Space of Variations - "Nasza sztuka jest zatruta"


Ukraińska scena coraz śmielej pokazuje, że ma coś do zaoferowania nie tylko Europie, ale i całemu światu. Szlaki przetarł oczywiście Jinjer, później gnieść zaczął m.in. 1914, a teraz o swoje upomina się Space of Variations. Ta metalcore'owa formacja powstała w 2009 roku, choć tak naprawdę tożsamość zyskała kilka lat później. 13 lutego 2026 roku do sprzedaży trafił jej najnowszy album: wydany przez Napalm Records "Poisoned Art". Krążek ten stał się na głównym tematem rozmowy z przedstawicielstwem kapeli. Z gradem pytań postanowili zmierzyć się gitarzysta/wokalista Oleksii Zatserkovnyi oraz frontman Dmytro Kozhukhar. Co mieli nam do przekazania odnośnie swojej sztuki?





Cześć! Wszystko gra? Dobrze mnie słychać?

Oleksii Zatserkovnyi: Hej! Wszystko w porządku. Z tego, co się orientuję, to jeszcze będzie nasz wokalista, ale może dołączy nieco później. Mogę go zapytać.

Jasne, bo w sumie spodziewałem się dwóch członków zespołu.

O: Już działam, poczekajmy chwilę. Już do niego dzwonię, ale nie odbiera. Spróbuję wysłać wiadomość...

Dmytro Kozhukhar: Cześć, Tomasz!

Hej! Wszyscy są, w takim razie możemy zaczynać! A zacznijmy od małej lekcji historii, ponieważ historię grupy można podzielić na dwa rozdziały. Pierwszy był dość krótki, bo zespół powstał w 2009 roku i po skompletowaniu składu... zawiesił działalność. Jak wyglądał ten pierwszy rok i co się stało w 2010 roku, że grupa zawiesiła działalność/rozpadła się?

O: Zaczynaliśmy w zupełnie innych czasach. To było w naszym rodzinnym mieście na Ukrainie: Winnicy. Jeden z moich przyjaciół otworzył taką salę prób łamaną na studio nagraniowe. To było takie miejsce, w którym nagle wszyscy zaczęli tworzyć muzykę. Pomyślałem, że muszę stworzyć zespół, który będzie bardziej profesjonalny. Zacząłem szukać muzyków i Dima, nasz wokalista, grał z inną grupą i mieli próby w tym naszym studio. Zapytałem się go. Również nasz były gitarzysta w nim grał. Zapytałem się, czy nie chcą grać w nowym, świetnym zespole i się zgodzili. No i tak zaczęliśmy...

D: Razem z gitarzystą rozwaliliśmy nasz zespół (śmiech). Oleksii nas zaprosił i nawet przez chwilę się nie wahaliśmy. Z oczywistych względów, ale nie chcę o tym mówić publicznie. Odkryliśmy, że w nowym zespole czeka nas więcej perspektyw. To było trochę jak zmiana powołania, ponieważ nie byłbym w tym zespole tak długo, gdybym nie widział w tej grupie szalonego potencjału i kreatywności w każdym z członków. Alex już wtedy był dobrym kompozytorem, więc powiedziałem: "Kurwa, pewnie! Chcę dołączyć! Zróbmy kawałki, które wyniosą naszą sztukę na wyższy poziom!". Chcieliśmy robić lepsze numery i widziałem, że oni mogą to zrobić. Są profesjonalistami. Czułeś za plecami tę siłę. Uważam, że jesteś tak dobry, jak członkowie twojego zespołu. Każdy z członków w jakiś sposób podnosi twój poziom. Dla mnie nie było więc żadnych wątpliwości - musimy być w tej grupie. Pracowaliśmy razem przez rok z hakiem i... Byliśmy młodzi, nabuzowani, prowadzeni przez impuls, wiesz? Nie podobały nam się jednak wewnętrzne niesnaski, zmiany muzyków. Niektórzy zdecydowali się pójść w stronę bardziej popowych projektów. I w tamtym momencie nie byliśmy w stanie znaleźć dobrego zastępstwa - wszystko więc zaczęło się rozpadać. Pomyślałem, że może to tyle. Może to tylko taka młodzieżowa przygoda. Kilka magicznych, ciekawych lat. Zacząłem żyć własnym życiem, nie spodziewając się, że później związane ono będzie z muzyką. Alex tworzył w tym okresie, natomiast ja byłem całkowicie odcięty. Uważałem, że to zamknięty rozdział, ponieważ nie graliśmy przez jakieś cztery lata...

O: Prawie pięć.

D: I pamiętam, że nasz były perkusista odezwał się, byśmy jeszcze raz spróbowali, bo było fajnie. Spróbowaliśmy złożyć zespół do kupy, ale nie wyszło - z różnych powodów. Przy następnym razie pojawił się jednak dobry powód. Lokalny promotor zapytał się, czy nie chcielibyśmy zagrać na jednym z festiwali powrotnego koncertu. Ciekawe było to, że w tym 2009/2010 w jakiś sposób wpłynęliśmy na ludzi. Cały czas dostawaliśmy wiadomości typu: "kiedy zamierzacie coś zagrać?". Goście z Jinjer pytali nas dlaczego kurwa nie gramy, bo to było świetne i miało potencjał, wiesz? I to byli jedni z tych ludzi, dzięki którym uwierzyliśmy, że możliwe są trasy koncertowe i rozwój. Bo wiesz, jesteśmy z Ukrainy - światowa branża wydaje się u nas tak odległa. A tu nagle trasa po Stanach i tego typu sprawy. W 2015 roku przetłumaczyliśmy naszą nazwę. Oryginalnie była w języku rosyjskim, co wówczas na Ukrainie było normalne. Dosłownie przetłumaczyliśmy starą nazwę i zmieniliśmy perkusistę i basistę, ponieważ nie mogli poświęcić temu projektowi tyle czasu, ile byśmy chcieli. 2015 rok był więc startem nowej ery dla zespołu. Cały czas pracujemy w tym składzie, po angielsku, patrząc nie tyle w stronę naszego lokalnego rynku, co globalnego.

Ta zmiana na język angielski z czego wynikała? Zasugerowały to inne zespoły, czy może mieliście sygnały od ludzi, że są zainteresowani Waszą pracą, ale problemem jest ta bariera językowa?

D: Myśleliśmy nad tym, że może być bariera językowa. Jasne, są zespoły pokroju Rammstein, który śpiewa po niemiecku - i jest to spoko. Ale jakoś czuliśmy, że dzięki językowi angielskiemu dotrzemy do międzynarodowej publiczności. Na naszym nowym albumie nieco już poeksperymentowaliśmy, dodając pewne fragmenty w języku ukraińskim. Jesteśmy ciekawi tego, czy międzynarodowa publiczność uzna to za coś interesującego. Zawsze łatwiej jest wyrazić swoje myśli w ojczystym języku, ale angielski ma siłę przebicia. To potężne narzędzie o globalnym zasięgu. To świetny sposób na dotarcie do nowych osób.

O: Tak. Chciałbym jeszcze dodać, że widzieliśmy inne zespoły. W szczególności Jinjer - to był jeden z pierwszych zespołów, który zaczął robić trasy po Europie. Tu i ówdzie słyszeliśmy sugestie, by przerzucić się na angielski - również od nich. To była logiczna decyzja. Niemożliwym byłoby wyjść na międzynarodową scenę z lokalnym językiem.

D: Niektórym się to udaje, ale czuliśmy, że w naszym wypadku to się po prostu nie uda.

O: Statycznie większość dużych zespołów korzysta z języka angielskiego.


Przetłumaczyliście też nazwę zespołu na Space of Variations. To tytuł jednej z książek Vadima Zelanda. Przypadek, czy jednak jego prace Was zainspirowały?

D: Ożesz ty! Przygotowałeś się! (śmiech)

O: To był taki moment w życiu. Słuchałem audiobooka w tamtym czasie - w okolicy 2007/2008 roku. Zainteresowałem się tą, nazwijmy ją, ezoteryczną książką. Czasami pozwala to spojrzeć na rzeczywistość z nieco innej strony. Sam termin, przestrzeń zmian, ma wiele znaczeń, ale tu już trzeba by było się bardziej zagłębić w temat. Ale tak: jak zaczniesz szukać w Google, to pierwszą rzeczą jaka wyskoczy, będzie książka Vadima Zelanda. Jeśli jednak pamiętam, gdzieś w podświadomości mam, że to nie tylko z książki. To termin mający głębsze znaczenie. Dosłownie oznacza, że wszystko jest możliwe - musisz po prostu dokonać wyboru. Wszystkie możliwości już istnieją w tej rzeczywistości. Musisz tylko się przestawić, wiedzieć, jak to osiągnąć. To fajna idea stojąca za zespołem. Wierzymy, że to nie jest coś, co ma jakiekolwiek granice. Możesz iść w wielu różnych kierunkach.

D: To ciekawe, że sposób w jaki nazwiesz statek determinuje jego kierunek. Nasz jest odzwierciedleniem nazwy. To się nie wydarzyło w sposób świadomy. Dla mnie ta nazwa jest manifestacją naszej rzeczywistości, filozofii, przesuwania granic i udowadniania nam i wszystkim wokół, że wszystko jest możliwe. Wiesz, dla przykładu w naszych głowach niemożliwe było, by... Może nie niemożliwe, ale szalone, by zespół z Ukrainy koncertował z dużymi nazwami po Stanach, czy podpisze kontrakt z wytwórnią. Na jakimś poziomie to były tylko marzenia. Stworzyliśmy w swoich głowach ten obraz grania w dużych klubach, bawiących się ludzi i gdzieś zaczęliśmy iść w tym kierunku. To uczucie i ta nazwa w jakiś sposób odzwierciedlają tę filozofię. Że w muzyce może się zdarzyć wiele rzeczy. Bardzo różnych. Różne kombinacje zdarzeń. W jakiś sposób ta nasza rzeczywistość się urzeczywistniła.

W 2020 roku podpisaliście kontrakt z Napalm Records - jednym z największych europejskich wydawnictw. Jak do tego doszło?

D: Uwielbiam tę historię! Ja ją opowiem! (śmiech) Najwyżej Alex doda później swoje trzy grosze. W 2019 roku graliśmy z Jinjer europejską trasę. I wiedzieliśmy, że jeden z występów odbędzie się w Graz. A Graz to coś na kształt rodzinnego miasta Napalm Records - mają tam swoją siedzibę czy coś. Wiedzieliśmy, że to będzie duże show, jak również to, że z pewnością przyjdą zobaczyć Jinjer. Członkowie z Jinjer wyraźnie to sugerowali. Nie żebyśmy coś planowali - nie wiedzieliśmy na 100%. Zagraliśmy normalny koncert. Pokazaliśmy, co mamy najlepszego. I pamiętam, że nasz gość od merchu wpada na zaplecze i dyszy: "Napalm Records! Napalm Records! Właśnie się mnie pytali, ile merchu sprzedajemy!" (śmiech). Dodał, że chcieliby z nami porozmawiać. Podeszliśmy do naszego stanowiska, pogadaliśmy z dwoma gośćmi z Napalm. Byli pod dużym wrażeniem naszego show. To było jak w filmie: po zobaczeniu nas uznali, że chcą z nami współpracować. To nie było przez maila, czy coś w ten deseń. Nikt ich do niczego nie zmuszał. Mieliśmy szansę pokazać im nasze show, spodobało im się i zapytali, czy mamy jakąś muzykę, która mogą wypuścić. Powiedzieliśmy, że mamy EP, a oni na to, że super - wypuścimy ją pod ich skrzydłami. Poszło łatwo. Najlepszy sposób na wpłynięcie na ludzi to właśnie poprzez doświadczenie na żywo.

Wasz debiutancki album pod banderą Napalm Records zawierał "hardcore'owe riffy, ostre breakdowny, nadającą kolorytu elektroniką, brutalne wokale i niemal transowe synthy". A w którym kierunku poszliście na albumie "Poisoned Art"?

O: Myślę, że powoli, ale naturalnie idziemy do przodu względem poprzedniego albumu i po prostu próbujemy robić to, co nam się podoba. Możesz to usłyszeć od wielu grup: po prostu lub to, co lubisz. W tym przypadku chodzi jednak o to, by słuchać swojego wewnętrznego głosu, pomysłów z twojego wnętrza i spróbować je wyrazić. Nie robimy tego świadomie, że wiesz: zrobimy to i tamto, na 100%.

D: Oczywiście pewne rzeczy były zrobione intencjonalnie, ale w przypadku reszty płynęliśmy z prądem, wiesz? Sorry, że się wtrąciłem, ale wydaje mi się, że Alex chciał powiedzieć, że ten nowy album jest przedłużeniem tej drogi, którą podążamy. Próbujemy eksplorować jej szerszy zakres. Dobra. Przepraszam.

O: Tak, to prawda. I myślę, że jak posłuchasz, to... Uważam, że jest bardziej szczegółowy. Pod pewnym względem jest bardziej techniczny, a miejscami cięższy, ponieważ użyliśmy niższego strojenia. Niektóre riffy brzmią niestandardowo jak na nas - są cięższe. Ale jednocześnie idziemy dalej w spokojniejszych fragmentach. To wszystko wyszło naturalnie. Nie myśleliśmy nad tym, że tym razem ma być tak czy siak. Miejscami tylko mieliśmy jakiś pomysł, który miał się gdzieś się znaleźć, ale znów: to nie było coś strasznie potrzebnego. Po prostu czuliśmy, że coś w tym miejscu musi być i to byłoby najlepsze rozwiązanie, by spróbować to wyrazić. Tak bym to ujął.

D: Uważam, że naprawdę ważne jest spróbowanie znalezienia rozwiązania w danej chwili. Goście z innych kapel mówią mi, żeby przygotować mnóstwo tekstów, przygotować wszystko, co się ma i wtedy można z tego wszystkiego wybierać. A ja cały czas tłumaczę, że dla mnie ważne jest to, co chcę powiedzieć w danym momencie. Nie chcę przygotowywać wszystko zawczasu - niektóre teksty mogą zaczekać. Jest coś magicznego w próbie rozgryzienia tego w najczystszej chwili - próbie znalezienia odpowiednich słów do tego, co chcesz w tym momencie przekazać.

A jak należy rozumieć tytuł albumu: "Poisoned Art"? To w utworze "Parallel Realities" słyszymy te słowa. "My art is poisoned" - jak należy je rozumieć?

O: Dobrze to zauważyłeś. To właśnie w "Parallel Realities" słyszymy te słowa. Pamiętam, że to były jedne z ostatnich partii nagranych na ten album - ta linia wokali. Próbowałem stworzyć kilka szkiców i wtedy pojawił się ten finalny pomysł, który nagrałem. I właśnie jedna z ostatnich linijek mówiła o tym, że już mi nie zależy, ponieważ moja sztuka jest zatruta. Jakoś znalazłem w sobie ten prosty przekaz. Pamiętam, że to po prostu ze mnie wyleciało. Nie zapisałem tego przed zaśpiewaniem. Po prostu śpiewałem licząc na to, że może coś naturalnie ze mnie wyjdzie. I wyszło. To mnie dotknęło do głębi. Niespodziewanie. Wziąłem ten utwór i oczywiście pokazałem chłopakom. Zaczęły się dyskusje, czy należy nazwać ten numer "Poisoned Art" czy może "Parallel Realities" i wydaje mi się, że to Dima powiedział, że może album powinien się nazywać "Poisoned Art". Uznaliśmy, że w sumie fajnie brzmi. Wcześniej myślałem, że może by nazwać krążek "Backslide" - że cofamy się do wcześniejszych rzeczy. No i wtedy pojawił się pomysł z "Poisoned Art". I wtedy zrozumiałem, że w tym tytule możesz umieścić te wszystkie małe detale z krążka. I dysonanse, ponieważ wiele utworów posiada różne klimaty. I nagle ten tytuł spaja wszystko razem. Nagle rozumiesz, dlaczego poszczególne numery są tak różne, dlaczego są tak zróżnicowane. Według mnie bardzo dobrze pasuje. Idealnie odzwierciedla również fakt, że był on nagrywany w najczarniejszym dla nas okresie. Bez dwóch zdań. Wojna miała na nas bardzo duży wpływ. Wszystkie te osobiste i globalne sprawy sprawiają, że dosłownie z pewnego punktu widzenia ta nasza sztuka jest zatruta. Z emocjonalnego punktu widzenia.

D: Tak. Chciałbym coś dodać, ale aż nie mogę. Nawet teraz jak wypowiadasz "Backslide" i "Poisoned Art", to przez ten drugi tytuł mam dreszcze. Jest taki... taki prosty. Ludzie łatwo go zapamiętują. Dziwna sprawa. Zazwyczaj nie próbujesz stworzyć zatrutej sztuki. Raczej chcesz, by była perfekcyjna. A ta jest w zasadzie traumatycznym przeżyciem. To pęknięcia, które czujesz wewnątrz. To coś, co zatruwa twoją rzeczywistość. Ta zatruta sztuka była piękną ekspresją tego wszystkiego, co czuliśmy tworząc ten album. Tego, co w nim umieściliśmy.


A skąd pomysł na okładkę wydawnictwa? Z jednej strony prosta, nieco rozmazana, ale jednocześnie bardzo, bardzo mocna.

D: Alex jest malarzem, więc on Ci wszystko wyjaśni.

O: Tak, narysowałem ten artwork w Photoshopie. Na tablecie. To ja robię większość grafik, czy to na albumy, czy na merch. Tym razem także nie było wyjątku. Zapętliłem ten album i po prostu szkicowałem - testowałem różne pomysły. No i w pewnym momencie wpadłem na ten pomysł zamglonej szyby, na której gdzieniegdzie widać pęknięcia. Jak weźmiesz CD lub winyla, to masz tę zamgloną szybę, na której widać pękniecie czy dziurę, przez którą możesz zajrzeć. Nie wiesz na 100%, co się za nią dzieje, ale możesz dojrzeć jakieś szczegóły. Nie jestem w stanie wyjaśnić, dlaczego akurat użyliśmy tego artworka. Po prostu rysując go w jakiś sposób czułem, że to właśnie chciałem powiedzieć. To ciągle coś abstrakcyjnego - jak sama muzyka. Obrazy, słowa użyte w tekstach - są bardzo abstrakcyjne. No i taki sam jest artwork na froncie: abstrakcyjny, nie bezpośredni, prosty, symboliczny. Przymglona szyba, dziura w środku, ostre krawędzie, no i ktoś za tą szybą. Nie wiadomo: czy popełnia samobójstwo? Nie wiadomo do końca. Chciałem zostawić miejsce na niedopowiedzenie. Kiedy patrzysz na tę pracę i słyszysz muzykę, to w głowie pojawia się twój własny pomysł. Ostatecznie jednak to dosłownie moje wizualne skojarzenie z muzyką i zawartymi na niej emocjami. Czy coś.

D: Nasza sztuka jest bardzo... dramatyczna. Czasami czytam teksty i myślę sobie, że oho: tu chyba pojechaliśmy trochę za bardzo po bandzie. No ale czasami tak się po prostu czujemy. Nosimy w sercu te wszystkie dramaty (śmiech). Mam nadzieję, że ludzie znajdą jednak w tym coś pięknego. Coś, co będzie z nimi rezonować poprzez te nasze dziwne obrazy, teledyski, warstwę audio.

Jednym z singli promujących nowy album był "Tribe". Jestem ciekaw: skąd się wziął ten użyty w nim loop? To coś, co sami stworzyliście, czy może fragment jakiejś pieśni, ale puszczony od tyłu?

O: Wydaje mi się, że znalazłem to w jakiejś bazie sampli. Tytuł sugerował, że to jakaś bułgarska pień patriotyczna, czy coś w tym stylu. Pociąłem to na małe kawałeczki, zmieniłem kolejność i zrobiłem z tego prawdziwego sampla: ustawiłem głośność i inną prędkość. Nie wiem dokładnie skąd, ale to jakaś bułgarska pieśń.

D: A przynajmniej mamy nadzieję! (śmiech)

O: Harmonie rzeczywiście sprawiają wrażenie bułgarskich. Nuty, melodie. Tak więc nic super wyjątkowego odnośnie tego sampla. Od czasu do czasu lubimy w naszym brzmieniu dodać coś takiego bardziej etnicznego.

D: W ogóle nasz najbardziej popularny kawałek, "Tibet", również ma w sobie etniczny pierwiastek. Pamiętam, że z "Tribe" chcieliśmy pójść w podobnym kierunku.

O: No i jeszcze "Moonlight"! Mamy taki stary kawałek o tytule "Moonlight", w którym użyliśmy etnicznego instrumentu. Nazywa się berimbau.

D: A w "Doppelgänger" użyliśmy didgeridoo.

O: Tak. Od czasu do czasu używamy takich etnicznych rzeczy w naszej muzyce, ale w niezbyt oczywisty sposób. Stylizujemy to na coś bardziej nowoczesnego.

D: A może powinniśmy to zrobić w sposób bardziej oczywisty - kto wie? To ta fajna strona eksploracji. Czasami potrzebujesz tego wyróżniającego elementu, który rzuci się ludziom w oczy. To podróż. Zobaczymy gdzie na następnym albumie rzuci nas muzyka.

I to wszystko, co przygotowałem! Bardzo dziękuję za poświęcony czas i na koniec możecie powiedzieć coś polskim fanom i polskim czytelnikom!

D: Może ja zacznę. Może nie jest to coś, o czym każdy chce mówić, ale jestem świadomy pewnej zmiany w sposobie postrzegania... Może to tylko w mojej głowie - może to kwestia wojny i tego typu spraw. Ale widziałem różne wideo, w stylu reakcji Polaków na Ukraińców. Chciałem powiedzieć, że mamy wiele wspólnego i mam nadzieję, że nasze nacje pozostaną w przyjaźni. Rozumiemy się bardziej niż mówią jakieś klipy czy politycy. Wszyscy jesteśmy ludźmi. Zawsze uwielbiałem spędzać czas w Polsce - to piękny kraj. Naszym polskim słuchaczom wysyłam tylko pozytywne emocje. Nie pozwólcie, by nas podzielono. Mamy te same pragnienia, ten sam rdzeń w środku. Mnóstwo rzeczy na świecie chce nas podzielić. Wspierajmy się wzajemnie, utrzymujmy pozytywne nastawienie wobec naszych krajów. Nie ma między nami wielu różnic.

O: No i oczywiście pamiętamy, że Polska była pierwszym krajem, który nam pomógł. I który ciągle nam w tej straszliwej wojnie pomaga. Ta pomoc jest bezcenna. Chciałbym podziękować tym wszystkim osobom, które były w nią zaangażowane, które ciągle są zaangażowane i które rozumieją z jak głęboką traumą się to wszystko wiąże. Mam nadzieję, że spotkamy się na koncercie i miło spędzimy razem czas. Wymienimy się energią.

zdjęcia: Daria Kasatkina


Autor: Tomasz Michalski

Data dodania: 21.04.2026 r.



© https://METALSIDE.pl 2000 - 2026 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!