In Virtue - "Kocham Polskę"


In Virtue to amerykańska grupa proponująca muzykę w stylu progresywnego power metalu. Zespół działa od 2004 roku, a jego siłą napędową jest Trey Xavier, którego wielu z Was może kojarzyć z popularnego kanału na YouTube: Gear Gods. W tym roku pojawił się długo wyczekiwany, rodzący się w bólach i nogami do przodu trzeci album zespołu. To właśnie "Age of Legends" był głównym tematem naszej rozmowy. O historii In Virtue, licznych problemach, które pojawiły się w trakcie prac nad wydawnictwem, czy współpracy z Charlotte Wessels opowiada sam lider kapeli. Oto charyzmatyczny i niezwykle sympatyczny: Trey Xavier!





MetalSide: Hej!

Trey Xavier: Cześć! Jak się masz?

Dość dobrze! U nas godz. 22! (śmiech)

Tak. To moja druga międzykontynentalna rozmowa w ciągu ostatnich kilku tygodni. To jest tak, że albo dla Ciebie będzie to dziwna godzina, albo dla mnie. Ja jakoś nie potrafię rano wstawać...

Ja od razu powiedziałem CMM GMBH, że mi pasuje, bo o tej godzinie przynajmniej dzieciaki śpią (śmiech).

Ach, czyli pasuje nam obydwu! Super!

Zacznijmy może od tego, że "Age of Legends" to wyjątkowe wydawnictwo dla In Virtue, ponieważ to zarówno trzeci, jak i debiutancki album - no bo w końcu mamy zupełnie nowy skład. A już powiedziałeś w jednym z wywiadów, że zespół rodził się dwa razy: w 2004 i 2015. Jak doszło do tego odrodzenia?

Och, stary... To wszystko zaczęło się od frustracji i niechęci, by po prostu dać temu umrzeć. No bo wiesz, na początku to był po prostu zespół. Takie bardziej oparte na współpracy przedsięwzięcie - taka grupka przyjaciół ze studiów. I to stało się moim głównym muzycznym ujściem, albo raczej moim... dzieckiem, wiesz? Stało się to czymś, do czego można powiedzieć, że bardzo się przywiązałem - czy coś w tym stylu. Stało się to nośnikiem moich głównych pomysłów muzycznych. I stało się dość jasne, że inni ludzie w zespole nie byli w to zaangażowani tak na całe życie. Nie chcieli zawodowo zajmować się muzyką. Nie chcieli, by była ona tak dużą częścią ich życia. I to jest całkowicie, całkowicie w porządku. Nadal jesteśmy dobrymi przyjaciółmi. Rozmawiamy ze sobą. Nikt nie był wściekły. Wszyscy po prostu poszli swoją drogą i zaczęli prowadzić bardziej normalne życie. Ożenili się, mają dzieci, ustatkowali się. Mają stałą pracę. A dla mnie to właśnie to - muzyka jest dla mnie wszystkim. I to się sprawdziło w tym sensie, że ja... Byłem też trochę zmęczony tym, że musiałem filtrować swoje pomysły przez innego wokalistę, rozumiesz? I chociaż była bardzo dobra, zdałam sobie sprawę, że to była jedna z tych rzeczy, które mnie hamowały. Bo to są moje piosenki - to ja powinienem je śpiewać. Ale wtedy naprawdę nie mogłem (śmiech). Nie potrafiłem tego zrobić. Po prostu nie byłem wtedy wokalistą. A miejsce, w którym mieszkałem, obszar North Bay w San Francisco, to piękne miejsce do życia. Ale nie ma tam żadnej poważnej sceny muzycznej, o której można by cokolwiek powiedzieć. Jestem pewien, że są tacy, którzy tego słuchają i myślą: "Stary, co do kurwy?!" (śmiech). Wiesz, grałem tam w wielu zespołach. I nie chodzi o to, że nie ma muzyków, utalentowanych artystów czy świetnych zespołów, czy cokolwiek. Chodzi o to, że trudno tam jest robić cokolwiek naprawdę profesjonalnego i poważnego. Dlatego przeprowadziłem się do L.A. i wiesz, nikt nie miał zamiaru jechać ze mną (śmiech). Więc po prostu musiało się to stać. Musiałem zebrać nową ekipę. Wiesz, takich ludzi, którzy byli dobrzy i potrafili współpracować w sposób, który najlepiej pasuje do mojego stylu pracy. I którzy też chcieli wspierać moją wizję wiesz? I czuję się szczęśliwy, że mi się to udało i że w końcu mogę wypuścić to "dzieło mojej miłości" w świat. To trochę szalone, że zajęło to tak długo. Ale też, kiedy tego słucham, myślę sobie: tak, to rzeczywiście brzmi jak mnóstwo pracy! (śmiech)

Tak jak wspomniałeś: teraz Ty jesteś głównym wokalistą. I słuchając "Age of Legends" trudno uwierzyć w to, że na poważnie chwyciłeś za mikrofon dopiero w wieku 28 lat. Śpiewałeś coś wcześniej? No bo przecież musiałeś wiedzieć, że dasz radę.

No tak. To nie było tak, że wcześniej w ogóle nie śpiewałem. Wiadomo. Śpiewałem trochę w chórze, a kiedy dorastałem: trochę w teatrze muzycznym. A na starszych albumach to ja śpiewałem te wszystkie ostre partie wokalne i tak dalej. Myślę, że to było właśnie podczas tworzenia "Embrace the Horror", kiedy zacząłem... Pomijam fakt, że zacząłem brać lekcje śpiewu w szkole muzycznej, w której uczę. No i zacząłem chcieć pisać więcej harmonii wokalnych. I nie chciałem po prostu wpisywać tego na klawiaturze i dawać wokalistom do nauczenia się. No wiesz, na zasadzie: tu masz pliczek z harmoniami. Więc po prostu zacząłem śpiewać je sam, najlepiej jak potrafiłem. No i z biegiem czasu było coraz lepiej i lepiej. Ale wiesz, jest różnica między tym, że potrafisz śpiewać, czy odtwarzać ton, a tym, że potrafisz śpiewać w sposób na tyle przekonujący, że możesz być wokalistą zespołu. Podczas lekcji śpiewu miałem wiele takich małych olśnień, które sprawiły, że pomyślałem: "OK, może faktycznie dam radę". I czuję, że to było dla mnie coś w rodzaju nieodkrytej krainy. To było naprawdę niesamowite uczucie, gdy zdałam sobie sprawę: "O, to cały czas we mnie było! Ten potencjał w pewnym stopniu już się ujawnił, ale ja po prostu nigdy go nie wykorzystałem. Nigdy nie byłem w stanie tego zrealizować". I wiesz, coś takiego sprawia, że zaczynasz się zastanawiać: "Cóż, co jeszcze w takim razie mogę zrobić? Może mógłbym przebiec maraton?" (śmiech). Właśnie wtedy pomyślałem sobie: "O, może rzeczywiście powinienem się tym zająć?". I wiem, że jest tak, jak powiedziałeś - to trochę szalone, że czekałem aż tak długo. Albo że wiesz: brzmi to tak, jakbym śpiewał już od dawna. Ale zdałem sobie też sprawę, że wiele osób już bardzo, bardzo wcześnie zaczyna śpiewać jak wielcy wokalistki i wokalistki. A potem, zanim osiągną jakieś 60 lat, ich głosy są kompletnie zniszczone. No wiesz, jeśli posłuchasz na przykład niedawnych nagrań Jona Bon Joviego: jeden z największych wokalistów rockowych, jaki kiedykolwiek istniał. No ale zniszczył sobie głos śpiewając "Living on a Prayer" w różnych tonacjach i na żywo przez jakieś 40 pieprzonych lat.

No tak, podobnie Ian Anderson z Jethro Tull - ledwo ciągnie wokalnie swój stary repertuar. Podobnie Andrew Eldritch z The Sisters of Mercy.

Tak, no i wiesz: musieli znacznie obniżyć tonację o kilka stopni. Ja przeskoczyłem te pierwsze 30 lat (śmiech). Mam nadzieję, że dzięki temu będę mógł śpiewać znacznie dłużej. Nie wiem. Kocham fakt, że w przeciwieństwie do wielu, wielu wokalistów, których znam, a którzy są o wiele, wiele lepsi ode mnie i których głosy uważam za niesamowite, oni nie lubią własnego głosu. Rozmawiałem z wokalistami, którzy mówili: "Tak, nie lubię swojego głosu". A ja na to: "Co, kurwa, jest z wami nie tak?". Ale ja nie mam tego problemu, bo nadal nie uważam się za wokalistę. Więc za każdym razem, gdy coś śpiewam i brzmi to dobrze, jestem z tego powodu bardzo szczęśliwy. Naprawdę kocham brzmienie własnego głosu. Nie w taki narcystyczny sposób. Po prostu myślę: "Wow, to naprawdę wyszło ode mnie. O tak, kurwa!". To wciąż jest dziwne. To dziwne uczucie, kiedy słucham tego i myślę: "Wow, ten gość nie śpiewał, dopóki nie skończył 28 lat". Miałem mniej więcej taką samą reakcję jak ty (śmiech).


Wspomniałeś, że wcześniej odpowiadałeś za mocne wokale na poprzednich albumach. Na "Age of Legends" mamy sporo takich wręcz death metalowych partii. To Twoja sprawka?

Tak. Jedyne głosy, które tam nie są moje, to oczywiście Charlotte... No wiesz, goście: Charlotte i Cheney. Alex, nasz klawiszowiec, zaśpiewał kilka partii do harmonii. Mamy też coś w rodzaju chórków od naszych znajomych, jak w utworze "Where the Edges Meet". A wszystko inne to ja. Poczekaj, czy na pewno? No tak! Nasz kumpel Kourt z zespołu Levinia też zaśpiewał kilka wysokich partii. Ale tak, poza tym to wszystko moja robota. No wiesz, wszystkie te różne rodzaje mocnych wokali. W zasadzie robiłem już je na poprzednim materiale, nie tyle z konieczności, ale z chęci posiadania tej różnorodności brzmień. Następnie będąc jedyną osobą w zespole, która jest chętna/zdolna, po prostu je napisałem i zrobiłem. I wiesz, nie sądzę, żebym był w tym szczególnie dobry. Ale znowu, po prostu nie mam problemu z myśleniem: "Och, nie potrafię tego zrobić". Raczej mówię sobie: "OK, jeszcze tego nie potrafię". Więc teraz się uczę i po prostu tak robię ze wszystkim. Po prostu zakładam, że będę w stanie zrobić każdą daną rzecz po pewnej ilości prób, spieprzania tego i ponownych podejść. Wiesz, typu: "dlaczego nie?". Więc po prostu stosuję to podejście do wszystkiego. I jak dotąd działa to całkiem nieźle (śmiech).

Pierwszy singiel, "Purgatory", pojawił się w 2019 roku. Drugi, "Where the Edges Meet", w 2020 roku. "Scream" - 2023. Co się działo z In Virtue, że ten materiał nie mógł się zmaterializować?

No cóż, jak można się domyślać: wpłynęło na to kilka czynników. Biorę za to całkiem sporo odpowiedzialności. Chcę to od razu zaznaczyć (śmiech). No więc, mam chyba spore ambicje, ale słabe umiejętności organizacyjne i logistyczne. Traktuję to jak swoje dziecko, więc niechętnie zwracam się do kogoś z zewnątrz. Wiesz, czasami po prostu zbytnio mi na tym zależy. Na początku, kiedy zaczęliśmy nagrywać te utwory, mieliśmy osobną, małą sesję nagraniową, żeby nagrać ścieżki perkusji do "Purgatory", "Edges Meet" i "Push That Rock". Bo początkowo to nie miał być album. Pierwotnie mieliśmy nagrać tylko EP-kę. I zamierzaliśmy wydać te trzy utwory. Nagraliśmy to wszystko. A potem zdecydowaliśmy, że to będzie album. Wypuściliśmy te trzy single po to, by sprawy nabrały tempa. Myśleliśmy, że wszystko zostanie ukończone zdecydowanie szybciej, wiesz? (śmiech) A potem mieliśmy pandemię. Ciągle podczas niej pracowaliśmy, ale było znaczniej trudniej. Prace szły znacznie wolniej. I jak mieliśmy już jakieś ponad 90% materiału i zostało dosłownie parę rzeczy do poprawy, to zniknął jeden z producentów - ten, który miał wszystkie pliki. Na początku to było coś na zasadzie: "Jasne, stary, już się za to zabieram". Ale później, czekaliśmy, czekaliśmy, dalej czekaliśmy i w końcu się pytałem się: "Heeej! No i jak to wygląda?". No i w końcu totalna cisza. Już zacząłem myśleć, że może umarł - może potrąciła go ciężarówka, czy coś (śmiech). Zaraz przed tym potrafił wysłać jakąś wersję numeru, a ja się go pytałem: "No dobra, ale gdzie są te wokale, które nagraliśmy?". I nie mógł ich znaleźć. Musiałem więc je ponownie zarejestrować - wiele z tych mocniejszych partii to dogrywki. No i wiesz: to było do dupy (śmiech). Na pewno nas to spowolniło. Żeby nie było: uważam, że to co zrobił na albumie jest fenomenalne. Wszystko, co zrobiliśmy przez te lata wyszło świetnie. Tyle że nie mogliśmy przekroczyć linii mety. Rety, ile sił mnie kosztowało, żeby w końcu to ukończyć... No ale tak: przez lata prace utknęły na 90+%. I chyba w pewnym momencie - nie miałem na to siły. Nie lubię zrzędzić, no ale żeby coś dokończyć, to niekiedy trzeba być chujem (śmiech). Kiedy w końcu się udało, to musisz się przygotować na wydanie. Chcieliśmy nakręcić teledyski i załatwić wszystkie sprawy promocyjne. No wiesz, dawno tego nie robiłem i chciałem zrobić to porządnie. Więc, no wiesz, naprawdę poświęciliśmy sporo czasu, żeby dopracować klipy, materiały prasowe i całą resztę. A to zajęło kolejną porcję czasu. Wiesz, chcieliśmy zrobić to dobrze. Dużo się nauczyliśmy dzięki temu - na każdym froncie. Ale myślę, że efekt końcowy jest dokładnie taki, jaki powinien być. Trzeba było poświęcić na to tyle czasu... No ale wszystkie te rzeczy musiały zostać zrobione, bym ostatecznie był szczęśliwy. Nawet nie dlatego, że jestem perfekcjonistą - choć trochę jestem. Bardziej dlatego, że czuję, że gdyby nie wyszło tak, jak jest teraz, to nie miałoby to sensu. Nie byłoby tam całego przesłania, pełnego doświadczenia. A wiele przeszliśmy - to wielka historia. To nie jest jak chłopak i dziewczyna, którzy się rozstają i wracają do siebie, jest trochę smutku, a później jest radośnie. To ogromna, monumentalna idea. I nie mogłem po prostu zrobić z tego tylko "troszeczkę".

No właśnie, bo sam album to jedna większa historia. O syzyfowej pracy. Życie muzyka nie jest łatwe: wymaga mnóstwo poświęceń, ciągle się jest poza domem, pieniądze nie zawsze są takie, jakie powinny być. To też syzyfowa praca? Pętla? Wkładasz mnóstwo pracy, a na końcu nie zawsze się to opłaca?

Takim ostatecznym wnioskiem z tej historii, tym, co w niej zawarłem jako swego rodzaju zakończenie, to przejście od idei przypominającej kafkowską pętlę nieszczęścia do zupełnie innego spojrzenia na tę koncepcję. To nieuniknione. Wszyscy wciąż na nowo pchamy ten kamień pod górę. Każdy dzień to mała, miniaturowa pętla syzyfowa, a każdego roku i przez całe nasze życie doświadczamy tych wzlotów i upadków. Można by powiedzieć, że to sinusoida. Dlatego właśnie proces staje się najważniejszą częścią - ta praca, którą wykonujemy. Mamy takie wyobrażenie, że praca to coś złego, i może tak być, jeśli jesteś sprzedawcą w Walmart lub, no nie wiem, wykonujesz pracę, której nienawidzisz albo która jest do bani, czy jakkolwiek to nazwać. Ale praca dla mnie, to faktyczne zaangażowanie się i wykonywanie, tworzenie czegoś, zmaganie się ze stworzeniem dzieła sztuki, które ma znaczenie, lub czegokolwiek, co kochasz, co chcesz robić - to właśnie jest sedno tego wszystkiego. Właśnie ta praca nadaje twojemu życiu sens. I wtedy zaczynasz kochać to pchanie głazu. Zaczynasz kochać pchanie głazu pod górę, bo wszystko, co stworzysz, pewnego dnia przeminie. To jak entropia. Wiesz, rzeczy po prostu się rozpadają, a wszystko w końcu obróci się w proch. Możesz więc stworzyć coś, co przetrwa długo lub jest naprawdę wspaniałe, ale to właśnie dążenie do stworzenia tego, moim zdaniem, naprawdę nadaje sens twojemu życiu. Ta praca... Myślę, że gdybyśmy bardziej to szanowali, wszyscy bylibyśmy o wiele szczęśliwsi i mielibyśmy więcej tego, czego szukamy. Bo patrzymy na ludzi, którzy mają dużo i myślimy, że są szczęśliwsi. Myślimy, że gdybyśmy sami wspięli się na szczyt góry, to będziemy mieli wszystko, co sprawi, że będziemy szczęśliwi i spełnieni. Ale nie ma większego spełnienia, spokoju czy spokoju niż to, co czuję, kiedy pracuję nad muzyką, kiedy wykonuję tę pracę. Myślę więc, że to jest najlepsza część, kiedy faktycznie osiągam coś, na przykład kiedy faktycznie kończę coś takiego jak ten album, czuję się trochę pusty i po prostu chcę do tego wrócić.


Jednym z utworów wybranych do promocji albumu był "Karma Loop" z gościnnym udziałem Charlotte Wessels. Jak doszło do tej współpracy?

Uwielbiam pracę z Charlotte! To była nasza druga wspólna piosenka. Jedna z nich powstała na mój kanał na YouTube, gdzie rzucam kostką, by wybrać motyw. Zawsze zapraszam gości, ale ona chciała się bardziej zaangażować. Zazwyczaj wygląda to tak, że rzucam kostką, piszę utwór, wysyłam go wokaliście, a on po prostu nagrywa wokal. Ale Charlotte chciała się naprawdę zaangażować: wciągnąć całą swoją społeczność, osoby z Patreona, podrzucając pomysły na temat. Rzucała kostką na swoim streamie, żeby wybrać temat piosenki i tak dalej. I właśnie wtedy odkryłem, jaką jest niesamowitą artystką. Znam ją już od jakiegoś czasu. Przeprowadziłam z nią wywiad dawno temu, kiedy śpiewała jeszcze w Delain. No wiesz, no i utrzymywałyśmy kontakt. Współpraca nad tą wspólną piosenką była świetną zabawą. Wyszło świetnie. Ona po prostu zna się na rzeczy. I ma najlepsze podejście. I jest po prostu niesamowicie miłą osobą. Pomyślałem sobie: "Musimy to kiedyś powtórzyć". A więc kiedy nadszedł czas i pisałem kolejne utwory na album, wiesz, to był oczywisty wybór, żeby to ona zaśpiewała tę drugą część. Więc jest ta postać, która w zasadzie poza Syzyfem jest jedyną prawdziwą postacią na albumie. Jest katalizatorem. Głosem, który w ogóle podsuwa mu pomysł, by wyrwać się z czyśćca, z tej wiecznej męki. I prowadzi z nim te wszystkie rozmowy, z których część przypomina kłótnie. Niektóre dyskusje są bardziej filozoficzne i dotyczą tego, czy w ogóle jest godny siebie, no wiesz, czy potrafi o siebie zadbać. Bo wiesz, to kawał skurwysyna. Jest morderczym, tyrańskim królem - czy raczej był. I teraz o tym wie. To jedyna rzecz, o której był w stanie myśleć, podczas pchania kamienia pod górę przez tysiąc lat. Więc ona jest przy jego uchu i mówi: "No cóż, co by to wymagało? Co musiałoby się stać, żebyś poczuł, że jesteś w stanie wybaczyć sobie wszystkie te okropne rzeczy, które zrobiłeś?". I potem następuje wymiana zdań. I właśnie to jest "Karma Loop" - to najbardziej bezpośrednia rozmowa między tą dwójką. Wiele rzeczy jest sugerowanych, co mamy w teledyskach. Ale tutaj ona naprawdę zyskuje swój głos - i to jest właśnie Charlotte. Wyszło tak, że po prostu grzecznie ją poprosiłem, a ona bardzo entuzjastycznie się na to zgodziła (śmiech). I dała czadu. Napisałem kilka wersji tej partii, ale cały czas z nią na myśli. Potrzebny był po prostu drugi głos - kobiece rejestry. Ale, no wiesz, miałem nadzieję, że to zrobi. Więc kiedy jej to przedstawiłem, powiedziałem: "To jest moja wersja tego. Oto, co napisałem. Jeśli jest w tym coś, co chcesz zmienić, albo jeśli chcesz to całkowicie skasować i zacząć od nowa, wyjaśnię ci koncepcję, żebyś to zrozumiała i mogła to zrobić". Bo wiesz, ona jest niesamowitą kompozytorką. I na szczęście, przynajmniej tym razem, nie chciała niczego w tym zmieniać. Ale jednak wiele dodała. Zaśpiewała to mniej więcej tak, jak to napisałem, ale oczywiście o wiele lepiej (śmiech). A potem dodała te wszystkie harmonie, fragmenty, chórki, warstwy i warstwy i kolejne. Wszystko to sprawiło, że utwór stał się bogaty i interesujący. Podniosło to kompozycję na poziom, o którym nawet nie śniłem. A potem pomyślałem sobie: "Ok, to chyba najlepszy kawałek na tej płycie". I powiedziałem: "Jadę do Europy!". To chyba było, niech no pomyślę, w 2023 roku. Pomyślałem sobie: "Musimy nakręcić do tego teledysk". A ona znowu: "No to kurwa jedziemy z tematem!". Pomyślałem sobie: "Jak można, no wiesz, jak można nie kochać współpracy z kimś, kto ma tak świetne podejście?". Więc pojechałem do niej, do Holandii, gdzie mieszka. I nakręciliśmy to. Miałem ogólny pomysł na to, jak to powinno wyglądać. Ale powiedziałem: "Nakręcimy to na zielonym tle, żebym mógł umieścić cię w dowolnej scenie, na jaką ostatecznie się zdecydujemy, bo tak naprawdę nie wiem jeszcze dokładnie". Powiedziałem: "To jest mój pomysł na strój i ogólny wygląd". A ona mi zaufała. Wiesz, jak się kogoś stawia przed zielonym ekranem, to można go wstawić gdziekolwiek. Wiesz, jak Shia LaBeouf, który nakręcił cały ten materiał na zielonym tle i powiedział: "Róbcie z tym, co chcecie". A potem ludzie umieszczają go w głupich scenariuszach. Na szczęście, wiesz, nie zamierzałem tego robić. Ale wiesz, ona po prostu poszła na całość w tym teledysku i w tej piosence. I wyszło świetnie. I właśnie tego rodzaju kolaboracje chcę robić (śmiech).

Jak tylko zobaczyłem okładkę, to pomyślałem sobie: "O, coś w stylu Niklasa Sundina". I okazało się, że to rzeczywiście on za nią odpowiada. Jak narodziła się ta współpraca?

Trochę podobnie. No bo, poza tym, że napisałem do niego na zimno. Zobaczyłem okładkę do albumu "Moment" Dark Tranquillity, którą zaprojektował. Pomyślałem sobie: "To jest to! Kto to zrobił?". Więc, no wiesz, zagłębiłem się trochę w ten temat, żeby sprawdzić, kto to był, i obejrzeć inne jego prace i tak dalej. A potem po prostu wysłałem mu e-maila. Ma swoją stronę internetową, ale nie wiem skąd dokładnie wytrzasnąłem jego maila. No ale po prostu do niego napisałem i zapytałem, co musielibyśmy zrobić, żeby to się udało. Odpowiedział i była to niemal powtórka z rozrywki: "Tak, stary! Do dzieła!". Wiesz, pomyślałem sobie: "No ale jak? Nie jestem sławny ani nic takiego". Myślę, że ludzie zakładają, że aby pracować z ludźmi, których postrzegasz jako bardzo utalentowanych, albo niezwykle sławnych, albo jakoś tak, jakby było w nich coś, co czyni ich nieosiągalnymi... W większości przypadków, po prostu musisz mieć coś do zaoferowania, no ale najpierw musisz spróbować. Oczywiście musiałem zapłacić tym ludziom, musisz się zapytać: "Hej, no wiesz, jakie są twoje stawki? Ile by to kosztowało, żeby to załatwić?". Trzeba się zastanowić, czy to w ogóle możliwe w danym momencie. Ale, stary, nigdy wcześniej nie spotkałem się z całkowitą odmową. Więc, no wiesz, powiedziałem mu, jak bardzo podobała mi się okładka "The Moment" i że chcę coś w tym stylu. A potem mu to opisałem. To było zlecenie. To było coś w stylu: "Chcę to, ale dobrze" (śmiech). To znaczy, to musi odzwierciedlać tę ideę. Ale wizualnie mam całkiem niezłe wyobrażenie. I jeśli spojrzysz na zdjęcie tego gościa na okładce, to oczywiście jest to Syzyf. Zrobiłem telefonem zdjęcie, żeby pokazać, jak mniej więcej chcę, żeby to wyglądało. I wydaje mi się, że on po prostu wyciął mnie z obrazka, a potem jakby to zamalował, bo to jest w pewnym sensie autobiograficzne. Więc to ja jestem Syzyfem na okładce. Był bardzo mało wymian zdań. On po prostu świetnie to ogarnął. Były tylko takie drobne rzeczy, o których dodanie go poprosiłem, jak węże i ta winorośl, która jakby owija się wokół jego nogi. A potem korona, wiesz, taka jakby odrzucona na bok. A potem przeszliśmy przez kilka poprawek kolorów ziemi przez rozdartą zasłonę, czy coś w tym rodzaju.

I to by było na tyle! Wielkie dzięki za poświęcony czas i na koniec poproszę o kilka zdań dla fanów z Polski! Może zachęć ich do sięgnięcia po ten krążek!

(śmiech) Cóż, jak mogę przekonać mieszkańców Polski? Byłem w Polsce i świetnie się tam bawiłem. Bardzo chcę tam wrócić. Byłem w Warszawie i Gdańsku, a Polacy traktowali mnie jak króla. Mam więc nadzieję, że znajdziecie w tym coś, co mogę oddać Polakom w zamian za to, że tak miło mnie przyjęli. I, wiecie, próbuję coś wymyślić w biegu, bo się na to nie przygotowałem! (śmiech). Kocham Polskę i mam nadzieję, że Polska odwzajemni tę miłość. Mam też nadzieję, że pewnego dnia będziemy mogli przyjechać i zagrać tam. Byłoby to naprawdę niesamowite.

Jeszcze raz dziękuję i życzę miłego dnia!

Również dziękuję! Było super! No i dziękuję za świetną recenzję albumu! Bardzo mi się podobała. Miłej nocy i mam nadzieję, że będziemy mieli jeszcze okazję pogadać!




Autor: Tomasz Michalski

Data dodania: 11.06.2026 r.



© https://METALSIDE.pl 2000 - 2026 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!