Clawfinger - "Zanim wszyscy umrzemy"


Szwedzka grupa Clawfinger należy do czołówki europejskiej sceny rapcore. Założona została w 1989 roku, a po wydaniu siedmiu albumów zakończyła swoją działalność. Na krótko, bowiem jej członkowie ciągle utrzymywali ze sobą kontakt, a i nie trzeba było ich długo namawiać, by od czasu do czasu dali jakiś koncert. Tak oficjalnie przyjęło się, że skład wrócił do świata żywych na dobre w 2017 roku. Mieliśmy kolejne koncerty, mieliśmy nowe single, ale ciągle nie mieliśmy następcy wydanego w 2007 roku "Life Will Kill You". Ten zmaterializował się na początku 2026 roku dzięki Perception. Nie mogliśmy odmówić sobie przyjemności porozmawiania z zespołem o albumie "Before We All Die". Dlaczego musieliśmy czekać aż 19 lat? Co się działo z kapelą w tym czasie? O tym wszystkim opowiedział nam wokalista i współzałożyciel Clawfinger: Zak Tell.





MetalSide: "Before We All Die" to pierwszy album Clawfinger od 19 lat. Co się stało w tym 2013 roku, że postanowiliście odłożyć Clawfinger na półkę?

Zak Tell: Poszliśmy na przerwę obiadową (śmiech). Tak, podjęliśmy decyzję, żeby zakończyć przygodę z Clawfinger. To była zła decyzja i zbyt długo się jej nie trzymaliśmy. Wydaje mi się, że wytrzymaliśmy rok, a później otrzymaliśmy propozycję od szwajcarskiego festu. To był fajny festiwal, dobrze płacili, w składzie był Motörhead i parę innych dużych nazw. Pomyśleliśmy sobie: dobra tam, możemy zagrać ten jeden koncert. To od nas zależy, czy zagramy czy nie - nikt nie może powiedzieć, czy to dobrze czy źle. Zrobiliśmy więc ten jeden koncert i myślę, że zdaliśmy sobie sprawę z tego, że nam tego brakowało. I powoli zaczęliśmy robić festiwale. I gdy ludzie zobaczyli, że gramy, to zaczęli się zastanawiać, że chyba jednak Clawfinger nie zakończył działalności. I wtedy zaczęliśmy dostawać jeszcze więcej propozycji grania na festach, a następnie jeszcze więcej latem. A później "Deaf Dumb Blind" skończył 25 lat i zrobiliśmy trasę skupioną na tym albumie. A później wypuściliśmy singla i zrobiliśmy kilka innych festiwali. I wydaje mi się, że powoli zaczęła wracać miłość do tego wszystkiego. Kiedy robisz coś przez bardzo długi czas, kiedy wydajesz siedem albumów, uczysz się tego całego materiału, nagrywasz go, jesteś w tym biznesie przez 20 lat, to łatwo jest poczuć zmęczenie. Do tego cała branża się zmieniała - ludzie zaczęli ściągać i streamingować muzykę zamiast ją kupować. Mieliśmy dzieci - większość z nas. W 2008 roku nie mieliśmy już kasy, więc musieliśmy znaleźć normalne prace. To oznaczało, że mieliśmy mniej wolnego czasu. No i wiesz: związki się kończą i zaczynają, członkowie rodzin przychodzą i odchodzą. Myślę, że potrzebowaliśmy przez jakiś czas żyć takim "normalnym życiem".

Clawfinger był Waszą pracą na pełen etat. Jak to się stało, że w pewnym momencie pieniądze przestały płynąć?

Streaming, ściąganie z Internetu. Chyba staliśmy się mniej popularni niż wcześniej, przez co płynąć zaczęło mniej pieniędzy. Zawsze nimi mądrze dysponowaliśmy. Kiedy dostaliśmy za coś sporą ilość pieniędzy, albo dostaliśmy dużą zaliczkę od wytwórni, to wpłacaliśmy wszystko do banku, a sami pobieraliśmy małe wynagrodzenie. I wydaje mi się, że właśnie przez to byliśmy w stanie przez tak długi czas żyć z muzyki. Nie mamy drogich hobby, nie wciągamy ogromnej ilości dragów. Jesteśmy bardzo… Nie wiem, czy dobrym słowem jest "normalni", ale na pewno jesteśmy tacy przyziemni, wiesz? Nie mamy wielkich posiadłości czy coś. Dlatego te pieniądze wystarczyły na tak długo. No ale wiesz: ostatecznie i one się skończyły. To były po prostu inne czasy w branży i mniejsza ilość pieniędzy oznaczała po prostu to, że musimy zrobić to, co wszyscy i znaleźć normalną pracę. Żeby opłacać rachunki i mieć z czego żyć.

Podczas tego okresu mniejszej aktywności mieliśmy samodzielne single jak "Save Our Souls", "Tear You Down" i "Environmental Patients" - były wówczas plany na nowy album?

Nie mieliśmy tego w planach. Nawet kiedy zaczęliśmy tworzyć nowe kompozycje. Zaczęliśmy je pisać, ponieważ chyba po prostu nam tego brakowało. Dopiero bodajże późnym 2022 lub wczesnym 2023 roku odbyliśmy przez Zoom rozmowę z naszym menedżerem. No i powiedział do nas: "Ej, wiem, że macie już z sześć czy siedem kawałków. Może byście wzięli pod uwagę napisanie jeszcze ze trzech i wydanie albumu zanim wszyscy umrzemy?". Zaśmialiśmy się, bo wiesz: minęło tyle lat, a my młodsi nie jesteśmy. Rzeczywiście musimy się pośpieszyć z tą płytą "zanim wszyscy umrzemy". No i dotarło do nas po chwili, że to w sumie byłby fajny tytuł. No i uznaliśmy, że spróbujemy. Napisaliśmy jeszcze trzy utwory, dorzuciliśmy dwa starsze single, a następnie skontaktowało się z nami Perception czy Reigning Phoenix Music, by wyrazić zainteresowanie wydaniem materiału. "No dobra, niech więc i tak będzie". Tak naprawdę nie było więc żadnego wielkiego planu. Nie kryło się za tym nic większego. Po prostu napisaliśmy w ciągu trzech czy tam czterech lat parę kawałków i w końcu poczuliśmy, że nadszedł odpowiedni czas. Nasze dzieciaki dorosły. Jesteśmy w dobrym miejscu. Bawimy się lepiej niż kiedyś. Gramy dużo na festiwalach i czerpiemy z tego masę radości. Pomyśleliśmy więc: czemu nie?

Ludzie z Reigning Phoenix Music byli wcześniej związani z Nuclear Blast - poprzednią wytwórnią Clawfinger. To miało znaczenie?

Nie mam pojęcia. Może. Kiedy podpisywaliśmy kontrakt z Reigning Phoenix, to już nasz kontrakt się skończył. Ten z Nuclear Blast to były zamierzchłe czasy, wiesz? Nie wiem. Może niektórzy pracownicy ciągle nas lubią. Nie mam pojęcia, czy jest jakieś powiązanie. Chodzi mi o to, że są osoby, które pracowały wcześniej w Nuclear Blast, ale nie wiem, czy to się w jakikolwiek sposób wiąże z nami. Jeśli tak jest, to nic nie powiedzieli.

Wiadomo, media lubią słowo "reaktywacja". Utrzymywaliście jednak kontakt, graliście koncerty, coś tam pisaliście. Można w ogóle mówić, że Clawfinger był martwy?

Tak, przez ten jeden rok, o którym mówiłem. Oprócz tego, no to nie. Jasne, może nie byliśmy strasznie aktywni, no ale pozostawaliśmy w kontakcie. I tak jak mówiłem: powoli zaczęliśmy pracować nad nowymi utworami. Różnica jest taka, że nie było presji ze strony wytwórni. Jasne, teraz mamy wydawcę, ale kiedy zaczynaliśmy znów pisać, to dlatego, że nam tego brakowało. Ostatniego lata zagraliśmy 14 koncertów. Chyba z 8 czy 9 kolejnych mamy już zaklepanych. Jakimś cudem cały czas udawało nam się utrzymać Clawfinger przy życiu. Czasami ten płomień był mniejszy, czasami większy, ale cały czas płonął. Poza tym jednym rokiem, to nigdy się nie zatrzymaliśmy.

Wspomniałeś trasę "Deaf Dumb Blind". Z okazji jubileuszu miało się też ukazać specjalne wydawnictwo - z wyjątkowymi gośćmi. Jasne, dostaliśmy urodzinową wersję krążka, no ale to jednak było coś zupełnie innego od tego, co było początkowo zapowiadane. Co się stało?

Tak. Nie nagraliśmy zbyt dużo. Wiem, że zaczęliśmy na nowo nagrywać niektóre kawałki, ale to wszystko odbyło się w okolicach tego, gdy wszystko zaczęło zmierzać ku końcowi. Kiedy przestały płynąć pieniądze. Opuściliśmy studio, które dzieliliśmy z Meshuggah. Znaleźliśmy sobie prace, mieliśmy dzieci i w ogóle. Po prostu to się nie zmaterializowało. I nawet się z tego cieszę. Bo podoba mi się, że "Deaf Dumb Blind" jest tym, czym jest. Wypuściliśmy go w 1993 roku. Jest jak pamiętnik z '93. Nigdy nie byłem wielkim fanem pomysłu ponownego jego nagrania. Niektórzy z zespołu uważali, że to dobry pomysł. Ja nie potrafię podać nazwy żadnego albumu swojego ulubionego zespołu, który nagrany ponownie jest lepszy niż oryginał. On ma swoje miejsce w tym konkretnym czasie - kiedy był wypuszczany. Nie ma wystarczającej ilości materiału, by cokolwiek z tym zrobić. To nie jest coś, co kiedykolwiek trafi do odsłuchu.


Jak wspomniałeś wcześniej: branża się zmieniła w ciągu tych 19 lat. Zapowiadając album powiedziałeś nawet, że obecnie ludzie nie wiedzą nawet, czym obecnie jest "album". Jak oceniasz zmiany na przestrzeni tych lat? Śmierć fizycznych nośników, tanią muzę na Spotify, skupianie się na singlach?

Ciągle jesteśmy w zespole. Ciągle gramy. Ciągle to kochamy. Ciągle dobrze się bawimy. Nie możemy oczekiwać tego, że cały czas będzie jak te 33 lata temu. To byłaby głupota. Musimy więc pewne rzeczy zaakceptować. Oczywiście nie oznacza to, że mi się wszystko podoba. Jako osoba będąca częścią grupy chcę zrobić wszystko, by moja muzyka dotarła do ludzi. Jeśli oznacza to wypuszczenie większej ilości singli niż wcześniej, no to trzeba spróbować i zobaczyć jak wyjdzie - zobaczyć, czy to pomoże. Czy przykro mi z powodu tego, że umierają fizyczne nośniki? Jasne, ponieważ dorastałem kupując LP, czytając wkładki i oglądając zdjęcia. Jednocześnie nie możemy zatrzymać technicznej ewolucji. Ona się dokonana tak czy siak. Można więc być na tyle mądrym, by spróbować ją wykorzystać na swoją korzyść. Nie jest to seksowne jak LP. Nie jest to tak fajne jak kolekcja na półce. Ale mówię to jako ktoś stary. Młodzi mają to gdzieś, ponieważ znają tylko streaming, TikToka, szybkie rozwiązania. Mają mniejszą zdolność koncentracji, więc dla nich to normalne.

Ostatnio wrzuciłeś na Facebooka artykuł z Bravo. W ciągu tych 19 lat MTV umarło, Bravo umarło, Viva umarła. Coś, czego można się było spodziewać?

(śmiech) Jeśli coś jest gówniane, to zasługuje na śmierć. Jeśli mam być szczery, to Bravo nigdy nie było czymś więcej niż gównem. To była zabawna kapsuła czasu, bo zbyt często do Bravo nie trafialiśmy. Te parę wyjątków jest więc zabawnych. MTV zaczęło się tarzać w gównie lata, lata, lata, lata, lata, lata, lata, lata, lata, lata, lata temu. Nie ma ich co żałować, bo przeszli drogę z muzycznego kanału do kanału zajmującego się Reality TV. A kto by kurwa chciał oglądać ten szajs? Z reguły dobre rzeczy powracają. Nośniki fizyczne zaczynają zyskiwać na popularności. Myślę, że to dlatego, że ludzie lubią kolekcjonować pewne rzeczy. Chcą mieć swoje skarby. Chcą mieć coś, co mogą pokazać innym: "Oto coś, co kocham. Oto mój ulubiony zespół". To nie jest takie fajne, jak pokażesz telefon wskazując palcem na ekran: "Ten zespół lubię". To nie to samo. Dobre rzeczy przetrwają. Raczej LP nigdy już nie będą tak popularne jak kiedyś, no ale ich sprzedaż powoli będzie rosnąć. Nie odpowiadam za bardzo na Twoje pytanie (śmiech). Jest jak jest. Ciągle mogę słuchać moich ulubionych LP kiedy chcę, ale też i muszę zaakceptować fakt, że w 2026 roku pewne rzeczy robi się inaczej.

Zapowiedzieliście nowy album wraz z wypuszczeniem singla "Scum", który ma wyraźny polityczny wydźwięk. Wcześniej mocno krytykowałeś George'a W. Busha. Przy Trumpie nie wygląda on na niewiniątko?

Może. A może po prostu niektórzy z nich są nieco sprytniejsi, jeśli chodzi o ukrywanie swojego zepsucia i zasad moralnych. Ale żeby odpowiedzieć na twoje pytanie: tak, chyba tak. Jednocześnie myślę, że każdy, kto jest tak wysoko na stanowisku władzy, prawdopodobnie ukrywa o wiele więcej, niż ktokolwiek z nas wie. I prawdopodobnie dzieje się wiele złych rzeczy, czy to z Bushem, czy z Obamą, czy z jakimkolwiek innym prezydentem, którego wybierzesz. Wciąż wywołują wojny i podejmują decyzje oparte na własnym ekonomicznym dobrobycie. A kiedy tak postępujesz, nie dbasz w pierwszej kolejności o ludzi. I wtedy automatycznie nie zasługujesz na to, by zajmować stanowisko, na którym jesteś. Ponieważ powinni być tam właśnie dla ludzi.

Później mieliśmy single "Ball & Chain" i "Big Brother". Ten drugi jest o tyle ciekawy, że zacząłeś go pisać w 2007 roku. Jak ta kompozycja zmieniła się na przestrzeni lat?

No cóż, chodzi o to, że jej tekst napisałem na potrzeby albumu "Life Will Kill You". Ale nigdy... Piosenka, do której napisałem ten tekst, stała się czymś zupełnie innym. I wydaje mi się, że byłem jedyną osobą, której wtedy naprawdę podobał się ten pomysł na tekst. Postanowiłem więc go zachować. A jestem dość samokrytyczny. Kiedy więc mam takie odczucia co do jednego z moich tekstów, ważne jest, żeby go gdzieś zachować i wyciągnąć w odpowiednim momencie. I liczę na to, że taki moment nadejdzie. Tutaj pewności nie było, ale kiedy przypomniałem o tym tekście pozostałym członkom zespołu… Bo przecież nawet nagraliśmy go w tym starym kawałku. No i kiedy im go puściłem, powiedzieli: "Cholera, to naprawdę dobry tekst. Dlaczego go nie wykorzystaliśmy?". Stworzyliśmy więc w zasadzie nową muzykę do już istniejących wersów. I tak naprawdę nic się nie zmieniło od 2007 roku, jeśli chodzi o Wielkiego Brata. Być może aspekt inwigilacji, fakt, że jesteśmy kontrolowani z każdej strony, jest teraz jeszcze bardziej widoczny. No wiesz, smartfony i tego typu rzeczy. Wszystko, co mówię i wszystko, co wpisuję w Google, te informacje są gdzieś przechowywane i wykorzystywane przez Wielkiego Brata. Może i teraz przyjęło to bardziej ekstremalną formę niż w 2007 roku, no ale już wtedy było dość źle.

W swoich tekstach mówisz o świecie, który ewidentnie nie działa tak jak powinien. A o czym opowiadają "A Fucking Disgrace", "Ball & Chain" i "Linked Together"? Bo to już bardziej osobiste kawałki.

"A Fucking Disgrace" to tekst i utwór, który napisałem podczas pandemii. Pewnie nie chcesz już o tym pamiętać, no ale było coś takiego jak pandemia. I wielu z nas przechodziło przez gówniany okres. Wiesz, kwarantanny, brak możliwości prowadzenia normalnego życia. Przechodziłem przez taki sam etap jak inni, kiedy czułem się trochę bezużyteczny i bez znaczenia. Kiedy mając ten czas nie możesz robić tego, co zwykle, to zaczynasz dużo myśleć i zastanawiać się, jaki kurwa sens ma to wszystko. To tekst, który napisałem w jeden z moich bardziej gównianych dni. I to piosenka, którą napisałem dość szybko. W tym czasie kupiłem Logica do mojego domowego studia. Nagrałem wersję, która była o wiele bardziej bluesowa. Wysłałem ten pomysł do Bårda, naszego gitarzysty, tylko dlatego, że chciałem wiedzieć, co o tym myśli. A pierwsze, o co mnie zapytał, to: "Czy to piosenka Clawfingers, czy Zaka?". A ja się po prostu zapytałem: "A jest różnica?". Bo spędziłem tyle lat w Clawfinger, że wszystko, co robię, to w pewnym sensie Clawfinger. Bo nigdy nie próbowałem udawać kogoś, kim nie jestem. To zawsze byłem po prostu ja - członek Clawfinger. Więc stało się tak, że powoli, powoli utwór ten przekształcił się w piosenkę w stylu Clawfinger. Co oznaczało, że dodaliśmy do niej nieco cięższe brzmienie gitar. Ale wciąż ma w sobie tę bluesową bazę. To po prostu osobista piosenka o czuciu się jak gówno i zastanawianiu się, czy nadaję się do czegokolwiek. Myślę, że większość z nas ma takie chwile, takie dni czy tygodnie, kiedy czujemy się cholernie bezużyteczni. Nie różnię się od innych. Ja też mam takie dni. Mimo że jestem członkiem "odnoszącego sukcesy zespołu rockowego" (śmiech).


"Nie jesteśmy po to, by dać Wam odpowiedzi" - powiedziałeś przy zapowiedzi albumu. Jaka jest więc rola Clawfinger w naszym społeczeństwie?

Nigdy nie wiedzieliśmy więcej niż inni. Jedyna różnica polega na tym, że jako zespół mamy odpowiednią platformę. A to oznacza, że możemy coś powiedzieć i jest większa szansa, że ludzie to usłyszą. A jeśli chodzi o mnie osobiście, to sposób, w jaki piszę, wynika z tego, że dorastałem przy muzyce, którą zawsze kochałem. Dorastałem przy muzyce, której słuchałem jako dziecko. A była to głównie zaangażowana muzyka z lat 60. i 70. oraz punk. Muzyka, która próbuje coś przekazać. Od zawsze był to dla mnie naturalny sposób działania. To nie jest coś sztucznego... To nie jest coś, czego musiałem się uczyć, próbować zrozumieć w jaki sposób się to robi. Ja po prostu tak piszę. Czasami jest to bardziej "polityczne", a czasami bardziej osobiste. Po prostu próbuję mówić o rzeczach, które coś znaczą. Nie jesteśmy imprezowym Mötley Crüe. Nigdy nie byliśmy tego typu kapelą. Tacy po prostu jesteśmy.

A co możesz powiedzieć o utworze "A Perfect Day"? Bo to kawałek, który mocno się wyróżnia muzycznie.

Zawsze lubiliśmy mieć na każdym albumie jedną lub dwie kompozycje, które nieco się wyróżniają na tle reszty. W zasadzie zawsze robiliśmy coś takiego. A wynika to głównie z tego, że fajnie jest czasem niejako uciec od tego, co się zwykle robi. I też z tego, żeby wyrwać się oczekiwaniom ludzi wobec ciebie. Przede wszystkim jednak chodzi o to, żeby się trochę zabawić i spróbować czegoś innego. A w przypadku tego kawałka… Wiesz, mamy taką obsesję na punkcie kreowania obrazu, że prowadzimy takie jakby idealne życie. Zwłaszcza na Instagramie, Facebooku i innych platformach społecznościowych wszyscy wrzucają zdjęcia z wakacji i idealnych talerzy z żarciem. No wiesz, duże rodziny i te wszystkie pieprzone miłosne bajeczki. I przepraszam, ale dla większości ludzi rzeczywistość tak nie wygląda. Jasne, wszyscy mamy święta, wszyscy czasami dobrze się bawimy, ale jest też i druga strona medalu. Życie nie jest takie proste. Fajnie było pobawić się tą ideą. No i oczywiście na koniec musieliśmy wszystko zepsuć, zniszczyć i stworzyć coś zupełnie przeciwnego. Myślę, że rzeczywistość leży gdzieś pomiędzy tymi dwoma skrajnościami. Bo można spędzić wspaniałe wakacje, a potem wracasz do swojej nudnej pracy od dziewiątej do piątej, a potem masz weekend i robisz coś fajnego. Potem masz tydzień pracy, a potem dzieje się jakaś tragedia w rodzinie i wszystko się psuje, a potem znów dobrze się bawisz. Tak wygląda prawdziwe życie. Stąd też pomysł na zabawę tymi dwoma biegunami. I fajnie było to zrobić z utworem, który brzmi trochę jak hip-hop, ale o takim słodszym klimacie. A zawsze fajnie niszczy się te słodkie klimaty (śmiech).

Kończy nam się czas, więc na koniec jeszcze jeden temat. Przy okazji premiery "KaliYuga" Liv Sin miałem okazję porozmawiać z Liv i zapytałem się o Waszą kolaborację. I tak się składa, że niedawno natknąłem się na wspólne wykonanie tego kawałka i dość ciekawy komentarz. To jak? Już nauczyłeś się ubierać jak prawdziwa gwiazda rocka? (śmiech)

To było naprawdę zabawne. Wydaje mi się, że ten facet chyba myślał, że jestem częścią zespołu czy coś. Wszyscy inni byli wystrojeni, bo wydaje mi się, że to było Halloween. Wszyscy mieli więc na twarzach jeszcze więcej makijażu niż zwykle. To było przezabawne. Nigdy nie chodziło nam o to, żeby nosić markowe ubrania czy starać się wyglądać fajnie. Jasne, lubię swoje ubrania, ale nie przywiązuję do tego aż tak dużej wagi. Lubię rzeczy, które są wygodne. Jasne, jak jest jakiś fajny wzór, no to super… Ale nawet kiedy byłem młodszy nie było to dla mnie ważne. Nigdy tak naprawdę nie wpasowywaliśmy się w panujące trendy w modzie. Może na samym początku, bo kiedy się pojawiliśmy, modą była antymoda. No wiesz, to było coś w stylu grunge'u i alternatywnego rocka. Wszyscy nosili flanelowe koszule i podarte dżinsy. A to dlatego, że nikomu nie chciało się wyglądać jak gwiazda rocka. Może wtedy, przez krótki czas nosiliśmy odpowiednie rzeczy. Ale to był tylko zbieg okoliczności, wiesz? Nie, nie wiem jak się ubierać jak gwiazda rocka i nie obchodzi mnie to (śmiech).

I to wszystko, co przygotowałem! Bardzo dziękuję za poświęcony czas i na koniec poproszę o kilka słów dla naszych czytelników i fanów z Polski!

Och, co mam w ogóle powiedzieć? Nie mam pojęcia! Dziękuję wszystkim, którzy byli z nami przez te wszystkie lata. Mimo że pomiędzy albumami mamy 19 lat przerwy, to ludzie pozostali wierni Clawfinger. I to naprawdę wiele dla nas znaczy. Oznacza to też, że najwyraźniej zrobiliśmy coś dobrze, wywarliśmy jakiś wpływ i coś zmieniliśmy. Nie zawsze łatwo jest nam to dostrzec z naszego punktu widzenia, ponieważ nie potrafimy być obiektywni. Jesteśmy jakby uwięzieni w tym, co robimy. Dlatego otrzymanie takiego potwierdzenia od fanów naprawdę wiele dla nas znaczy. A polscy fani, szczerze mówiąc, zawsze byli bardzo oddani. Dlatego wszystkim Wam za to dziękujemy! Naprawdę.

zdjęcia: Peter Bjoens




Autor: Tomasz Michalski

Data dodania: 04.04.2026 r.



© https://METALSIDE.pl 2000 - 2026 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!