Roger Miret: Hej! Jak się masz?
MetalSide: Cześć! Bardzo dobrze! Miło mi Ciebie poznać! Jesteśmy gotowi?
Daj mi chwilkę: wezmę tylko coś do picia. Cały dzień udzielam wywiadów, więc troszkę siada mi gardło. Jak masz w ogóle na imię? Thomas?
Tomasz lub Tomek po polsku. Thomas po angielsku.
Skąd jesteś?
Z Polski. Bardzo często odwiedzacie nasz kraj.
O, lubię Polskę! Super! Dorastałem przy dużej polskiej społeczności w Greenpoint, na Brooklynie. Mamy paru polskich przyjaciół.
Potrafisz coś powiedzieć po polsku?
Nie. Ja nawet po angielsku ledwo mówię. To nawet nie jest mój pierwszy język! (śmiech) Dobra, już jestem gotowy!
(śmiech) Zacznijmy od faktu, że niedawno wypuściliście swój nowy album: "Echoes in Eternity". Ważny krążek dla Danny'ego, bo jego pierwszy z Agnostic Front. Co wniósł do zespołu pod względem muzycznym? Jaki był jego wkład w ten nowy materiał?
Danny? Bardzo dużo wniósł. Jest bardzo dobrym perkusistą. Gra bardzo ciasno, bardzo precyzyjnie - jest niczym maszyna. Ja mówię, że jest niczym taka mała kula ognia. Wkłada w swoją grę mnóstwo pasji. Bardzo łatwo się z nim pracuje. Jeśli masz jakiś pomysł, to możesz z nim pogadać, a on zacznie nad nim dłubać. Poświęcił się w 100%, co zresztą słychać. Widać to na albumie.
Jego tytuł pochodzi z "Gladiatora". A dokładniej, to z części drugiej. "What we do here, now, echoes in eternity" - co cię urzekło w tych słowach?
Uznałem, że to fantastyczny cytat. Bardzo pasujący do Agnostic Front. Chodzi mi o to, że to co zrobiliśmy z zespołem i to co dalej zamierzamy z nim zrobić odbije się w wieczności. To wyjątkowo mocne oświadczenie. Kiedy je usłyszałem w filmie, w "Gladiator II", to akurat szukaliśmy tytułu na nowy krążek. Zadzwoniłem do Mike'a Dijana - naszego producenta - i powiedziałem: mam tytuł! Bardzo mu się spodobał. Wszystkim się spodobał! Myślę, że był idealny.
A jak się podobał sam film? Spełnił oczekiwania?
Film? Tak, tak! Oczywiście, że tak! (śmiech) Uwielbiam tego typu kino! Nie wiem czy zauważyłeś, ale już gdzieś tak od czasu "Warriors" nazywam nasze krążki po tych wszystkich filmach w stylu "Gladiatora", które mi się podobają.
Album wydaliście w barwach Reigning Phoenix Records. Nazwa może być nowa, ale są z nią związane osoby z Nuclear Blast. Czy to właśnie te stare znajomości sprawiły, że podpisaliście kontrakt w 2025?
Tak, no bo czemu nie? Zawsze dobrze nas traktowali. Znamy większość z nich. Oczywiście w Reigning Phoenix Records są teraz nowe osoby, nowe zespoły, które już poznaliśmy. No ale zawsze byli nas dobrzy. Ich pracą jako wydawcy jest wypuszczenie muzyki i sprawienie, by dotarła ona do ludzi - do jak największej ich ilości. A naszą robotą jako zespołu jest granie dla nich. Jeśli się nie mylę, to współpracujemy razem od 2012 roku i zawsze wszystko układało się w porządku.
Premierę albumu uświetniło wideo do "Sunday Matinee". To kawałek, w którym powracacie do przeszłości - chociażby do koncertów w klubie CBGB. Jak wspominasz granie w tym miejscu?
Oczywiście te wspomnienia są ciągle żywe. Agnostic Front prawdopodobnie ma największą ilość koncertówek z CBGB - mamy aż trzy. Jesteśmy chyba kapelą, która grała tam najwięcej razy. Można powiedzieć, że byliśmy tam królami niedzielnych popołudni. Jakoś tak od 1985 roku wzwyż za każdym razem wyprzedawaliśmy klub. Za każdym razem był on upakowany po brzegi. Ten konkretny kawałek i ten konkretny klub to celebracja obecności Agnostic Front w naszych życiach, celebracja tych wszystkich przyjaźni. To kolaboracja Agnostic Front z CBGB była bardzo fajna.
Co sądzisz o zamknięciu tego historycznego miejsca?
Oczywiście jest mi przykro z tego powodu. Jako Agnostic Front graliśmy tam ostatnie show w historii "Niedzielnych popołudni". Naprawdę szkoda. Uważam, że Nowy Jork stracił coś naprawdę wielkiego.
Słyszałem, że właściciel chciał przenieść miejscówkę do Las Vegas. Udało się? Coś wiesz na ten temat?
Nie wiem nawet, czy to w ogóle była prawda. Krążyło wiele plotek. Wydaje mi się, że był już zmęczony. Był zmęczony, lata leciały, a on ciągle przebywał w tym klubie. Myślę, że to była już kombinacja wieku, zmęczenia, zdrowia. Myślę, że po prostu chciał już to zamknąć.
A kto odpowiada za okładkę "Echoes in Eternity"? Co ona symbolizuje?
Odpowiada za nią Ernie Parada. Jest on oczywiście absolwentem nowojorskiej sceny hardcore. No wiesz, grał z Token Entry i z paroma hardcore'owymi kapelami z Nowego Jorku. Do tego jest znakomitym artystą. Tak naprawdę to sam zaproponował stworzenie okładki do naszego nowego albumu - skontaktował się z nami jak tylko usłyszał, że nad nim pracujemy. Zawsze z nami pracował. Uznaliśmy, że czemu nie? Dajmy mu się wykazać na tym polu. Jest świetny, sam chce to zrobić - czemu nie? Człowiek zaczął oczekiwać czegoś naprawdę dobrego. Wysłałem mu trzy numery oraz sam obrazek, który chciałem jako okładkę oraz wszystko, co niego dotyczyło. To w ogóle pochodzi z numeru "Divided" z "Echoes in Eternity". Chodzi o to, że każdy idzie pewnym krokiem niosąc ze sobą te wszystkie wielkie idee, wszystkie te swoje pomysły z zamkniętymi oczami, nie przejmując się niczym innym. Nawet nie widzą tego, że flaga, którą niosą stoi w płomieniach. To bardzo mocny obraz i bardzo mocne przesłanie.
 Darryl McDaniels z RunDMC gościnnie pojawia się w numerze "Matter of Life & Death". Jak to się stało, że ten ikoniczny artysta pojawił się na Waszym albumie?
Wyszło naturalnie. Darryl sam się do nas odezwał. Bardzo podobał mu się film "The Godfathers of Hardcore". Cały czas mówił, że wiedliśmy takie same życia. No wiesz, oni "robili hip hop, my hardcore, bujaliśmy się po ulicach Nowego Jorku, mówimy o tych samych rzeczach, ale innym muzycznym językiem". Był bardzo podekscytowany. Skontaktował się ze mną, ponieważ chciał zrobić z nami jakiś numer - wiesz, zależało mu na jakiejś kolaboracji. Wtedy byliśmy na trasie, a później mieliśmy zacząć nagrywać materiał. Powiedziałem mu, że najpierw zrobimy swoje nagrania, a później zrobimy wspólnie numer. Ostatecznie numer został napisany podczas samej sesji nagraniowej. Był idealny. Od razu pomyśleliśmy sobie, że to będzie idealny kawałek, by dodać do niego Darryla. Zarejestrowaliśmy moje wokale i zostawiliśmy miejsce dla niego. Spytałem się go: "hej, a co myślisz o tym?". "O cholera, to świetny numer! Chcę go zrobić!". Wpadł do studia, nagrał tam swoje wokale, swój własny tekst - wszystko sam przygotował. Nagrał wszystko od razu - w dwóch podejściach. Już pierwsze było świetne, ale wolał jednak to drugie. Był zachwycony. My zresztą też. Od razu zapytał kiedy robimy teledysk. No i zrobiliśmy do "Matter of Life & Death". Następnie dopytywał kiedy zagramy go razem na żywo. W grudniu.
W "Way of War" zajmujesz się tematem konfliktów zbrojnych i ich wpływie na ludzkie życia. Mieliśmy Wietnam, Afganistan, Irak, teraz Gazę i Ukrainę. No i nie zapominajmy o lotniskowcach USA przy kolumbijskich wodach. Dlaczego tak wielu polityków ciągnie do wojen?
Nie mam kurwa pojęcia. Nienawidzę wojen. To wszystko polityka. Jeśli przeczytasz tekst tego utworu, albo obejrzysz wideo, które go przedstawia, no to tam jest wszystko czarno na białym. Nikt nie chce wojen - to coś strasznego dla ludności cywilnej. Oni wszyscy chcą żyć. Wojna niszczy wszystko. Jedyną grupą, która cokolwiek zyskuje są politycy. Mówimy o tym już od naszego pierwszego singla. Nie poruszamy zwykle politycznych tematów - raczej więcej mówimy o sprawach socjalnych. Ten kawałek to nasze stanowisko w tych sprawach. To stwierdzenie jak to wszystko jest skorumpowane.
Agnostic Front działa już 45 lat. Byłeś świadkiem wielu wydarzeń, wielu sytuacji, a jednak na nowym albumie ciągle jesteś wkurwiony. Co się dzieje ze światem, że ciągle powtarzamy te same błędy? Nie tak dawno temu mieliśmy przecież Gwardię Narodową na ulicach Los Angeles...
Ponownie: politycy. Ponownie: sprawy państwowe. Rzeczy, na które nie mamy wpływu. I oczywiście ponownie cierpieć będą ludzie. Jak zawsze zresztą. Mówimy o opresji. O tym, że trzeba z tym walczyć. Bardzo często poruszamy ten temat. Możemy o tym pisać i być wkurwieni, bo mamy to szczęście, że możemy podróżować po całym świecie i widzieć pewne wydarzenia naszymi własnymi oczami. Jesteśmy świadomi pewnych rzeczy, więc łatwo nam się denerwować. Włączasz wiadomości i już ci żyłka pulsuje, wiesz? To zawsze w nas było. Wszystko jest zbudowane wokół tego. Tak długo jak ci skorumpowani politycy, zepsuci ludzie będą robić, to co robią, to my będziemy o tym mówić.
No właśnie, "zepsuci ludzie". Czasami to zwykli obywatele dają się urobić tym całym jadem. Wystarczy wspomnieć próbę zamachu na Trumpa, zamieszki w Los Angeles, czy zabójstwo Charliego Kirka. Czy tego typu wydarzenia również są odzwierciedlane w tekstach?
Raczej nie... Mamy na przykład numer "Tears for Everyone". Opowiada o L.A., ale sprzed zamieszek - jest inspirowana pożarami, które miały tam miejsce. Tak jak mówiłem: interesuje nas bardziej socjalna strona - rzeczy, które zdarzają się wokół nas codziennie. Moje życie, moje doświadczenia, do których niektórzy mogą się odnieść, a niektórzy nie. Spora część materiału powstała w czasach "korony". Dwa lata pandemii. Dwa lata, które wszyscy straciliśmy. Piszemy o przejściu przez to. Sprawy o których mówisz wydarzyły się już po tym jak napisaliśmy album. Ale to nic nowego. Nic się nie zmieniło. Cały czas jest tak samo. I będzie. Jak nie jedno... Wiesz, The Who najlepiej to podsumowali: "Poznajcie nowego szefa. Jest taki sam jak ten poprzedni". Cały czas będziemy się babrać w tym samym gównie.
Mamy na płycie utwór "I Can't Win". To o usłyszeniu diagnozy? Wspomniałeś w jednym z wywiadów, że mocno to w Ciebie uderzyło. W pierwszej części tekstu śpiewasz o tym, że to już koniec, nie ma sensu podnosić rękawicy. Ale im bliżej końca, tym więcej siły w sobie znajdujesz.
Dokładnie tak. Masz stuprocentową rację. To kawałek, który napisałem właśnie w tamtym czasie. Ponownie: to nie jest dla mnie pierwszyzna. W moim życiu zdarzały się już niejedne bitwy, o których myślałem, że nie jestem w stanie ich wygrać. Zastanawiałem się, dlaczego to właśnie spotyka mnie. Dlaczego to zawsze muszę być ja. Musiałem sięgać głęboko wewnątrz siebie, by wydobyć tę nadzieję, wiarę w to, że mogę zwyciężyć. Mogę to zrobić. Jak wiele razy wcześniej. Muszę po prostu przeć naprzód! O tym właśnie jest ten numer.
 Byłeś zaskoczony odzewem na GoFundMe? Pomogło Ci nie tylko wielu fanów, ale również i muzyków. Zebrano tyle, ile potrzebowałeś by pokryć koszty związane z leczeniem?
Och stary, nie pokryłem wszystkich kosztów, ale to była ogromna pomoc! Byłem bardzo zaskoczony! No i oczywiście bardzo, bardzo wdzięczny. Udało się zapłacić lekarzom, pokryć wiele ważnych spraw. Ciągle mam jeszcze szpitalny dług, ale po trochu go spłacam. Ale bez tej pomocy byłoby naprawdę ciężko. Nie wiem, gdzie teraz bym był. Jestem więc wdzięczny każdemu, kto partycypował. Nie tylko finansowo, ale również dobrym słowem, miłością, modlitwą. To ważniejsze niż cokolwiek innego! Jestem bardzo wdzięczny.
Obejrzałem parę nagrań z koncertów, które zagraliście w 2025 roku. Gracie, jakby to miał być Wasz ostatni występ! Nie chcę wypominać wieku, no ale Ty masz 61 lat, a Vinnie - 70. Jak utrzymujecie taką formę? Wiesz co? To hardcore sprawia, że jesteśmy młodzi i pełni energii. Wiesz, dzisiaj rozmawiałem z kimś, kto był dwa lata młodszy ode mnie. Dwa lata. A wyglądał jakby miał z 10 więcej. To mnie napędza. Muszę być w formie, muszę ćwiczyć umysł. To mnie odmładza. Jasne, robię się starszy. Wszyscy się starzejemy. Troszeczkę zwolniliśmy tempo, ale jak zobaczysz nasze koncerty, to ciągle dajemy do pieca. Jak na bandę pierników. Dajemy nowym grupom popalić (śmiech). To nasz pasja. Gdy wchodzimy na scenę, to czujemy, że naprawdę żyjemy. Zawsze tak było. Nie ważne, co się stanie. Ostatnio miałem ostry przypadek grypy, ale nie odpuściłem - zagrałem tak cztery koncerty. Mogliśmy odwołać, jak inne kapele, ale wyszliśmy, a ja dałem z siebie wszystko. Parę razy straciłem głos, ale ludzie to rozumieli. Byłem tam dla nich. O to chodzi.
Jaki jest sekret tej żywotności Agnostic Front? Wiele kapel, które zainspirowaliście zakończyły działalność, a Wy ciągle idziecie po swoje. Jesteście niepowstrzymani.
Sekretem jest to... Przepraszam za kaszel - ciągle się nie wykurowałem. Sekretem jest to, że ciągle jesteśmy szczerzy. A fani chcą być częścią czegoś prawdziwego. Kiedy więc przychodzą zobaczyć Agnostic Front, albo kiedy mają okazję się z nami spotkać, to czują tę więź. Myślą sobie: "o tak, ci faceci nie udają". Chcą być tego częścią. Nikt nie chce być częścią jakiejś bzdury. Widzą tę naszą pasję. Widzą ten ogień. Widzą poświęcenie. Mamy na koncie 13 albumów. To sporo. Tyle daliśmy tej scenie. I ciągle dajemy. Nie żyjemy na jednym czy dwóch krążkach. Cały czas coś robimy, a na koncertach widać to, w co wierzymy. Widać nasze zaangażowanie, wiesz? To jest ten sekret. Trzeba być szczerym, prawdziwym, pełnym pasji.
W lutym dwukrotnie zobaczymy Was w naszym kraju: we Wrocławiu i Krakowie. Co przygotowaliście na tę trasę? Hala Stulecia i Proxima przetrwają?
Szczerze? Nie mogę się doczekać tych dwóch koncertów. Jeśli się nie mylę, to jeden z nich będzie w ramach festiwalu tatuażu. Drugi już będzie standardowym koncertem. Będzie jak zawsze: wpadniemy, zagramy parę nowych kawałków - czego nie mogę się doczekać - poznamy nowych ludzi. Zrobimy to, co zawsze robimy!
Jesteś fanem tatuaży. Zamierzasz się pokręcić po konwencie czy od razu do busa?
Nie mam pojęcia. Wszystko zależy od tego, o której godzinie będziemy musieli się zwinąć. A to nie od nas zależy. Mamy tour menedżera i jak mówi, że musimy lecieć, to musimy lecieć. Takie zasady. To jedyna zasada, której przestrzegamy: słuchać się tour menedżera (śmiech). Będziemy tam cały dzień ale wszystko zależy od czasówki. Pewnie niektórzy będą chcieli sobie coś zrobić. Ja nie lubię robić sobie tatuaży w trasie, bo za bardzo się pocę - nigdy się nie goi w sposób prawidłowy. Inni mogą się jednak skusić. Na pewno będzie niezła zabawa.
Pamiętam jak po jednym z polskich koncertów punkowych parkiet wyglądał jak pobojowisko. Kałuża krwi, oderwane kolczyki. Mieliście takie występy, po których myślałeś sobie: co ty się kurwa odjebało?
Sporo takich było! (śmiech) Nie pamiętam teraz konkretów, ale tak: czasami w kotle trwa ostra zabawa. Może się zrobić nieco brutalnie, ale zawsze staram się mówić ludziom, by traktowali siebie z szacunkiem, by się dobrze bawili, podnosili tych, którzy upadli. I wtedy wracamy do grania. Nie chcemy, by to zaszło gdzieś za daleko. Zawsze stopujemy, gdy w ruch idą pięści. Albo się tłuczecie, albo słuchacie muzyki. My nie musimy grać. Chcemy jednak, by wszyscy fajnie spędzili czas.
Pod koniec zeszłego roku mieliśmy kolejną ceremonię wprowadzenia grup do Rock & Roll Hall of Fame. Nie będą narzekać na Bad Company czy Soundgarden, no ale nie da się ukryć, że kolejny raz przemilczano hardcore punk. Co powstrzymuje organizatorów przed dodaniem chociażby Was? W końcu są już tam kapele, które powiedziały wprost, że to Wy byliście dla nich inspiracją.
Nie wiem. Jak odwiedzisz Rock & Roll Hall of Fame, to zobaczysz duży... Chyba na początku zeszłego roku pojechałem po raz pierwszy do Rock & Roll Hall of Fame i był super. Naprawdę spoko. Najlepsza rzecz jest jednak na dole. Mają tam taką kawiarnię w stylu CBGB, z markizą i napisem Agnostic Front. Zrobiliśmy sobie tam zdjęcia. Później zaprosili nas na górę, by zagrać parę kawałków - było świetnie. Byli dla nas bardzo mili. Nasza okolica, nasza era hardcore punka zawsze była pomijana. Zawsze słyszysz wczesny Nowy Jork w postaci Blondie, Talking Heads, może Bad Brains - ale to już bardziej DC. Później już przeskakujemy od razu do Green Day czy czegoś podobnego, a wcześniej do grunge'u, pomijając jednak całą generację. Nie wiem dlaczego, ale ciągle to robią. No ale nie jestem tutaj, by zdobywać jakieś nagrody czy coś. Jasne, fajnie byłoby zostać docenionym w taki sposób, ale osobiście wątpię, że tak się stanie. Robimy się starsi. Nie wiem, raczej nie, no ale nigdy nie mów nigdy. Hardcore jest duży w Stanach. Jest duży, ciągle się zmienia, są w nim duże zespoły. My jesteśmy jednym z takich składów, który zainspirował wiele kolejnych. Nigdy nie wiadomo.
 We wczesnych czasach byliście skinheadami - może to o to chodzi? No ale z drugiej strony narkotyki, alkohol i ekscesy już są spoko... Widocznie jesteście dla nich zbyt hardcore'owi.
Agnostic Front nigdy nie był przedstawicielem ładnej strony punk rocka. Zawsze byliśmy tych brzydkim bachorem. Nigdy nie mieliśmy nic miłego do powiedzenia, a i naszej muzyki nie można nazwać zbyt miłej dla ucha. Jest agresywna. Rozumiem więc, dlaczego nie chcą nas na pewnych wydarzeniach. No ale mamy prawdziwych, oddanych fanów i stanowiliśmy inspirację dla wielu osób. Jest jak jest.
Podoba mi się w Agnostic Front to, że każdy album jest jak uderzenie pięścią w twarz. Żadnych długich kompozycji, tylko konkretne strzały, po dwie, trzy minuty...
Również mi się to podoba. Podoba mi się w tym nowym albumie to, że włączasz go i jeb! Dostajesz w ryj i nawet nie wiesz od kogo. No wiesz, masz 14 kawałków, a łącznie 27 minut. Jedna luta za drugą. To właśnie robimy. Tak zarabiamy na życie. Tak to robimy na płytach.
Jest jednak na płycie taka zaskakująca, bardzo melodyjna partia...
"Divided" ma taki ładny, niemal gotycki lead pod koniec. Zresztą, "Sunday Matinee" też jest dość przebojowy. Nic nowego dla nas. Mieliśmy już wcześniej takie kawałki, chociażby w postaci "For My Family".
A wracając na chwilę do koncertów, nie myśleliście o tym, by podczas występów w danym kraju posiłkować się lokalną sceną w roli supportu? No wiesz, gracie w Niemczech, to np. z Die Toten Hosen, gracie w Polsce, to coś z naszego, niezwykle bogatego podwórka...
Jeśli wyruszamy w samodzielną trasę - a to rzadko się zdarza - to bywają takie sytuacje. W sezonie festiwalowym to jesteśmy my i kapele promotora. My w tej kwestii nie mamy nic do powiedzenia. Graliśmy w Polsce wielokrotnie i zdarzały się takie koncerty z Waszymi zespołami. No ale nie znamy tej sceny - znają ją promotorzy. Gdy jednak masz łączoną trasę jak tę w lutym, to niczego za bardzo nie zmienisz. Kiedy jednak gramy sami, gdy mamy jakieś pojedyncze daty, to już wszystko zależy od promotora.
I to wszystko, co przygotowałem! Wielkie dzięki za poświęcony czas!
Dzięki Tomek! Miłego odpoczynku!
Wykuruj się do końca! Weź coś na kaszel! (śmiech)
Wiem! Ledwo co gadam! (śmiech) Na razie!
zdjęcia: An Maes
|