MetalSide: Wintershadows to zespół o ciekawej historii. Nagrał materiał, o którym sporo się mówiło, przedwcześnie zakończył działalność i powrócił dopiero lata później. Zanim jednak do tego wszystkiego doszło, to istniało coś takiego jak Happy Dead. Jak narodził się ten zespół? Kto tworzył ten pierwszy skład i jak doszło do przekształcenia w Wintershadows?
Sebastian Piech: Wszystko zaczęło się na początku lat 90. w Nowym Sączu. Happy Dead narodziło się z fascynacji mroczniejszą stroną metalu, która wtedy dopiero kiełkowała w Polsce. Byliśmy grupą młodych ludzi, którzy chcieli grać coś cięższego, ale jednocześnie nastrojowego. Pierwszy skład tworzyli: Marek Głuc (perkusja), Piotr Szeliga (gitara), Sebastian Piech (ja, klawisze) i na krótko Radosław Tutoryczny (bas). To w tym zestawieniu stawialiśmy pierwsze kroki, szukając własnego języka ekspresji, który odbiegał od klasycznego death metalu w stronę wolniejszych, bardziej przygnębiających temp okraszonych instrumentalnym aranżem. Przekształcenie Happy Dead w Wintershadows nie było nagłym cięciem, a raczej naturalną ewolucją. W miarę jak nasza muzyka stawała się coraz bardziej dojrzała, mroczna i "zimna", czuliśmy, że nazwa Happy Dead (brzmiąca nieco death'n'rollowo) przestała oddawać to, co działo się w naszych głowach i na próbach. Nasze kompozycje stały się bardziej rozbudowane i melancholijne. Melodyjne i klimatyczne. Nazwa "Zimowe Cienie" idealnie ilustrowała tę nową aurę. To wtedy narodził się pomysł na materiał, który później stał się kultowy dla wielu słuchaczy. Chcieliśmy, aby nazwa zespołu była integralną częścią tej opowieści. Wraz ze zmianą nazwy, do zespołu dołączył Tomasz Tokarczyk (gitara), Wojciech Papciak (wokal), na krótko Aśka Solarczyk (skrzypce), by następnie zastąpiła ją Ewa Fijak, co dopełniło brzmienie, które znamy z najważniejszych nagrań. Happy Dead było naszym dzieciństwem i nauką rzemiosła, ale to Wintershadows stało się naszym prawdziwym manifestem... Cóż, zakończyliśmy działalność w momencie, gdy mieliśmy jeszcze sporo do powiedzenia, dlatego powrót po latach był naturalną koleją rzeczy. Nie patrzymy jednak tylko w przeszłość. Historia zespołu jest ciekawa, ale to, co dzieje się w Wintershadows teraz, jest dla nas najbardziej ekscytujące.
W zeszłym roku minęło okrągłe 30 lat od wydania Waszego pierwszego wydawnictwa: "Arrakis". Jak wspominasz proces jego nagrywania? No i jak patrzysz z perspektywy czasu na ten materiał? Co się udało, a co... niekoniecznie?
Trzydzieści lat... brzmi to niemal nierealnie. Proces nagrywania "Arrakis" wspominam jako wielką przygodę w zupełnie innym świecie muzycznym - świecie taśm, ograniczonych ścieżek i walki o każdą minutę w studiu. Z perspektywy czasu patrzę na ten materiał z ogromnym sentymentem i szacunkiem. Udało nam się wtedy stworzyć coś, co miało swój unikalny, duszny klimat i co pozwoliło nam zaistnieć na scenie. Co się nie udało? Na pewno dzisiaj, z naszym doświadczeniem, dopracowalibyśmy brzmienie i produkcję, które w '95 roku były mocno surowe. Ale to właśnie ta surowość i młodzieńcza pasja sprawiają, że "Arrakis" po trzech dekadach wciąż ma swoich odbiorców. To nasze korzenie, z których jesteśmy dumni.
Jak zdradza tytuł, inspiracji dostarczyła m.in. "Diuna" Franka Herberta. Jak podobała Ci się podzielona na dwie części ekranizacja autorstwa Denisa Villeneuve'a? Osobiście jako fan książki (pomimo pewnych niezrozumiałych zmian) byłem usatysfakcjonowany.
Jako fan literatury Herberta, czekałem na tę ekranizację z dużą ekscytacją, ale i pewną obawą. Moim zdaniem Denis Villeneuve dokonał czegoś niezwykłego - zdołał przełożyć ten gęsty, metafizyczny klimat książki na język obrazu i dźwięku. Oczywiście, jako czytelnicy zauważamy pewne skróty czy zmiany, o których wspominasz, ale z perspektywy artystycznej całkowicie je rozumiem. Dla mnie jako fana obrazu i soundtracków - kluczowa w tym filmie była warstwa wizualna i sound design. Ta monumentalna surowość, wszechobecny piach i duszna atmosfera książkowego i filmowych Arrakis to poniekąd te same rejony, w które sami zaprosiliśmy słuchaczy jako Wintershadows
Premiera "Arrakis" wzbudziła swego czasu spore zainteresowanie. Z tego, co czytałem, to były nawet rozmowy na temat wydania materiału również na Zachodzie. Dlaczego ostatecznie do tego nie doszło?
To prawda, wokół "Arrakis" działo się wtedy bardzo dużo. Recenzje w takich pismach jak "Metal Hammer" czy "Tylko Rock" otworzyły nam wiele drzwi i faktycznie pojawiły się sygnały zainteresowania z zagranicy. Dlaczego więc nie wyszło? Nałożyło się na to kilka czynników, które z dzisiejszej perspektywy wydają się klasyką tamtych lat. Wydanie płyty na Zachodzie to nie tylko wysyłka płyt do sklepów, ale przede wszystkim konieczność wsparcia tego przedsięwzięcia trasą koncertową. Koszty logistyki, wiz czy promocji na tamtym rynku przerosły wtedy możliwości - nasze i małych wytwórni, które były nami zainteresowane. Wydawanie tej płyty tylko po to, by leżała w magazynie gdzieś w Berlinie czy Londynie mijało się z logiką i było nieuzasadnione finansowo... Szybki sukces naszego debiutu paradoksalnie nie ułatwił nam dalszej "kariery"... Rozeszliśmy się i każdy udał się w swoją stronę na dwie długie dekady
Już po premierze "Arrakis" zapowiadany był debiutancki materiał. W wywiadzie dla (hehe) Metal Side mówiliście, że będzie "nieco inny, ale wciąż utrzymany w tym samym specyficznym klimacie". Dlaczego plany nie zostały wówczas zrealizowane? Dlaczego zespół niespodziewanie zakończył działalność?
Plany były ambitne, a materiał faktycznie powstawał, ale życie napisało własny scenariusz. Często jest tak, że kiedy starasz się uchwycić ten "specyficzny klimat" zbyt mocno, on wymyka się z rąk. Energia, która napędzała "Arrakis", po prostu stopniała wraz z ostatnim górskim śniegiem. Wintershadows zawsze opierało się na autentyczności, a wtedy tej wspólnej iskry zabrakło. Dlaczego się nie udało ? Odpowiedź jest prozaiczna, choć dla nas wtedy bolesna: życie wyprzedziło sztukę. Połowa lat 90. to był dla nas czas wchodzenia w dorosłość, zmian priorytetów, wyjazdów i prozy codzienności, która w pewnym momencie stała się trudna do pogodzenia z regularnym funkcjonowaniem zespołu na takim poziomie, jakiego sami od siebie oczekiwaliśmy. Zakończenie działalności nie było zaplanowaną decyzją - to nie było spektakularne rozstanie w atmosferze konfliktu. To było raczej "naturalne zejście ze sceny" wynikające z wygaszania aktywności. Rozjechaliśmy się w różne strony, Marek Głuc (perkusista) wyjechał z kraju, a bez fundamentu, jakim była nasza wspólna energia w tamtym konkretnym składzie, trudno było kontynuować markę Wintershadows. Ten "specyficzny klimat", o którym wówczas pisano, wymagał nas wszystkich w jednym pomieszczeniu. Musieliśmy dojrzeć - i my, i technologia - żeby ten dawny ogień mógł zapłonąć na nowo przy "Planes of Perception" i projekcie "Arrakis XXV".
W 2018 roku doszło jednak do reaktywacji zespołu. W jakich okolicznościach Wintershadows wrócił do życia? Dlaczego nie wszyscy muzycy tego poprzedniego składu wzięli udział w reaktywacji?
Wintershadows wróciło do życia w 2018 roku, bo wciąż mieliśmy w sobie głód wspólnego tworzenia. Reaktywacja w niepełnym składzie była naturalną koleją rzeczy - przez lata nasze drogi życiowe mocno się rozeszły. Część dawnych muzyków wybrała inne cele, więc ruszyliśmy dalej z tymi, którzy czuli największą więź z nowym kierunkiem zespołu.
 Po wielu latach otrzymaliśmy nowe wydawnictwo. Album "Planes of Perception" zmaterializował się w 2022 roku. Czy jakieś pomysły pamiętające tę pierwszą fazę działalności dotrwały do tego krążka, czy może to wszystko było tworzone "od zera"? Kto miał na nim najwięcej do powiedzenia w kwestii muzycznej?
Niektóre szkielety kompozycji faktycznie pamiętają wczesne lata, ale ich "ciało" - czyli aranżacje, brzmienie i warstwa liryczna - to już produkt roku 2022. Można powiedzieć, że daliśmy tym starym ideom nowe życie. Powstały również utwory zrealizowane od zera. W kwestii muzycznej proces był demokratyczny, ale główny kierunek artystyczny wyznaczali starzy członkowie (Tomasz Tokarczyk i ja) wraz z perkusistą, czyli Danielem Szubrytem, który dołączył do nas wraz z innymi. Zależało nam, aby mimo upływu lat, słuchacz czuł, że to wciąż ten sam zespół, ale w znacznie dojrzalszej odsłonie. Nowy album nie powstałby jednak bez pomocy Krzysztofa Jarmolińskiego (gitara) i Roberta Migacza (bas), którzy wsparli nas przy realizacji i miksach. Pozdrawiam chłopaków.
W ciągu ostatnich paru lat doszło do pewnych zmian w składzie. "Internety" twierdzą, że doszło do pożegnania z Ewą Fijak-Walczyńską, a na jej miejsce wskoczył Konrad. Jak doszło do pożegnania/rekrutacji?
Internetowe plotki, jak widać, mają w sobie ziarno prawdy (śmiech). Ewa postanowiła skupić się na sprawach prywatnych i zawodowych, podczas gdy my chcieliśmy dalej rozwijać Wintershadows. Rozstaliśmy się jednak w pełnej zgodzie i pozostajemy w bliskim kontakcie. Ewa wciąż nam kibicuje i wspiera nas swoim doświadczeniem, czego dowodem jest jej gościnny udział w nowym klipie do "Arrakis XXV". Kto wie, co przyniesie przyszłość? Może jeszcze kiedyś spotkamy się w studiu! (śmiech). Równocześnie w zespole zaszło kilka innych zmian. Z powodów osobistych opuścili nas Paweł Leśniak oraz Dawid Kłap. Przez krótki czas wspierał nas Edgars Simanis, ale ostatecznie na stałe skład zasilił Konrad Marczyk, który początkowo grał na skrzypcach, a jakiś czas temu objął funkcję drugiego gitarzysty obok Tomka. Nowym basistą został Antek Janczura. Z Konradem i Antkiem błyskawicznie złapaliśmy wspólny język i obecnie skupiamy się wyłącznie na nowym materiale!
A jak wygląda sytuacja z wokalistą? Swego czasu trwały bowiem intensywne poszukiwania. Udało się uzupełnić line-up, czy jednak jeszcze nie wszystkie puzzle trafiły na swoje miejsce?
Wciąż jesteśmy na etapie dopasowywania tego ostatniego elementu. Przesłuchaliśmy kilku kandydatów, ale Wintershadows to specyficzny organizm - szukamy kogoś, kto nie tylko dobrze śpiewa i growluje, ale też poczuje chemię i wizję, którą mamy w głowach. Nie chcemy iść na kompromisy, bo nasi fani zasługują na pełnowartościowy skład. Na ten moment pracujemy nad nowymi rzeczami instrumentalnie, ale drzwi dla odpowiedniej osoby są wciąż otwarte. Zapraszamy.
Z okazji 30-lecia "Arrakis" pojawił się w odświeżonej wersji. Kto zajął się tymi oryginalnymi demówkami żeby brzmiały bardziej nowocześnie? Jak przebiegał cały proces? Zadowoleni z efektów?
Praca nad jubileuszową edycją "Arrakis XXV" oraz towarzyszącym jej klipem promocyjnym była dla nas czymś więcej niż projektem - to sentymentalna podróż, która okazała się jednocześnie wyzwaniem technologicznym. Naszym celem było przywrócenie blasku materiałowi sprzed trzech dekad, dlatego proces ten podzieliliśmy na dwa kluczowe etapy. Pierwszym z nich był remastering. Za odświeżenie brzmienia oryginalnych demówek odpowiada Sound Clinic Home Studio. To tam w 2025 roku poddaliśmy obróbce materiał zarejestrowany pierwotnie w 1995 roku w krakowskim Gamma Studio. Dzięki cyfrowej rekonstrukcji udało się wydobyć głębię i klarowność, których brakowało na wydaniach kasetowych, nie tracąc przy tym surowego, doom-metalowego ducha lat 90. Drugi etap to "Arrakis XXV", czyli nowa odsłona tytułowej perełki sprzed lat. Prawdziwą niespodzianką dla słuchaczy jest bonus track - zupełnie nowa aranżacja utworu tytułowego. Kompozycja została zarejestrowana niemal od podstaw w 2024 roku w NS Studio w Nowym Sączu. Do nagrań zaprosiliśmy gości (ex-muzyków), którzy wzbogacili brzmienie swoją wrażliwością: Ewę Fijak-Walczyńską (skrzypce), Krzysztofa Jarmolińskiego (gitara) i Pawła Leśniaka (bas). Finałowy miks i mastering tej wersji również powierzyliśmy Krissowi z Sound Clinic, co zapewniło spójność całego wydawnictwa. Czy jesteśmy zadowoleni? Zdecydowanie tak. "Arrakis XXV" to pomost łączący naszą historię ze współczesnością. Udało nam się zachować autentyczny klimat tamtych lat, a za sprawą ponownie zaaranżowanego, nagranego i zmiksowanego tytułowego "Arrakis XXV" zyskać selektywność i potęgę brzmienia, na którą ów utwór zawsze zasługiwał. Mamy poczucie, że wznowiony album w końcu brzmi niemal tak, jak słyszeliśmy go w naszych głowach 30 lat temu.
W 2020 roku wersja cyfrowa "Arrakis" pojawiła się w Empiku. Jak różni się ta wersja od tej najnowszej, jubileuszowej?
Dotknąłeś tematu, który budzi we mnie pewien dyskomfort. Muszę jasno zaznaczyć: sprzedaż MP3 w Empikach oraz nieco chaotyczna obecność "Arrakis" w streamingu odbyły się bez naszej wiedzy. Trudno uznać za profesjonalne wrzucenie demo jako jednego utworu z wymieszaną tracklistą. Wierzę jednak w dobre chęci osób za to odpowiedzialnych i liczę, że teraz - gdy do zainteresowanych trafia pełnowartościowa reedycja - tamte wersje stracą na znaczeniu lub znikną z obiegu. Nasza jubileuszowa edycja to zupełnie inne doświadczenie słuchowe. Dzięki remasteringowi dźwięk zyskał głębię i selektywność, a niedoskonałe brzmienie sprzed lat zastąpiliśmy profesjonalnym szlifem. To wydanie, wraz z bonus trackiem "Arrakis XXV" i nową rozszerzoną oprawą graficzną, jest wyrazem naszej dojrzałości i jedyną wersją, pod którą jako Wintershadows możemy się podpisać.
Reedycja doczekała się nowej szaty graficznej. Kto za nią odpowiada?
Przy reedycji zależało nam na świeżym spojrzeniu, dlatego o przygotowanie nowej oprawy poprosiliśmy Sławomira Rudnickiego-Drabika z Grindhouse Alternative Art Studio. Od dawna śledziliśmy jego prace i wiedzieliśmy, że to właśnie ta osoba najlepiej odda ducha tej płyty. Jego styl idealnie koresponduje z mrocznym klimatem Wintershadows, a efekt końcowy przerósł nasze oczekiwania. Nowa grafika Arrakis to nie tylko "opakowanie", ale integralna część tej reedycji.
 Ciekawi mnie te oryginalne, nieco niewyraźne zdjęcie z kasety. Kto jest autorem i co przedstawia? Bo nie wiem czy to przez słabą jakość, ale przypomina screen z gry komputerowej...
(Śmiech) To senne, nieco rozmyte zdjęcie z Parku Krajobrazowego w Arizonie, wykonane tradycyjnym analogiem, miało przywoływać surowy klimat rodem z "Diuny" Herberta. W 1995 roku nie było mowy o znajomości Photoshopa (śmiech) - okładkę przygotowaliśmy własnoręcznie, metodami chałupniczymi, ucząc się programu podczas sesji nagraniowej w krakowskim studiu Gamma (śmiech). Dziś wspominamy to z uśmiechem, ale wtedy była to czysta, rzemieślnicza robota
Jak już wcześniej powiedziałeś, jako bonus na tej nowej wersji "Arrakis" pojawiła się odświeżona wersja utworu tytułowego. Dlaczego właśnie ten kawałek? No i jak przedstawia się skład, który można zobaczyć w teledysku?
Dlaczego "Arrakis"? Z jednej strony to decyzja pragmatyczna - wciąż poszukujemy godnego następcy Sebastiana Barana i nie wyobrażaliśmy sobie zastąpienia go kimś przypadkowym. Z drugiej strony, to wybór serca. Ten instrumentalny utwór to nasza baza. Uznaliśmy, że nadszedł czas, by wydobyć z niego to, co wcześniej nam umykało i pokazać go w nowym, potężniejszym świetle, charakterystycznym dla obecnego etapu Wintershadows. Wideo do utworu to spotkanie przyjaciół. Na teledysku brakło dwóch obecnie stałych członków zespołu Konrada i Antka. Drugi dołączył do składu kilka miesięcy później. Do udziału w nagraniu zaprosiliśmy wybranych byłych członków zespołu, z którymi wciąż łączy nas silna więź. Ostatecznie przed kamerami stanęli: Tomasz Tokarczyk (gitara), Krzysztof Jarmoliński (inżynier dźwięku i ex-gitara), Paweł Leśniak (ex-bas), Daniel Szubryt (perkusja), Ewa Fijak-Walczyńska (ex-skrzypce) oraz ja, Sebastian Piech (klawisze). Wspólnie tchnęliśmy w ten numer nową energię spędzając ze sobą świetnie czas.
Nie myśleliście o tym, by całość poddać takiemu liftingowi? Czy może jednak na przeszkodzie stanęły problemy ze składem?
Brak wokalisty stał się dla nas poważnym ograniczeniem. Choć rozważaliśmy ponowne zarejestrowanie całego materiału, obawialiśmy się, że bez stałego frontmana proces produkcji wydłuży się w nieskończoność. Ostatecznie porzuciliśmy ten pomysł, by skupić się na nagraniu instrumentalnego "Arrakis" oraz remasteringu pozostałych archiwalnych nagrań. Istotnym głosem doradczym była dla nas opinia fanów - dyskusja na naszym profilu pokazała, jak bardzo podzielone są zdania na temat kształtu "Arrakis XXV". Ostatecznie wybraliśmy kompromis, który - mam nadzieję - usatysfakcjonuje obie strony sporu o zasadność ponownych nagrań.
W zapowiedzi wspomnieliście, że reedycja wzbogacona zostanie o archiwalne materiały. Co w niej znajdziemy? Co udało się odkopać?
Prócz odświeżonej warstwy muzycznej, reedycja zawiera pełny zbiór tekstów do wszystkich utworów - warto wspomnieć, że pierwsze wydanie kasetowe nie uwzględniało liryki do "Beyond the Gates of Death". Nowa oprawa graficzna została wzbogacona o archiwalne zdjęcia oraz skany elementów wkładki z dema. Dodaliśmy również fragmenty publikacji prasowych, w tym prestiżowe wyróżnienie z "Metal Hammera", gdzie nasz zespół zajął wysokie miejsce w podsumowaniu "Najlepszy Debiut 1995". Pojawił się także (nieco sentymentalny) akcent z magazynu "Metal Side" (śmiech). Zestawienie tych materiałów pozwala słuchaczowi w pełni poczuć atmosferę tamtych lat towarzyszącą powstawaniu płyty.
Zbliżamy się do końca, więc chciałbym zapytać o najbliższe plany na przyszłość: czego należy się spodziewać po Wintershadows w 2026 roku? Jakiś czas temu na Waszym FB napisaliście, że ruszacie "z nowym wyzwaniem (...) ku nowej produkcji."
Rok 2026 będzie dla nas momentem próby i definicji na nowo tego, czym jest Wintershadows. To "nowe wyzwanie", o którym wspominaliśmy, to materiał nieco inny, bardziej złożony i progresywny niż to, co robiliśmy do tej pory. Chcemy przesunąć granice naszej mrocznej estetyki - spodziewajcie się dźwięków, które są bardziej gęste, nie zawsze oczywiste, ale i niosące nową energię. Praca już trwa i mogę obiecać, że nie będzie to po prostu kolejna płyta, a spójna opowieść, która wciągnie słuchacza bez reszty.
I to by było wszystko, co przygotowałem! Na koniec poproszę o kilka słów dla naszych czytelników!
Dzięki wielkie za tę rozmowę. To dzięki Wam - Słuchaczom i Czytelnikom - takie projekty jak Wintershadows mają sens. Słuchajcie naszych płyt i twórzcie tę historię razem z nami... Pozdrawiamy.
|