Tomek Struszczyk - "Ja tu tylko śpiewam..."


Tomka Struszczyka poznałem w 2005 roku przy okazji koncertu Pathology w Łodzi. Przyznam, że zaimponował mi wtedy swoimi umiejętnościami wokalnymi. Zapamiętałem to nazwisko i miałem nadzieję, że jeszcze gdzieś wypłynie. Czy tak się stało, to większość fanów polskiego metalu doskonale wie. Z Tomkiem porozmawialiśmy o nowej płycie Turbo, o debiucie Pathology i o kilku innych sprawach. Tomek udziela wyczerpujących odpowiedzi i dzięki temu ten wywiad zrobił się dosyć długi. Mam nadzieję, że nikomu to specjalnie nie przeszkadza. Panie i Panowie Tomek Struszczyk przed Wami.





MetalSide: Cześć Tomek! Po raz pierwszy gościsz na łamach naszego portalu, więc na początek standardowe pytanie. Co spowodowało, że zacząłeś śpiewać i kiedy zdałeś sobie z tego sprawę, że posiadasz talent?

Śpiewam od najmłodszych lat. Kiedyś słyszałem od koleżanki mojej mamy, że podobno śpiewać zacząłem wcześniej niż mówić. Jak byłem chyba w siódmej klasie szkoły podstawowej dostałem gitarę akustyczną od mojego taty. Zacząłem uczyć się wszystkich swoich ulubionych piosenek i wtedy też zacząłem świadomie pracować nad swoim głosem. Wychodziłem z gitarą na łąki i wyłem (dosłownie), bo w domu nie było to wycie zbyt mile widziane. Wybierałem kolejne utwory z coraz wyższymi partiami wokalnymi i starałem się je wyśpiewać. Pamiętam, że na początku "Trzy noce z deszczem" Gawlińskiego były nie lada wyzwaniem. Pamiętam, że w tamtym okresie byłem wobec siebie bezkrytyczny, wydawało mi się że jestem nieprawdopodobny. Duża była w tym zasługa rodziny, bo wiadomo, że jakby synek czy wnusio nie śpiewał to zawsze jest cudowny. Teraz jak słucham swoich nagrań z tamtego okresu słyszę, że było naprawdę słabo, ale na szczęście dałem się wtedy przekonać, że mam talent i dzięki temu teraz śpiewam...

Porównując "Demo 2003" i płytę "Screaming Within" słyszę, że rozwinąłeś się jako wokalista. Jak pracujesz nad swoim "instrumentem" i w jaki sposób doskonalisz swój warsztat?

Praca nad tym instrumentem (jak pewnie każdym innym) jest żmudna. I również jak w przypadku innych instrumentów polega głównie na podpatrywaniu swoich mistrzów. Przecież to też są ludzie (chociaż czasem trudno mi w to uwierzyć), więc jakoś muszą to robić. Słuchasz i myślisz. Znowu słuchasz i kombinujesz. Na początku jak starasz się zrobić coś nowego, w związku z tym, że jeszcze nie wiesz jak, zazwyczaj kończy się to tragicznie dla Twoich strun głosowych. Ale jak już wiesz w jaki sposób dany dźwięk się wydobywa, to potem pracujesz nad tym, żeby przy wydobywaniu go nie robić sobie krzywdy. Byłem kiedyś na kilku lekcjach śpiewu, ale ciężko było mi pojąć to co nauczycielka starała mi się wytłumaczyć. Jednak zdaję sobie sprawę z tego, że kombinując samemu nie wszystko da się osiągnąć więc myślę, że udam się jeszcze po poradę do jakiegoś fachowca. Jedno jest pewne, zawsze można śpiewać lepiej i to powinno być celem każdego wokalisty.

Sporo koncertujesz z Turbo i Pathology. Jak znosisz życie na trasie? To całe zamieszanie, hotele, podróże z miasta do miasta? Jak sobie radzisz w tych dniach

Tak naprawdę w pierwszą "trasę" udam się dopiero teraz. Będzie to 6 koncertów dzień po dniu z Turbolami i po tym zdarzeniu pewnie będę patrzył na to inaczej. Do tej pory śpiewałem zwykle pojedyncze koncerty, ewentualnie dwa trzy z rzędu a to zdecydowanie za mało, żeby powiedzieć jak czuje się muzyk, który wraca na przykład po półrocznym tourne. Wszystko zależy od warunków. Zdarzało się, że przyjeżdżaliśmy do klubu o godzinie 14 a wychodziliśmy na scenę o 23. Czekaliśmy na występ w kanciapie (bo garderoba to zbyt wiele powiedziane), w której było 10 stopni. Wiadomo, że wtedy nawet trudno nabrać ochoty do tego, żeby w ogóle wyjść na scenę. Mimo to najczęściej radość z samego koncertu wynagradza to wszystko. Przecież jakby nie było radochy to byśmy tego nie robili.

Masz jakiś swój rytuał przed samym koncertem? Czy po prostu wychodzisz na scenę i dajesz z siebie wszystko?

Nie mam żadnych rytuałów. Rytuały kojarzą mi się ze schematami a ja nie lubię schematyczności. Każde miejsce jest inne, każda publiczność jest inna, każdy koncert jest inny. I całe szczęście, bo w innym przypadku pewnie po kilku występach umarłbym z nudów i znienawidził to. Ewentualnie w odwrotnej kolejności, najpierw znienawidził a potem umarł.

Oczywiście muszę zapytać o Twoich Mistrzów. Kto jest dla Ciebie największą inspiracją, wzorem do naśladowania? Masz swojego Mentora?

Pierwsze inspiracje w śpiewaniu heavy metalowym czerpałem od Erica Adamsa z ManowaR. Od niego nauczyłem się wibrato. No i na jego piosenkach poszerzałem skalę. Później w trakcie studiów głównie za sprawą kolegów z Pathology poznałem całą masę znakomitych wokalistów. Moim problemem zawsze było to, że chciałem jednocześnie śpiewać jak wszyscy z nich. Czyli na przykład jednocześnie jak Phil Anselmo i Roy Khan. W sumie jak się posłucha Daniela Gildenlowa z Pain of Salvation to nawet okazuje się że jest to możliwe. Wymieniać mógłbym bez końca, ale gdybym miał się zawęzić do moich największych mistrzów to wymieniłbym: po pierwsze i przede wszystkim Jorn Lande (nie wiem czy da się zrobić wokalnie coś więcej niż zrobił on na płycie "The Devil's Hall of Fame" zespołu Beyond Twilight) a dalej R.J. Dio, Bruce Dickinson, Ray Alder, Geoff Tate, Russel Allen, Tonny Martin, David Coverdale, Ritchie Kotzen, Tim Ripper Owens no i ostatnio jedyny człowiek na polskim rynku, którego można zaliczyć do tej samej ligi - Piotr Cugowski. Wcześniej wymieniłem jeszcze kilku. Na tym poprzestańmy, żeby starczyło jeszcze miejsca na resztę wywiadu.

Jak oceniasz naszą sceną muzyczną? Wydaje się, że jest kilka starszych zespołów z ugruntowaną pozycją, młodsze też sporo już potrafią, a w podziemiu perspektyw nie brakuje. Jak to oceniasz?

W Polsce jest jak wspomniałeś wiele świetnych zespołów. Problem w tym, że media nie pomagają zbytnio w poznawaniu nowych artystów w nurcie muzyki metalowej. A ja niestety nie mam już tyle czasu co kiedyś, żeby siedzieć w internecie i wyszukiwać takie perełki. Dlatego niestety w polskim podziemiu nie jestem niezbyt dobrze zorientowany. Często zniechęca mnie również fakt, że rzadko słyszy się zespoły metalowe, w których pan za mikrofonem zadaje sobie trud śpiewania. O wiele modniejsze jest brutalne wyrzucanie z siebie dźwięków jednej wysokości co najczęściej niezbyt mi odpowiada. Ostatnio bardzo dobre wrażenie zrobił na mnie wokalista poznańskiego zespołu Pathfinder. Poza tym w podziemiu jest jedna fajna rzecz - nigdy nie wiadomo kto czai się za rogiem. Oby tylko jak najwięcej tych przyczajonych trafiło do większej publiczności, bo to nie jest łatwe.

Jakie masz odczucia gdy na koncert w dużym mieście przychodzi kilkanaście osób? We Wrocławiu to ostatnio jest normą. Cały trud włożony w zagranie koncertu zostaje praktycznie zmarnowany, bo co to za przyjemność grać dla kilku osób?

Jest to przykre i zniechęcające. Wydaje mi się że wynika to z kilku czynników. Po pierwsze wiadomo że miejsce muzyki metalowej jest na dobrą sprawę w podziemiu ponieważ w mediach nikt nie chce tego typu muzyki promować. Nie ma się więc co dziwić, że nie jest ona popularna i ma stosunkowo małe grono słuchaczy. Z drugiej strony przez ogólną dostępność muzyki w internecie ludzie mają wszystko na odległość ręki, lub jak kto woli kliknięcia i nie chce im się wychodzić z ciepłego domu, żeby iść słuchać jakichś szarpidrutów. Wolą sobie pewnie poszperać po youtube. Mam wrażenie, że przez tę łatwość dostępu muzyka się zdewaluowała, jak również ludzie stracili szacunek do artystów. Teraz każdego można w internecie obejrzeć, posłuchać i jak się ma ochotę opluć. Nie trzeba już walczyć o kolejną kasetę czy z niecierpliwością wyczekiwać występu na żywo.

Jakie są Twoje odczucia co do internetu? Z jednej strony ułatwia kontakt pomiędzy ludźmi, umożliwia wymianę informacji w ekspresowym tempie... Niestety jest też jego ciemniejsza strona, jak np. masowe ściąganie mp3 i zanik sprzedaży oryginalnych płyt. Co o tym sądzisz?

Jak widzisz niechcący wszedłem już na ten temat w poprzednim pytaniu. Pewnie wielu uzna mnie za zacofanego tłumoka, ale niestety ja uważam że internet i postęp technologiczny nie przyczyniły się muzyce lub też ogólnie pojętej sztuce.
Teraz wszyscy chcą być artystami, bo każdy może zrobić parę banalnych zdjęć, wycyzelować je w photoshopie i potem wrzucić w internet. Każdy mając odrobinę pieniędzy może wejść do studia i zagrać lub zaśpiewać parę koślawych dźwięków, a potem wyprostować je za pomocą nowoczesnej aparatury. Kiedyś ktoś kto wchodził do studia naprawdę musiał coś potrafić, bo nie było oszustwa. Włączało się szpulę i się śpiewało. Przy odrobinie szczęścia może udało się skleić utwór z dwóch części i do widzenia. A teraz jak mieliśmy się okazje przekonać w mediach masowego rażenia wcale nie trzeba umieć śpiewać, żeby zostać gwiazdą. W studio wiadomo, na scenie playback i mamy gwiazdę. Z punktu widzenia muzyki dzięki internetowi mamy dostęp do ogromnej ilości zasobów, ale przez to, jak wcześniej wspomniałem, nie ma ona już dla ludzi takiej wartości jak miała kiedyś. Bo jak porównać wartość utworu, który ściągnie się po dziesięciu kliknięciach w ciągu pół minuty do utworu, na który czekało się parę tygodni, a ostatecznie siedziało do 3 w nocy przy radio żeby nagrać na zdezelowaną taśmę. Albo jak porównać zipa ściągniętego z neta do płyty winylowej, która była warta pół pensji rodziców? A wracając do cudownego postępu technologicznego. Ostatnio zrozumiałem złudność jego wartości jak przy okazji pracy w studio, usłyszałem nagranie Steviego Wondera z 1974 roku na płycie winylowej. Żadna współczesna superprodukcja nie była w stanie nawet zbliżyć się do tego poziomu. W dzisiejszych czasach wszystko jest nastawione na dużo, szybko, łatwo i wygodnie. Przez to niestety traci na jakości i staje się bardziej powierzchowne.

W ostatnich latach było dosyć cicho o Pathology. Jakie były tego przyczyny?

Nie mieliśmy bębniarza. Agnieszka wyemigrowała szukaliśmy długo jej następcy, ale bezskutecznie. Potem wrócił Rafał Wielogórski, ale trudno było mu pogodzić granie w zespole z obowiązkami rodzinnymi i tak niestety wegetowaliśmy. Potem na szczęście Agnieszka wróciła i udało nam się odkurzyć instrumenty, wrócić do dawnej formy.

Trzeba przyznać, że do wysokiej formy. Nagraliście płytę i zapewne teraz będzie szukanie wydawcy, co nie jest taką prostą sprawą w naszym kraju. Jakie widzisz perspektywy na najbliższe miesiące?

Teraz jest dla nas najważniejsze, żeby wydać ten materiał. Jeżeli to się uda to pewnie będzie łatwiej o koncerty. Jak nie to wydamy go sami i też będziemy koncertować, tylko wtedy pewnie mniej.

Przyznaję bez bicia, że "Screaming Within" zrobiło na mnie spore wrażenie. Jak oceniasz ten materiał? Który kawałek jest Twoim faworytem?

Efekt końcowy przerósł nasze najśmielsze oczekiwania. Zarówno w sferze wykonawczej jak i realizacyjnej. Uważam, że udało nam się nagrać materiał na bardzo wysokim poziomie i wszyscy jesteśmy z niego bardzo dumni. Moim ulubionym utworem jest najnowszy w tym towarzystwie - "Well of Sorrow". Jest w nim wszystko, agresja i melodyka, jest dynamicznie i jest lirycznie, jest prosto a momentami bardziej ciekawie. Jednocześnie wszystko składa się na zwarty energetyczny numer - zdecydowanie mój faworyt.

"Well Of Sorrow" to również mój ulubiony utwór, o czym napisałem w recenzji. A jak wyglądała sesja nagraniowa? Zarejestrowaliście wszystko co było planowane i w sposób przez Was oczekiwany? A jak poszło nagrywanie wokali?

Nagraliśmy nawet więcej niż zakładaliśmy, bo udało się poza utworami w pełnym składzie nagrać jeszcze balladę (gitara + wiolonczela + wokal). Efekt jak pisałem wcześniej zdecydowanie przerósł nasze oczekiwania. Z wokalami była bardzo ciekawa historia. W zasadzie przez cały czas trwania sesji miałem chore gardło. I cały czas była walka z odpowiednim ułożeniem tej sesji żebym mógł ją w ogóle ukończyć. Miałem na nagranie tych wokali 3 dni później było kilka koncertów Turbo - wszystko zwaliło się na raz. Nie było czasu na to, żeby gardło doszło do siebie. Z tego powodu koncert z Turbo w Rykach jest tym, który będę nie najlepiej wspominał jeżeli chodzi o samopoczucie na scenie. Strasznie się na tym koncercie wokalnie męczyłem - to nie było śpiewanie tylko walka z własnym gardłem. Całe szczęście, przetrwałem ją i mam nadzieję, że już nie będę czegoś takiego więcej przeżywał. Potem po serii czterech czy pięciu koncertów Turbo, przedzielonych jeszcze moim koncertem akustycznym nadal z chorym gardłem nagrałem jeszcze wokal do wspomnianej ballady. Nie miałem w planie tego nagrywać, bo myślałem, że wykorzystamy wokal nagrany dwa lata wcześniej. Ale ostatecznie trzeba było zaśpiewać i po tych wszystkich perturbacjach z gardłem okazało się, że wyszło nadspodziewanie dobrze.

Jak to się mówi: "sukces rodzi się w bólach", czy jakoś tak. Pamiętam, ze podobną sytuację miał Maxx z Chainsaw przy nagrywaniu "A Sin Act". Efekt końcowy równie dobry jak w Twoim przypadku. Już ponad 2,5 roku jesteś wokalistą Turbo. Powiedź co działo się w Twojej głowie jak dostałeś propozycję zastąpienia Grzegorza Kupczyka?

Zastanawiałem się czy dam radę. Wcześniej śpiewałem raczej czystym wokalem, a śpiewanie w Turbo wymagało włączenia "przesteru". Najbardziej obawiałem się, że właśnie temu nie podołam. Druga rzecz, która była niewiadomą była reakcja fanów - zjedzą mnie na dzień dobry, czy dadzą mi szansę? Okazało się, że wszystko się jakoś ułożyło, a większość fanów nie odwróciła się od Turbo. To cieszy.

Powiedziałbym, że fani zaakceptowali Ciebie bezproblemowo. Tomek, Twoje wokale na "Strażniku Światła" są naprawdę świetne. Powiedz jak nagrywało się w studiu, Wojtek podpowiadał by nieco zaśpiewać "pod Kupczyka", czy dostałeś w tym temacie wolną rękę?

Dziękuję za słowa uznania. Bardzo miło wspominam pracę w studio. Nagrywaliśmy u Tomka Horna do południa i we wczesnych godzinach popołudniowych. Potem wchodzili do studia inni ludzie. Wojtek i ja mieliśmy wtedy czas na przemyślenie aranżacji i innych spraw, jak i na szwendanie się po pięknej, dziewiczej wręcz okolicy. Po prostu pełen relaks. Sesja trwała pięć dni. Jeżeli chodzi o śpiewanie, to był pewnego rodzaju balans między wolną ręką a historią, ale to bardziej na etapie komponowania. Na początku zrobiłem parę linii wokalnych sam, ale w związku z tym, że odbiegało to od stylu śpiewania do jakiego chłopaki byli przyzwyczajeni pojawiły się głosy niezadowolenia i oczekiwania, żeby było bardziej "pod Kupczyka", czyli bardziej w historycznym Turbowym stylu. Dlatego resztę linii wokalnych dokończyliśmy wspólnie z Wojtkiem. Już nawet po zakończeniu rejestracji śladów były w zespole dyskusje i wątpliwości co do niektórych partii wokalnych, nastąpiły jeszcze drobne korekty w studio w Łodzi i wszystko zaczęło nabierać ostatecznego kształtu podczas miksowania.

A co powiesz na to, że Twoje wokale to dla mnie poziom Grzegorza Kupczyka ale… sprzed 10-15 lat, kiedy Kupa po prostu miażdżył. Obrażasz się za takie porównania czy wprost przeciwnie?

Głupio się obrażać, jak ktoś mówi Ci komplement, prawda? Wokale to sprawa bardzo niemierzalna. Wiadomo, że wszyscy lubią porównywać, jest to bardzo bliskie ludzkiej naturze. Z drugiej strony porównywanie nie zawsze służy muzyce. No bo jak to porównywać? Kto głośniej, kto ciszej i co lepsze? Kto ostrzej, a kto łagodniej i co lepsze? Kto niżej, a kto wyżej i co lepsze? Każ mi wybrać między Rayem Alderem i Timmem Ripperem Owensem - nie da się. Czasami chcesz słuchać czystego jak kryształ melodyjnego wokalu Aldera a czasami piekła w gardle Owensa. I nie da się powiedzieć co jest lepsze.

"Piekło w gardle" - muszę sobie to zapamiętać, bo to świetny komentarz. Było porównanie do Kupczyka, musi być więc porównanie do Pathology. Łatwo było przestawić się na nieco bardziej luzackie, rockowe, czy heavy metalowe podejście do wokaliz? Pathology i Turbo to jednak dwie różne bajki.

Nie wiem które śpiewanie jest dla Ciebie "bardziej luzackie" - czy to w Pathology, czy to w Turbo. Na pewno łatwiej śpiewa mi się w Pathology, bo tutaj nie jestem niczym ograniczony - śpiewam w bardziej naturalny dla siebie sposób. W Turbo jestem uwarunkowany historycznie - gdybym przyszedł do zespołu i zrobił takie wokale jak w Pathology, to prawdopodobnie przestałoby to brzmieć jak Turbo i dlatego chłopaki musieli czuwać nad tym, żeby tak się nie stało. Z jednej strony mnie to ogranicza, ale z drugiej bardzo rozwija, bo muszę odnajdywać nowe przejawy swojego śpiewu, które wpasują się w stylistykę zespołu z historią.

Pogadajmy chwilę o samym krążku. Turbo nigdy nie było maszynką do robienia muzyki, czemu na "Strażnika Światła" musieliśmy czekać tak długo?

Największy wpływ na to miało odejście Grzegorza Kupczyka. Tożsamość była wydana w 2005 roku, a ja przyszedłem do zespołu w 2007 - nie da się tak po prostu od ręki nagrać nowej płyty z nowym wokalistą. Wymagało to trochę czasu żebyśmy się ze sobą oswoili, żeby chłopaki przyzwyczaili się do nowej sytuacji, żebym ja okrzepł trochę w nowej dla mnie sytuacji, no i żebyśmy wspólnie zaczęli pracować nad nowym materiałem. Nie chcieliśmy żeby powstawał on w pośpiechu, chcieliśmy z dużą starannością przejść przez wszystkie etapy jego tworzenia, rejestracji i produkcji. Teraz wręcz z rozbawieniem wspominam jak rwaliśmy włosy z głowy wybierając między kolejnymi wersjami masteringu, które podsyłał nam Bogusz. Nie mówiąc już o tym co musiał przeżywać on sam. Przy takim procesie włącza Ci się "mikroskop". A na dobrą sprawę, pewnie jakbym teraz z pozycji słuchacza posłuchał takich trzech wybranych masteringów, to mógłbym nawet nie usłyszeć różnicy, podczas gdy wtedy każdy niuans wydawał się sprawą życia i śmierci. Dbaliśmy o każdy szczegół i dzięki temu jesteśmy bardzo zadowoleni i dumni z tej płyty.

Następne pytanie aż samo ciśnie się na usta, po takim sukcesie nowej płyty chyba ostro zabierzecie się do roboty i na kolejny krążek nie będziemy musieli tak długo czekać? Możesz obiecać to Waszym fanom?

Obiecywał nic nie będę bo nie jestem politykiem. Sami z resztą z doświadczenia wiemy jakie są losy takich obietnic. Mogę tylko powiedzieć, że są wstępne plany, żeby ta płyta ukazała się w przyszłym roku. I jest też wstępne założenie żeby była to zwarta petarda!

To tylko przyklasnąć takiemu założeniu! "Strażnik Światła" to płyta w całości polskojęzyczna, nie to żeby mi się to nie podobało, wręcz przeciwnie, ale nie myśleliście by z takim materiałem powalczyć nieco na zachodzie? Polskimi tekstami jednak zamykacie sobie drogę.

Od pewnego czasu płyty Turbo ukazują się w dwóch wersjach językowych. Tak ma być również ze Strażnikiem. "The Keeper of Light".

Słucham tego materiału i jakoś tak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Turbo pierwszy raz w karierze osiągnęło pewien balans pomiędzy nowym a starym. Często oskarżano tą formację o pogoń za modą "Strażnik Światła" to zaś prosta kontynuacja starych płyt, ale poparta nowym brzmieniem, nowymi oryginalnymi pomysłami. Chyba pierwszy raz nie baliście się spojrzeć za siebie, zgodzisz się ze mną?

Dla mnie to pierwsza płyta z zespołem, więc to bardziej dla chłopaków spojrzenie wstecz. Szczególnie dla Bogusza i Wojtka. Nie boimy się spoglądać wstecz, bo były to najlepsze czasy dla tej muzyki. Może nawet dla muzyki w ogóle. Również brzmieniowo nie chcieliśmy, żeby ta płyta brzmiała do końca nowocześnie. We współczesnych produkcjach brakuje często życia. Są bardzo sterylne, precyzyjne a przez to zimne. Trudno już znaleźć metalową płytę bez triggerowanych bębnów. A często są one tak triggerowane, że wręcz zastanawiam się po co bębniarz ma sobie zadawać trud i się pocić, skoro efekt jest taki sam, jakby włożyć w nagranie automat perkusyjny. Takie podejście jest nam bardzo dalekie, stąd chętnie spoglądamy wstecz. Tam gdzie w muzyce było więcej życia i czynnika ludzkiego, więcej prawdy i radości.

Co prawda, to prawda. Cały materiał wydaje się cholernie przebojowy, rockowy, jednocześnie ciężki kiedy trzeba. Wyszła Wam płyta bardzo ofensywna, bez mielizn i niepotrzebnego marudzenia. Te pytanie powinienem zadać raczej Wojtkowi, ale cóż. Myślisz, że ten materiał zabrzmiałby podobnie z Grzegorzem Kupczykiem? Osobiście uważam, że nie. Pochwal się, ile w tym wszystkim Tomka Struszczyka?

Nie ma możliwości, żeby zabrzmiał podobnie z Grzegorzem Kupczykiem, ponieważ Grzegorz jest innym wokalistą, ma inne myślenie i prawdopodobnie zupełnie inaczej podszedłby do komponowania tego materiału. To ciekawe zagadnienie, często sobie wyobrażam taką hipotetyczną sytuację, że niezależnie od siebie i nie wiedząc o tym, na przykład Tim Ripper Owens i Rob Halford dostają podkład do utworu "Burn in Hell" i mają zrobić wokal. Jak zrobiłby to ten pierwszy już wiemy, ale ciekawe jak zabrzmiałaby wersja Halforda? Nie dowiemy się nigdy. Jedno jest pewne - byłby to zupełnie inny utwór. Ile w Strażniku Tomasza Struszczyka? Tak jak mówiłem, na początku zrobiłem sam kilka linii melodycznych - z tego co pamiętam te w całości moje to "Szept Sumienia", "Strażnik Światła" i "Niebezpieczny Taniec" - w tym ostatnim refren odrobinę się zmienił w stosunku do mojej pierwotnej wersji. Najbliższy na płycie jest mi utwór "Strażnik Światła" - była ciekawa historia z jego powstawaniem ale nie wszystko będę opowiadał, bo nie skończyłbym nigdy pisać. W pozostałych utworach są pomieszane fragmenty linii melodycznych Wojtka i moich - to te numery, do których linie robiliśmy wspólnie. No i jest jeszcze Epilog w całości zrobiony przez Wojtka. Pamiętam, że do utworu "Obietnica Lepszego Dnia" zrobiłem około dziesięciu różnych refrenów i żaden nie przeszedł. Przeszło dopiero to, co zrobiliśmy wspólnie z Wojtkiem. Z moich rzeczy są jeszcze wszystkie teksty. Niestety samolubni koledzy nie dali mi zrobić żadnego riffu...

Teksty, powiedz kto jest tytułowym "Strażnikiem Światła"? Wydaje mi się, że dużo tekstów powstało na bazie Waszych życiowych doświadczeń, a może te liryki to historie z Waszego życia? Tytułowy numer pasuje mi troszkę do Ciebie.

Coś się za często wyrywam z odpowiedziami na pytania, które padają później... Teksty jak wspomniałem są mojego autorstwa. Powstały na bazie tego wszystkiego co widzę wokół siebie. Nie trudno domyślić się na przykład, że do napisania pierwszego tekstu na płycie zainspirowały mnie narodziny mojego syna Juliana. Kto jest tytułowym "Strażnikiem"? Trudno powiedzieć kto lub co. Może to być coś co skłania nas do myślenia nad tym, czy to co robimy jest dobre czy złe. Może to być ktoś, kto podaje nam rękę jak upadamy albo pomoże nam znaleźć drogę jak zabłądzimy. Na pewno ktoś lub coś, co związane jest z tym wszystkim dobrym, co nas w życiu spotyka, co często gubimy lub o tym zapominamy. Spotkałem się z zarzutem że to banalny koncept - życie człowieka, tymczasem życie człowieka było tu tylko wygodnym narzędziem, które pomogło mi rozwinąć koncept dotyczący światła właśnie. Bo przecież naturalne jest to, że jak się rodzimy to nie znamy światła, nie wiemy co jest dobre a co złe, w miarę dorastania dobre i złe poznajemy, dokonujemy wyborów i często później szczególnie się nad ich skutkami nie zastanawiamy. Następnie znowu w bardzo naturalny sposób, jeżeli oczywiście dane nam będzie dożyć szczęśliwej starości, pod koniec naszego życia przychodzi refleksja. Ludzie lubią podsumowywać, a najczęstszą inspiracją do podsumowań jest moment kiedy coś się kończy. Jako dowód tej tezy proponuję obejrzenie końcowych 10 minut meczu komentowanego przez Dariusza Szpakowskiego...

Pan Darek to rzeczywiście temat na długą (i wesołą) rozmowę. Słodzenia część kolejna, brzmienie. Już po pierwszym odsłuchu nie mogłem się nadziwić, że udało się Wam zmajstrować tak fajne, tak bardzo rockowe, bardzo czyste brzmienie. Ojj chyba przestudiowaliście sound "Brave New World", mam rację?

Nie do końca. Nic nie studiowaliśmy. Staraliśmy się jak najlepiej zarejestrować tak zwaną "surówkę" a potem weszliśmy do studia Krzyśka Tonna w Łodzi i staraliśmy się nadać temu określony charakter. Każdy miał w głowie jakiś obraz brzmienia własnego instrumentu. A założeniem ogólnym było, że materiał ma brzmieć energetycznie, dynamicznie, mięsiście i jak najbardziej prawdziwie. No i nie miał być "sprasowany" kompresją jak większość współczesnych produkcji. W naszym odczuciu udało nam się w zadowalającym stopniu zrealizować te założenia.


Wróćmy jeszcze na moment do najtrudniejszego chyba w historii Turbo tematu - MetalMind. Dla Kupy był to temat rzeka, dla Tomka Struszczyka i aktualnego składu Turbo to

Ja tu tylko śpiewam...

Ok, to lecimy dalej. Niedługo ruszacie na koncerty razem z Chainsaw, nowy materiał więc już solidnie ograny, zdradzisz jakich kompozycji fani mogą się spodziewać?

Jako fan zawsze najbardziej na koncertach lubię niespodzianki, niech więc fani spodziewają się niespodzianek.

Jak oceniasz okres dotychczas spędzony w Turbo? Jakie zmiany nastąpiły w Twoim życiu, a może sam się w jakiś sposób zmieniłeś?

Zmieniłem się na pewno wokalnie i scenicznie - dzięki Turbo zdobyłem wiele doświadczenia na scenie. Artystycznie to mój debiut na oficjalnym rynku fonograficznym - wyjątkowe przeżycie, jak również bardzo pouczająca i przyjemna praca z doskonałymi profesjonalnymi muzykami. Są też niestety mniej różowe strony - mam niestety mniej czasu dla rodziny.

Jakiej muzyki najczęściej słuchasz? Jakie płyty w 2009 roku zrobiły na Tobie największe wrażenie?

Najwięcej słucham progresywnej muzyki metalowej. Prześledzenie wokalistów, których wymieniałem, daje po części odpowiedź jakiej. Nie zamykam się jednak tylko na ten nur. Słucham wielu wykonawców niemetalowych, od symfonicznej muzyki filmowej przez Petera Gabriela i Stinga po Anię Dąbrowską...
Największe wrażenie zrobiła na mnie w ubiegłym roku płyta Richiego Kotzena - "Peace Sign" i jego koncert w Progresji.

Jakie jest Twoje koncertowe marzenie, czyli z jakim zespołem (zespołami) chciałbyś wystąpić na jednej scenie?

ARK - ale to już niestety nie realizowalne, chyba że się reaktywują. Co nie znaczy, że nieszczęśliwy byłbym z wystąpienia na jednej scenie z Iron Maiden czy Whitesnake...

Powoli zbliżamy się do końca tego wywiadu... to tak w skrócie: jak wygląda Twój kalendarz na 2010 rok? Początek lutego to koncerty Turbo z zespołem Chainsaw, a później?

Później planowana jest akustyczna trasa Turbo, która zacznie się pod koniec lutego. Mamy też nadzieję w tym roku z Turbo zorganizować większy koncert na 30-lecie. Poza tym nie ma innych planów.

To już wszystko z mojej strony, dziękuję za obszerne odpowiedzi, poświęcony czas i tradycyjnie zostawiam Tobie ostatnie zdanie do czytelników serwisu MetalSide.pl.

Dziękuję również i pozdrawiam wszystkich czytelników serwisu i wszystkich fanów muzyki metalowej.



Autor: Krzysiek & Gumbyy

Data dodania: 03.04.2010 r.



© https://www.METALSIDE.pl 2000 - 2024 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!