Bloodbound to doświadczona szwedka grupa, od 2004 roku dostarczająca fanom solidną porcję power metalu. Pod koniec zeszłego roku nakładem Napalm Records ukazał się jej jedenasty krążek: "Field od Swords". Tym razem formacja na nowych kompozycjach udała się do średniowiecza, odhaczając najważniejsze wydarzenia z tego okresu. Postanowiliśmy skontaktować się z zespołem, by poznać kulisy powstawania wydawnictwa - co, gdzie, jak i kiedy? Na nasze pytania postanowił odpowiedzieć Gustaf Daniel Hansfeldt, który od 2017 roku pełni w Bloodbound rolę perkusisty.
Daniel Hansfeldt: Witam!
MetalSide: Cześć! Wszystko gra z audio i wideo?
Tak! U ciebie też wszystko w porządku?
Tak, wszystko gra! Możemy zaczynać! A zacznijmy od tego, że za Wami bardzo długa współpraca z AFM Records. Dlaczego po trzynastu latach postanowiliście zmienić wydawcę?
Tak jak powiedziałeś: byliśmy z nimi związani przez wiele lat - co nie jest niczym złym. Zaczęły się jednak dziać pewne rzeczy, wewnątrz samej wytwórni, nad którymi nie mieliśmy kontroli. Naturalnym dla nas stało się po prostu iść dalej. To nie jest tak, że... Bardzo dobrze się nam współpracowało przez te wszystkie lata - nie mogę na temat powiedzieć niczego złego. Po prostu tak wyszło, że rzeczą naturalną było w pewnym momencie odejście z uwagi na okoliczności poza naszą kontrolą.
Pożegnaniem z AFM Records była koncertówka "The Tales of Nosferatu". Jakie masz wspomnienia z Masters of Rock 2023?
Z pewnością była to świetna noc. Graliśmy bardzo, bardzo późno. Pamiętam, że headlinerem tego dnia było Europe. A jak zapewne wiesz, to również zespół ze Szwecji. Legendarny zespół. Kiedy byliśmy na backstage'u przygotowując się do show, to widzieliśmy ich wykonujących te wszystkie klasyki - no wiesz, "The Final Countdown" i te sprawy. To było coś surrealistycznego. Nałożyło to na nas nieco więcej presji, no bo jak skończą, to wchodzimy my. Troszkę poczuliśmy tę tremę. Jako że było bardzo późno, to mieliśmy nadzieję, że ktoś tam jeszcze został. Że będzie parę osób, które nie będą na tyle zmęczone, by nas odpuścić (śmiech). No i na szczęście było mnóstwo znakomicie bawiących się ludzi. To była fantastyczna noc!
A dlaczego po odejściu z AFM Records zdecydowaliście się na Napalm Records?
Już wcześniej, przez krótki okres czasu byliśmy w kontakcie z Napalm. To znakomita wytwórnia. Bardzo duża, doświadczona, tworzona przez mnóstwo ciężko pracujących osób. Mieliśmy kilka opcji. Rozmawialiśmy także z innymi graczami. Ostatecznie jednak propozycja była zbyt dobra by odmówić. Mamy z nimi znakomite doświadczenia. To świetni ludzie: skromni, dający z siebie wszystko. Bardzo miła współpraca.
Jakie cele zamierzacie osiągnąć pod ich skrzydłami?
Chcielibyśmy dotrzeć z naszą muzyką do większej ilości osób. Do większej publiczności. Mamy nadzieję, że uda się to osiągnąć. No i wiesz, mają nieco więcej - nazwijmy to - "możliwości" jeśli chodzi o tworzenie teledysków, sesji zdjęciowych itp. Jeśli więc spojrzysz na nasze klipy i rzucisz okiem na okładkę czy zdjęcia, to widać od razu, że jesteśmy o poprzeczkę wyżej. To dobre uczucie.
Bloodbound dość regularnie wypuszcza nowe krążki. W zasadzie nigdy nie było jakiejś dłuższej przerwy pomiędzy wydawnictwami. Skoro więc "Tales from the North" ukazał się w 2023 roku, to kiedy zaczęły się prace nad "Field of Swords"?
Nie trzeba było długo czekać, byśmy zaczęli spoglądać w kierunku nowego materiału. Niektóre kawałki z tego naszego ostatniego albumu były już w trakcie tworzenia, kiedy wypuszczaliśmy ten poprzedni krążek. Można więc powiedzieć, że płyta była tworzona przez kilka lat, jeszcze nawet przed wypuszczeniem tej poprzedniej. Ale dopiero gdzieś tak na rok przed premierą wrzuciliśmy piąty bieg i zadaliśmy sobie pytanie, które kawałki powinny się na niej znaleźć. Zaczęliśmy myśleć, o czym powinien ten krążek opowiadać. O czym będą teksty, jaki będzie motyw przewodni i w ogóle. Więc tak, na rok przed zaczęło się to wszystko klarować.
Na tym albumie w pełni zanurzacie się w historię. Skąd pomysł na to, by całkowicie porzucić motywy fantastyczne oraz mitologię i skupić się na chociażby obronie Jerozolimy?
Cóż, mieliśmy kilka innych pomysłów, które mogłyby stworzyć album - motyw przewodni, teksty i wszystko inne. Ale jakoś tak wszystko wyszło naturalnie. No bo poprzedni krążek opowiadał o erze wikingów, a kiedy ta się skończyła, zaczęła się ta z nowego. Wydawało się w miarę naturalne, by ruszyć właśnie z tym tematem. Poza tym teksty pisze nasz gitarzysta: Tomas. Opowiadał nam o tym, jak bardzo interesowała go historia żelaza - jego powstania i wpływu na historię. To, jakie możliwości przyniosło jego wynalezienie, jak np. tworzenie narzędzi, czy broni. To był ten główny pomysł, z którego wyrosło to, co mamy ostatecznie.
Wspomniałem już obronę Jerozolimy. Jakie jeszcze tematy poruszacie na nowej płycie?
Opowiadamy o największych wydarzeniach historycznych, które miały miejsce w średniowieczu. Mogą to być krucjaty, wielkie bitwy - tego typu rzeczy.
A jak w ogóle wyglądał proces nagrywania tego materiału? Bo z tego co się orientuję, to każdy z instrumentów rejestrowany był z zupełnie innym miejscu. Jak udało się Wam to poskładać w jedną całość?
Generalnie tak to teraz u nas wygląda. Pracujemy w taki sposób już od kilku lat. Głównie dlatego, że mieszkamy bardzo daleko od siebie - przynajmniej część z nas. Ciężko jest nam się spotkać w jednym miejscu i razem nagrywać. Dlatego właśnie wybraliśmy taki sposób. Niektórzy mają nawet możliwość pracy w swoich domach - to jest duży komfort. Nie jest to dla nas nowość, więc wiemy już jak do tego podejść. Jest łatwo i przyjemnie. Chcemy więc dalej tak pracować i myślę, że będziemy.
Tomas powiedział, że mocno zainspirowała go wersja reżyserska "Królestwa niebieskiego". Oglądałeś ją? Co myślisz o tym filmie?
Tym z Orlando Bloomem? Och, to było lata temu. Widziałem go raz. Pamiętam jak myślałem sobie, że to mógłby być dobry film, ale jakoś nie mogłem przeboleć tego, że Orlando nie potrafił unieść na swoich barkach ciężaru bycia głównym bohaterem. Jeszcze nie był wtedy na gotowy. To było za szybko - za duża rola. Mogło być fajnie, no ale cóż...
A wiesz, że miałem podobne odczucia? A oglądałeś jakieś filmy lub czytałeś jakieś książki związane ze średniowieczem, by wprowadzić się w odpowiedni nastrój?
Osobiście może i ciągnęło mnie do takich filmowych klimatów, czy książek. Ale nie mogę powiedzieć, żebym szukał czegoś takiego specjalnie. Ale z innymi członkami zespołu już może być inaczej. W szczególności dla Tomasa, ponieważ on szczerze interesuje się historią. Jest typem gościa, który od czasu do czasu zaczyna naprawdę głęboko kopać na dany temat. A później na kolejny. A następnie przeskakuje na coś zupełnie innego, ale dalej nie tracąc tego zapału, by dowiedzieć się jak najwięcej. Wychodzi więc na to, że po prostu przyszedł czas na to, co mamy na albumie.
A skąd pomysł na wykorzystanie fleta w utworze "The Code of Warriors"? To instrument mocno kojarzony ze średniowieczem...
Cóż, przede wszystkim uznaliśmy, że będzie bardzo dobrze pasować do tej kompozycji. Odpowiadała za nią dziewczyna, "jutuberka" i teraz jestem trochę zażenowany, bo nie pamiętam jej nazwiska. Wpadliśmy na jej covery metalowych kawałków na flecie - zrobiła też wiele power metalowych. Nagrała również cover jednego z naszych starszych utworów. Nie pamiętam którego, ale pomyśleliśmy, czy by nie skontaktować się z nią i zapytać, czy nie zechciałaby zagrać czegoś na naszym nowym albumie. Zgodziła się i wyszło fantastycznie. Jej partia w pewnym sensie nadaje ton całej kompozycji, ponieważ znajduje się na samym początku.
Jesteś współtwórcą utworu "Born to Be King". Rozumiem, że to Twój ulubiony kawałek z nowego albumu, czy jednak masz innych faworytów?
To jeden z moich ulubionych utworów, no ale wiesz: to oczywiście dlatego, że byłem jedną z osób za niego odpowiedzialnych. Powiedziałbym, że jednak, że na pierwszym miejscu na tym nowym albumie stawiam "As Empires Fall".
Na zamykającym krążek "The Nine Crusades" gościnnie pojawia się Brittney Slayes. Skąd pomysł na to, by to właśnie ją zaprosić?
To dlatego, że jako zespół już od paru lat utrzymujemy jakiś kontakt z Unleash the Archers. Rozmawialiśmy o jakichś wspólnych koncertach, może całej trasie, czy czymś w tym stylu, ale jakoś nigdy nie przełożyło się to na coś namacalnego. W końcu nie tak dawno temu na jednym z festiwali graliśmy razem, a podczas rozmowy okazało się, że jest ona fanką Bloodbound. Oczywiście to było dla nas bardzo miłe. Dodatkowo mamy teraz tego samego wydawcę, więc jakoś tak naturalnie wykorzystaliśmy okazję i po prostu zapytaliśmy się o możliwość współpracy. Z radością się zgodziła i muszę powiedzieć, że wykonała fantastyczną robotę!
Tym pierwszym singlem zapowiadającym nową płytę był "Defenders of Jerusalem". Dlaczego ten numer poszedł na pierwszy ogień?
Myślę, że w pewien sposób reprezentuje cały album. To też jedna z bardziej melodyjnych, prostszych kompozycji na płycie. Ciągle ma jednak w sobie sporo energii, siły i nadaje ton albumowi. To mocny kawałek. Dobrze siedzi. Po kilkukrotnych odsłuchu już masz go w swojej głowie. Zostaje tam - łatwo się go zapamiętuje. Ma więc sporo energii i jednocześnie jest melodyjny.
A gdzie kręcony był teledysk?
To było przy takim małym szwedzkim miasteczku o nazwie... Nie pamiętam teraz, ale to mniej więcej w sercu Szwecji. Sporo osób twierdzi, że na północy, ale jednak bardziej w środku kraju. Kilku pozostałych członków zespołu mieszka niedaleko. Także ekipa odpowiedzialna za wideo mieszka dość blisko. Znaleźli bardzo, bardzo stary kościół, który był idealny pod tę kompozycję. Właśnie dlatego padło na tę lokalizację.
Drugim singlem był z kolei "As Empires Fall". Skąd ten wybór?
Ponieważ to bardzo mocna kompozycja. Nieco różni się od pierwszego singla - jest nieco szybsza. I agresywniejsza. A refren... Refren to coś takiego, że zbierasz wszystko i w jednym momencie to wyrzucasz - potężny, potężny refren. Dlatego uważam, że to najlepszy kawałek na płycie. To mój osobisty faworyt.
Bliżej premiery samego albumu wypuściliście "lyric video" do utworu tytułowego. To tak żeby ludziom utkwiła w głowach nazwa krążka?
Nie powiedziałbym. Ten tytuł pasował do utworu. I powiedziałbym, że ten numer ma w sobie klimat starego Bloodbound. Jeśli przesłuchasz starszych kawałków lub albumów, no to poczujesz ten klimat. Poznasz te klasyczne, bloodboundowe brzmienie. Nie było więc innego powodu, do tego, że to właśnie on został utworem tytułowym.
Ponownie Péter Sallai odpowiada za okładkę Waszego albumu. Zgodzisz się ze mną, że wraz z "Creatures of the Dark Realm" na nowo odkrył maskotkę grupy?
Tak, zdecydowanie! To jak jej wersja 2.0 czy coś. Jesteśmy bardzo wdzięczni i w ogóle mamy wielkie szczęście, że to właśnie on wykonuje dla nas te prace. Jest niesamowitym artystą i doskonale rozumie, co chcemy osiągnąć. Zawsze z pewną ekscytacją czekamy na niego, zastanawiając się, co przyniesie tym razem. I zawsze widząc tę pierwszą wersję jesteśmy dosłownie zdmuchnięci - ten facet to mistrz! Prawdziwy mistrz, który tchnął nowe życie w naszego Nosferatu. Zawsze daje go na froncie, ale jednocześnie obok dużo się dzieje. Jest perfekcyjnie.
Czuć na tej okładce intensywność bitwy.
Dokładnie tak!
Limitowana edycja nowego albumu wzbogacona została o album koncertowy. Co możesz nam o nim powiedzieć?
Stawiasz mnie teraz w niezręcznej sytuacji, ponieważ nie jestem pewien (śmiech). Wydaje mi się, że to taka kompilacja z różnych... Nigdzie nie piszą?
No właśnie nie (śmiech).
To może powinienem się zamknąć (śmiech). Bo nie wiem (śmiech).
Tomas tylko wspomniał w jednym wywiadzie, że to niby jeden koncert. I tyle.
Będę szczery: nie mam pojęcia! (śmiech)
A wiesz, czy zostanie wydana później, np. cyfrowo? Czy tylko box?
Też nie wiem, ale jeśli miałbym strzelać, to obstawiałbym tylko box-set.
Całkiem niedawno zagraliście ciekawy koncert. Akustyczny set na plaży na Majorce. Jak poszło?
Tak! To był miło spędzony czas. To coś wyjątkowego, ponieważ nie robi się czegoś takiego codziennie. Siedzieliśmy sobie na plaży na krzesełkach, a parę ludzi siedziało bardzo, bardzo blisko - wyjątkowa sytuacja. To był Tomas, Henrik i Patrik - dwie gitary i wokal. Reszta z nas więc sobie usiadła i słuchała tego wszystkiego. A teraz posłuchajmy nowego albumu! Ciekawe doświadczenie.
Jak te epickie, power metalowe kawałki brzmiały bez gitar elektrycznych i klawiszy?
Mają oczywiście zupełnie inny klimat (śmiech). Są bardziej wycofane. Ale wiesz, dobry kawałek to dobry kawałek - nie ważne jak go wykonasz. Dalej będzie słychać, że to dobry kawałek. I moim zdaniem: było dobrze. Tylko nieco inaczej. Fajnie było coś takiego zrobić, w pewien sposób nieco poeksperymentować, nawet jeśli było to coś, czego byśmy nie zrobili, gdyby nas nie poproszono. Ale przynajmniej wyszło w porządku.
W marcu ruszacie we wspólną trasę z Brainstorm i Angus McSix. Zamierzacie dodać nieco więcej przystanków? Bo to świetny line-up.
Jeśli chodzi o ten konkretny line-up, to na ten moment nie ma żadnych planów w tym temacie. Ale samo Bloodbound może mieć kilka asów w rękawie.
Może jakiś koncert w naszym kraju?
Bardzo byśmy chcieli wrócić do Polski i coś zagrać. Minęło już parę lat od ostatniej wizyty Bloodbound. Jeśli się nie mylę, to chyba 2017 rok czy coś w ten deseń. Nie wiem. No ale latka lecą, a my z pewnością chcielibyśmy wrócić.
Jaki w ogóle kawałek sprzed swojego dołączenia do Bloodbound najbardziej lubisz wykonywać na żywo?
Taki zanim dołączyłem do składu? Prawdopodobnie "Moria". Gdybyś porównał "Morię" do innych utworów Bloodbound w setliście, to jest to kawałek z tempem dla perkusisty. Nie chodzi o to, że możesz się zrelaksować, nie musisz... Jakby to powiedzieć? Nie musisz skupiać się na grze. Możesz dać się ponieść, pójść w dowolnym kierunku, dać się złapać jego klimatowi i wszystkiemu, co się dzieje dookoła. To również ulubieniec publiczności. Fani zawsze nieco bardziej szaleją, gdy zaczyna się motyw na hi-hatcie. To wyjątkowa pozycja w setliście - z wielu powodów.
I to wszystko, co przygotowałem! Bardzo dziękuję za poświęcony czas! Na koniec poproszę o kilka słów dla polskich czytelników.
Bardzo dziękuję za słuchanie naszej muzyki i mam nadzieję, że dołączycie do nas na przyszłych polskich koncertach. Kochamy Was kraj i nie możemy się doczekać powrotu i dania zajebistego show. Zajebistego show z Wami u naszego boku!