Jeśli byliście na tegorocznym koncercie Machine Head i Fear Factory, to z pewnością zwróciliście uwagę na support w postaci Frayle. Prezentująca tajemnicze, klimatyczne, podchodzące pod gothic metal dźwięki grupa hipnotyzuje - także i w studyjnych warunkach. O tym możemy z kolei przekonać się sięgając po najnowsze dzieło formacji: "Heretics & Lullabies". Płyta ukazała się nakładem Napalm Records z marszu zbierając bardzo dobre recenzje. Gdy pojawiła się okazja, to nie mogliśmy odmówić sobie przyjemności porozmawiania z rdzeniem Frayle. Sean i Gwyn opowiedzieli nam o nowej płycie, współpracy z byłym wokalistą Mushroomhead, oddzielaniu życia prywatnego od tego zawodowego, czy też... błędach, które pojawiły się na pierwszym wydaniu tego nowego krążka. Przyłóżcie głowy do poduszek i zaśnijcie z nami przy dźwiękach kołysanek chaosu!
MetalSide: Cześć! Bez wideo? Bo nie widzę Was.
Sean: Poczekaj, niech no włączę... Coś nie chce działać... Moment. Może trzeba przerwać nagrywanie? Gwyn: Nie, coś tu pisze. Na dole. O tutaj. O, działa! Cześć!
(śmiech) Zacznijmy może od faktu, że całkiem niedawno mogliśmy zobaczyć Was w Polsce. I cóż to był za koncert! Fear Factory oraz Machine Head! Jak się czuliście po jego zagraniu?
Gwyn: To był prawdopodobnie największy koncert w naszej historii - no wiesz, nie licząc festiwali. Energia była niesamowita. Ludzie byli podekscytowani naszym show. Po koncertach lubimy przebywać na stanowisku z merchem, by poznawać nowych ludzi, podpisać jakieś rzeczy czy porobić parę fotek. Nie inaczej było tym razem - bardzo ciepło nas tam przyjęto. Sean: Myślę, że to dla nas nowa publiczność. Byliśmy w Polsce po raz pierwszy. Poza tym fani Machine Head są bardziej metalowi niż typowi fani Frayle. Ale to było wspaniałe doświadczenie. Sala koncertowa była niesamowita. Polska jest niesamowita. A ekipa odpowiadająca za merch, która tam pracowała, spotkała nas ponownie na innym festiwalu zaraz po tym. Od razu się zaprzyjaźniliśmy! To było wspaniałe doświadczenie. Gwyn: Tak, z pewnością!
Wasze pierwsze albumy ukazały się pod banderą Aqualamb Records. "Heretics & Lullabies" to z kolei debiut pod skrzydłami Napalm Records. Jak trafiliście do tego wydawcy?
Sean: Odezwali się do nas ponad rok temu i akurat był to odpowiedni moment. Zastanawialiśmy się nad tym, co zrobimy na naszej następnej płycie. Nie wiedzieliśmy, czy nagramy wszystko sami i w ogóle. Nastawiliśmy się na to, że prawdopodobnie będziemy współpracować z Lay Bare w Europie. To była nasza pierwsza wytwórnia, z którą kiedykolwiek współpracowaliśmy. No ale tak naprawdę to niczego jeszcze nie wiedzieliśmy. To była kwestia rozmowy. Pewnego ranka otrzymaliśmy wiadomość e-mail od Sebastiana. Nasz menedżer współpracował z Napalm w przeszłości i tak to się po prostu potoczyło. Teraz nie wyobrażam sobie, żebyśmy nie współpracowali z Napalm, ponieważ to świetna wytwórnia i świetny zespół. Rozmawiamy z nimi codziennie. Jest zajebiście.
Revolver Magazine nazwał Was zespołem, który trzeba obserwować. Tak samo Knotfest. To taka dodatkowa motywacja, coś miłego dla ucha, czy może rzeczywiście przełożyło się to na wzrost zainteresowania Frayle?
Sean: Nie wiem. Myślę, że musisz zapytać o to Napalm. Dla nas to ekscytujące, że ludzie dostrzegają to, co robimy. Tak naprawdę nie pasujemy do żadnego gatunku, nie? Trudno nas więc wrzucić do jednej lub drugiej szuflady. To z kolei sprawia, że prasie i nowym fanom może być trudniej nas zrozumieć. Ale mimo to fajnie jest obserwować rozwój i reakcje typu: "Nie wiem, co to jest, ale po prostu nam się podoba", prawda? To całkiem spoko. Gwyn: (śmiech)
W zasadzie sami zbudowaliście markę Frayle. To wy odpowiadacie za cały image, za zdjęcia i teledyski. Nigdy nie chcieliście, by spojrzał na to wszystko ktoś inny? No wiesz: z innej perspektywy?
Sean: Cóż, zarówno Gwyn, jak i ja uczęszczaliśmy do szkoły mody, więc oboje zostaliśmy wyszkoleni w zakresie wyrażania siebie za pomocą środków wizualnych. Jeśli chodzi o zespół, muzyka jest najważniejsza, ale nie czujemy, że jest kompletna, dopóki nie zaspokoimy naszej potrzeby twórczej ekspresji. Musimy też wyrazić się wizualnie. Myślę, że właśnie w tym miejscu znajduje się obecnie Frayle - to swego rodzaju organiczny proces, w którym po prostu pojawiają się pomysły i wszystko, co nam się podoba. Mamy oczywiście mnóstwo pomysłów, które nie są dobre, z których nie wiemy, co wyjdzie. No ale do tej pory tak to działało. Jak na ironię, skoro zadałeś to pytanie, dziś wieczorem kręcimy teledysk, w którym połowę materiału kręcimy sami, ale po raz pierwszy pozwalamy dużej firmie produkcyjnej nakręcić dla nas część materiału. Będzie ciekawie zobaczyć, jak to wyjdzie. Jestem trochę podekscytowany, że nie będę musiał trzymać kamery i będę mógł skupić się tylko na występie (śmiech). Zobaczymy. Ale tak, jak dotąd wszystko robiliśmy sami.
Który kawałek został wybrany do tego wideo?
Gwyn: "Souvenirs of Your Betrayal". Jest to utwór, który moim zdaniem nie jest typową kompozycją, której się słucha myśląc: "O mój Boże, to jest singiel". Jest to jednak utwór, który, jak sądzę, prześladował Seana oraz mnie i którego nie możemy wyrzucić z głowy. To dla nas ważna, łamiąca serce kompozycja. Bardzo chcieliśmy, żeby zwrócono na nią nieco większą uwagę, ponieważ dla naszej dwójki jest wyjątkowa. Sean: Myślę, że posiadający swój duży kanał YouTube oraz wielką platformę Napalm weźmie tyle klipów ile tylko będziemy w stanie zrobić. A że lubimy wyrażać siebie w taki sposób, to pewnie dalej będziemy je kręcić (śmiech).
Aaron Chaparian pełnił rolę producenta "Heretics & Lullabies". Dlaczego to właśnie jego wybraliście? Co wniósł do świata Frayle? No bo w końcu to Sean zajmował wcześniej to stanowisko.
Sean: To świetne pytanie. Na początku miałem obawy przed zatrudnieniem producenta. Nasz menedżer sugerował takie rozwiązanie. Także Gwyn to sugerowała. Ale, wiesz, trudno jest oddać kontrolę. Więc porozmawialiśmy z kilkoma producentami, z których niektórzy mieli na koncie duże projekty. Ale po prostu nie czuliśmy tej właściwej chemii. A potem porozmawialiśmy z Aaronem i od razu się dogadaliśmy. Wydawał się odpowiedni. Gwyn: Rozumiał co chcemy osiągnąć. Rozumiał swoje zadanie. Sean: Tak (śmiech). To było niesamowite. Pojechaliśmy do New Jersey, gdzie dzieli studio ze swoim kolegą, Shanem Stantonem, który jest po prostu niesamowitym inżynierem dźwięku perkusji. Nagrywaliśmy ścieżki bębnów przez tydzień, a potem spakowaliśmy wszystko i wróciliśmy do naszego studia, gdzie dokończyliśmy partie wokalu, gitar i basu. Następnie wysłaliśmy Aaronowi utwory, by je zmiksował. Mogliśmy więc po prostu usiąść i posłuchać nie tylko jego miksów, ale także tego, jak udało mu się zachować organiczne brzmienie perkusji. Bardzo ważne było dla mnie to, aby brzmiało to wszystko bardziej jak płyta z początku XXI wieku niż taka współczesna. Uważam bowiem, że dzisiejsze płyty są czasami zbyt "komputerowe". Za dużo cyfrowych bębnów, a za mało duszy. Bardzo mi na tym zależało. Ale on również, wiesz, poszedł o krok dalej. Dodał też sporo syntezatorów dla klimatu. Następnie pozwolił sobie na pewną swobodę twórczą, na przykład w naszej wersji utworu "Summertime Sadness", gdzie przed pierwszym refrenem jest pauza. Zrobił to sam i wysłał nam, a my pomyśleliśmy: "O mój Boże, to jest niesamowite". Wniósł więc naprawdę wiele do tego projektu i chcielibyśmy z nim ponownie współpracować w przyszłości. Okazało się, że była to właściwa relacja we właściwym czasie.
Na płycie usłyszymy grę Jona i Jasona, czy jednak wszystko nagraliście sami?
Sean: Nagraliśmy wokale, gitary, bas, niektóre syntezatory, a potem wokale J Manna - Jasona Popsona. Nagraliśmy to w naszym studiu - w naszym domu. A potem, no wiesz, Aaron i Shane nagrali perkusję, ale Aaron sam zmiksował i zmasterował wszystko.
Czyli Jon i Jason są tylko częścią koncertowego składu Frayle?
Sean: Ach, rozumiem. Bo widzisz, na tej płycie na perkusji grał inny John: John Morgan, z którym grałem wcześniej w innych zespołach i zawsze miałem nadzieję, że znów będziemy mogli razem pracować. Los nam sprzyjał i udało nam się nawiązać ponowną współpracę. Ja natomiast grałem na basie i gitarze. Mamy nowego basistę, Tima Longa, który pojechał z nami do Europy i będzie z nami podczas naszej następnej trasy po Ameryce Północnej, która rozpocznie się za kilka dni. Myślę więc, że skład się powoli kształtuje, ale John Morgan nie będzie mógł pojechać. Mamy więc innego perkusistę, Alexa, który jedzie z nami. U nas działa to tak, jak ludziom pasuje. Tak właśnie to zorganizowaliśmy. Głównymi kompozytorami jesteśmy zawsze ja i Gwyn. A potem, wiesz, kiedy jesteśmy w trasie i mamy coraz więcej zajęć, chodzi po prostu o to, kto może sprawić, że trasa się odbędzie.
A co się w ogóle stało po "Skin & Sorrow", że odeszli Pat, Eric i Elliot?
Sean: Elliot odszedł pierwszy. Myślę, że po prostu nie mógł wziąć urlopu w pracy, żeby brać udział we wszystkich sesjach, jak np. kręciliśmy teledyski. Zaczęliśmy być wówczas coraz bardziej zajęci. I wydaje mi się, że tak naprawdę u Pata i Erica było podobnie. Chodzi o to, że jak zajmowaliśmy się czymś, to wyjeżdżaliśmy na jakieś trzy tygodnie. A kiedy masz pracę na pełny etat, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, to masz tylko około dwóch tygodni urlopu. I oczywiście chcą spędzić ten czas z rodziną. Ich żony byłyby bardzo niezadowolone, gdyby po prostu uciekli z zespołem zostawiając je i dzieciaki (śmiech). Przejście od zespołu, który walczy o przetrwanie, do zespołu, w którym można zarabiać pieniądze jest trudne. My jeszcze nie jesteśmy na tym etapie. Bardzo trudno jest znaleźć ludzi, którzy mają pracę zdalną, odpowiednią pracę, którą mogą wykonywać w trasie i tak dalej. Myślę, że w przypadku Erica i Pata chodziło bardziej o to niż o cokolwiek innego.
Nową partię muzyki zapowiedzieliście cytatem Chimamandy Ngozi Adichie. To autorka bliska Waszemu sercu? Jej prace zainspirowała w jakiś sposób teksty utworów?
Gwyn: Myślę, że zdecydowanie wpłynęło to na "Summertime Sadness"... Przepraszam, co ja gadam: "Walking Wounded". Wiesz, jako kobieta krocząca przez męski świat czasami czujesz się uciskana. Ten dokładnie cytat szczególnie do mnie trafia - to, jak musimy robić się... mniejsze. Zdecydowanie wpłynęło to na tę piosenkę. Myślę, że to po prostu jedna z tych rzeczy, które masz gdzieś z tyłu głowy będąc kobietą. Nie zawsze o tym mówisz. Jestem bardzo silną feministką i, wiesz, nie uważam, żeby istniał jakikolwiek powód, dla którego ktokolwiek miałby być uważany za gorszego od innych.
Okładkę nowego albumu nazwałaś kulminacją. Co oznacza ta transformacja, którą obserwowaliśmy na każdej kolejnej okładce Frayle?
Gwyn: Zaczęliśmy od "The White Witch", pierwszego mini-albumu, który wydaliśmy z Seanem. Okładka przedstawia ją z zakrytymi ustami. Jest zakneblowana. Myślę, że to również ma wiele wspólnego z feminizmem. Następnie przeszliśmy do "1692", gdzie jest nieco poobijana. Ona, no wiesz, klęczy. Patrzy, szuka odpowiedzi. Sean: Przepraszam, coś masz we włosach. Już to zabieram! Gwyn: (śmiech) "Skin & Sorrow". No wiesz, zajmuje się własnymi sprawami (śmiech). Opłakuje, ale nie jest smutna. Widać to po jej twarzy - jest zadowolona. Na tej nowej wzniosła się do rangi, no wiesz, czegoś w rodzaju bóstwa. I obdarza błogosławieństwami tych, którzy na nią patrzą (śmiech). Sean: Tak. I nie uważam, że ta kulminacja to koniec. Nie, to po prostu wyniesienie. Gwyn: Tak, dokładnie. Będzie ciąg dalszy.
W pierwszym wydaniu "Heretics & Lullabies" pojawił się pewien błąd. Jak dużo kopii go posiada i czy to było coś, co zauważyliście od razu, czy dopiero po jakimś czasie?
Gwyn: (śmiech) Sean: (śmiech) Och nie, po pewnym czasie. Zorientowaliśmy się około tydzień temu. Nie wiem więc, ile egzemplarzy wyszło, ale każdy z nich posiada ten błąd. Każda płyta CD. I myślę, że to była moja wina, po tym jak się w to zagłębiłem. Layout zaprojektował nasz przyjaciel, Ron Kretsch, który zrobił tekst... Ale to zdecydowanie nie była jego wina. To Sean ponosi winę za przekazanie grafiki w takiej formie. A ja dodatkowo błędnie napisałem jeszcze imię perkusisty w środku. Gwyn: (śmiech) Sean: Również w każdym teledysku, który nakręciliśmy, w napisach końcowych jest błąd ortograficzny. Mam zakaz pisania! (śmiech) Mamy więc nadzieję, że to pierwsze wydanie z wszystkimi błędami ortograficznymi będzie kiedyś warte znacznie więcej (śmiech).
Poprzedni album nosił tytuł "Skin & Sorrow", ten najnowszy: "Heretics & Lullabies". To nowa tradycja w nazywaniu krążków? A może te dwa wydawnictwa są ze sobą powiązane?
Gwyn: Nie, nie są one ze sobą połączone. Wahaliśmy się. Chciałam nazwać ten album "Kołysankami dla heretyków", ale no wiesz: spotkałam się z weto (śmiech). Ale myślę, że "Heretycy i kołysanki" wiele mówi o tym, kim naprawdę jesteśmy. Jest w tym element heretycki, ale jest też część kołysankowa. Mamy więc bunt przeciwko systemowi i kołysankę kładącą cię do snu. Myślę, że to bardzo dobrze oddaje to, kim jesteśmy. "Skin & Sorrow" to po prostu... Wiesz, czasami po prostu zdarza się, że coś utkwi w mojej głowie. Cała koncepcja tego albumu utkwiła mi w głowie od czasu poprzedniego albumu. Być może więc rzeczywiście w jakiś sposób są one powiązane (śmiech). Ale "Skin & Sorrow" obracało się po prostu wokół pomysłu wielkiej straty. Wiesz, wszystkiego, przez co czujesz się tak, jakbyś był pusty w środku. Wszystko, co ci pozostało, to twoja skóra i smutek.
Wasze utwory są mocne i klimatyczne, a jednocześnie piękne, delikatne, oniryczne. Jakie elementy musi posiadać kompozycja, by można ją było nazwać mroczną kołysanką lub jak sami mówicie: "kołysanką chaosu"?
Gwyn: Cóż, zawsze powtarzamy, że nasza muzyka musi zawierać dwa elementy. Musi być ciężka i musi być przerażająca. Jeśli więc słuchamy czegoś, co napisaliśmy, a nie ma w tym żadnego z tych elementów, to to wyrzucamy. Myślę więc, że są to dwie najważniejsze rzeczy, które, no wiesz, wiemy, że muszą znaleźć się w piosence. Myślę, że czasami Sean decyduje, że chce zrzucić całą odpowiedzialność za przerażający klimat utworu na mnie (śmiech). Ale piosenka musi być przerażająca sama w sobie, a mój wokal lub cokolwiek innego może być tylko dodatkowym elementem. Sean: Dalej nie chce mi się w to wierzyć (śmiech). Gwyn: Przepycha swoją wersję (śmiech). Sean: Kompozycja Frayle jest wynikiem tego, że nie wchodzimy sobie w drogę. Ja zajmuję się gitarą i muzyką sam. A potem ona dołącza się później i ogarnia wokal. Tak naprawdę nie wchodzimy sobie w drogę. Im więcej dajemy sobie nawzajem swobody, tym bardziej staje się to ciężkie i delikatne. Staje się bardziej ekstremalne i kontrastowe. Jeśli zbytnio staramy się współpracować, to staje się to rozwodnione i zamglone. Wiesz, jest zbyt wielu kucharzy w kuchni. Więc po prostu robimy to osobno i to jest właśnie Frayle.
Gwyn śpiewa zupełnie inaczej niż inne wokalistki. Ma bardzo spokojny, niemal szepczący głos - jakże pasujący do kołysanek. Ciężko jest się nie dać ponieść emocjom podczas koncertów?
Gwyn: Och, śpiewanie na żywo jest trudne z wielu powodów. Chodzi o to, że chłopacy są bardzo głośni, nie? To część tej muzyki. Bardzo trudno jest mi się więc słyszeć. To jest ta trudna część. Są utwory, których nie wykonuję na żywo, ponieważ czuję, że nie byłabym w stanie ich wykonać. Jedną z takich kompozycji jest "Skin & Sorrow". "Perfect Wound". Być może "Souvenir of Your Betrayal" - jej jeszcze nie próbowałam. Nie wiem, czy będę w stanie zaśpiewać tę piosenkę na żywo. Wszystkie moje teksty są bardzo osobiste, a niektóre z nich są po prostu zbyt bliskie, żebym mogła je wykonać na żywo. Wiesz, nie mogąc zejść ze sceny, popłakać przez 10 minut i wrócić (śmiech). Tak, zdecydowanie są pewne piosenki, których unikałabym na żywo.
A co możesz powiedzieć o numerze "Monsters"?
Sean: "Monsters" czy "Demons"? Bo "Monsters" jest z "1692". Na "Demons" Gwyn śpiewa: "I'm a fucking monster".
Tak, "Demons"! Świetny kawałek!
Gwyn: Kiedy nagrywaliśmy tę piosenkę, pomyślałam, że jest zajebista. Często, kiedy piszę teksty, jest to dla mnie trudne, ponieważ próbuję wyrazić to, co chcę powiedzieć. Ale chcę, żeby było to elokwentne, żeby się rymowało - jest to dla mnie pewnego rodzaju wyzwanie. W tym przypadku wszystko po prostu płynęło, a kiedy pomyślałem "I'm a fucking monster", pomyślałem "o mój Boże, to jest idealne!". Bo tak właśnie działa mój umysł, czasami czuję się, jakbym walczyła z demonami. Mówią mi, że jestem leniwa i nie jestem tego warta, a wtedy muszę sobie przypomnieć, że jestem silniejsza niż te myśli. Jestem silniejsza niż te demony. I pomyślałam, że jestem pieprzonym potworem, który może pokonać to wszystko. To była zdecydowanie jedna z tych moich piosenek, z których byłam bardzo podekscytowana po napisaniu. Sean: Tak, to ma sens, bo żeby pokonać wszystko, co cię dręczy psychicznie, trzeba być silniejszym i może nazwać to po imieniu, niezależnie od tego, czy jest to niepokój, strach czy niepewność. Wstań, nazwij to np. Fred, a potem powiedz: "Hej, Fred, będę silniejszy od ciebie". Ale dla Frayle bardziej pasuje, by nazwać te rzeczy demonami a ją potworem. Uważam, że to całkiem fajny pomysł, aby wzmocnić się w celu pokonania problemów psychicznych, które możesz mieć.
Na płycie znajdziemy także cover. Dlaczego wybraliście "Summertime Sadness"? Muszę przyznać, że to kawałek, który nawet w tej swojej popowej wersji niesie pewny ładunek melancholii.
Gwyn: Tak, Lana jest dla mnie królową melancholii. Jej głos sam w sobie niesie ze sobą tyle smutku - jest bardzo mocny. Dla mnie to był naturalny wybór. Kiedy decydujemy się nagrać cover, zazwyczaj wybieramy kilka utworów, a potem je przebieramy - sprawdzamy, czy się coś nada. Następnie robimy demówki tych, co do których mamy najsilniejsze przeczucia. Na początku Sean grał początek trochę zbyt blisko oryginału i wydawało się to zbyt bezpieczne. Porozmawialiśmy o tym i usunął wszystko... Ty lepiej opowiedz. Sean: Wyciszyłem wszystko oprócz perkusji oraz wokalu i grałem na gitarze, nawet nie zastanawiając się nad tym, jak brzmiała oryginalna piosenka. Chciałem po prostu zagrać coś, co pasowałoby do tego, co się działo. To jest inna tonacja, inne nuty i tak dalej. To jeden ze sposobów, w jaki rozkładamy utwory na części, kiedy je coverujemy i próbujemy uczynić je naszymi własnymi. By zobaczyć, ile zmian możemy wprowadzić. Czasami jednak nie trzeba zmieniać przebiegu utworu. Te nuty są takie same, ale są po prostu cięższe. Czasami nie zdajesz sobie sprawy, że takie lekkie piosenki mają w rzeczywistości ciężkie nuty. Kiedy to zrobiliśmy, a Aaron wstawił tam pauzę, wszystko po prostu wskoczyło na swoje miejsce. Wiedzieliśmy, że to jest ta piosenka - dla nas. Zrobiliśmy to w tej samej tonacji co Lana Del Rey. Muzyka jest inna, ale jeśli chodzi o wokal, to jest to ta sama tonacja i bardzo podobne tempo. Na wypadek, gdyby Lana Del Rey znalazła się w tym samym pomieszczeniu i chciała wyjść z nami na scenę. Bardzo łatwo byłoby jej zaśpiewać tę piosenkę (śmiech).
Dodatkową warstwę wokalu położył Jason Popson - TEN wokalista Mushroomhead. J Mann stanie się większą częścią świata Frayle czy to tylko taki gościnny występ?
Sean: Współpracowaliśmy z nim już wcześniej przy naszym pierwszym pełnym albumie. Jest on naszym dobrym przyjacielem i, no wiesz, mieszkamy w tym samym mieście. Tak się po prostu złożyło. Myślę, że jest jednym z najlepszych wokalistów na świecie. Współpraca z nim jest po prostu niesamowita. To szaleństwo mieć go w studiu, próbować różnych rzeczy i słuchać, co z niego wychodzi - jak agresywne to jest. Jest po prostu świetnym facetem, więc myślę, że... Chciałbym zabrać go w trasę. Nie sądzę, żebyśmy byli jeszcze gotowi, żeby mieć większą ekipę, ale fajnie byłoby mieć go w trasie i może bardziej go zaangażować. Bo to wartość dodana. Tak jak Gwyn niesamowicie śpiewa swoje kołysanki, tak wokale Popsa schowane pod nimi wyzwalają tę agresję. Uważam, że to świetne, ponieważ wzmacnia piosenkę od strony chaosu. Byłbym za tym, by go zabrać - a on prawdopodobnie czuje to samo. Mam nadzieję, że może tak się stanie. Gwyn: Tak, myślę, że to świetne uzupełnienie. Tacy jesteśmy. Za każdym razem, gdy możemy to uchwycić w piosence, jestem super podekscytowana. Sean: Dodatkowo jest prawdziwym profesjonalistą przy kręceniu teledysków. Wystarczy, że spojrzy w kamerę i już jest świetnie (śmiech).
Zachęcaliście fanki Frayle, by na wasze koncerty przyszły w starych sukniach ślubnych. Jaki był odzew? No i jaka nagroda na nie czekała?
Sean: Cóż, nie zdradzimy, jaka jest nagroda, ponieważ jest to ściśle tajne. To coś wyjątkowego, coś, co stworzyliśmy specjalnie dla naszych "ofiar". Ale były przypadki zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Europie. A suknie ślubne to nie jest mała rzecz, wymaga to dużo pracy, aby je zdobyć i, wiecie, założyć je na koncert. Ale potem fajnie jest po prostu spędzić z nimi trochę czasu i zrobić zdjęcia, bo czujemy się prawie tak, jakby w klubie ożył jeden z naszych teledysków. Fajnie było widzieć coś takiego. Nie mogę się doczekać, by zobaczyć jak to się rozwinie. Przed nami trasa po Stanach Zjednoczonych, więc mam nadzieję, że zobaczymy więcej "ofiar".
Na scenie tworzycie Frayle, w prywatnym życiu: parę. Jak oddzielić życie prywatne od pracy? Jak np. nie przenieść emocji po kłótni na scenę?
Sean: Cóż, myślę, że dobrze nam wychodzi... Jesteśmy razem już od jakiegoś czasu, więc zdarzają się między nami sprzeczki, jak w każdym związku, ale myślę, że publicznie dobrze nam wychodzi naciskanie tej pauzy. Gwyn i ja ćwiczymy każdego dnia. Ćwiczymy z zespołem, zazwyczaj raz w tygodniu. Te codzienne próby mogą czasami być nieco pikantne (śmiech). Ale myślę, że po prostu dobrze się przy tym bawimy i nie jest tak, że przeszkadzamy sobie nawzajem w kreatywności. Nie ma między nami wiele animozji, nie chodzę po domu z miną w stylu: "Ona wygrała tę dyskusję o tym, która część trafi do piosenki, i teraz przez lata będę się na nią złościł". Nie pojawia się nic takiego w tym temacie. Myślę, że to po prostu dlatego, że nie wchodzimy sobie w drogę i wiemy, jak ze sobą współpracować. To jest, no wiesz, ciężka praca dla nas obojga, więc w większości przypadków pozostaje to poza procesem podejmowania decyzji. Myślę, że szanujemy się nawzajem. Ale to praktyka czyni mistrza. Parę razy się zdarzyło, że jedno z nas musiało wyjść (śmiech). Gwyn: Tak, ale myślę, że jesteśmy profesjonalistami i, no wiesz, to jest coś, co kochamy i co jest niezwykle ważne dla nas obojga. Myślę więc, że chronimy to za wszelką cenę. Za każdym razem, gdy musimy wyjść na scenę lub nakręcić teledysk, odkładamy to na bok i robimy to, co musimy zrobić. Sean: Oboje mieliśmy kiedyś własne firmy, jak również własny biznes. Kiedy masz własną firmę, masz inne podejście do wykonywania swojej pracy, ponieważ, że tak powiem, jesz tylko to, co sam upolujesz. Więc jeśli chodzi o zespół, podchodzimy do tego naprawdę poważnie, ponieważ nie można po prostu płakać jak w telenoweli. Wtedy biznes nie będzie się rozwijał. Myślę, że to doświadczenie prawdopodobnie bardzo nam pomaga. Założę się, że gdybym nie miał własnej firmy lub Ty byś nie miała, to być może byłoby więcej kłótni. Ale myślę, że nauczyliśmy się chronić to, co nasze, zanim się poznaliśmy. Myślę więc, że to zmienia sposób, w jaki czasami postrzegasz pewne rzeczy.
Powoli zbliżamy się do końca tego wywiadu, więc małe pytanie do Seana. Przeglądałem sobie fotki z ostatnich występów i nie umknął mi fakt, że coś się zmieniło. Opowiedz o tym swoim nowym tatuażu!
Sean: Tym na ręce?
Nie, nie! Na szyi!
Sean: Podczas trasy po Europie... Wiesz, teraz nosimy maski na scenie, co jest super zabawne. Fajnie jest wcielić się w tę postać. Ale jedną z rzeczy, które robimy, jest malowanie szyi na czarno - szyi, nadgarstków i innych części ciała. Pomyślałem sobie, że może po prostu zrobię sobie tatuaż i nie będę musiał tak często malować. Poza tym bardzo podoba mi się to, że w pewien sposób wydłuża szyję. Jako projektant mody lubię bawić się proporcjami i uważam, że czarna szyja wygląda fajnie. Nie chciałem mieć całkowicie czarnej, ale pomyślałem, że czemu by nie zrobić sobie tatuażu. Tak naprawdę to wszystko. Myślę, że po prostu podoba mi się to, jak to wygląda. Mam septagram, który często pojawia się w naszej muzyce i ma wiele, no wiesz, różnych znaczeń dla różnych ludzi. Dla mnie oznacza po prostu bycie otwartym na to, co jest tam, jeśli chodzi o duchowość, artystyczną kreatywność, osobowość, no wiesz, bycie człowiekiem, który zawsze stara się rozwijać. Jest w tym też coś z kobiecej energii - co jest ważną częścią mojego życia, bo nie jestem typem macho. Chociaż nadal mógłbym uratować Gwyn, gdyby wybuchł pożar, ale... Gwyn: On cały czas o tym gada! O tym, że gdyby wybuchł pożar, to on byłby w stanie mnie wynieść, ale ja jego nie! Cały czas się tym martwi! Sean: Ostatniej nocy powiedziała, że widziała jakiś filmik instruktażowy i chyba dałaby radę. Gwyn: Tak, teraz bym potrafiła! Sean: Musimy poczekać do zakończenia trasy żeby sobie nie uszkodziła pleców. Bo ciągle nie wierzę w to, że jej się uda. Wracając do tatuażu: czuję się z nim dobrze i zamierzam dalej to robić. Bo to prawie jak noszenie ulubionej koszuli. To jak projektowanie ubrań: "o, to jest fajne!". Tak się właśnie czuję - tatuaże sprawiają, że czuję się dobrze.
I to by było na tyle! Dzięki za poświęcony czas! Bawcie się dobrze podczas kolejnych rozmów!
Gwyn: Dziękujemy! Fajnie się z Tobą rozmawiało! Sean: Jak będziemy w Polsce, to zapraszam na nasz koncert! Wpadnij i się przywitaj!