Corrado Rustici to najbardziej znany włoski producent i gitarzysta sesyjny. W jego CV znajdą się takie nazwiska jak Aretha Franklin, Whitney Houston, Narada Michael Walden, czy Zucchero. Zanim rozpoczął przygodę z gwiazdami, jako nastolatek zapisał się w historii włoskiego prog-rocka dzięki Cervello i płycie "Melos" z 1973 roku. Mimo że sam zespół rozpadł się niedługo po jej wydaniu, to przez kolejne lata zawarta na niej muzyka odkrywana była przez kolejne pokolenia słuchaczy. Po reaktywacji na jeden koncert gitarzysta wpadł na pewien pomysł. A co jeśli żyjący muzycy Cervello powróciliby do materiału z dawnych lat, który tworzony był jeszcze ze zmarłym wokalistą: Gianluigim Di Franco? Były zakurzone taśmy, niedokończone kawałki w różnych wersjach i liczne podejścia nieodżałowanego frontmana. Po tytanicznej pracy powstał on: "Chaire". Pierwszy album Cervello od 50 lat. Nie mogliśmy odmówić sobie możliwości bliższego poznania historii kryjącej się za tym drugim krążkiem formacji. Oto więc włoska legenda prog-rocka. Oto Cervello i jej lider: Corrado Rustici!
MetalSide: Cześć!
Corrado Rustici: Cześć! Tomasz, tak? Miło mi Cię poznać!
Wzajemnie! Zacznijmy od tego, że to ciekawy okres dla Cervello - w końcu mamy pierwszy od 50 lat album! Chciałbym jednak zacząć od małej podróży w przeszłość, ponieważ historia zespołu była znacząca, ale zaskakująco krótka. Dlaczego po wydaniu debiutu grupa przestała istnieć?
Z różnych powodów. Po wydaniu albumu koncertowaliśmy przez kilka miesięcy. Zaliczyliśmy nawet kilka znaczących festiwali i zamierzaliśmy zacząć pisać materiał na drugi krążek. Ale wtedy nie było zbyt dużego zainteresowania naszą grupą. Byliśmy zbyt progresywni nawet jak na rock progresywny, wiesz? (śmiech) Zawsze staliśmy w opozycji. Wtedy wydawało się, że ludzie wolą więcej klawiszy, melotronu - tego typu rzeczy. A my tacy nie byliśmy. Chcieliśmy być inni, a przez to nie byliśmy zbyt popularni. Później pojawiły się różne opinie na temat... Może nie tyle kierunku, co jeden z członków chciał dodać klawisze, by zyskać większą ilość fanów. Ja byłem przeciwko. Nie zgodziłem się. Odszedłem i zająłem się innymi rzeczami. I w zasadzie dlatego się rozpadliśmy. Wielka szkoda. Tym bardziej, że było to zaraz po tym jak zacząłem pisać kawałki na nowy album z wokalistą Gianluigim. Dlatego właśnie teraz mamy ten nowy materiał - bo pracowałem nad albumem.
Jak w ogóle wspominasz proces nagrywania debiutanckiego "Melos"? Jak to wyglądało te 50 lat temu? Jesteś w końcu producentem. Teraz to do nagrania samej perkusji wykorzystuje się z 15 mikrofonów (śmiech).
Cóż, dla mnie... Wszystko jest względne, nie? Kiedy dorastasz w czasach, kiedy ta wiedza jest ograniczona, to korzystasz tylko z niej. Album nagrywaliśmy na 8-ścieżkowcu. Tylko to mieliśmy. 8-ścieżkowca. Perkusja była w mono, wszystko nagraliśmy na żywo. Jeśli dobrze pamiętam, to cały album zrobiliśmy w pięć dni. Gianluigi zaśpiewał cały album w 8 godzin - ostatniego dnia nagrań. Tak to wyglądało (śmiech). No ale wiesz, dużo ćwiczyliśmy. Znaliśmy nasze kompozycje, wszystko było rozpisane. Byliśmy bardzo dobrze przygotowani, więc mieliśmy jedno czy dwa podejścia do każdego kawałka. Wszystko na żywo. A później zrobiliśmy parę dogrywek. W paru miejscach zagrałem na wibrafonie i dograliśmy kilka partii fletu. I tyle (śmiech).
Teraz "Melos" doczekał się remasteru. Co poprawiliście i dlaczego?
To dlatego, że słyszałem - co jest ciekawe - że "Melos" w ciągu ostatnich 50 lat był wznawiany 19 razy. I za każdym razem próbowali coś zmienić i ostatecznie nie brzmiało to zbyt dobrze. Chciałem dać fanom, wiesz, lepszą wersję. Pokazać, co można zrobić z tymi taśmami. Uznaliśmy, że to dobry pomysł, a Sony zgodził się na remaster. Chcieliśmy, by ludzie dostali dużą lepszą pod względem dźwięku wersję "Melos". Taką, jaką być powinna.
Coś dodaliście ekstra? Jakieś niepublikowane fotki czy coś w tym stylu?
Nie. Zmieniliśmy grafikę na samej CD - wygląda jak góra puszki. Tego nie było w oryginale. Resztę zostawiliśmy bez zmian, ponieważ ludzie kochają ten album takim, jakim jest. Kochają jego oprawę. Oczywiście nie mogliśmy zrobić takiego bajeranckiego otwarcia - niczym puszki. Teraz wytwórnie nie bawią się w takie rzeczy (śmiech). Coś tam chciałem jednak zmienić, dlatego właśnie płytka wygląda trochę inaczej. To jedyna różnica jeśli chodzi o oprawę.
Jesteś zaskoczony faktem, że muzyka z "Melos" jest ciągle żywa i jest odkrywana przez kolejne generacje?
Bardzo zaskoczony. I wdzięczny. Powodem, dla którego w ogóle zrobiliśmy "Chaire" było właśnie to, że chcieliśmy dać fanom prezent za te 50 lat podążania za nami. Kiedy zrobiliśmy ten album, to miałem 16 lat. Nie miałem pojęcia, że to co wtedy zrobimy będzie miało znaczenie dla kogoś te 50 lat później (śmiech). Nigdy nie wiadomo. Jakoś tak to wychodzi, że jak robisz coś, co jest inne, to ludzie na początku nie są zainteresowani, ponieważ popycha ich w to w nieznane rejony. To jest dla nich trudne do zaakceptowania i zrozumienia. Potrzeba lat. Wychodzi na to, że taki mój los - ludzie nadrabiają rzeczy, które robię po 10 czy 20 latach (śmiech).
Co jest takiego ponadczasowego w muzyce Cervello? Tak jak powiedziałeś: próbowaliście się bowiem wyróżnić na tle innych kapel.
Ciężko powiedzieć. Cała branża wyglądała wtedy inaczej. Publiczność za każdym razem chciała czegoś nowego. Nie chciała tych samych rzeczy. Nie chciała, by wszystko brzmiało tak samo - co jest zresztą chorobą naszych czasów. Wszystko jest takie samo, a z AI będzie jeszcze gorzej. Ludzie będą używać tych samych plug-inów co inni i wszystko będzie brzmieć identycznie. I w końcu wszyscy będą znudzeni. 50 lat temu miałeś szansę jeśli się wyróżniałeś, a my podnieśliśmy to do ekstremum. Naprawdę chcieliśmy być inni. Nie chcieliśmy mieć klawiszy, ale chcieliśmy brzmieć również dobrze - wiadomo, w mojej głowie, bo w rzeczywistości nie mogliśmy - jak Gentle Giant, Van der Graaf, King Crimson, czy Genesis, których miałem zresztą okazję poznać. Mój brat grał w zespole Osanna, który zagrał kilka koncertów z Genesis. Peter Gabriel zainspirował się zresztą tym zespołem, ponieważ na koncertach malowali twarze. Peter to zobaczył i zaczął sam malować twarz i używać masek. To były nasze inspiracje. No i Mahavishnu Orchestra, ponieważ pojawił się fusion - to było coś świetnego i świeżego. Więc wiesz, chcieliśmy być inni i... od artystów wymagało się, by tacy byli. W przeciwieństwie do tego, co mamy teraz. Taka to różnica.
Tak jak mówiłeś, materiał z "Chaire" pisany był z myślą o następcy "Melos". Pisany był jednak w latach 1974 - 1983. To długi okres. Cały czas miałeś nadzieję na to, że Cervello się reaktywuje?
To było tak, że większość materiału napisałem w 1974 roku. Ale przez lata Gianluigi i ja utrzymywaliśmy kontakt. Byliśmy bardzo dobrymi przyjaciółmi. Byliśmy niczym bracia, wiesz? Odwiedzał mnie, bo najpierw mieszkałem w Anglii, a później przeprowadziłem się do Kalifornii, gdzie mieszkam od 40 lat. Gianluigi regularnie mnie odwiedzał i za każdym razem jak się spotykaliśmy, to była między nami muzyczna więź. Postanowiliśmy więc: "Pamiętasz ten pomysł? Może zrobimy inną wersję?". Tworzyliśmy różne wersje, z różnymi tekstami, sekwencjami akordów. Dlatego właśnie byłem w stanie odtworzyć te taśmy - bo miałem mnóstwo materiału. Już wtedy mieliśmy te pomysły. Nie przeszliśmy nawet do '75, bo wtedy już przeprowadziłem się do Anglii z moim nowym zespołem: grającym fusion Nova. Wtedy w mojej głowie skończyłem z Cervello. W '74 jednak ciągle pojawiały się nowe pomysły. Pomiędzy tym a '83 po prostu razem z Gianluigim próbowaliśmy różnych rozwiązań. Sprawdzaliśmy, czy któryś z tych pomysłów będzie działał. Nie z myślą o Cervello, ale może na mój, albo jego solowy album, którego później zostałem producentem. Nie chodziło o Cervello, ale o same kompozycje. Dlatego właśnie mieliśmy różne wersje, które mogłem wykorzystać.
A ile nowego materiału musiało powstać, by posklejać to wszystko? Czy może wystarczyły tylko te stare taśmy?
Są pewne instrumentalne partie, które zostały napisane w tamtym okresie, ale nie z myślą o Cervello. Ale z uwagi na to, że ja byłem ich twórcą i powstały w tamtych latach, to zarówno ja, jak i pozostali członkowie czuliśmy, że będą pasować - że tu jest ich miejsce. Większość materiału to w zasadzie pomysły, które stworzyłem w '74. Przearanżowane z innymi muzykami z grupy, by brzmiały jak najlepiej. By nadać muzyczny sens im oraz produkcji. Zajęło nam to parę lat. Kolejnych kilka lat zastanawialiśmy się nad tym, kto to wszystko zaśpiewa. Ważne pytanie. Wtedy zacząłem się zastanawiać... Bo wiesz, jeśli idzie o produkcję, to jestem prawdziwym nerdem. Lubię bawić się dźwiękiem. Zacząłem więc wyciągać wykonania Gianluigiego. A że żyjemy w czasach, w których dzięki technologii można coś takiego zrobić, to na bazie uczenia maszynowego odtworzyliśmy barwę jego głosu. Prawie. Wyciągnąłem jego wokale i stał się cud! (śmiech) To było jakby ciągle był z nami. Kiedy po raz pierwszy złożyliśmy muzykę z jego wokalem, to aż się rozpłakałem. Coś niesamowitego.
Ile oryginalnych taśm z wokalem Gianluigiego miałeś?
Mnóstwo. To były głównie fragmenty, więc trochę mi zajęło złożenie tego wszystkiego. No ale jak już mówiłem, mieliśmy różne wersje tych samych utworów. Mogłem więc wyciąć coś z nich i złożyć z tekstami, które przez lata pozmieniał. Mieliśmy dużo szczęścia.
Notka prasowa w ogóle nie wspominała o perkusiście. Kto odpowiada za partie tego instrumentu?
Perkusistą jest niesamowicie młody bębniarz z Włoch. Nazywa się Roberto Porta i ma 26 lat. Poznaliśmy się półtora roku temu. Rok temu w listopadzie robiłem trasę i to właśnie jego zaprosiłem - był niesamowity. Uznałem - jak się okazało, słusznie - że będzie idealną osobą do tego, by sprawić, aby te moje pomysły zabrzmiały najlepiej jak to tylko możliwe. To wschodząca gwiazda. Grał z Paulem Gilbertem, grał ze mną, zagra w Rosji ze świetnym basistą, ale zapomniałem nazwiska. Świetny perkusista. Nowa generacja. 26 lat i to kocha! Jego ojciec jest wielkim fanem proga i wielkim fanem Cervello. Naciskał na niego, by spróbować (śmiech).
Ten nowy album wydany został przez Sony. Jak doszło do współpracy z tym gigantem?
Ponieważ to oni mają prawa do "Melos". Muzyka Cervello była wydawana przez Sony. Kilku wydawców było zainteresowanych, ale okazało się, że gdy przedstawiliśmy pomysł Sony, to byli bardzo entuzjastycznie nastawieni. Złożyli nam bardzo dobrą propozycję i byliśmy szczęśliwi mogąc iść z nimi w świat. Obecnie to rzadka sytuacja, by progresywny album został wydany przez Sony, Warner czy Universal, więc tym bardziej się cieszymy (śmiech).
Ten nowy materiał wzbogacony został o koncert z '73 roku. Jak wspominasz ten występ?
(śmiech) Pamiętam, że... Pamiętam, że nie mieliśmy żadnej próby. Po prostu weszliśmy od razu na scenę. Nasz inżynier dźwięku był moim kumplem ze szkoły plastycznej, który zapierał się, że się na tym zna. Daliśmy mu szansę, ponieważ miał bardzo fajny magnetofon. Przyniósł go ze sobą i powiedział, że będzie nagrywać. Prosto z miksera, więc warunki... nie były... dobre. Publiczność była jednak bardzo miła i dobrze się bawiła przez cały koncert. Ja zresztą też - był wyprzedany. Wersja audio nie była jednak zbyt dobra. Miałem ten występ przez wiele, wiele lat. Zresztą, mój kumpel, który nagrał ten koncert zrobił kasetę. Później dał ją komuś, a ta osoba zaczęła sprzedawać jej kopie za 6.000 euro. Coś szalonego. Absurd! Powiedziałem sobie, że nie chcę żeby ludzie robili coś takiego. Postanowiłem więc znacznie poprawić dźwięk i dać to ludziom wraz z nową porcją muzyki - praktycznie za darmo. Nie chciałem bowiem, by ktoś inny się bogacił na czymś, do czego nie ma prawa i co jest w złej jakości. Z tej nocy pamiętam, że - tak jak wszyscy - byłem wtedy na haju. Paliliśmy jointy czy coś (śmiech). To pamiętam! Próbowałem jednak grać najlepiej jak mogłem (śmiech). No ale wiesz, miałem z 16 czy 17 lat, a to były lata 70. (śmiech) Wiesz jak było (śmiech).
Podczas tego koncertu zagraliście utwór instrumentalny, który później nie trafił na żadne wydawnictwo. Co możesz o nim powiedzieć?
Tak, to był jeden z tych numerów, nad którymi wtedy pracowaliśmy. Postanowiliśmy go zagrać, nawet pomimo tego, że nie było w nim żadnych wokali. Cieszę się, że to zrobiliśmy. Podobają mi się te pomysły. Pewnie mógłbym to przearanżować, wyprodukować, by brzmiało jeszcze lepiej, ale wiesz: uznałem, że dobrze będzie pokazać ludziom jak zespół wtedy brzmiał. Było w nas mnóstwo ognia. Chcieliśmy cały czas grać. To wszystko, co mogę o nim powiedzieć. Miał to być utwór na nasz kolejny album, ale ostatecznie nie wyszło.
W 2017 roku doszło do reaktywacji Cervello na jeden koncert, który później ukazał się na DVD. Jaka historia kryje się za tym powrotem?
Jest pewien właściciel bardzo dużej japońskiej wytwórni specjalizującej się w muzyce progresywnej: Marquee. Przez lata zajmowali się dystrybucją "Melos". Skontaktował się ze mną i zapytał, czy nie byłbym zainteresowany złożeniem z powrotem grupy na koncert w Tokio. Odpowiedziałem, że to niemożliwe, ponieważ nie graliśmy razem ponad 40 lat. Poza tym nie gram już tak, jak gdy miałem te 16 czy 17 lat. Zmieniłem się jako gitarzysta i jako człowiek. Prosił byśmy się zastanowili, bo jego marzeniem jest zobaczyć nas i usłyszeć "Melos" na żywo chociaż raz w życiu (śmiech). Myślałem nad tym, pogadałem z chłopakami, no i mieliśmy ten sam problem. Gianluigi zmarł. Zmarł także nasz perkusista. Znalazłem jednak świetnego gościa, Virginio, i postanowiliśmy spróbować. Wyszło fantastycznie. Co ciekawe, była to okazja do tego, by powiedzieć chłopakom, że mam te stare kawałki i czy może powinniśmy siąść nad nimi lub nad zupełnie nowymi. Tak się akurat złożyło. Koncert wyszedł bardzo dobrze i był zalążkiem tego wszystkiego, co stało się później.
Były plany na jakieś inne występy, np. we Włoszech?
Nie, chociaż byśmy chcieli. Teraz dostajemy mnóstwo zapytań, więc kto wie. Jeśli będzie to miało wszystko sens. Dostajemy zapytania z Europy - z Holandii, Niemiec. Kto wie? Fajnie byłoby to zrobić. Myślę, że byłby świetnie. Włosi nie widzieli nas od '73. Wszystkie osoby, które kupują teraz płytę chciałyby nas zobaczyć. Zobaczymy, co z tego będzie.
A więc "Farewell" na "Chaire" to nie jest definitywne pożegnanie z Cervello?
Na to pytanie nie mogę jeszcze odpowiedzieć. Na ten moment nie mamy żadnych planów. Nazywa się to "Chaire", ponieważ jest to "pożegnanie" Gianluigiego. Te utwory zostały napisane w tamtych czasach. Nie lubię reaktywacji. Są trochę smutne, no bo masz tych starych ludzi, którzy chcieliby znów mieć po 20 lat. To się nigdy nie udaje. Muzyka nie brzmi tak szczerze. U nas wyszło trochę inaczej, ponieważ te kompozycje były zamrożone w czasie. Mogliśmy użyć tych pomysłów, by oddać to, co zrobiliśmy 50 lat temu. Może dlatego brzmi to tak ponadczasowo. To muzyka z dawnych czasów. To jak otworzenie skrzyni ze skarbami. Odpowiadając jednak na Twoje pytanie: nie wiem. Myślę, że to nasz ostatni album. No ale wiesz: nigdy nie mów nigdy! (śmiech)
A po tym koncercie były jakieś plany czy dyskusje na temat zupełnie nowego materiału?
Tak. Wtedy właśnie, w Tokio, pogadałem z chłopakami i powiedziałem, że mam parę taśm sprzed 50-ciu lat. Zapytałem, czy może spróbujemy coś z nimi zrobić? Tak się zaczęło. I dlatego zajęło to trochę czasu.
Nie chciałeś zaprosić perkusisty i wokalisty z DVD?
Po prostu wyszło inaczej. Kiedy szykowaliśmy się do wokali, to wtedy wpadłem na ten pomysł. Co jeśli spróbuję odratować wokale Gianluigiego? Zrobić to tak, jak należy zamiast ściągać kogoś innego? Oczywiście gdyby się nie udało, gdyby to nie brzmiało dobrze, to byśmy wzięli gościa z Tokio. No ale się udało. Z czego się bardzo cieszę.
Twoje muzyczne życie to nie tylko Cervello. Jesteś również bardzo cenionym muzykiem sesyjnym. W Twoim CV znajdziemy takich artystów jak Aretha Franklin, Miles Davies, Phil Collins. A że miałem okazję porozmawiać z Dannym Cummingsem, to jak wyglądała Twoja współpraca z George'em Michaelem?
Jedynym utworem George'a, na którym zagrałem był duet z Arethą Franklin. Umknął mi jego tytuł, ale to był wielki hit... "I Knew You Were Waiting for Me". Przypomniałem sobie. To był jedyny raz - więcej nie mieliśmy okazji razem pracować. Nie mogę więc powiedzieć nic więcej. Kawałek był częścią albumu Arethy, na którym grałem, a on był jej gościem.
A jak wyglądała Twoja współpraca z Whitney Houston? W końcu usłyszymy Cię na jej dwóch pierwszych albumach.
Tak. Zrobiliśmy pierwszy numer, "How Will I Know", który stał się wielkim hitem. Następnie nagraliśmy cały album, gdzie były te wszystkie przeboje pokroju "I Wanna Dance with Somebody". To były wspaniałe czasy. Byłem szczęśliwy w Kalifornii, żyłem marzeniem zostania topowym muzykiem sesyjnym. Miałem wtedy jakieś 24 czy 25 lat, wiesz? Whitney była niesamowita. Byłem częścią ekipy produkcyjnej i muzyków z Naradą Michaelem Waldenem. Zrobiliśmy mnóstwo płyt i w ogóle wszyscy bardzo dobrze sobie później poradzili. Randy Jackson to supergwiazda w Ameryce, David Sancious zaczął grać ze Stingiem, Peterem Gabrielem i Claptonem - świetny muzyk. Walter Afanasieff zaczął później współpracę z Mariah Carey - wyprodukował to wszystko. Mieliśmy niesamowitą grupę muzyków. Bardzo ciężko pracowaliśmy i to zaowocowało. Whitney, George Benson, Herbie Hancock - pracowaliśmy z wieloma osobami. Było fantastycznie. Jestem bardzo wdzięczny.
A jak zaczęła się Twoja przygoda z byciem producentem?
To było tak, że opuściłem Włochy i Wielką Brytanię i przeprowadziłem się do Kalifornii. Przez pięć lat nie wracałem do Europy - wtedy właśnie wydarzyły się te wszystkie współprace z Whitney i innymi. Później postanowiłem zrobić sobie wakacje i wrócić do Włoch. Poznałem kogoś, kto chciał abym ich wyprodukował. Nie byłem zainteresowany. Tłumaczyłem, że zajmuję się teraz tym, czym chcę - a nie chcę robić muzyki włoskiej. Wtedy włoska muzyka była, no wiesz... No ale był strasznie uparty. Uznałem, że ok. - spróbuję. I to było niesamowite, ponieważ mogłem wykorzystać we Włoszech wiedzę i umiejętności, które nabyłem w Kalifornii, pracować z tymi wszystkimi świetnymi ludźmi i uzyskać brzmienie, którego wtedy we Włoszech nie było. I okazało się, że był to wielki hit. Tym gościem był Zucchero - nie wiem, czy o nim słyszałeś. Tak? No to wyprodukowałem mu 11 albumów i dla niego grałem. Zmieniliśmy historię włoskiej muzyki. Po tym jak wyprodukowałem te albumy, to już nic nie było takie same. Tak to się zaczęło. Następnie poszedłem dalej, a ludzie ciągle o mnie pytali. Odkryłem talenty jak chociażby młodą dziewczynę - Elisę, która została wielką gwiazdą. Odkryłem zespoły pokroju Negramaro i Ligabue - duże nazwy. To było jak tama. Jak już puściła, to wszystko się wylało (śmiech). Zawsze starałem się dawać z siebie wszystko. Nie dla pieniędzy - nigdy dla pieniędzy, zawsze dla muzyki. Nawet jeśli zajmujesz się muzyką popularną, to musisz do niej podejść w odpowiedni sposób. Nie powinno się jej robić wyłącznie dla pieniędzy. Myślę, że gdy pracujesz mając w głowie czyste intencje, to czekają cię dobre rzeczy. Nie zawsze to, co czego się spodziewasz - czasami to coś zupełnie innego. Ale zawsze czeka cię coś dobrego. Byłem szczęśliwy robiąc to wszystko i nadając włoskiej muzyce nowego brzmienia.
Z Zucchero to ciekawe, bo pracowałeś z nim zarówno jako producent, jak i gitarzysta - np. na koncertach. Po której stronie konsolety wolisz stać?
Dla mnie to bez znaczenia. Liczy się sam proces tworzenia muzyki. Kocham nagrywanie, ale jeszcze bardziej kocham robić płyty. Granie na żywo jest jak teatr, a robienie płyt jest jak kino. Lubię filmy przez te wszystkie efekty specjalne i fakt, że zostają z nami na długo. Występy na żywo są bardzo ekscytujące. Kiedy grasz w teatrze, to masz publiczność i za każdym razem jest inaczej. Jest fantastycznie, ale to z Tobą nie zostaje. Ty i publiczność macie ten wspólny wieczór, ale jak się skończy - to już koniec. To również jest dobra zabawa - lubię grać na żywo. Bardziej jednak wolę tworzyć, komponować. Tworzyć rzeczy, które mają znaczenie kulturowe. Używam do tego gitary i wszystkich moich umiejętności. Produkcja, gitary - to wszystko część większego procesu pisania, aranżowania. Wolę coś takiego. Jestem nieco zmęczony koncertami na żywo. Po jakimś czasie staje się to dla mnie nudne. Nie jestem zainteresowany popisami - byłem, robiłem. To bardziej dla młodzieży. Gdy jesteś młody, to masz takie rzeczy w głowie. Później jednak chcesz tworzyć muzykę. Mozart był świetnym muzykiem, tak samo Beethoven. Ale pamiętasz ich nie za umiejętności, ale za to, co skomponowali. Muzyka, która zostaje - to się liczy. To próbuję robić. Przez produkcję, czy pisanie. Pracuję nad albumami, które stoją w totalnej opozycji do muzyki popularnej. No ale to mnie inspiruje. Patrzę na ludzi pokroju Milesa Davisa, Allana Holdswortha, Johna McLaughlina, The Beatles. Na te wszystkie rzeczy z ery prog-rocka. To wszystko zostaje. Nie dlatego, że ktoś był w stanie zagrać 1000 nut na sekundę, wiesz? (śmiech) Grałem coś takiego. Ale to już dla mnie nie jest muzyka.
Generalnie to już wszystko co, przygotowałem, ale może jeszcze jedna rzecz na koniec. W utworze "Reina De Roca" jest taki ciekawy fragment, w którym wokale zaczynają się na siebie nakładać. Jak to zrobiliście?
To ciekawe, bo to 4/4, ale bas i perkusja mają inny timing, jeśli mówimy o tym fragmencie. Później wchodzi całe tło i śpiewa nad tym wszystkim. Coś podobnego zrobiliśmy na "Melos" - w utworze tytułowym. Tam saksofon i gitary grają na 5/4 nad 4/4. Robi się z tego cykl. Chciałem spróbować czegoś podobnego. Chciałem, by wokale wpadły w cykl, ale by się nie powtarzały. No i chciałem, by rytm był inny. Ale jeśli posłuchasz uważnie, to po prostu 4/4. Lubię w taki sposób oszukiwać ludzi (śmiech).
I to już naprawdę wszystko! Bardzo dziękuję za poświęcony czas i na koniec poproszę o kilka słów na zakończenie!
Co mam powiedzieć? (śmiech) Bardzo chciałbym przyjechać do Polski. Tak się składa, że jestem niedaleko - bo w Berlinie. Tylko kilka godzin. Może kiedyś uda się do Was przyjechać i coś zagrać. Fajnie byłoby przedstawić Wam moją muzykę. Dziękuję za Wasz czas i za przesłuchanie mojej płyty!