Adept - "Jeszcze nie powiedzieliśmy ostatniego słowa"


9 lat musieli czekać fani szwedzkiej grupy Adept na nowy album. Wydany w 2016 roku "Sleepless" rodził się w bólach, później przyszła pandemia, a po niej... cisza. Zespół może i raz na ruski rok wrzucił do sieci jakąś fotkę, ale trudno było w ogóle powiedzieć, czy Adept jescze żyje. Na szczęście dla fanów metalcore'a: w końcu nastąpiło przebudzenie. Pod koniec października zeszłego roku dzięki Napalm Records do sprzedaży trafił piąty album formacji. To właśnie "Blood Covenant" był głównym tematem naszej rozmowy z kapelą. Z gradem naszych pytań (które ostatecznie wyczerpały baterię laptopa naszego rozmówcy!) zmierzył się współzałożyciel i wokalista Adept: Robert Ljung. Szczerze i rzeczowo opowiedział o powrocie do pełni działalności, problemach przy wydaniu poprzedniej płyty, czy też jakże osobistych tekstach. Miłej lektury!





MetalSide: Hej! Raz, dwa, trzy... Wszystko słychać?

Robert Ljung: Tak, wszystko gra!

Ostatni wywiad dziś?

Tak, stary! Dlatego od razu zaznaczam, że bateria w moim laptopie ledwo żyje, więc jakby nas rozłączyło, to po prostu połączę się z mojego iPhone'a. Ale raczej powinniśmy dać radę.

Spoko. Zacznijmy może od pytania, które pewnie dziś słyszałeś już wiele razy. Adept wrócił właśnie do pełni działalności. Jakie wydarzenia doprowadziły do tej ciszy radiowej, która trwała ostatnich parę lat?

Powiedziałbym, że są dwa główne powody, będące tą początkową iskrą, która doprowadziła do przerwy czy też ciszy. Pierwszy pojawił się po wydaniu "Sleepless" w 2016 roku. Nasz gitarzysta Jerry i perkusista Gabriel opuścili zespół. A to właśnie ja, Gabriel i Jerry go zakładaliśmy w 2004 - byli więc ważną częścią Adept. Kiedy odeszli, to poczułem, że brakuje mi już tej samej pasji do muzyki. Zagraliśmy parę koncertów, ale nie czułem tego. Daliśmy kilka występów w 2017 roku. Daliśmy kilka występów w 2018 roku. Nie czułem tego. Coś nie grało. Wtedy do składu powrócił Gabriel i znów zaczęło być dobrze. Minął nam rok 2019 - zrobiliśmy sporo tras. Ale wtedy przyszła pandemia - w 2020 roku. I niespodziewanie znów nastała cisza. Stamtąd tak naprawdę... Wiesz, mamy inne prace. Niektórzy z nas mają dzieci. Niektórzy z nas się ożenili. Mogę więc powiedzieć: przyszło samo życie. Inne zespoły w trakcie pandemii zaczęły tworzyć nowe dźwięki, albo robili inne rzeczy, żeby utrzymać zespół. Kiedy więc się skończyła mieli coś nowego. A my odkryliśmy, że fajnie jest... nie zajmować się muzyką. Skupić się na innych rzeczach. Tak więc, zaczęło się od odejścia dwóch członków zespołu, a później oczywiście pandemia.

Od czasu do czasu na social mediach pojawiały się jednak jakieś zdjęcia. Co się działo więc z Adept jako zespołem?

To nie tyle była działalność zespołu, co po prostu spędzanie czasu z grupką przyjaciół. Przez większą część czasu nadrabialiśmy zaległości, robiliśmy próby, rozmawialiśmy o fajnych rzeczach, które razem zrobiliśmy, piliśmy piwko. To nie było tak, że... Jak już, to było to bardzo ostrożne podejście pod ponowne robienie muzyki. Nie było jednak postawienia takiego kamienia węgielnego. To były luźne spotkania by zobaczyć co z tego wyjdzie.

W 2024 roku powróciliście na koncert z okazji 20-lecia. Dlaczego wybraliście niemiecki Core Fest?

Wydaje mi się, że to była jedna z tych rzeczy, o których rozmawialiśmy, kiedy się spotykaliśmy i robiliśmy te zdjęcia. Powiedzieliśmy sobie, że to już niemal 20 lat od kiedy założyliśmy zespół i powinniśmy coś w następnym roku zrobić z okazji tego jubileuszu. Core Fest jest dla nas bardzo bliski - łączy się on z osobą naszego menedżera. Zna osobiście organizatorów, którzy złożyli nam dobrą ofertę. Czuło się, że to świetny sposób, by to uczcić. Nie jest to wydarzenie ani zbyt duże, ani zbyt małe. Nie czuliśmy żadnej presji. To był ważny, mały krok ku pełnemu powrotowi na scenę.

Jak w ogóle wyglądały przygotowania do tego wydarzenia? Wiadomo, były próby. Nie czuliście jednak, że trochę zardzewieliście?

Oj, tak. Nigdy nie byliśmy grupą, która spędzała dużo czasu w sali prób. Nie wiem, czy to widać (śmiech). Jak się razem spotykamy to coś tam pogramy, ale bardziej wolimy pić piwo czy gadać o muzyce niż ćwiczyć. Ale na Core Fest byliśmy bardzo dobrze przygotowani. Mimo to nerwy niemal nas paraliżowały. Tak długo nie było nas na scenie, że przed startem serce mi waliło jak młot. Nasz ostatni koncert też był w Niemczech. W grudniu, w ramach jakiegoś festu. Niemal pięć lat wcześniej. Kiedy więc w końcu mieliśmy po takim czasie znów zagrać, to była trema.

Teraz w końcu mamy ten nowy album Adept. Kiedy zaczęły się prace nad "Blood Covenant"?

Pierwsze dźwięki pochodzą jeszcze z czasu po "Sleepless", jakieś riffy itp. Nie pamiętam, czy były pisane akurat z myślą o "Blood Covenant", no ale coś tam już było. Powiedziałbym jednak, że idea o pracy nad nowym albumem narodziła się wtedy, kiedy opublikowaliśmy te kilka fotek w 2023 roku. Kiedy dyskutowaliśmy o Core Fest. Fajnie się było ponownie spotkać i później przygotowywać do show. Na nowo rozpaliło to w nas pasję.

Który kawałek jest więc najstarszy, a który najmłodszy?

Najstarszym utworem jest ten ostatni na krążku: "The Rapture of Dust". Posiadał swego czasu inne intro - takie blast-beatowe. Kiedy zaczęliśmy tworzyć riff, to mieliśmy wtedy innego pałkera. Bardzo lubił blasty, więc mieliśmy coś takiego we wstępie. Ale wtedy do składu powrócił Gabriel, którego styl grania jest bardziej skate-punkowy. Ten fragment został więc zmieniony. To na pewno jest więc najstarszy kawałek, a najnowszy? Kurde, nie wiem! Chyba "YOU". Wydaje mi się, że "YOU" był jednym z tych numerów, które początkowo w ogóle nie miały się na nim znaleźć. To bardziej mainstreamowa, niemal radiowa kompozycja. Powstała bardzo szybko - zaraz pod koniec procesu komponowania materiału.

Jak w ogóle wygląda ten proces pisania materiału w Adept? Pracujecie osobno, czy np. wspólnie w studio?

Głównie za ten element odpowiadam ja oraz Gustav - nasz prowadzący gitarzysta. On pisze większość materiału. Ja próbowałem mu pomoc z refrenami. Piszę teksty oraz układam część melodii. Jak już się spotykamy, to głównie ja i on. Siadamy i sprawdzamy różne pomysły. Nagrywamy je i później samo już leci. Reszta chłopków kręci się gdzieś w tle pijąc piwko, śmiejąc się, dobrze się bawiąc - do czegoś jednak są potrzebni (śmiech).


Czyli to Wy odwalacie ciężką pracę! (śmiech)

Tam zaraz ciężką! (śmiech) Głównie Gustav ją odwala. Reszta po prostu siedzi z tyłu i podziwia.

Na następcę "Sleepless" musieliśmy czekać aż 9 lat. Z tym poprzednim krążkiem było jednak trochę problemów. Co tam się dokładnie zadziało?

Koszmar! (śmiech) Nagraliśmy "Sleepless" z Fredrikiem i Henrikiem w Studio Fredman. Później jednak pojawił się problem z naszą wytwórnią. Skończyło się na tym, że musieliśmy wykupić nasz cały katalog - każdy pojedynczy album. Ale ostatecznie to dobrze, bo przynajmniej teraz jesteśmy właścicielami naszej muzyki. No ale był współwłaścicielem mastera - nie mogliśmy go wypuścić, bo za niego zapłacił. No ale z uwagi na to, że same kompozycje należały do nas i to my je napisaliśmy, to mogliśmy nagrać je ponownie. No i tak zrobiliśmy - w studio należącym do naszego przyjaciela. Świetne miejsce, ale ponowne nagrywanie czegoś, co już zarejestrowałeś, w co już włożyłeś kawał pracy i serca to prawdziwy koszmar. Musiałeś ponownie znaleźć w sobie motywację i pasję. Nie było to łatwe.

No właśnie. Jak ponownie odnaleźć w sobie tę motywację?

To było bardzo trudne! Nie polecam nikomu nagrywania po raz drugi! (śmiech)

Więc ta pierwsza wersja pełniła rolę zakładnika? Istnieje, ale nic z nią nie możecie zrobić?

Ciągle ją mamy, ale nie możemy jej wydać. Jest trochę bardziej... Brzmienie jest mocniejsze niż na "Sleepless", które znacie. Ta wypuszczona wersja jest nieco bardziej melodyjna, bardziej klimatyczna, z większą ilością smyczków. Wersja ze studia Fredman... Oni nagrywają więcej heavy metalowych rzeczy. Jest więc duża różnica.

A jak skończyliście ostatecznie pod banderą Napalm Records?

Nie wiem dokładnie jak to z tym było. "Sleepless" został ostatecznie wydany przez nich, więc chyba ktoś nas im przedstawił. Mieliśmy bardzo dobre relacje z jednym gościem od nich. I tak jedna rzecz doprowadziła do drugiej. Myślę, że zajęli się nami bardzo dobrze. Uważam, że jesteśmy też dość wyróżniającym się zespołem z całej ich rodziny. Są bardziej znani z power metalu, czy takich bardziej teatralnych rzeczy. Powiedziałbym: bardziej old-schoolowych. A nas ciągnie ku nowoczesnemu metalcore'owi. Myślę, że zaryzykowali z nami i mam nadzieję, że to się im opłaci - są zadowoleni z tego, że nas mają.

Czy te problemy ze "Sleepless" sprawiły, że nie paliliście się do stworzenia jego następcy? Opadł Wam entuzjazm względem nowego materiału? Jak w The Sisters of Mercy?

Być może. Jak już wspomniałem wcześniej: Jerry i Gabriel opuścili zespół w roku premiery tego albumu. Możliwe więc, to było dla nich zbyt wiele (śmiech). Być może powiedzieli sobie: "nie, mamy dość!" (śmiech)

Zanim w ogóle poznaliśmy szczegóły nowego albumu, to dostaliśmy numer "Heaven". Dlaczego właśnie on?

Myślę, że wybraliśmy ten kawałek, ponieważ od razu słychać po nim, że to Adept. Nie chcieliśmy wypuszczać niczego, co by znacznie odbiegało od brzmienia, z którego jesteśmy znani. Stąd właśnie wybór "Heaven". Poza tym to jedna z tych kompozycji posiadających świetny wstęp. Jest coś na finał, są melorecytacje, uważam, że znakomity refren. No i kocham to wideo! Wyszło bardzo dobrze!

Byłeś pewny entuzjastycznych reakcji na ten numer, czy jednak był stresik?

Nerwy, nerwy, nerwy, nerwy! Pamiętam, że jak udostępniliśmy wideo, to wszyscy siedzieliśmy w barze wpatrzeni w nasze iPhone'y, czytając napływające komentarze. No bo w końcu nie wypuściliśmy niczego od 9 lat! Czy ciągle coś znaczymy? Czy ludzie będą nas pamiętać? Będzie im się podobać ten nowy kawałek? Nasze nowe brzmienie? Był stres, ale ostatecznie większości osób się podobało. Nie widziałem żadnych negatywnych komentarzy, no ale może po prostu obecnie ludzie są mili? Wydaje mi się, że ludziom brakowało czegoś takiego. Starszej szkoły metalcore'a. Tego typu riffów. Myślę, że mamy coś, co ciągle przyciąga ludzi do tego gatunku.

Drugi wypuszczony utwór był już w innym klimacie. Był bardziej emocjonalny i melodyjny. Chcieliście pokazać tę drugą stronę Adept?

A więc, jak już wspomniałem, to była jedna z najnowszych kompozycji. Jest też jedną z naszych najbardziej mainstreamowych. Posiada screamy, jak również nieco rock'n'rollowych breakdownów. Jest bardziej prostsza w formie niż to, co zazwyczaj proponujemy. Myślę jednak, że to był fajny numer do wypuszczenia po "Heaven". Pokazaliśmy nim, że mamy więcej do zaoferowania - mamy więcej środków wyrazów. Myślę, że ludzie podeszli do niego... (w tym momencie Robertowi umiera bateria w laptopie)

--- przerwa ---

No dobra, podejście drugie (śmiech). Mój laptop umarł. To dlatego, że to już ostatni wywiad, a zostawiłem ładowarkę w pracy. Przepraszam!

Słyszałem jak ci się włączyło powiadomienie z systemu Windows, więc spodziewałem się tego! (śmiech) Wróćmy więc do drugiego singla...

Tak, nieco inny klimat. Inne podejście. Pomyśleliśmy, by pójść w coś bardziej bezpośredniego, coś krótszego i prostszego niż zazwyczaj. To jedna z tych kompozycji, które fajnie pokazują ludziom jak brzmimy. Bo czasami jak puścisz komuś numer pokroju "Heaven" czy "Ignore the Sun", to albo im się spodoba, albo nie. A "YOU" to jeden z tych kawałków, który rezonuje z nieco większą ilością ludzi.

No właśnie, a skąd wybór "Ignore the Sun" i "Parting Ways" na kolejne single? Tym pierwszym w ogóle wystartowaliście z pre-orderem płyty.

Nasz menedżer naciskał na "Ignore the Sun", ponieważ bardzo podoba mu się zakończenie tego kawałka. Oczywiście były rozmowy na temat tego, które z utworów będą promowane. Wiedzieliśmy, że do "Ignore the Sun" nie będzie teledysku i że wypuścimy numer, do którego jeszcze teledysku nie mamy. Stworzyliśmy trzy, które na ten moment jeszcze nie są wypuszczone. Do "Ignore the Sun" nie było, ale chcieliśmy coś wypuścić, by o nas mówiono. By ludzie nie stracili zainteresowania wydawnictwem. No i oczywiście uważam, że to utwór, który posiada dużo energii. Przez numer przechodzi taki klasyczny metalcore'owy riff, który napędza słuchacza. Nie mogę się doczekać wykonywania go na żywo!

Współproducentem krążka był Henrik Udd, który ma swoim koncie współpracę z m.in. Bring Me the Horizon czy Architects. Dlaczego postawiliście właśnie na niego? Udzielił Wam jakichś ciekawych rad?

Zawsze udziela nam ciekawych rad! Dodatkowo za każdym razem jak u niego jesteśmy, to gramy na jego PlayStation w "Tony'ego Hawka". Chcę pobić jego rekord! To powód, dla którego go wybraliśmy! (śmiech) Ale tak na serio, to zrobiliśmy z nim cztery z pięciu albumów, więc to już jest tak, że jest częścią rodziny. Czujemy się z nim bardzo komfortowo. Możesz być otwarty w jego towarzystwie. Możesz być szczery odnośnie wszystkich swoich pomysłów. A on stara się sprawić, byś dał z siebie jeszcze więcej. Byś był jeszcze lepszy. Tworzy atmosferę, w której możesz być sobą i, jeśli tego chcesz, możesz się otworzyć. Dlatego jeśli będziemy wypuszczać czy nagrywać nową muzykę, to z pewnością ponownie odwiedzimy Henrika.


Za mastering odpowiada Thomas "Plec" Johansson. Dlaczego właśnie on nadał ostateczny kształt temu albumowi?

Ponieważ słyszeliśmy kilka jego wcześniejszych prac. Henrik puścił nam sporą ilość muzyki, nad którą siedział później Thomas. Brzmiało to tak soczyście, tak dobrze! Dlatego właśnie jego również chcieliśmy mieć na pokładzie.

A co możesz powiedzieć o okładce? Nie ukrywam: przyciąga wzrok!

Myślę, że taki był zamysł. Chcieliśmy, żeby ludzie szybko to wyłapywali z listy na Spotify. Żeby od razu pomyśleli: co to w ogóle za album? Co na nim będzie? Jest bardzo czerwona, no ale w końcu tytuł to "Blood Covenant". To nawiązanie do czasów, w których byliśmy dzieciakami. W których stworzyliśmy ten zespół gotowi podbić muzyczny świat. Przyrzekliśmy, że zawsze będziemy przyjaciółmi. Zawarliśmy pakt. Będziemy najlepszymi kumplami, braćmi w wierze. Pakt spisany krwią. Krwawy sojusz. No ale później zniknęliśmy. Nie zrobiliśmy tego, co sobie obiecaliśmy. Dlatego uważam, że to pasująca nazwa i pasujący niekompletny okrąg. Jest on niemal zamknięty. Postać pośrodku zanika, ale jeszcze nie do końca. W pewnym sensie podkreśla to fakt, że jeszcze nie powiedzieliśmy ostatniego słowa. Jeszcze mamy coś do zrobienia.

"Blood Covenant" to album, na którym znajdziemy ciężkie, niemal heavy metalowe partie, ale także i taki, na którym nie zabraknie emocjonalnych fragmentów. Jakich wydarzeń czy sytuacji dotykasz w warstwie tekstowej?

Jestem dzieciakiem ery emo. Dorastałem przy muzie emo. Dla mnie to jak noszenie serca na dłoni. Trzeba mieć w sobie pasję. Trzeba potrafić śpiewać o zerwanych związkach, marzeniach lub rzeczach, które w jakiś sposób na ciebie wpływają. Mógłbym śpiewać o polityce, ale wolę raczej rozmawiać o polityce niż śpiewać o niej. Chcę śpiewać o czymś, czego doświadczyłem, o czymś, za czym mogę się opowiedzieć. To dla mnie bardzo ważne. Chciałem na tym albumie spojrzeć głębiej wewnątrz siebie i wyciągnąć na powierzchnię rzeczy, które niepokoiły mnie w okresie dorastania. Wiele z nich dotyczyło powrotu do czasów, kiedy miałem problemy w szkole. Jestem niskiego wzrostu i miałem kłopoty z innymi dziećmi w szkole. Znęcali się nade mną i chcieli się ze mną bić tylko dlatego, że wiedzieli, że nie dam im rady. Myślę, że kawałki pokroju "Heaven"... Można go interpretować jak się chce, ale dla mnie była to wizyta u siebie samego jako dziecka, rozmowa ze sobą jako dzieckiem. I nawet wtedy poddałem się. Rozmawiając ze sobą jako dorosły facet. Chciałem mu pomóc, ale nie mogłem. Byłem za słaby. Opowiadam o tym, jak to na mnie wpłynęło. Tak samo z "Ignore the Sun". Na końcu myślę, że nie chcę tutaj już być. Teraz się już tak nie czuję, ale wtedy w szkole przeżywałem naprawdę ciężkie chwile. Dla mnie więc to ważne, by mówić o sytuacjach, których sam doświadczyłem w jak najbardziej szczery i otwarty sposób. Oczywiście nie każdemu coś takiego pasuje. Jest mnóstwo świetnych grup, które zajmują się polityką czy śpiewają o spuszczaniu innym łomotu. Ja jednak skłaniam się ku sprawom bardziej osobistym.

W jednym z wywiadów powiedziałeś, że już nie jesteście tą samą grupą, co wcześniej. Zmieniło się Wasze podejście do grania tras, do występów na festiwalach. Jak byś porównał ten nowy Adept do tego sprzed pandemii?

Zawsze kochaliśmy być częścią Adept i zawsze pielęgnowaliśmy każde wspomnienie z nim związane. Widzieliśmy niejedno i przeżyliśmy razem niejedną szaloną sytuację. Ale to jednak było niczym jakiś konkurs. Niby dla siebie, ale jednak dla innych. Chciałeś mieć najlepsze miejsce na Spotify, chciałeś grać na największych festiwalach, chciałeś mieć największą publikę. No wiesz, tak ważne było dla ciebie ciągłe wchodzenie na kolejne szczeble tej drabiny sukcesu, że zaczynałeś na to wszystko źle patrzeć. A przecież miałeś możliwość robienia tego, co najbardziej kochasz! Mogłeś grać swoje kawałki dla ludzi, którzy chcą ich słuchać. To stało się dla nas czymś oczywistym - widzieliśmy już tylko tę drabinę, na którą chcemy się wspiąć. A teraz cofamy się, by docenić to, jakie mamy szczęście. Jak wdzięczni powinniśmy być, że ciągle gramy po tych 21 latach. Mamy szansę robić to, co kochamy. Kiedy zeszłego roku zrobiliśmy objazdówkę po festiwalach, to cieszyliśmy się każdą chwilą, bo nie wiemy, czy to się kiedykolwiek powtórzy. Cieszymy się każdą sekundą spędzoną na scenie. Myślę, że to jest największa różnica. Bardziej niż wtedy widzimy w graniu pasję, a nie pracę.

Co do tych 21 lat: pod koniec roku zaliczyliście takie spóźnione urodziny, w postaci pełnej trasy. Co tam przygotowaliście dla fanów?

To w ogóle bardzo w stylu Adept by dwudzieste urodziny świętować spóźnieni o rok (śmiech). Oczywiście skupiliśmy się na nowym albumie, który ukazał się na miesiąc przed jej startem. Ale też i nie zabrakło powrotu do staroci - takich naprawdę, naprawdę starych.

A jakie plany na 2026?

Parę rzeczy już jest zaplanowanych. W lutym będą trzy koncerty w Szwecji. A one z kolei łączą się z innymi. No i są już również oferty na sezon festiwalowy. Będą więc pełne trasy. Sporo się będzie w tym roku działo, ale jeszcze nie podaliśmy wszystkich szczegółów.

Czytałem komentarze z 2024 roku po koncercie w Stuttgartcie i okazało się, że było tam też wiele osób z Polski. Może więc wypadałoby ich jakoś nagrodzić koncertem?

Co ty nie powiesz! Naprawdę chciałbym! Nigdy nie graliśmy w Polsce, a zawsze chciałem. Były rozmowy na temat jednego z festiwali. Chyba nawet dostaliśmy ofertę. Nawet jeśli to nie wypali, to i tak chętnie bym przyjechał chociażby do jakiegoś klubu!

Trzymam kciuki! I to wszystko, co przygotowałem! Na koniec poproszę o kilka słów dla naszych czytelników!

Bardzo dziękuję za wsparcie! Przepraszam, że do tej pory nie udało nam się zagrać Polsce. Wiele razy odwiedzałem Wasz kraj przy okazji różnych dni wolnych, ale jeszcze nigdy z zespołem. To piękny kraj ze wspaniałą kulturą. Chciałbym u Was zagrać - nieważne czy w ramach festu czy w warunkach klubowych. Oby się udało!

zdjęcia: Andy Hayball, Pontus Gustavsson, Martin Öberg


Autor: Tomasz Michalski

Data dodania: 16.01.2026 r.



© https://METALSIDE.pl 2000 - 2026 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!