N.Y.C. to amerykańska grupa stworzona przez Tommy'ego Bolana - gitarzystę, którego fani heavy metalu znają z Warlock oraz Doro. W jego nowym projekcie wspierają go basista Steve Unger (ex-Metal Church) oraz perkusista Stet Howland (ex-Metal Church, ex-W.A.S.P.). Na swoim pierwszym wspólnym albumie - "Built to Destroy" - muzycy nie biorą jeńców dostarczając porcję mocnego, agresywnego heavy metalu. Dzięki Adrenalizing Media mieliśmy okazję uciąć sobie długą pogawędkę z Tommym. A że jest z niego niezła gaduła, to wyciągnęliśmy ile tylko się dało! O grupie N.Y.C i jej debiucie, o poprzedniej grupie N.Y.C. i jej nieco zapomnianej płycie, współpracy z perkusistą Ramones, przyjaźni z Chrisem Holmesem... Trochę tego będzie, więc przygotujcie sobie kawę i ciasteczko!
MetalSide: Cześć!
Tommy Bolan: Cześć! Co słychać, stary?
Wszystko ok? Nie ma problemów z dźwiękiem?
Wszystko gra!
No to zaczynajmy! Ostatnio świat muzyczny stracił Ace'a z KISS. Kiedyś wspomniałeś, że to dzięki koncertówce "Alive!" postanowiłeś sam zostać muzykiem. Jak dużą inspiracją był dla Ciebie ten artysta? Miałeś okazję spotkać go na żywo?
Nigdy nie spotkałem go osobiście, ale byłem kiedy odciskał dłonie w Guitar Center. Tutaj w Hollywood. Zostałem zaproszony na tę uroczystość, ale było tak dużo ludzi, że widziałem go tylko z daleka. Istne szaleństwo. Tego dnia pośmiertnie wprowadzono również Erica Carra. To była taka pierwsza prawdziwie heavy rockowa gitara jaką usłyszałem. To niemal jak pierwszy język którego się uczysz. I zasadniczo nawet gdy zaczęły pojawiać się wszystkie artykuły i hołdy, zdałem sobie sprawę, że ciągle potrafię śpiewać w głowie jego solówki. Utkwiły mi one we łbie. Podobnie zresztą jak jego styl. Jego solówki idealnie pasowały do utworów. Zawsze grał dla nich - bardzo to doceniałem. Wywarł na mnie ogromny wpływ jeśli chodzi o to jak poszedłem naprzód kształtując się jako gitarzysta.
Na Twoim nowym albumie słychać wyraźnie, że heavy metal płynie w Twoich żyłach. W końcu w 1987 roku byłeś członkiem zespołu który dał nam klasyczny "Triumph and Agony". Jak patrzysz na te lata spędzone z Warlock? Dlaczego ta przygoda była tak krótka?
Cóż, jestem bardzo dumny ze wszystkiego co zrobiłem z Warlock. Mój poprzedni zespół - Armed Forces - cieszył się pewnym zainteresowaniem. Warlock to było jak pierwsze prawdziwe wejście do tego świata no bo wiesz, chociażby największy koncert do tej pory. Warlock trafił na idealny moment. Byłem w Nowym Jorku, Doro zaczęła współpracować z producentem Joey'em Balinem który produkował również mój zespół. I wtedy po prostu pojawiła się chemia, elektryczność. No wiesz, po prostu się zgraliśmy. Jestem więc niezwykle dumny z tego wszystkiego. A jeśli chodzi o to dlaczego trwało to tak krótko? Wiesz, był to album który wywarł największy wpływ na Warlock. "Triumph and Agony" to krążek do którego porównywano później wszystko inne. Jestem z tego dumny ponieważ są to świetne utwory. Zawsze opowiadasz tę samą historię, że "zbyt wielu kucharzy w kuchni", to czy tamto, a później sam się zastawiasz: no ale co się właściwie stało? Myślę, że w tym momencie to tylko takie rozmowy branżowe. To po prostu jedna z tych rzeczy które się zdarzają, gdy zbyt wiele osób zaczyna mówić o tym samym w tym samym czasie. Ale powrót do grania tych kawałków z przeszłości był świetny. Wspaniale było zagrać na żywo kawałki z "Triumph and Agony".
No właśnie: po latach ponownie stanąłeś na scenie z Doro. Jak doszło do tego małego "reunionu"?
Cóż, mniej więcej w 2015 roku zagrała kilka koncertów w Stanach, w tym w Los Angeles. Po prostu wziąłem whiskey i podskoczyłem. Nadal można poczuć tę chemię i reakcje fanów. Niektórzy ludzie naprawdę kochają tę płytę co oczywiście mnie cieszy - było to widać. Kiedy przechodziłem przez tłum to ludzie mnie zaczepiali. Od lat nie słyszałem nazwy Warlock wypowiadanej w ten sposób. Pojawiła się ta chemia. Potem gdy zbliżała się 30. rocznica wydania albumu po prostu zadzwoniła do mnie i powiedziała: "Hej, odezwij się do mnie. Mam pomysł". I zanim się zorientowałem grałem na festiwalu Sweden Rock i Norway Rock, trasa po Ameryce. Grałem na "Forever Warriors" i zacząłem grać na Wacken. To wszystko dlatego, że ona ma już ugruntowaną pozycję. Wszystko mają ogarnięte i po prostu dają czadu. Więc fajnie było po prostu wskoczyć na wybrane koncerty. Później wyszedł "Triumph and Agony - Live". Fani to kupili, bo to trochę tak jakby do składu wrócił weteran. Byłem bardzo zadowolony z reakcji. To było wyjątkowe: słyszeć jak fani śpiewają te piosenki. Nawet kiedy wróciliśmy i zagraliśmy na Sweden Rock. Bo wiesz, "Triumph and Agony" nigdy nie było grane w całości. Więc zagraliśmy utwory które nigdy wcześniej nie były grane na żywo. Niektórzy fani których spotkałem, byli naprawdę wzruszeni - chociażby na Monsters of Rock. Ten album tak wiele dla nich znaczył, że czuję się tym naprawdę zaszczycony. Cieszę się, że tak wiele dla nich znaczył. Myślę o albumach które tak bardzo kocham i nawet nie porównuję się porównać się do tych ludzi. Po prostu mówię, że wiem jak to jest przywiązać się do płyty i naprawdę ją zużyć. Każde uderzenie kostką, każdy dźwięk gitary i wszystko inne. Więc fajnie było wrócić do grania. Tak, to były dobre czasy...
Ten nowy album nazywasz debiutem. Jaka w takim razie historia kryje się za poprzednią grupą o tej samej nazwie? W końcu mieliśmy EP, a później album "Zyko" z Chazem Peasem i Stowem St. Pierrem.
Facet odrobił swoją pracę domową! (śmiech) Mamy do czynienia ze świadomym konsumentem! (śmiech) On wie! (śmiech). N.Y.C. to zespół który ja założyłem - to mój projekt którego były różne wersje. "Zyko" to album który nagrałem wiele lat temu. Ale teraz, ta obecna wersja to co innego. Inne gatunek... Przede wszystkim muszę powiedzieć, że to zupełnie inna energia. Oczywiście jestem dumny ze wszystkiego co kiedykolwiek zrobiłem. Jeśli coś wydaję to jestem tego pewny. Nie wydaję rzeczy które mi się nie podobają. Nie szukam łatwej kasy czy tego typu bzdur. Muszę to lubić. Wiesz, kiedy byłem zajęty graniem albumu o którym mówisz w moim życiu działo się wiele rzeczy. Później pewny zmiany zaszły w samym Nowym Jorku. Zacząłem grać z Richiem Ramonesem z Ramones. Potem ktoś inny wtrącił się w moje życie. Potem powrócił kontakt z Doro. A potem miałem kilka innych pobocznych projektów. A potem pojawiła się okazja do współpracy z Markusem - moim menedżerem, którego miałeś okazję poznać. Stworzył tę całą machinę i pozwolił bym to ja nią sterował, zapewniając wiele aspektów niezbędnych do działania na tym poziomie. Byłem już zaprzyjaźniony ze Stetem Howlandem i Steve'em Ungerem - sekcją rytmiczną z piekła rodem. To wszystko dlatego, że koncertowaliśmy z Warlock podczas trasy Metal Church. Więc po prostu powiedziałem im: "Hej, uruchamiam coś takiego. Zadzwonię do was". No i zadzwoniłem. Ledwo co, a już ćwiczyliśmy przez dwa, trzy dni i nagraliśmy album. Bum! Ta cała pieprzona rzecz eksplodowała! A potem pomyślałem: "Wow, to jest naprawdę dobre". Wiesz, podoba mi się, a Markusowi podoba się jeszcze bardziej. Stoi za Adrenalizing Media. On i ta firma dali mi możliwość napisania i wyprodukowania płyty. W świetnym studiu z, no wiesz, świetnym inżynierem, Kennym Meriedethem. Nadali temu zupełnie nowe życie i pojawili się w idealnym momencie. Więc to jest, no wiesz, N.Y.C., to ja jeśli chodzi o nazwę i rozpoczęcie, ale energia która za tym stoi... No wiesz, to cały trzyosobowy skład który mam teraz. To sekcja rytmiczna z piekła rodem: Stet i Steve są zajebiści. Jestem podekscytowany, że mogę to zagrać na żywo, naprawdę podekscytowany.
W tej poprzedniej inkarnacji graliście coś na kształt miksu White Zombie i Fear Factory. Skąd wzięły się te ciągoty do bardziej industrialnej strony metalu?
Cóż, zawsze lubiłem zespoły o których właśnie wspomniałeś. Wiesz, ten industrial. Uczyłem gry na gitarze. Przychodzili do mnie uczniowie i przynosili wszystko, od płyt Slayera po The Allman Brothers. Uczyłem się tego ze słuchu i uczyłem ich grać. Sam nauczyłem się w taki sposób, że na początku chłonąłem jak najwięcej muzyki, a potem po dwóch i pół roku nauki sam zostałem nauczycielem. Słucham więc wszystkich gatunków muzycznych, od popu, przez najcięższy metal, po industrial. Jeśli ma to na mnie wpływ, porusza mnie i wzrusza, albo jeśli podoba mi się groove lub rytm - jeśli czuje go w sobie. To wręcz intymne doświadczenie. Potem wrzuciłem to wszystko do blendera, zmiksowałem, zapominałem o wszystkim, by robić swoje. Bo to o to chodzi. To po prostu naturalna ewolucja zespołu. Kiedy robiłem tę poprzednią płytę to było bardziej industrialne, co mi się podoba. Byłem nawet raz z Ministry. Na prośbę samego Al Jourgensena i Angie J. miałem być zastępcą Tommy'ego Victora który doznał kontuzji. Spędziłem z nimi tydzień w trasie - bo nie było pewności czy będzie mógł w ogóle wejść na scenę. Tydzień później - wtedy basistą był Tony Camposs - grali trasę, a ja byłem w trakcie realizacji własnego projektu. Zadzwonili do mnie i powiedzieli: "Hej, Tony ma jakieś problemy". Odpowiedziałem: "Cóż, nie gram na basie, ale dla Ala zrobię wyjątek". No i spędziłem z nimi kolejny tydzień w trasie. Spędziłem więc dwa tygodnie w trasie z tymi wspaniałymi ludźmi. Świetnie się bawiłem. Co prawda z nimi nie zagrałem, no ale tam byłem. Byłem, ponieważ nie byli pewni, kto zachoruje, spadnie ze schodów czy coś w tym rodzaju. Muzyka jeśli jest rytmiczna, ciężka, to mam ją we krwi. Kiedy wychodzę na scenę, oczy odwracają mi się w drugą stronę i zapominam o wszystkim. Staję się cholernym maniakiem. Ostatecznie wszystko się jakoś układa (śmiech).
A jak to się stało, że wspomagałeś legendę punk rocka? W końcu miałeś okazję współpracować z pałkerem Ramones!
Richie Ramone. Richie, Richie... Richie jest świetnym perkusistą. To fajny gość. Miałem przyjaciela o imieniu Gypsy - był naprawdę dobrym kumplem. Gypsy Nagy z Arizony. Okazało się, że był również i jego przyjacielem. A Richie, no wiesz, to była jego powrotna płyta. Nie robił nic od... cóż, jebanych lat. Chciał coś zrobić, a Gypsy mówi: "Słuchaj, musisz pogadać z Tommy'm Bolanem". Richie mieszkał jakieś dwa miasta dalej. Gypsy ciągle o tym mówił, więc zadzwoniłem do Richiego, pogadaliśmy, pojechaliśmy do jego studia w jego domu i energia po prostu zaskoczyła i on się zgodził. Miał już na pokładzie Jiro Akabe jednego z moich najlepszych przyjaciół, który zresztą zagrał na basie w jednym z utworów na tej mojej nowej płycie z N.Y.C. Był częścią trzyosobowego zespołu, ale nie mogę sobie przypomnieć nazwy... Ale jeśli oglądałeś "Zabójczą broń", to właśnie jego zespół gra w scenie w barze. W każdym bądź razie mieliśmy skład, nagraliśmy materiał w Nashville, Mark Needham pełnił rolę inżyniera dźwięku. Graliśmy... Takim wielkim koncertem który zrobiliśmy był Stone Fest w Australii. Zagraliśmy z Van Halen, Aerosmith, Kings of Chaos, Buckcherry... Graliśmy też w Ameryce Południowej - było super. Śpiewałem na żywo wiele kawałków Ramones takich jak "Blitzkrieg Bop", "Wart Hog" czy "Animal Boy" - to było dla mnie coś kompletnie szalonego. Później Richie wychodził i śpiewał, a ten facet Ben, siadał za perkusją - więc to była niezła jazda, stary. Po prostu go poznałem, od razu się dogadaliśmy i nagraliśmy album "Entitled" który jak wiesz, jest nieco w nie moim stylu, ale mogłem na żywo przy nim mocno poszaleć. Zawsze trochę się wyrywałem i grałem np. solo i takie tam. Było fajnie, ale potem wszystko się skończyło. Opublikował coś o moim singlu na mojej stronie. Napisał: "Świetna piosenka Tommy, gratuluję nowego albumu". Wiesz, życzę mu wszystkiego co najlepsze. Tak właśnie jest - fajnie było z nim grać, ale potem wchodzą te wszystkie biznesowe sprawy. A wiesz, za dużo spraw biznesowych rozpierdala muzykę. To jest największy problem. Jak pojawiasz się z pieprzonym kegiem, no wiesz, walisz parę shotów i zaczynasz grać - to wszystko jest takie proste. Ale kiedy w grę wchodzą pieniądze, merch i te bzdury to zaczyna się pieprzone szaleństwo. No ale cóż zrobić?
A jaka historia kryje się za "Playing with Fire" Chrisa Holmesa?
Mój Boże, ty naprawdę kurwa... (śmiech) Super, że i do tego się dokopałeś! (śmiech) Co jeszcze kurwa wygrzebałeś? (śmiech). Może gdzieś tam jeszcze masz mój numer PIN?! (śmiech) Chris jest moim przyjacielem, znam go od lat. Pamiętam jak spotkałem go kiedy Warlock grał w Los Angeles. Potem miałem zespół o nazwie Freight Train Jane, a on był przyjacielem mojego dawnego wokalisty Jamiego. Przychodził na niektóre z naszych koncertów, a później spotkaliśmy go na Norway Rock. Na stacji benzynowej! On jest taką osobą na którą zawsze się wpada przy okazji tankowania. Ale to świetny facet, a jego żona Sarah jest świetną menadżerką i wspaniałą osobą. Zaczęliśmy więcej rozmawiać, gdzieś w czasach Covidu. Powiedział: "Hej, mam taki numer na którym możesz zaśpiewać". Ja na to: "Hej, to fajny riff!". Bo wiesz, lubię Chrisa i zawsze widzę jego gitarę to myślę sobie, że jest ona totalnie popieprzona. Pamiętam jak trzymałem ją w rękach i myślałem: "Jak to w ogóle działa? Wyciągnąłeś ją z jakiejś rzeki?". Ale to fajne: jest tak pojebana, że aż zajebista. Ale tak, zadzwonił do mnie i zapytał, czy zaśpiewam. Miał też Steve'a Grimmetta i jakiegoś innego gościa, chyba z Anglii, który naprawdę potrafił fajnie śpiewać. Pamiętam, że mi się to podobało. Po prostu poszedłem tam, krzyczałem i szczekałem i było fajnie. To była dobra piosenka. On jest moim przyjacielem, bliskim przyjacielem.
Jak już wspomniałeś wcześniej, Kenny Meriedeth zajął się miksem. Za mastering odpowiedzialny z kolei był Robert Vosgien. Dlaczego to właśnie na nich postawiłeś?
Mój menedżer Markus, założył firmę Adrenalizing Media która jest taką całą wytwórnią filmową. Ma ten film zatytułowany "NRCity" w który jestem zaangażowany, ponieważ tworzę do niego ścieżkę dźwiękową. Do tego jest również i komiks, który się z nim łączy. Kenny tworzył wiele soundtracków i już wcześniej współpracował z Markusem. Markus powiedział: "Słuchaj, mam takiego inżyniera, musisz go poznać". Spotkałem się z Kennym, poszedłem do studia, porozmawialiśmy i okazał się najfajniejszym facetem na świecie. Bardzo łatwo się z nim pracuje. Siedzisz tam, coś tam robisz, a on od razu wszystko łapie i już odpowiada na pytania lub wie jakie będzie następne pytanie które zadam. Zaczynasz grać, zaczynasz kopać tyłki. Robert - dosłownie - dużo pracuje z Kennym. I oczywiście CV Roberta jest, no wiesz, imponujące: m.in. Slayer, Alice Cooper, Bush - każdy. Jego studio jest po drugiej stronie korytarza. Więc on jest właśnie tam. Biorąc pod uwagę jego osiągnięcia, to warto by się było do niego wybrać nawet na księżyc gdyby tam mieszkał. To była po prostu chemia i adrenalina. Od razu miał plan: sprawdź czy ci się to podoba, a jeśli tak to to wykorzystamy. Powiedziałem: "Tak, ten facet jest zajebisty". Teraz jesteśmy przyjaciółmi, spędzamy razem czas - jest super. On sam jest gitarzystą, ma tam jakieś 40 gitar. Mówimy tym samym językiem. Jak rozmawiasz z kimś kto nie gra to nie jest to tak intuicyjne. Ma to samo szaleństwo w oczach co ja. Rozgryzł mnie (śmiech). Pracowaliśmy razem, spędziliśmy wiele nocy robiąc coś razem. Ale to dobrze, bo kiedy nagraliśmy płytę to Stet i Steve udali się domów, a my zostaliśmy sami. Słuchaliśmy wszystkich ścieżek i zajęliśmy się całą produkcją. Kiedy Stet i Steve stworzyli grzmot, ja ujarzmiłem jebaną błyskawicę. To może być fajny cytat, nie? (śmiech). Tak czy inaczej, tak właśnie było.
Wiadomo: ma się tylko jedną szansę na to, by zrobić pierwsze dobre wrażenie. Długo się zastanawiałeś nad tym który numer wypuścić jako pierwszy? Czy jednak "Heavy as Hell" to był taki oczywisty wybór?
"Heavy as Hell" faktycznie pokazuje jak brzmi ta płyta. Ułożyłem tracklistę która po prostu wydawała się ładnie płynąć. Po prostu wydawała się naturalna jako pierwszy singiel. Wiesz, po prostu tak mi się wydawało, że oddawała energię zespołu. Oddawała mój styl wokalny. Jest też trochę shreddowania. Ten utwór miał wszystko co najważniejsze, więc wydawało mi się to naturalne. Mam nadzieję, że ludzie go polubią, że się z nim utożsamią. Kolejnym singlem został "Built to Destroy", a 7 pojawił się "Lion Eyes". Przedsprzedaż zaczęła się w piątek, potem teledysk, album wychodzi czternastego - winyl, CD i cała reszta tego szaleństwa.
Z drugim singlem - "Built to Destroy" - wracasz do tych starych, dobrych czasów w których muskularni bohaterowie jedną ręką pokonywali hordy wrogów. Te czasy nie powrócą już?
Zawsze mam nadzieję, że niezależnie którą ścieżką będę podążać, to właśnie ona powróci. Otworzy drzwi właśnie tam gdzie zmierzam i co zamierzam robić. Myślę, że w muzyce zawsze jest dużo energii, porusza ludzi. Jest tak wiele nazw i podgatunków takich jak rock, metal, djent, math, goth - cokolwiek. Jest milion pieprzonych nazw. Ja po prostu wychodzę na scenę, włączam kurwa wszystko na pełną moc i daję czadu. I wtedy, wiesz, w zasadzie chodzi tylko o energię. Myślę, że energia jest zawsze obecna. Długo się tu nad tym rozwodzę, ale aby odpowiedzieć na Twoje pytanie to muszę powiedzieć, że energia ciągle jest obecna. Nigdy nie zniknęła. I będzie tylko silniejsza, bo jak wiesz, pojawia się więcej zespołów. Przemysł muzyczny jest teraz totalnie rozpieprzony - bez wątpienia. Ale mimo to myślę, że dopóki wkładasz w to energię i masz szansę pokazać się ludziom to reakcja powinna być taka, że energia zacznie do ciebie wracać. To jak zapałka przystawiona do benzyny. Bum!
Co w ogóle sądzisz o obecnej kondycji heavy metalu? Twój nowy album jest prowadzony przez świetne riffy. Każdy z nich zapada w pamięć. Na wielu nowych albumach z kolei są one rozwodnione, są bardziej w tle.
Tak, doceniam to. Dziękuję. Cieszę się, że riffy utkwiły ci w głowie. To dobry początek. Tak, nie jestem zwolennikiem rozwodnionej partii gitary. Byłem w sytuacjach, w których nagle gitara brzmiała jakby: "OK, czy ona jest włączona? Czy ona tam jest?". Wiesz, będąc wokalistą zespołu, gitarzystą, riffy mam we krwi. Dlatego ludzie opisują tę płytę jako połączenie mocy AC/DC... Nie, przepraszam: energii AC/DC z mocą Priestów i brudem Motörhead. To więc taki jeden wielki bałagan. Dla mnie to jest po prostu N.Y.C. Ludzie pytają: jak brzmicie? Dla mnie riffy zawsze były podstawą. Wiesz, numery lub gitary zawsze będą dominującą siłą. Nie mam nic przeciwko temu, że schodzą na dalszy plan jeśli jest to konieczne. Ale w większości przypadków tak właśnie gram. Po prostu. Jeśli jeszcze tego nie zauważyłeś, jestem dość przesadnie zakochany w Nowym Jorku. Więc, no wiesz, naturalnie, wchodzę na scenę i zaczyna mi odpierdalać. Gitara musi coś robić. Ale nigdy nie wpadam w szał. Riffy są dla mnie kluczowe. Mogę zbudować całą kompozycję wokół riffu - daj mi tylko trzy punkty podparcia. Piszę też teksty. Zawsze coś piszę, a riffy są zawsze obecne i nieustannie powstają. Mam prawdopodobnie jeszcze dwa albumy gotowego materiału, jeśli zajdzie taka potrzeba. Tak, riff jest dla mnie bardzo ważny, bo bądźmy szczerzy kiedy zaczynasz grać na gitarze, co robisz? Uczysz się riffu. Uczysz się riffu, uczysz się grać tę pieprzoną piosenkę lub inną: "Black Dog" lub coś np. z Anthrax. Czegokolwiek się uczysz, riff pozostaje z tobą. Ale dla mnie moja muzyka, tak, będzie oparta na riffach. Żeby ludzie mogli śpiewać razem i czuć energię, niezależnie od tego czy grają na niby, podnoszą pięści w górę, czy po prostu czują klimat. Bo mamy też wolniejsze piosenki. Ale podoba mi się to! Zapamiętujesz riffy! Fajnie. Zacytuj sam siebie!
Vince DiCola, kompozytor znany z filmów "Rocky IV" i animowanego "Transformers: The Movie" pojawia się na tym krążku. Co muzycznie wniósł do płyty "Built to Destroy"?
Tak, to naprawdę fajny gość. Zrobił te wspomniane przez Ciebie filmy, ale też i często współpracuje z Kennym Meriedethem. Pracują razem nad soundtrackami innymi rzeczami. Miałem ten kawałek nazwany "Gasoline". Był akustyczny i pomyślałem, że czegoś mu brakuje, potrzebuje czegoś. Powiedziałem, że to byłby naprawdę dobry numer, żeby mu go pokazać i zobaczyć co będzie mógł z nim zrobić. Był już gotowy. Usiadł nad nią - a muszę dodać, że jest świetnym muzykiem. Przyszedł, zagrałem mu coś do tego kawałka na pianinie, a on zaczął improwizować. Potem wyciągnął keyboard i zagrał coś co brzmiało jak wiesz: stare, pieprzone Rainbow! Wiesz, "Stargazer", albo jak te ogromne synthy w kompozycji Heart: "Magic Man"! A ja na to: "O kurwa, właśnie tego potrzebujemy". Zaczął grać i dodał cyfrową perkusję. Po prostu oszalał. Zapytałem: "A mógłbym dodać to czy tamto?", a on na to: "Tak, tak! Dajesz dalej!". No i tak po prostu skończyłem całą piosenkę, a on dodał dokładnie to czego potrzebowała. To jedna z moich ulubionych na płycie o której wiele osób mówi: "Wow, to coś zupełnie innego". Bo wiesz, kompozycja "Gasoline" w której gra, jest tak naprawdę o tym... Jeśli widziałeś ten film z Farrah Fawcett "The Burning Bed"... Ten, w którym ona jest naprawdę zniewoloną żoną tego okropnego mężczyzny. I w końcu jak mówi piosenka, chwilowe szaleństwo. Ona po prostu - w końcu - po torturach, traci kontrolę i wylewa benzynę na faceta kiedy on śpi i podpala go żywcem, podpala dom. Bo w końcu jej odbiło. Ten film wywarł na mnie ogromne wrażenie. Napisałem ten tekst dawno temu. A potem kiedy ta piosenka połączyła się z riffem... Właśnie dostałem 12-strunową gitarę Ovation. Naprawdę fajną. Ovation mi ją dało kompletnie znikąd. Wtedy zacząłem to wszystko składać w całość. I odpowiadając na twoje pytanie, Kenny powiedział: "Hej, zaprośmy Vince'a". Wiem, że Markus był za. Ponieważ miał zamiar pracować nad "NRCity" - filmem Markusa, który ma się ukazać dzięki jego firmie. To tak jakby zaprosić część rodziny. Bardzo podoba mi się to co zrobił. Oto moja odpowiedź po 20 minutach (śmiech).
Muszę przyznać, że "Gasoline" to mój ulubiony numer na krążku.
Dziękuję. Tak, ta piosenka... Staje się cięższa i bardziej intensywna w miarę jak się rozwija. W jednej chwili śpiewam, w drugiej krzyczę z całej siły. Zrobił w niej naprawdę fajną robotę. I tak, to jedna z moich ulubionych kompozycji. Mam nadzieję, że to jedna z tych które po prostu się wyróżniają. Nigdy nie wiadomo. Możesz wypuścić single, ale wiesz jak ludzie słuchają radia. Mamy ludzi z radia którzy zajmują się tym gównem. Na płycie jest 13 numerów. Szczęśliwa liczba. Może dlatego, że urodziłem się 13 września więc wszystko się zgadza. Możesz wybrać dowolną piosenkę która ci się podoba - mi to pasuje.
Nowy album jest mocny, żywiołowy, bezkompromisowy. Jaka więc historia kryje się za "Central Park"?
Central Park. Cóż, pochodzę z Nowego Jorku, jeśli jeszcze tego nie zgadłeś (śmiech). I po prostu wpadłem na ten pomysł z akustyczną gitarą. To kolejny utwór który zagrałem na mojej gitarze Ovation z nylonowymi strunami - dając do zrozumienia, czego użyłem. Ale tak bardziej na poważnie: to była po prostu piosenka której riff zawsze miałem w swojej głowie. I zawsze mi się podobał. Utkwiła mi w pamięci. A co do Central Park... No wiesz, to duże miejsce - byłem tam wiele, wiele razy. I to było to: odgłosy syren policyjnych, padający deszcz - to wszystko samo się ułożyło. Nagrałem ją w jednym lub dwóch podejściach. Chciałem umieścić ją na płycie ponieważ jest to płyta, która się rozwija, przechodzi przez różne fazy. Dlatego mam utwór "Central Park", przed nim "Let's Roll", a po tej balladzie: "Fight". Traktuję tę listę utworów jako podróż. Ale "Central Park" to tylko riff który miałem. Melodia, którą miałem w głowie od dawna. Co zabawne, mój dawny menedżer z którym nie rozmawiałem od lat - John Portelli - był kiedyś tour menedżerem podczas europejskiej trasy Warlock. Pamiętam, że wiele lat temu zagrałem mu to kiedyś. On przyszedł, usłyszał to z innego pokoju i powiedział: "To naprawdę świetne, stary". Coś tam odpowiedziałem, a on dalej: "Nie, nie, nie, nie! To naprawdę cholernie świetne". Nigdy nie zapomniałem jak bardzo mu się to spodobało. A ja się po prostu wygłupiałem. Miałem, no wiesz, miałem tę bazową strukturę, no wiesz (Tommy zaczyna grać na gitarze motyw przewodni) - to miałem zawsze. Więc czułem się świetnie kiedy to założyłem. Fajnie było zrobić taki jeden kawałek. Oto jest. N.Y.C. Proszę bardzo. Jak się podoba, to kupuj (śmiech).
Mamy w Polsce takie powiedzenie: nie nauczysz starego psa nowych sztuczek. Ty zdajesz się temu przeczyć. W końcu w teledyskach używacie nowoczesnego narzędzia jakim jest silnik graficzny Unreal Engine 5. Skąd pomysł na użycie tego cuda?
Nie wiem, czy można mnie nazwać... psem (śmiech). Ale zawsze miałem wiele sztuczek w rękawie więc zapomnijmy o tym, bo to temat na przyszłość (śmiech). Cóż, Markus jest moim menedżerem który działa w Adrenalizing Media. No i pracował z Walterem Schulzem. A on jest, no wiesz, czarodziejem efektów specjalnych. Pracował przy "Hugo" Martina Scorsese - dostał za to Oskara. Ma też ze trzy lub cztery nagrody Emmy. Więc on... No wiesz, on się kurwa zna na tych wszystkich programach komputerowych. Nie będę udawał, że sam to ogarniam. Markus też jest bardzo nowatorski w tej dziedzinie. Więc razem wymyślili całą tę cholerną rzecz. Mieliśmy też trochę swoich materiałów. Bar Heaven and Hell w którym gramy, jest w rzeczywistości miejscem występującym w uniwersum NRC, czyli trwającej serii filmów Markusa która łączy się z komiksem i podserią wszystkich postaci i tak dalej. Ma całą serię która ma się ukazać. Właśnie połączył się z jakąś firmą w Argentynie która zajmuje się tym wszystkim. Robią mnóstwo fajnych rzeczy. Dzięki Unreal Engine stworzyli i tworzą rzeczy które wcześniej nie były robione. Pomyślałem sobie: "O kurwa, to jest cholernie fajne". I wszyscy którzy to widzieli, pokochali to. Tak, to jest po prostu sposób działania w Nowym Jorku. Tak to się robi w N.Y.C. Tak się to robi w Adrenalizing Media.
A jaka historia kryje się obecnością zespołu w komiksie "NRCity Stories Extreme"? Jaka jest fabuła tego komiksu?
Główny bohater serii - Munkow - wraca i dowiaduje się, że jego brat został zamordowany. Zaczyna węszyć w tym temacie próbując się dowiedzieć, kto go zdradził, kto to zrobił. Wędruje przez miasto NRC. Zahacza o NRCity Bar, szuka wskazówek i cały komiks to ta podróż do prawdy: kto zdradził, kto co zrobił, kto pociąga za sznurki, kto jest dobry, a kto zły. Warto to sprawdzić. Premiera miała miejsce na ComicConie w 2023 roku. W San Diego. Okładkę zaprojektował Lucius Perillo, który tworzy komiksy o Batmanie, Supermanie, wampirach i tym podobnych. Niezła rzecz! Parę rzeczy narysował też Ralf Paul - jest naprawdę fajny. Tworzy wiele komiksów. Markus jest większy niż komiksy. Wiesz, Markus prowadzi firmę która stoi za mną. Jestem z nim związany na każdym kroku, ponieważ najbardziej wierzył w to co robię. Komiks to zajebista sprawa - być przedstawionym w taki sposób. Wykorzystują moje teksty, a kiedy film zostanie nakręcony, to i my się w nim pojawimy. Powiedziałem, że potrzebuję roli w tym filmie: muszę iść kogoś zabić albo wyrzucić kogoś przez okno. Wiesz, potrzebuję trochę akcji. Więc tak, będzie fajnie. To wszystko jest pracą w toku. Co prawda filmy i te sprawy cholernie długo się rozkręcają, ale i tak cały czas coś się dzieje. Więc teraz jesteśmy w trybie N.Y.C. Zawsze pojawia się coś nowego. Ale to zdecydowanie temat na inny wywiad.
Okładki singli pokazywały Was jako figurki w stylu G.I. Joe. To również nawiązanie do lat 80. kiedy takie zabawki były mega popularne?
Jasne. Tak. No cóż, z pewnością zważyłeś ściankę za mną. Kolekcjonuję takie, wiesz, zabawki Matchboxa. Tam jest nawet mój album z polskimi znaczkami - poświęcony tylko Polsce. Jestem wielkim kolekcjonerem wszystkiego, wiesz, starych zabawek, znaczków, gitar, kiedyś samochodów typu muscle car - miałem taką fazę. Zbieram wszystko, co jest fajne i wygląda na kolekcjonerskie. Pomyślałem, że to po prostu zajebiste. Otrzymaliśmy świetny odzew. To było coś, co stworzył Markus
"Poczujecie naszą moc na koncertach" - mówicie. Jak więc wygląda sytuacja koncertowa N.Y.C.? Coś się bookuje?
Och, tak, tak, rozmawiamy teraz z odpowiednimi ludźmi. Nie mogę powiedzieć z kim, co i kiedy, ale rozmawiamy z całą masą ludzi. Markus cały czas odbywa jakieś spotkania. Podobnie nasi ludzie w Europie, z którymi współpracujemy - w Europie ogarnia to dla nas CMM. Mamy Johna Freemana który zajmuje się reklamą tutaj w Ameryce, wchodzimy na rynek związany z deskorolkami. Wszyscy znamy tych samych ludzi. Mamy to szczęście, że mamy, wiesz, powiązania z Warlock, W.A.S.P., Metal Church - to otwiera kilka drzwi, oczywiście. Więc czekamy na odpowiednie oferty. Toczymy rozmowy o tym, że to jest nasz kolejny krok - grać na żywo. To nie jest kwestia czy, ale kiedy. I będzie to prędzej niż później.
Planujecie rozszerzyć koncertowy skład, np. przez dodanie drugiej gitary? No bo jak np. zagracie kawałek pokroju "Let's Roll"?
Właściwie, nie będzie to tak trudne, jak myślisz. Weź dla przykładu Van Halen, Zeppelin, nie mówiąc już o Black Sabbath - tam nie ma innego gitarzysty, tylko Tony wszystko robi. To zasadniczo z założenia jest zespół trzyosobowy. Ja to robię w taki sposób, że biorę dany numer i robię z niego taką wersję na żywo. Nie mamy rzeczy puszczanych z taśmy, ale też i nie jestem przeciwny jeśli Stet ma sampler, którego uderzenie odegra jakiś fajny hałas czy fajne synthy wzięte bezpośrednio z płyty. Więc na przykład, jeśli mówisz o "Let's Roll", te szumy na początku kiedy gitarą wygrywam rytm, to jest tak naprawdę moja gitara - zsamplowałem to. Reszta to po prostu, wiesz, odpowiedni kunszt muzyczny, który tworzy wystarczająco mocne brzmienie. Więc nawet się o to nie martwię. Trzech facetów, no i masz. Po prostu do dzieła! Uzupełnimy to, czego potrzebujemy tu i tam. Żadnych ścieżek, żadnego podkładu. Stet potrafi śpiewać. Steve potrafi śpiewać. Oczywiście, ja tam krzyczę na cały głos. Więc mamy to. I wiesz, Steve gra na zajebiście metalowym basie. A Steph to potwór na perkusji, więc... Przepraszam, beknąłem (śmiech). To dlatego, że mówię za szybko! (śmiech). Więc wiesz, mamy mnóstwo dobrego gówna. Uzupełnimy to na żywo, wiesz, i mam nadzieję, że nikt nam niczego nie zarzuci. Będzie dobrze. Jak mówiłem, prawdopodobnie dodamy tu i tam jakiegoś sampla, coś przygotowanego wcześniej, ale w większość rzeczy będziemy w stanie odegrać na żywo.
A jak wyglądać będzie setlista? Same kawałki N.Y.C., czy może dorzucicie też cover lub dwa?
No cóż, teraz wszystko zależy od koncertu, który gramy. Na przykład, mamy koncert w ramach festiwalu. Mogą ci powiedzieć: "Hej, masz pół godziny/masz 25 minut" - w zależności od tego, czy to będzie główny koncert. Jak masz półtorej godziny, to jest to wystarczająco, by zrobić parę dodatkowych rzeczy. Wiesz, rzucasz gitarową solówką, perkusyjną solówką, przedłużasz improwizacje, wiesz. Jeśli cover to wiesz, nie mam nic przeciwko. Oczywiście jeśli ma sens. Oczywiście historia Steta to W.A.S.P. i Metal Church, ja mam za sobą Warlock - nigdy nie wiadomo, któryś z tych utworów może się pojawić. To nie jest teraz całkowicie konieczne. To znaczy, niektórzy promotorzy lubią jak zagrasz coś takiego. Więc tak naprawdę zależy to od rady od menedżerów, agencji koncertowej. Myślę o tym. Nie jestem przeciw, wiesz, ale oczywiście album ma wystarczająco dużo treści. Wszystko zależy od koncertu. Czy jesteśmy zespołem supportującym, czy jesteśmy główną gwiazdą, czy gramy w klubie i możemy po prostu zaszaleć. Ale jeśli masz jakieś 45 minut, to wiesz, to jest to jak chirurgiczne cięcie. Które jednak zostawia swój ślad.
I to by wszystko, co przygotowałem! Dzięki za poświęcony czas i za te wszystkie świetne historie! Na koniec poproszę o kilka słów dla naszych czytelników i polskich fanów heavy metalu!
Hej! Doceniam Was wszystkich. Mam nadzieję, że wkrótce będę w Waszym kraju, grając i dając czadu. Posłuchajcie albumu N.Y.C. Sprawdźcie MetalSide. Dowiecie się o nas dużo więcej, bo Tomek dotarł do tylu informacji, że to aż kurwesko absurdalne! Dziękuję Wam. Sprawdźcie album. N.Y.C. przybył i zamierza skopać Wam dupy. Dzięki!