składu o drugą gitarę, by wzbogacić brzmienie.
Oj, nie. Za dużo pieniędzy, za dużo osobowości. Nie, dziękuję.
Im więcej ludzi, tym więcej problemów?
Tak, dokładnie. Myślę, że rozumiem skąd to się bierze. Rozumiem to z punktu widzenia brzmienia, ale nie sądzę, żeby to było aż tak konieczne. Nie wiem, czy ci komentujący w ogóle rozumieją, na czym polega korzystanie z podkładów i tym podobnych rzeczy. A dodanie kolejnej osoby, kolejnej osobowości, to po prostu może być druzgocące dla zespołu, dla atmosfery i wszystkiego. Dlatego jestem bardzo ostrożna, jeśli chodzi o zapraszanie nowych osób. Uważam też, że niezależnie od tego, kogo zaprosimy, będziemy musiały spróbować i naprawdę upewnić się, że wszystko jest w porządku. Ponieważ mamy już spore doświadczenie, ważne jest, aby mieć dobrych, stabilnych ludzi.
I to wszystko, co przygotowałem! Dzięki za poświęcony czas i na koniec poproszę o kilka słów dla naszych czytelników, no i także i fanów Twojej twórczości!
Cóż, przede wszystkim mam nadzieję, że spodoba wam się "Year of the Snake". To podnoszący na duchu, pełen energii album rockowy. A w tych, jakby bardzo mrocznych czasach na świecie, myślę, że naprawdę fajnie jest mieć muzykę, której można posłuchać, by poprawić sobie nastrój. Przynajmniej ja tak czuję. Mam też ogromną nadzieję, że uda nam się zagrać w Polsce, bo tak naprawdę jeszcze tam nie byłyśmy. Tak więc, jeśli będziecie słuchać naszej muzyki w serwisach streamingowych, będzie nam łatwiej przekonać naszego agenta koncertowego, żeby postarał się załatwić nam koncerty w Polsce. Pomóżcie nam więc! (śmiech)