MetalSide: Cześć! Miło mi Ciebie poznać!
Fernando Ribeiro: Wzajemnie! Bardzo dziękuję za zaproszenie!
Spoko. Moonspell to moja ulubiona kapela, więc... (śmiech)
To znakomity początek! (śmiech) Cieszę się, że jesteś!
Zacznijmy od tego, że niedawno na rynku pojawiła się wyjątkowa koncertówka Moonspell. Z orkiestrą symfoniczną. W Waszej muzyce zawsze były takie symfoniczne klawisze: już na "Wolfheart" mieliśmy "Vampirię" czy "Erotik Alchemy". Później pojawiły się chociażby "Awake", czy numery z Jonem Phippsem. Praca z orkiestrą od zawsze chodziła Wam po głowie? Jak narodził się pomysł na ten koncert?
Może tak być. Przede wszystkim jednak pojawiła się po prostu okazja. Moonspell działa już od wielu lat. Zespół z taką historią, z takim dorobkiem musi dbać o to, żeby kolejne pomysły były świeże zarówno dla fanów, jak i nas samych. Zasadniczo po wydaniu albumu "Hermitage" rozważaliśmy nagranie nowego krążka studyjnego, ale wydawało się, że nie możemy znaleźć odpowiedniej formy, kierunku ani inspiracji. Postanowiliśmy więc po prostu spotkać się i otworzyć nasze głowy na rzeczy, których wcześniej nie robiliśmy, a które będą pasowały do Moonspell - jego kariery, muzyki itp. Podczas pandemii... A ona sama była dla nas pewną granicą - dzielimy teraz działalność Moonspell i w ogóle całej branży muzycznej na tą sprzed i po pandemii. No więc w jej trakcie zadzwonił do mnie maestro Vasco, który dyryguje Sinfonietta de Lisboa. To właśnie wtedy zasiane zostało ziarno współpracy, ale wtedy nie było jeszcze możliwości. Sprawy rozwijały się więc powoli. Kiedy ponownie zaczęliśmy ruszać w trasy koncertowe, no wiesz, z Paradise Lost, Dark Tranquillity, to dostaliśmy telefon od dużego portugalskiego promotora, który chciał żeby Moonspell zagrał headlinerski występ na największej hali w kraju. Oczywiście to był ogromny projekt, ogromny koncert. Uznaliśmy więc, że w końcu trzeba dorosnąć do tego, by połączyć Moonspell z orkiestrą. Bo zgadzam się z Tobą: muzycznie pewne wskazówki już były obecne. Moonspell nie ma większych marzeń niż tworzenie muzyki, granie koncertów i zadowalanie swoich fanów. Ale gdy obecnie patrzę na "Opus Diabolicum" to uważam, że zdecydowanie był warty czasu i zainwestowanych pieniędzy. Myślę, że to znakomity album koncertowy. Bardzo autentyczny, bardzo surowy. To powiew świeżego powietrza dla zespołów spotykających się z orkiestrą. Pomijając SepticFlesh inne grupy brzmiały miło, klasycznie, a nasz album jest bardziej szalony. Brzmi żywo, bardzo autentycznie. Jesteśmy więc zadowoleni z tego, że poszliśmy tą drogą.
Myślałem o roli Pedro w tym projekcie. Jak sprawić, żeby klawisze nie zgubiły się pod dźwiękami orkiestry? Musieliście przemyśleć na nowo jego rolę podczas koncertu?
Bardzo dobre pytanie. Pedro również się nad tym zastanawiał. Myśleliśmy o tym, że klawisze zawsze odgrywały ważną rolę w muzyce Moonspell. Używaliśmy ich od samego początku naszej kariery. To były czasy kiedy w metalu pojawiało się więcej klawiszowców. Teraz to normalne, ale wtedy niekoniecznie - pomijając parę kapel które kochaliśmy. Pedro miał ten sam dylemat, ponieważ zawsze był taką naszą jednoosobową orkiestrą. I wiele partii będzie siedziało na tym, co on stworzył wcześniej. Usiedliśmy więc z Filipe Melo - naszym aranżerem - by przedstawić mu ten problem. No i ostatecznie różnie podeszliśmy do partii klawiszy i orkiestry ponieważ ostatecznie są one bardzo, bardzo różne. Klawisze mają w sobie coś bardziej fantazyjnego - myślimy w nich o krajobrazach, muzycznych krajobrazach. Cała piątka. A orkiestra dodaje coś ponad to. Tak więc kluczem jest to, że orkiestra nigdy nie gra tego co Pedro. Mają swoje własne aranżacje. I jak zobaczysz, czasami orkiestra jest dodatkiem, a innym razem gra zupełnie co innego. Tak właśnie chcieliśmy to zrobić - inaczej byłoby to wszystko zbyt łatwe. Tak jak zaznaczyłeś w pierwszym pytaniu: mieliśmy z czego wybierać. Szczególnie z albumu "1755" którego część była stworzona z użyciem prawdziwych instrumentów, ale resztę zrobił Jon Phipps przy pomocy, jakby to powiedzieć, wirtualnej orkiestry. Jest w tym naprawdę dobry. Największym wyzwaniem było więc posiadanie tego czynnika ludzkiego, tej naszej orkiestry. Myślę, że jest ona niezastąpiona. Teraz jak już album jest na rynku to myślę, że wiele nauczyliśmy się z pracy zarówno z Pedro, jak i z orkiestrą. Oczywiście, czasami mogła pojawić się w jego głowie myśl, że jego praca nie ma znaczenia - ale to nieprawda. Jednym z głównych celów było więc nie skupianie się wyłącznie na aranżacjach klawiszowych, ale tworzenie partii które może wykonać tylko orkiestra.
Wspomniałeś album "1755" który ma tu silną reprezentację. Nawet "Em Nome do Medo" to wersja z tego wydawnictwa, a nie z "Alpha Noir". Dlaczego postawiliście na ten materiał?
Jeśli idzie o zagranie koncertu z orkiestrą to trzeba traktować album "1755" jako swego rodzaju kamień węgielny. Trzeba mu oddać to, że nawet jeśli był wyjątkowym wydawnictwem pod tym względem, że np. był śpiewany w całości po portugalsku, to w swym rdzeniu był oparty na orkiestrze. Orkiestra była tam od początku. Dużą częścią "1755" było oddanie klasycznego, XVIII-wiecznego klimatu. Mieliśmy też silną potrzebę stworzenia albumu który opowiada o największej katastrofie w naszym rodzinnym mieście i o tym jak zmieniła ona Portugalię, Europę, całą resztę. Wiesz, zwłaszcza świat południowej Europy który był zdominowany przez religię katolicką. Kiedy więc podeszliśmy do pomysłu zrobienia koncertu z orkiestrą od razu stwierdziliśmy, że z wielu powodów, zwłaszcza muzycznych, album "1755" stanowić będzie fundament tego projektu. I tak się właśnie stało. Moim wielkim celem jest odegranie całego "1755" z orkiestrą pod gołym niebem w Lizbonie, na Terreiro do Paço - placu który poczuł moc tego trzęsienia. Ale wątpię by Ratusz nam na to pozwolił (śmiech). Nie są wielkimi fanami rock'n'rolla i muzyki metalowej. Wolą innych artystów gdzieś z rejonów, no wiesz, hip-hopu czy muzyki neo-afrykańskiej. Ale myślę, że będzie dobrze. Tak jak mówiłem, musimy wykorzystywać nadarzające się okazje, a pojawiła się możliwość zagrania na największej arenie i otworzyć koncert zestawem utworów z albumu "1755", aby wprowadzić odpowiedni nastrój. Dla nas jest to również oddanie sprawiedliwości temu albumowi - który ukazał się w 2017 roku, jeśli się nie mylę. To otworzyło przed Moonspell nowe możliwości, ponieważ kiedy nadejdzie odpowiedni moment, prawdopodobnie nagramy kolejny album w języku portugalskim. Poświęcony historii i kulturze Portugalii. A tym razem dlaczego nie nagrać go od razu w towarzystwie orkiestry? Teraz mamy kontakty, mamy wiedzę, więc może to być nasz przyszły projekt.
 Koncert otwieracie instrumentalnym "Tungstennio" który w pewnym sensie stanowi wprowadzenie orkiestry. Jak to się stało, że Filipe Melo odpowiada za tę kompozycję? W końcu fani Moonspell znają go bardziej jako reżysera.
Cóż, Filipe to świetny gość który ma swoją historię z Moonspell. Jest obecnie jedną z najbardziej rozchwytywanych osób w Portugalii. Zajmuje się wszystkim, od kina po humor. Wywodzi się z muzyki jazzowej i jest niesamowitym pianistą. Ale dla nas była to świetna okazja, aby współpracować z nim jako muzykiem ponieważ nigdy wcześniej tego nie robiliśmy. Był więc oczywistym wyborem do stworzenia aranży. Był to nasz osobisty wybór, osobisty wybór Maestro, więc wszyscy byliśmy zgodni jeśli chodzi o właśnie o Filipe. Poza tym jest on jednym z tych ludzi którym jak powierzysz jakieś zadanie, to on doprowadzi je do końca. Stworzył 250 stron partytury dla Moonspell, bardzo skomplikowanej, bardzo złożonej, z głębokimi aranżacjami które brzmią pięknie nawet gdy oglądaliśmy orkiestrę grającą bez Moonspell, tylko z clickiem. Brzmiało to niesamowicie, jakby miało własne życie. Gdy doszedł Moonspell to oczywiście wyszło to, co zostało wydane. Ale wiedzieliśmy, że będzie to wymagało 200% wysiłku lub więcej. Kiedy więc robił aranżacje pomyślał, że "Em Nome do Medo" to bardzo ładne intro, ale chciał czegoś innego aby wprowadzić samą orkiestrę. Podarował nam więc "Tungstennio", ponieważ to heavy metal - to taki prywatny żart jego i Maestro Vasco (śmiech). Myślę, że numer dobrze się wpasował: wprowadza zespół i orkiestrę. To zupełnie nowa kompozycja w której Moonspell jest gościem orkiestry - później zmienia się klimat. Bardzo fajnie przekłada się to na resztę koncertu. Jesteśmy bardzo wdzięczni Filipe, ponieważ zrobił niesamowitą robotę aranżując orkiestrę, jak również za ten ostatni prezent - dla zespołu i jego fanów. To świetne podejście bo to nie było tak, że o: "dajcie mi za to więcej pieniędzy" - nic z tych rzeczy. Cała ta praca opierała się na przyjaźni, braterstwie. Słyszałem straszne historie o pracy z orkiestrą - z dyrygentami, z klasycznymi muzykami. My byliśmy szczęściarzami. Stworzyliśmy warunki, w których każdy czuł się dobrze, w których każdy się cieszył byciem częścią tego show. Myślę, że to widać na DVD - na ostatecznym rezultacie.
Christofer Johnsson z Therion powiedział mi, że granie z orkiestrą jest bardzo trudne. A już zwłaszcza próba zmiksowania tego wszystkiego, bo np. chcesz podciągnąć bębny, a tu okazuje się, że mikrofon zebrał też trochę smyczków więc ostatecznie podwyższasz też coś innego. Napotkaliście podobne problemy?
Oczywiście. Słuchałem wielu orkiestralnych, metalowych albumów. Oczywiście bardzo dobrze znam Therion - to jedna z pierwszych grup która zajęła się tym stylem. Zawsze uwielbiałem ten zespół, szczególnie na albumach pokroju np. "Theli", gdzie był także chór. Uwielbiam również Septicflesh. Słuchałem prac takich zespołów jak Metallica, Epica, Katatonia, Opeth, ale moje serce, moje bebechy zdecydowanie kierują mnie w stronę Septicflesh. Nie chcieliśmy rozmiękczyć Moonspell, wiesz? Czasami gdy dodajesz orkiestrę to docierasz do miejsca które jest zbyt komfortowe dla słuchacza lub zbyt komfortowe dla zespołu. Kończy to wszystko jako efekt dodania orkiestry i wypolerowania szorstkości brzmienia. Orkiestra to żywy organizm. Kiedy dorastałem to miałem w swojej kolekcji nie tylko muzykę heavy metalową czy spod znaku gothic, ale też i wschodnio-europejskich kompozytorów. Mussorgsky, Prokofjew, ale też i Verdi - "Dies irae", Wagner - wszystkie te mocne. Wszystkie one mają wiele wspólnego z muzyką metalową - czegoś takiego właśnie szukałem. Kiedy więc usłyszałem wstępny miks, za który odpowiadał Jaime Gómez Arellano... Wykonali świetną robotę, no ale jesteśmy przyjaciółmi, więc musimy być wobec siebie szczerzy. Powiedziałem im, że popełniają grzech którego nie chcę by popełniali - myślą przede wszystkim o orkiestrze i o tych problemach, o których mówiłeś. Skrzypcach wyłapywanych przez mikrofony, wpadających do overheadów itp. Powiedziałem im, że to koncertówka Moonspell z orkiestrą. Nie na odwrót. Najpierw więc trzeba się zająć zespołem - nadać mu odpowiedniego, organicznego brzmienia. Odzwierciedlającego to co się wtedy wydarzyło. Nie można go posadzić pod miksem. Ma być na froncie. A orkiestra znajdzie później dla siebie miejsce. I tak się stało. Powiedział, że od początku miał taki pomysł, ale chciał mojego błogosławieństwa. Odpowiedziałem, że go nie potrzebuje bo to on jest producentem, a ja tylko wokalistą (śmiech). Nie wiem do czego służą te wszystkie przyciski, nie znam się na kompresorach, nie znam się na mikrofonach (śmiech). To była ciężka praca, ale cały czas trzymaliśmy się razem, cały czas się komunikowaliśmy. Jest bardzo zadowolony z ostatecznego brzmienia ponieważ nie chciałem czegoś, co brzmi jak "S&M" Metalliki - który jest świetny na swój sposób. Ja chciałem jednak czegoś zupełnie innego. Chciałem zrobić coś ryzykownego, stawiającego wszystko na głowie, czegoś co zdmuchnie słuchaczy pomimo tego, że jest koncertówką.
Kiedy pojawiła się informacja o tym, że Moonspell zagra koncert z orkiestrą to już miałem w głowie kilku kandydatów do setlisty, jak np. "At Tragic Heights". Wiadomo, tego kawałka nie ma. Były jakieś które braliście pod uwagę, ale z jakiegoś powodu je odpuściliście bo np. nie pasowały pod względem klimatu?
Cóż, bądźmy szczerzy: na początku musisz negocjować z orkiestrą. No bo wiesz to nie jest tak, że orkiestra zagra dwugodzinny set ekstremalnej muzyki. No i na początku chcieli zagrać tylko jakieś siedem czy osiem numerów. Musieliśmy więc negocjować i ostatecznie stanęło na 15 utworach, plus "Tungstennio". Musieliśmy więc te ograniczenia mieć na uwadze. Bo w zespole jest tak, że masz pięciu czy sześciu gości, mówisz im, że gramy "At Tragic Heights", parę razy robicie próbę i już. Tutaj układając repertuar musieliśmy wziąć pod uwagę wiele czynników. Najpierw rozmawialiśmy na temat "1755" który na starcie weźmie sporą część setlisty. Następnie evergreeny Moonspell które na swój sposób już flirtowały z orkiestrą jak "Vampiria", "Alma Mater", czy "Fullmoon Madness". No i pozostałe kawałki o których pomyślałem, że jeszcze więcej zyskają po dodaniu orkiestry jak "Extinct" lub "Breathe". Pojawiły się też bardziej odważne wybory, jak "Proliferation" który moim zdaniem idealnie pokazuje ducha "Opus Diabolicum" - nawet pomimo tego, że nie ma w nim wokali. O coś takiego właśnie chodzi w graniu z orkiestrą. Bazuje na "Święcie wiosny" Strawińskiego. My to po prostu "zmetalizowaliśmy" i dodaliśmy orkiestrę. Jest więc "Proliferation", "Finisterra", "Everything Invaded" - próbowaliśmy stworzyć setlistę której nikt się nie spodziewał. Było parę świetnych kawałków, które odpuściliśmy. Wydaje mi się, że "At Tragic Heights" słuchałem nawet następnego dnia. Jeśli zdecydujemy się na kolejny tego typu projekt, to myślę, że będzie to jeden z pierwszych wyborów. Próbowaliśmy "Opium", ale to nie wyszło - to po prostu za krótki numer. Rock'n'rollowy, choć jednocześnie ulubieniec publiczności. Nie chciałem jednak, by wiesz: 45 muzyków grało przez trzy minuty. I można by było ciągnąć to w nieskończoność. Mieliśmy limit czasowy, jak również limit fizycznej kondycji Maestro - jego koncentracji, koncentracji członków orkiestry. Zawsze lubimy zaskakiwać setlistą - nieważne, czy z orkiestrą lub bez. Myślę, że show musi mieć pewną dramaturgię, budowaną przez nowe i stare utwory. I kiedy Moonspell gra, a ludzie przychodzą na koncert, to wiedzą, że możemy wyciągnąć jakiegoś królika z kapelusza. Dla przykładu, ostatnim razem jak byliśmy w Polsce, to zagraliśmy "Magdalene". Możemy zagrać "Shadow Sun", możemy zagrać coś z "Under Satanæ", cokolwiek. Ważna jest różnorodność. I wierz mi, jak zrobiliśmy te 15 kawałków, to już 10 kolejnych pojawiło mi się w głowie - bo sam jestem ciekaw. Jestem ciekaw "Awake", ponieważ ma taką smyczkową sekcję. Jestem ciekaw "At Tragic Heights", jestem ciekaw innych kompozycji z "1755", jak "Todos os Santos". Dla mnie to koncert kompletny. Niczego w nim nie brakuje, a musimy pamiętać, że to 100 minut muzyki. Teraz ludzie słuchają muzyki przez pięć czy sześć minut - na szczęście nasi fani są inni (śmiech). Mając to wszystko na uwadze, to jestem zadowolony jak wyszło. Show posiada swoją dynamikę, nie ma w nim momentu przestoju. Przygotowania miały swoje wzloty i upadki, jak sama historia grupy. Co ma również związek z atmosferą.
 W "1755" i "Desastre" świetną robotę robi Hugo. Muszę więc spytać: co się stało na trasie z Rotting Christ, że (jak wspomniałeś w książeczce do "From Down Below) zespół znalazł się na krawędzi samozniszczenia? Widziałem Was wtedy w Gdańsku i nie widać było żadnego napięcia.
Przede wszystkim to była za dużo trasa. Czuliśmy się wykorzystani przez naszego agenta. Dlatego rozstaliśmy się. Oczywiście Polska zawsze będzie dla Moonspell drugim domem. Ze względu na publiczność, ze względu na historię, którą mamy z Waszym krajem od 1995 roku. Występ u Was zawsze jest dla nas ważnym wydarzeniem, ponieważ ludzie w Polsce naprawdę kochają Moonspell. Nie narzekają, że gramy tylko utwory z tego lub innego okresu. To bezkompromisowa miłość między Polakami a Moonspell. Ostatnim razem jak graliśmy w Warszawie, to reakcja publiczności była niesamowita. Przyszło nas zobaczyć więcej osób niż headlinera w postaci Dark Tranquillity. No ale wtedy dotarliśmy do punktu, kiedy byliśmy 63 dni w trasie. Pojawiło się wiele wewnętrznych konfliktów. Oczywiście nie będę tutaj prał publicznie brudów, ponieważ widzę coś takiego online codziennie i nienawidzę tego. Muzycy są źli na siebie, więc wylewają żale w Internecie - nigdy czegoś takiego w Moonspell nie było i mam nadzieję, że nie będzie. Bo to dziecinne. Zespół składa się z normalnych ludzi. My też mamy swoje wady. Bycie na źle zorganizowanej trasie składającej z pięćdziesięciu paru przystanków, bez żadnej mentalnej przerwy... Ale tym, co nas złamało podczas tej trasy, to było zabookowanie przez naszego agenta Grecji. Po której musieliśmy jechać autobusem do Turcji. Turcy i Grecy to normalni ludzie - jak ty i ja. Mogą się dogadać. Ale już nie politycy. Spędziliśmy jakieś 8 godzin próbując dostać się z Grecji do Turcji. Przez jakiś czas byliśmy na ziemi niczyjej i przyjechaliśmy bardzo późno. Przez dwa tygodnie graliśmy koncerty o 2 w nocy i dopiero w Niemczech wróciliśmy do naszego standardowego harmonogramu. Jedną z ofiar tej trasy był Mike. Z wielu powodów. Nie mogliśmy w tych warunkach kontynuować z nim trasy. To było bardzo bolesne, ponieważ byliśmy najlepszymi przyjaciółmi. Ostateczną decyzję musiałem podjąć osobiście, gdyż z tym właśnie wiąże się bycie liderem. Przed pandemią myślałem, że zatoczyliśmy pełne koło. Że już po zespole. Że było fajnie. To była świetna trasa. Wyprzedana. Z kapitalnymi grupami: Rotting Christ i Silver Dust. Później przyszła pandemia, która obrabowała nas z naszego stylu życia. Utknęliśmy w domach, jak każdy, marząc o tym, by znów znaleźć się w trasie. To była pierwsza rzecz. Drugą był Hugo, który ponownie wniósł mnóstwo energii w koncerty Moonspell. To świetny muzyk i równie świetny człowiek. Myślę, że był odpowiednią osobą, by wejść w buty Mike'a. Mike był ulubieńcem publiczności, ale teraz ma swój własny zespół i projekty. Powoli lecz pewnie zaczęła odżywać nadzieja w Moonspell na to, że ponownie rozpalimy ten ogień. I myślę, że ostatni album, ostatnie koncerty, "Opus Diabolicum", a przede wszystkim nowy, tegoroczny album udowodnią, że Moonspell narodził się na nowo. Zarówno muzycznie, jak i pod względem motywacji. Myślę, że wtedy naprawdę chciałem to zakończyć, a teraz nie chcę przestać. To duża zmiana. I mówię o tym otwarcie, ponieważ widzę wiele grup, które ukrywają swoje problemy. A to jest jak owoc zamknięty w pudełku - gnije. My jesteśmy otwarci, nie boimy się mówić o braku inspiracji, o swoich problemach. Nie zawsze może być fajnie. Teraz mogę jednak powiedzieć, po tych wszystkich wydarzeniach, że Moonspell jest silniejszy niż kiedykolwiek.
Album koncertowy został wydany przez Napalm Records, ale był też dostępny przez Alma Mater Records. Pamiętam, że jak zakładałeś tę wytwórnię, to obiecałeś dwa wydawnictwa. Pierwszym miała być reedycji "Sin/Pecado". Mam wersję deluxe na CD i winylu, więc... cóż, jest. Ale obiecałeś również składankę rzadkich utworów Moonspell. Dlaczego ten pomysł został odłożony na półkę?
Nie został odłożony. Pojawiły się rozszerzone edycje "Night Eternal", "Memorial"... Założyłem Alma Mater Records po to, by zająć się repertuarem Moonspell. Sprawować pieczę nad dziedzictwem zespołu. Bo było one rozmieniane na drobne. Były jakieś fajne wydania, ale też i takie, które mi się nie podobały. Z Century Media uzgodniliśmy, że mamy pierwszeństwo w kwestii ich katalogu. Dlatego wypuściliśmy "The Butterfly Effect", "Sin/Pecado", specjalne edycje "Wolfheart" i "Irreligious". Ale też i zajęliśmy się innym zespołami z Century Media: wypuściliśmy chociażby "Clouds" Tiamat. Będąc w wytwórni i będąc muzykiem rozumiesz obie strony. Dla mnie to nie sprint - to maraton. Spuścizna Moonspell to dla mnie muzeum, którego zbiorami trzeba się należycie zająć. Staram się widzieć, czego chcieliby fani, ponieważ oczywiście to oni są naszym targetem. I na szczęście większość z nich jest kolekcjonerami. Więc bardzo podoba im się to, co robimy w Alma Mater Records. Ciągle w fazie planowania jest wiele projektów, ponieważ posiadam prawa do sporej grupy wydawnictw. Zdobywanie ich trwa lata, ponieważ przemysł muzyczny jest dość skomplikowany (śmiech). Z drugiej strony mam notes z różnymi pobocznymi projektami, remiksami, rzadkimi utworami, b-side'ami itp. Niedawno ponownie wypuściliśmy "Alpha Noir/Omega White" na winylu i samodzielną wersję "Omega White", ponieważ był to album, który stracił na tym, że był bonusem. Później był problem z wytwórnią, która źle wyprodukowała płyty (śmiech). Pracujemy nad rozwiązaniem i jestem wdzięczny ludziom za cierpliwość. Staramy się. Jasne, moglibyśmy mieć więcej wydawnictw, ale to wszystko trzeba rozłożyć w czasie. Nie można być chciwym i wypuścić z 10 wydawnictw Moonspell w ciągu roku. Polska ekonomia rozkwita - całe szczęście - ale w Portugalii już tak różowo nie jest. Gospodarka idzie w dół, a ludzie są wkurzeni. Musimy to wszystko wziąć pod uwagę, ponieważ to nie tylko biznes - to także życie ludzi. Wiem, że muzyka przynosi im ukojenie. Na szczęście mamy z Moonspell wiele projektów, ponieważ sam zacząłem trzymać pieczę nad wieloma nagraniami. Część z nich ukaże się przez wytwórnię, inne trafią na YouTube - jak demówki. Fani z pewnością będą mieli bardziej kompletne doświadczenie.
 Wspomniałeś o nowym albumie studyjnym. W którym kierunku zamierzacie pójść tym razem? Ile numerów skomponowaliście?
Będzie coś pomiędzy 8 a 10 numerów. Nie chcemy tym razem mieć długiego albumu. Jakość ponad długość. To było dla nas ważne pytanie. Po co robić kolejny album, mając za sobą taką spuściznę? No i w którym kierunku podążyć? No bo sami również musieliśmy zadać sobie to pytanie. Wiele czasu minęło od "Hermitage", ale myślę, że mogę opisać ten nowy materiał jako bardzo klimatyczny, gotycko-metalowy. Bardzo klasyczny dla Moonspell. Jego strona liryczna jest w fantazyjna, bardzo literacka. Potrzebowaliśmy tego jako muzycy. Nie wiemy oczywiście czego chcą fani - możemy tylko zgadywać. Możemy się więc mylić, ale myślę, że właśnie czegoś takiego będą chcieli. Piękne kompozycje, mocne, wpadające w ucho refreny, ciężar wymieszany z atmosferą. Nie powiem, że to nasz najlepszy album, ponieważ taki podział na "najlepszy", "najgorszy" nie ma sensu. To wszystko zależy. Uważam, że "Hermitage" był świetnym krążkiem - dobre recenzje, dobra sprzedaż, ale też i narzekania fanów. Wiele osób go jednak pokochało. Myślę, że ten nowy będzie bardziej konceptualny. No ale co ja tam mogę wiedzieć. Z tego co udało się stworzyć, co się wykluło z tego projektu, od demówek itp., jestem bardzo, bardzo entuzjastycznie nastawiony. Cieszę się z tego albumu. Teraz tylko czekać jak zareaguje na niego publiczność. Myślę jednak, że to będzie jeden z najlepszych momentów dla Moonspell. Tak.
Masz jeszcze jakiś wywiad dziś?
Tak, za momencik.
To nie będę Cię już trzymał! Dzięki za poświęcony czas i baw się dobrze podczas kolejnej rozmowy!
To jak pójście do lekarza - człowiek nie chcę, ale musi (śmiech). Bardzo dziękuję za wsparcie! Trzymaj się! Cześć!
zdjęcia: Joana Marçal Carriço, Ivan Santos
|