Joel Hoekstra - "Zawsze fajnie jest do Was przyjechać"


Joel Hoekstra to czołówka współczesnych gitarzystów. Koncertuje z Trans-Siberian Orchestra i Cher, a przez wiele lat stał u boku Davida Coverdale'a w Whitesnake. Mogliście go zobaczyć na Broadway'u w spektaklu "Rock of Ages", jak również na występach Night Ranger, Foreigner i Accept. Mało? Jest także częścią dwóch supergrup! W Iconic i Revolution Saints pojawia się obok muzyków znanych z m.in. Stryper, Journey i Dokken. Jego własny zespół, Joel Hoekstra's 13, to też niezła ekipa! Vinny Appice, Jeff Scott Soto, Tony Franklin, Derek Sherinian, Girish Pradhan - robi to wrażenie. Panowie całkiem niedawno za pośrednictwem Frontiers Music s.r.l wypuścili swój nowy krążek. I to właśnie album "From the Fade" był głównym tematem naszej rozmowy z artystą. Oto przed Wami: sam Joel Hoekstra!





MetalSide: Hej!

Joel Hoekstra: Cześć! Jak się masz?

Bardzo dobrze! A jak u Ciebie?

U mnie, stary, wszystko w porządku! Dzięki!

Wszystko gra z audio? No to zaczynajmy! Ledwo wróciłeś z trasy z TSO, a tu premiera nowego albumu Twojej własnej grupy. Jak w ogóle narodził się Joel Hoekstra's 13?

Zanim moja kariera nabrała tempa, tworzyłem własną muzykę i wydawałem ją niezależnie jako Joel Hoekstra. Nagrałem więc kilka albumów instrumentalnych, które były w pewnym sensie w stylu fusion - trudne do sklasyfikowania. Następnie "The Moon Is Falling", który był raczej krążkiem progresywnym. Potem, co dziwne, nagrałem album akustyczny w technice fingerstyle. Miałem więc na koncie trzy albumy instrumentalne, które brzmiały jak solowe albumy gitarzysty - bo to właśnie gitara była w centrum uwagi. Zasadniczo stało się tak, że nagle stałem się bardziej znany, dołączając do Night Ranger, grając w spektaklu Rock of Ages, dołączając do Trans-Siberian Orchestra, a potem do Whitesnake. Wielu fanów wracało i słuchało moich solowych utworów, mówiąc: "Hej, stary, musisz wydawać rockowe albumy ze swoim solowym materiałem! Co to w ogóle jest?". I właśnie stąd wziął się pomysł. "Hej, czemu by tego nie spróbować? To byłaby świetna zabawa". Nie chciałem jednak, żeby przez cały czas był tylko shredding na gitarze. Bardziej zależało mi na tym, żeby brzmiało to jak prawdziwy zespół, ale żeby było to jednocześnie dla mnie bardziej osobiste doświadczenie. Coś, gdzie sam piszę riffy, teksty i melodie wokalne, nadzoruję oprawę graficzną i miks. W co jestem bardzo zaangażowany w każdym aspekcie. Chciałem, żeby to był album solowy, ale żeby jednocześnie to brzmiało jak prawdziwy zespół. Po to, by ludzie skupili się bardziej na samych utworach, a nie na mnie. Więc tak to się zaczęło. Pracowałem z Tony'm Franklinem nad innym projektem. Wspaniały basista, znany czywiście z Blue Murder i The Firm. Zapytałem go, kogo chciałby zatrudnić jako perkusistę, gdybyśmy to zrobili. Polecił mi Vinny'ego Appice'a. Właśnie w tym czasie Russell Allen dołączał do Trans-Siberian Orchestra. Więc poprosiłem go, żeby doszedł do nas jako wokalista. I tak mniej więcej ułożył się skład zespołu. A potem Jeff Scott Soto, mój dobry przyjaciel, powiedział: "Jeśli chcesz, zaśpiewam dla ciebie w chórkach". A ja na to: "To byłoby niesamowite! Żartujesz sobie, stary? To sprawiłoby, że album brzmiałby niesamowicie". Jeff śpiewa chórki na wszystkich tych płytach. A potem Derek Sherinian gra na klawiszach, co jest świetne, bo wprowadza pewną różnorodność w kwestii tego, kto może zagrać solówki. Nie zawsze musi to być: "O, nadchodzi solówka na gitarze". Może to być solówka na klawiszach. Możemy to podzielić. Możemy się zamieniać. A Derek, oprócz tego, ma po prostu świetne brzmienie i świetne partie. Tak więc tak zebrał się skład. I pozostał on niezmienny, z wyjątkiem tego, że na trzecim albumie Russella Allena zastąpił Girish Pradhan. Więc z Russellem nagraliśmy "Dying Games"... Tfu! "Dying to Live", a potem drugi album, "Running Games". Girish Pradhan dołączył do nas przy "Crash of Life". A teraz mamy "From the Fade", który ukaże się 27 lutego.

A dlaczego cyfra 13 w nazwie? Ma ona dla Ciebie jakieś specjalne znaczenie?

To dla mnie szczęśliwa cyfra - urodziłem się trzynastego i tego typu sprawy. Chciałem odróżnić to od materiału wypuszczonego jako Joel Hoekstra. Wydaje mi się, że jak kupujesz płytę wydaną jako Joel Hoekstra to spodziewasz się mnie na froncie. Spodziewasz się długich gitarowych solówek i technicznych zagrywek. Nie miałem zbyt dużej chęci na to, by robić kolejne krążki spod znaku takiego rockowego brzmienia. Jeśli miałbym wrócić do tego typu grania, to chciałbym żeby to było bardziej w stylu fusion. Coś bardziej szalonego, odważnego. Coś, co może nie będzie przyciągać zbyt wielu fanów, ale za to pozwoli mi być bardzo kreatywnym. Tutaj również chciałem czegoś takiego, ale też i chciałem skupić się na szerszej perspektywie. To musi być coś, co spodoba się fanom rocka. Coś takiego skłoniło mnie do wybrania tego stylu. Nie chodziło o solówki na gitarze - chodziło o same utwory. Słuchałem nagrań takich zespołów jak Black Sabbath i AC/DC, Dio, Ozzy'ego, Iron Maiden. To były nazwy, od których zaczynałem jako dzieciak, kiedy uczyłem się grać na gitarze. Potem oczywiście się to rozgałęziło w milion różnych kierunków, ale chciałem, żeby to było ukoronowaniem wielu moich inspiracji. No i dla odmiany miałem okazję napisać wszystko. Zazwyczaj, kiedy pracujesz nad jakimś projektem lub z zespołem, to masz wpływ na pewien procent kompozycji, na przykład mogą to być tylko riffy gitarowe. Może to być tylko jeden z riffów w piosence, może to być pomysł na melodię tu i tam. Chciałem przez chwilę po prostu być szefem. To znaczy, uwielbiam współpracę, bo dzięki temu się uczysz i rozwijasz. Ale mimo wszystko fajnie jest od czasu do czasu tworzyć też i takie rzeczy.

Jak wspomniałeś wcześniej, w Twoim zespole znajdziemy wielu doświadczonych muzyków. To wręcz legendy. Każdy z nich ma też własne projekty, z którymi regularnie występuje. To stanowiło jakiś problem w procesie tworzenia i nagrywania materiału?

Nie, poszło całkiem gładko. Jeśli chodzi o przedział czasowy, to ukończenie każdego albumu zajmowało inną ilość czasu. Zwykle jednak kiedy album wychodził, a nawet i trochę już w trakcie, to zaczynałem już gromadzenie pomysłów. Jedyne okno było pomiędzy "Dying to Live" i "Running Games", a to dlatego, że byłem wtedy bardzo zajęty koncertowaniem. Nie tylko grałem wówczas z Whitesnake, ale też i z Trans-Siberian Orchestra i Cher. Miałem ręce pełne roboty. Zrobienie czegoś było dość problematyczne. Musisz mieć czas nie tylko na to, by napisać partie gitary, ale też i stworzyć linie melodyczne dla wokalisty oraz same teksty. Zwykle muszę sam zaśpiewać cały materiał - stworzyć taką instrukcję dla osoby, która będzie śpiewać. Która będzie śpiewać dużo lepiej ode mnie. Nieważne, czy mówimy tu o Russellu Allenie czy Girishu Pradhanie. Tak, to zabiera dużo czasu. Później muszę ocenić wykonania, kiedy wysyłają mi swoje ścieżki. Wspomniałeś o tym, że wszyscy są świetnymi muzykami. To robi dużą różnicę. Bo o ile proces komponowania to ja, to kiedy przychodzi do produkcji, to wolę gdy grają jak im się podoba. Numer już tam jest. Ale jeśli chodzi o ich partie, to mogą nadać im własny charakter. Nigdy nie mówię im, jak mają grać.

Wspomniałeś w jednym z wywiadów, że część nowego materiału powstała podczas trasy z Accept. Czego nauczyłeś się podczas niej od Wolfa Hoffmanna? Czy zespół Accept miał wpływ na Twój rozwój jako muzyka?

W młodości nie słuchałem zbytnio Accept. W Stanach znaliśmy głównie "Balls to the Wall". I tyle, wiesz? Kiedy więc mogłem grać z tymi gośćmi, wspomóc ich podczas trasy po Ameryce Południowej i na kilku letnich festiwalach w Europie, to mogłem się nauczyć wielu świetnych riffów. Wolf napisał wiele zabójczych riffów. Super się z nimi pracuje. Jeśli chodzi o przyjaźnie, które zawarłem w tym zespole: kocham wszystkich z tej ekipy. To świetni goście. I prawdopodobnie najbardziej klasyczna, heavy metalowa rzecz jaką kiedykolwiek grałem. Więc kiedy przyszedł czas na napisanie partii gitarowych, to... po prostu grałem wtedy bardzo dużo w tym stylu. W konsekwencji wiele riffów na tym albumie skłania się bardziej w stronę heavy metalu. To powiedziawszy, myślę, że na całej płycie zdecydowanie nadal obecna jest melodyjność hard rocka. Tylko może tym razem jest ona odrobinę cięższa.

Ja nie zdawałem sobie sprawy z popularności "Balls to the Wall" w Stanach do czasu polskiego koncertu w ramach jednego z festiwali. Jestem w pierwszym rzędzie, a obok Kirk Windstein i pozostali muzycy Crowbar śpiewają i machają głowami jak nastolatkowie (śmiech).

Tak, Wolf napisał wiele ikonicznych numerów. Kocham wszystkich gości, z którymi spędzam czas w okopach - nazywam tak sytuacje, gdy z kimś koncertujesz, podróżujesz, dzielisz się doświadczeniami. Życzę chłopakom wszystkiego dobrego. Wiem, że świętować będą 50-lecie i mają wiele planów związanych z tym jubileuszem. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie bezproblemowo. To z pewnością przyjaźń na całe życie.

A jakbyś porównał "From the Fade" do poprzedniego albumu w kwestii wokalu? Bo wspominałeś, że chciałeś tym razem wykorzystać pełnię możliwości Girisha.

"Crash of Life" - poprzedni album - był interesujący pod tym względem, że pisałem melodie wokalne nie wiedząc, czy śpiewać będzie Russell czy Girish. Czasami musisz iść do przodu i powiedzieć sobie: "Ok., tego jeszcze nie wiem, ale trzeba pisać dalej". Dlatego nie ma zbyt dużo wysokich krzyków Girisha. A to jeden z jego znaków rozpoznawczych. Tym razem zdecydowałem, że bardziej to wykorzystam. No bo czemu by nie wykorzystać jego mocnych stron? Nie pozwolić mu być sobą? Powiedziałbym więc, że połączenie tych dwóch czynników - więcej tych krzyków i heavy metalowego śpiewania, a może też nieco cięższe riffy - sprawia, że jest to płyta nieco bardziej metalowa. To powiedziawszy, na albumie jest kilka utworów, które brzmią prawie jak AOR, a nie metal, na przykład "Lifeline" i "Will You Remember Me". "Quite the Ride" i "All I'd Do" to kolejne kawałki, które przychodzą mi na myśl. Nie są to typowe utwory heavy metalowe. Nie mają one tak naprawdę tego metalowego brzmienia - w przeciwieństwie do reszty, która powstała pierwsza. Pisałem te wszystkie cięższe kawałki, a potem, kiedy miałem już jakieś sześć czy siedem, pomyślałem: "Kurde, potrzebuję czegoś lżejszego, bardziej melodyjnego, albo raczej w stylu AOR". W przeciwnym razie różniłoby się to od tego, co wydawałem pod szyldem Joel Hoekstra's 13. Chciałem zachować pewną spójność stylistyczną.

Jak w ogóle Girish dołączył do składu?

To stało się dzięki Frontiers. Trzeba wyraźnie podkreślić ich rolę. Byli dla mnie wspaniali jeśli chodzi o pomoc w tworzeniu albumów Joel Hoekstra's 13. Zawsze dawali mi pełną swobodę artystyczną. Pozwalali mi robić to, co chcę i później to wydawali. Nigdy nie powiedzieli, że nie zgadzają się na jakiś numer, czy kazali coś zmienić. Naprawdę doceniam to, że pozwolili mi po prostu wyrazić swoją kreatywność i, że tak powiem, wyeksponować ją, wydając za mnie. Więc ogromne podziękowania dla tych gości za to i za to, że podeszli do tego z takim luzem. To właśnie dlatego nagrywam te płyty - by wyrazić swoją kreatywność. Nie chodzi tu tak naprawdę o zarabianie pieniędzy. To coś, co pozwala mi wyrazić się artystycznie i, jak sądzę, odnieść się do dorobku mojej kariery. Dla mnie ważne było nie tylko odniesienie sukcesu jako "muzyk sesyjny", grający np. na fajnych koncertach. W tej materii nie mogę narzekać: Night Ranger, Rock of Ages na Broadway'u, TSO, Whitesnake, Cher, wspomniany przez Ciebie Accept, a nawet i Foreigner, w którym robiłem za zastępstwo. Mnóstwo świetnych koncertów, ale też i chciałem przy tym zrobić też coś swojego. To ważne dla mnie, by być także i samodzielnym artystą.


Wcześniej wspomniałeś Jeffa Scotta Soto, który odpowiada za chórki. No i właśnie: "tylko" chórki, czy aż?

Och nie. Jego wpływ na wszystkie płyty jest ogromny. Miał bardzo duży wpływ na wszystkie cztery płyty. Myślę, że ludzie tego nie dostrzegają. Czytają i po prostu myślą: "bla bla bla". Ale on jest świetnym wokalistą towarzyszącym. Jest też świetnym frontmanem - ma mnóstwo innych projektów. W tamtym czasie miałem już zaklepanego Russella Allena, a Jeff powiedział, że w takim razie on zrobi chórki. Byłbym idiotą, gdybym mu odmówił. To była dla mnie swego rodzaju przysługa, bo jesteśmy dobrymi przyjaciółmi. A więc to, że pełni tę rolę, naprawdę znacznie podnosi jakość albumu. Nie można nie doceniać jego pracy. Może i jest wokalistą wspierającym, ale naprawdę, naprawdę poprawia jakość nagrań.

Pierwszym singlem zapowiadającym nowy album był "The Fall" - klasyczna, hard rockowa kompozycja. Dlaczego właśnie ją wybrałeś do przedstawienia albumu?

Frontiers bardzo lubiło "The Fall". To chyba całkiem niezłe połączenie chwytliwości i melodyjności, ale jednocześnie nieco lepiej oddaje heavy metalowy charakter tej płyty. To był bardziej ich wybór. I byliśmy zgodni co do tego, jak zbalansować utwory, żeby oddać to, jak ten album będzie postrzegany przez słuchaczy. To zawsze jest trudna sprawa. Trzeba znaleźć sposób, by dać ludziom przedsmak, zanim album się ukaże, bo... Wiesz, ludzie zawsze przesadnie reagują na ten pierwszy singiel. Myślą, że cały album taki będzie. Oczywiście tak nie jest. To znaczy, to jedna z najbardziej spójnych płyt, ale ogólnie lubię komponować różnorodne: chcę, by każdy był inny i brzmiał inaczej. Wśród moich ulubionych albumów są więc takie, na których każdy utwór jest nieco inny. Można w nich znaleźć spójną tkankę, wspólny wątek dzięki muzykom, którzy na nich grają, ich brzmieniu, oraz inżynierowi dźwięku, który dba o spójność, nawet jeśli stylistycznie jest on nieco inny.

Drugi singiel był już nieco inny. Jest on prowadzony przez niemal heavy metalowy riff. Chciałeś pokazać swoją agresywniejszą stronę?

Tak, chciałem by ludzie zrozumieli, że brzmienie albumu będzie miejscami takie bardziej metalowe. Myślę, że to dobry przykład. To też melodyjny kawałek - nie chodzi w nim tylko o krzyczenie. Z pewnością jest w nim też melodyjny pierwiastek. A "Lifeline" - trzeci singiel - pokazuje z kolei to, że w niektórych momentach wróci coś w stylu AOR.

Często mówisz, że Twoja muzyka jest w stylu Dio. No i jest na tym albumie numer "The End of Me". To taki kawałek, który mógłby się znaleźć na jednym z albumów tego legendarnego wokalisty?

W tym utworze chodziło to... Mogę Ci dokładnie powiedzieć, co wtedy miałem w głowie. Graliśmy "Heaven & Hell" z Vinnym Appice'em podczas Rock'n'Roll Fantasy Camp. Jammowaliśmy sobie do tego numeru i pomyślałem sobie, że fajnie byłoby mieć coś takiego. Część kompozycji ma tam swoje źródło inspiracji, z kolei jeden riff... Zawsze kochałem riff z "Electric Funeral". Pomyślałem, by napisać coś w ten deseń - jakbyś wrzucił to do blendera, by wyszła z niego własna wersja (śmiech). Główny riff to właśnie coś takiego, ale ma też i tą mięsistość "Heaven & Hell". Wydaje mi się, że ta spokojniejsza partia i zakończenie są bardzo w stylu Dio - trochę jak "Last in Line", gdzie masz taki subtelniejszy fragment, po którym nagle dostajesz w pysk ciężkim riffem.

Wokalnie Girish mocno mi przypominał tutaj Dio.

Naprawdę? Ja niekoniecznie tak to odebrałem, ale może warto byłoby do tego wrócić i przeanalizować. Myślę, że Girish ma swój własny styl na tej płycie. Ogólnie jednak lubię ludzi, którzy potrafią śpiewać wszystko: hard rocka w stylu Dio, ale też i potrafią zaśpiewać balladę. Ale wiesz, taką z klasą, jak w stylu Foreigner, a nie taką tandetną, popową. Zawsze mówiłem, że Dio, jeśli chodzi o te mocniejsze formy, czy Foreigner w tych lżejszych są swego rodzaju wzorem. To powiedziawszy, po drodze pojawiło się wiele innych stylów, które gdzieś tam się przebijają. Wiesz, można spojrzeć na "Crash of Life" w utworze takim jak "Don't Have Words", który jest zdecydowanie inspirowany AC/DC. Może ma bardziej popowy refren, ale ten główny riff to jest to moje wewnętrzne AC/DC. Weź "You're Right for Me" - to bardzo w stylu Jimmy'ego Page'a. Strój Led Zeppelin. Napisałem to na gitarze akustycznej i wydaje mi się, że wtedy grałem w otwartym G albo DADGAD, czy coś w tym stylu. I tam właśnie przebija się ta fascynacja Zeppelinami. To zabawne, jak różne wpływy dają o sobie znać w różnych momentach. Weźmy "The Fall" i ten główny riff. Pierwszy riff tej piosenki jest bardzo inspirowany Queensrÿche. To zespół, który śledziłem od początku - szczególnie od EP, po "Mindcrime". EP, "The Warning", "Rage for Order" i "Mindcrime" to kasety, których słuchałem kiedy byłem młodszy. A potem drugi riff, który bez wątpienia jest inspirowany Dokken - to zespół, o którym często zapominałem wspominać jako o inspiracji. Ale George Lynch wywarł na mnie ogromny wpływ. Z moim pierwszym zespołem, z którym występowałem na żywo, gdy byłem jeszcze nastolatkiem - miałem wtedy coś od 15 do 17 lat - opieraliśmy set na kawałkach Dokken. Oczywiście pisaliśmy też własne piosenki. Jednak George wywarł na mnie ogromny wpływ, jeśli chodzi o jego podejście do gry na gitarze, a zwłaszcza o bending. Zawsze podobało mi się jego podejście do tego - wyciąganie emocji i duszy z nut. Dlatego George zasługuje na specjalne podziękowania ode mnie. Nie robię tego celowo, ale czasami po prostu zapominam imiona niektórych osób. Mam wiele inspiracji, stary. Naprawdę. Czasami trudno mi o nich wszystkich pamiętać.

Jak z kolei powinniśmy interpretować tytuł "From the Fade" i okładkę?

Jak tylko chcesz! (śmiech) Mogę to zostawić w całości słuchaczom. Jeśli z kolei chodzi o dłoń, to... (śmiech) Poszliśmy inną drogą. Autorka grafiki miała coś w stylu piramidy, jak na pierwszej płycie, z postacią w oddali, jakby wyblakłą, otoczoną jakimś wzorem itp. A ja pomyślałem, że to nie oddaje tak naprawdę, no wiesz, tej mrocznej strony tego wszystkiego - tego zmagania. Pamiętam więc, że położyłem dłoń na tym właśnie stole - tym tutaj. Wziąłem swój telefon - ten tutaj, zrobiłem zdjęcie mojej dłoni i po prostu je przerobiłem, tak aby wyglądało, jakbym trzymał się kurczowo życia. Wycentrowałem to i ostatecznie znalazło się we wkładce albumu (śmiech). Naprawdę tam trafiło! Ale zapytałem: "Czy możemy zrobić coś podobnego do tego? Żeby było bardziej mrocznie!". W końcu zaproponowała coś w rodzaju złotego środka - myślę, że to chyba mądre posunięcie, bo zbyt ciemne tło mogłoby nieco przestraszyć ludzi. Ale pomysł w pewnym sensie właśnie stąd się wziął. A potem wszystko, co widać w tle, to małe fragmenty tekstów piosenek, nie tylko z tej płyty, ale z poprzednich trzech albumów Joel Hoekstra's 13. Pomyślałem, że to też świetny pomysł z jej strony. Wiesz, te elementy artystyczne układają się w całość w trakcie pracy. A ten motyw płomienia jest po prostu, no wiesz, wygląda fajnie - nie ma w tym nic głębszego. Po prostu: "O tak, wygląda fajnie!" (śmiech). Wiesz, to nie jest jakaś alegoria schodzenia do piekła ani nic w tym stylu, ale po prostu coś, co wygląda fajnie.


Jak porównałbyś muzycznie Joel Hoekstra's 13 do dwóch innych supergrup z rodziny Frontiers: Iconic i Revolution Saints?

Wszystkie brzmią trochę inaczej, a i mój wkład jest inny. Revolution Saints to zdecydowanie bardziej brzmienie w stylu AOR, przypominające Journey. Jak sądzę głównym celem tego projektu było pokazanie wokalnych możliwości Deana. Jest niesamowity. Ciągle pojawia się w dyskusjach o tym, kto jest obecnie najlepszym wokalistą rockowym, ale mimo wszystko jest pomijany, bo przede wszystkim jest perkusistą. Ale jeśli chodzi o jego możliwości wokalne, może konkurować z każdym. To dla mnie zaszczyt być częścią drugiego składu Revolution Saints. Trzy albumy z Jackiem Bladesem i Dougiem Aldrichem i to właśnie Doug polecił mnie, żebym go zastąpił. On już zakończył współpracę, Jack też, więc sprowadzili Jeffa Pilsona i mnie, żeby kontynuować ten projekt. I fajnie było w tym uczestniczyć. Ale to mniej więcej tyle, jeśli chodzi o moją rolę. Pełnię tu mniej więcej taką samą funkcję, jak ludzie na moich płytach. Mogę grać, co tylko chcę. Mogę interpretować partie i nadać im swój charakter poprzez moją grę. Ale to właściwie tam kończy się moja kreatywność w Revolution Saints. Nie narzekam - bardzo się cieszę, że to robię. Każdy poziom zaangażowania sprawia mi frajdę. A Iconic? Zaprosili Tommy'ego Aldridge'a na perkusję i Marco Mendozę na bas. Pierwotnie planowano, że Nathan James zaśpiewa, Michael Sweet coś tam doda od siebie i zagra na gitarze, a ja będę grał na drugiej. Uznałem, że to fajny pomysł. I to było coś w rodzaju połączenia kilku pomysłów. Kiedy Nathan nagrywał solowy album, to zgodziłem się na nim zagrać - bo jesteśmy przyjaciółmi. Wtedy właśnie też rozmawiałem z Michaelem Sweetem o tym, żeby coś razem zrobić. Myślę więc, że wytwórnia Frontiers wzięła te dwa pomysły i postanowiła: "No to znajdziemy Wam jeszcze perkusistę i basistę". Nie sądziłem, że sprowadzą do tego znanych muzyków. Myślałem, że może po prostu znajdą jakichś dobrych muzyków, a oni sprowadzili Tommy'ego i Marco. Pomyślałem więc: "OK, więc pójdziemy nieco bardziej w kierunku Whitesnake" (śmiech). Więc pierwsza płyta, którą wydaliśmy, "Second Skin", zdecydowanie była jak jazda aleją rocka inspirowanego Whitesnake - z pewnością. No wiesz, zabarwiony bluesem hard rock. I będą nowe albumy od każdej z tych grup. Wierzę, że w tym roku. To znaczy, w tej chwili skończyłem już nagrywać partie gitarowe i każda z nich jest miksowana, a my jesteśmy na etapie ustalania terminów kręcenia teledysków, a Frontiers ustala harmonogram wydawniczy. Ale ludzie na pewno mogą liczyć na to, że usłyszą nową muzykę każdego z tych projektów.

Co możesz w ogóle zdradzić o następcach "Second Skin" i "Against the Winds"?

Niewiele. Chodzi o to, że nie chcę wychodzić przed szereg. Moja partie gitarowe są już nagrane. To chyba wszystko, co mogę w tej chwili zdradzić. Ale, no wiesz, myślę, że się podobają. W każdym z tych projektów biorą udział bardzo utalentowani ludzie.

W ciągu swojej kariery miałeś okazję grać z prawdziwymi ikonami. Jedną z nich jest na pewno Cher. Który koncert był bardziej stresujący: wprowadzenie do Rock'n'Roll Hall of Fame i występ przed tymi wszystkimi legendarnymi muzykami, czy może 50-lecie SNL i granie przed tymi wszystkimi gwiazdami telewizji?

Stary, tam też było mnóstwo muzyków! Backstage to było coś szalonego! W tym programie brało udział mnóstwo naprawdę utalentowanych ludzi. Powiedziałbym więc, że oba, bo tu nie chodzi tylko o to, że jesteś przerażony na śmierć, ponieważ oglądają to miliony ludzi. To telewizja ogólnokrajowa, miliony ludzi przed telewizorami - to ogromna presja. Nieważne, co masz zagrać. Świadomość tego sprawia, że nawet najprostsze rzeczy stają się trudne. Myślisz sobie ciągle: "O mój Boże, tylko nie schrzań tego!". Czasami najłatwiejsze rzeczy są najgorsze, bo w głowie siedzi ci myśl: "Jeśli schrzanię te najłatwiejsze rzeczy, to będzie to źle o mnie świadczyć!". To zawsze dodaje presji. Granie w telewizji zawsze wiąże się z nieco większym niepokojem, to na pewno.

Ja miałem okazję zobaczyć Cię w akcji z Whitesnake na prawdopodobnie najbardziej mokrym koncercie w historii. Dolina Charlotty, Polska. Zamiast chować się pod dachem, to David spędził 1,5h w strugach deszczu (śmiech).

(śmiech) Pamiętam ten koncert! (śmiech) Tak, wyszedł w tę ścianę deszczu, pamiętam to! (śmiech) Bardzo dobrze pamiętam ten koncert! Byłeś tam? To zajebiście! Kocham Polskę - uważam, że to przepiękny kraj. Zawsze fajnie jest do Was przyjechać - jesteście super fanami. Pamiętam ten koncert. To właśnie ten, do którego z przyjemnością wracam w myślach. To było bardzo w stylu Davida, by przeciwstawić się pogodzie i po prostu dumnie wyjść jej naprzeciw! (śmiech) Prosto w ulewę i śpiewać jak gdyby nigdy nic! To była niezła zabawa! Dzięki, że mi o tym przypomniałeś! To było fajne show!

Ja walczyłem o życie, trzęsłem się z zimna pod parasolką, a ten rozpina koszulę i idzie w deszcz! (śmiech)

(śmiech) To było bardzo odważne z jego strony! Bardzo mi się to podobało! Pokazał, że ma jaja! (śmiech)

Byłeś zaskoczony informacją o tym, że Whitesnake definitywnie kończy działalność, czy jednak ciągle miałeś nadzieję na dokończenie tej pożegnalnej trasy?

Myślę, że wszyscy się tego domyślaliśmy. Chodzi o to, że pomiędzy ostatnim koncertem w ramach pożegnalnej trasy a faktycznym ogłoszeniem odejścia na emeryturę minęło wystarczająco dużo czasu. Wydaje mi się więc, że wszyscy w zespole się tego spodziewali. Więc to nie była niespodzianka. Życzę Davidowi wszystkiego, co najlepsze. Cieszę się jego szczęściem. Mam nadzieję, że będzie prowadził naprawdę, naprawdę szczęśliwe życie. Wiem, że na pewno to przemyślał i wszystko dokładnie rozważył. Myślę, że postąpił słusznie. Uważam, że to był bardzo elegancki sposób na odejście, a kiedy David coś mówi, to naprawdę tak myśli. Myślę, że naprawdę był w punkcie, w którym był gotowy. Cieszę się, no bo co za wspaniały facet i cóż za kariera! O moim czasie w Whitesnake mogę powiedzieć tylko miłe rzeczy - o pracy z nim i dla niego. Naprawdę: świetny, świetny facet, wspaniały człowiek...

A o co chodziło z tym koncertem w Serbii? Celebracja grupki kumpli, która została zrujnowana przez media walczące o krzykliwe nagłówki? Postawiło Was to wszystko z niekomfortowej sytuacji?

Nie jestem pewien, z jakiego dokładnie powodu odwołano ten koncert. Wiem jednak, że sprawy trochę wymknęły się spod kontroli, jeśli chodzi o to, czym właściwie miał on być. Rozmawialiśmy z Davidem o zrobieniu czegoś podobnego do tego, co robiliśmy wcześniej: zagrania pojedynczego koncertu. Myślę, że zrobił się z tego gorący news, bo miał tam być Tommy. Tommy Aldridge przyciąga o wiele więcej uwagi. Ale tak, sprawy wymknęły się spod kontroli i w sieci zrobiło się gorąco. Trudno powiedzieć, skąd część tych rzeczy się wzięła. Można by pomyśleć, że skoro David nigdy nie wyraził zgody na tego typu projekt, to wyraził zgodę tylko na jednorazowy występ - i tyle. A tu nagle w sieci pojawiła się informacja, że David pobłogosławił ten projekt - tak brzmiało sformułowanie, którego użyto. Nie wiem nawet, kto to wymyślił, ale wiecie to nigdy nie było prawdą. To nigdy nie miał być projekt. Po prostu postanowiliśmy zrobić taką jednorazową akcję. Robiliśmy to już wcześniej. Graliśmy jako All Star Band feat. Members of Whitesnake, czy All Star Jam feat. Members of Whitesnake. Był Dino Jelusić, Michele, Marco Mendoza i ja. A resztę składu uzupełnili członkowie zespołu Dino. Czy ten projekt byłby czymś więcej z Tommym? Kto wie? Widziałem te wszystkie clickbaity, według których wyjaśniam, dlaczego został odwołany. Ale tak naprawdę nie wiem, dlaczego został odwołany. Wiem tylko, że wiele z tego, co o tym mówiono, nie było prawdą. Pisano, że mieliśmy jechać w trasę i tak dalej - nic z tego nie było prawdą.

A jak wygląda koncertowa sytuacja Joel Hoekstra's 13? Jak zamierzasz promować utwory z "From the Fade"?

Zagraliśmy jeden koncert w ramach promocji "Dying to Live" podczas rejsu Monsters of Rock. Nie powiedziałbym, że to niemożliwe. Dla mnie to naprawdę trudne, żeby wyruszyć w trasę. Mam wiele spraw, które lepiej mi wychodzą z punktu widzenia biznesowego. No wiesz, zarabianie pieniędzy, opłacanie rachunków, wychowywanie dzieci i tak dalej (śmiech). Są rzeczy, które mają więcej sensu. Szczerze mówiąc, gdybym wyruszył w trasę, myślę, że nie poszłoby zbyt dobrze. Prawdopodobnie robiąc coś takiego straciłbym pieniądze. Trudno więc to uzasadnić na tym etapie mojej kariery. Poza tym niekoniecznie jest to moim głównym zamiarem. Nigdy nie traktowałem tego jako czegoś, co miało być moim źródłem dochodów. Nigdy nie nagrywałem tych albumów, żeby zarabiać pieniądze. Nagrywałem je wyłącznie dla artystycznej i twórczej satysfakcji. Żeby podsumować całą moją dotychczasową karierę. Myślę, że świetnie bym się bawił, grając to na żywo i wyruszając w trasę koncertową. O ile logistyka nie zamieniłaby się w koszmar, który sprawiłby, że, no wiesz, miałbym ochotę wyrywać sobie włosy z głowy. Myślę, że jedną rzeczą jest bycie kimś, kto pojawia się na trasie, by grać na gitarze. Czymś zupełnie innym jest jednak bycie liderem - odpowiadanie za podróże i całą logistyczną stronę sprawy, płacenie wszystkim i zastanawianie się, skąd to wszystko się weźmie, oraz dbanie o to, by wszyscy inni byli zadowoleni. Oprócz grania, robienia tego, co robię, czyli po prostu wychodzenia na scenę i grania numerów najlepiej, jak potrafię. Więc, no nie wiem, stary, to jest trudne. Trudno jest zorganizować trasę koncertową w ten sposób.

I to by było wszystko, co przygotowałem! Bardzo dziękuję za poświęcony czas! Na koniec poproszę o kilka słów dla polskich fanów Twojej solowej twórczości, jak również i pracy w Whitesnake i Trans-Siberian Orchestra!

Hej, bardzo wam dziękuję za wsparcie - jakiekolwiek ono nie było! Czy to za słuchanie jakiejś kompozycji, której byłem częścią, kupienie albumu, na którym się znalazłem, czy przychodzenie na koncerty. Uwielbiam Polskę. Bardzo chciałbym tam wrócić jak najszybciej. Uważam, że to piękny kraj i bardzo lubię Polaków. Mam więc nadzieję, że uda mi się do Was wrócić raczej wcześniej niż później.

Jeszcze raz dziękuję za poświęcony czas! Miłego dnia życzę!

Wzajemnie! I dziękuję! Doceniam to!

zdjęcia: Mike Polito




Autor: Tomasz Michalski

Data dodania: 05.06.2026 r.



© https://METALSIDE.pl 2000 - 2026 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!