MetalSide: Cześć! Chociaż jestem od Ciebie 10 lat młodszy to i tak zacznę nostalgicznie. Bo my "starzy metalowcy" chętnie wracamy wspomnieniami do lat 80/90. Niech młode pokolenia dowiedzą się jak to drzewiej bywało, hehe. Zanim w 1984 roku powstał Dragon, powołałeś z kolegami do życia Black Angel. Pamiętasz pierwsze próby? Czym dysponowaliście? Jakim sprzętem, jaką salą? Czy coś nagraliście i w jaki sposób?
Jarek Gronowski: Bardzo dobrze pamiętam pierwszą próbę z Markiem i Zigą. Kumpel z Technikum powiedział, że jego koledzy mają garaż w którym grają metal. Był to 1984 rok. Miałem już wtedy za sobą granie w kilku kapelach, czy to jazz-rockowych, czy też grających szybką nienazwaną wtedy jeszcze muzykę. Jako, że byłem szczęśliwym posiadaczem wzmacniacza lampowego, który służył do nagłośnienia muzyki na basenie oraz kolumny samoróby, wsiadłem z tym wszystkim do czerwonego autobusu i pojechałem kilka przystanków dalej na garażową próbownię. Poznałem Marka i Zigę, gdzie Marek grał wtedy na bębnach Polmuz, Ziga na gitarze Kosmos. Ja miałem w arsenale bułgarskiego Orfieja z wajchą. No i tak powstały podwaliny Dragona pod nazwą Black Angel.
Oooo... też przez chwilę miałem gitarę Kosmos. Fajnie tak powspominać. Na początku lat 90. też założyłem kapelę. Miałem pierwszą, radziecką gitarę Formanta Solo 2 z 1980 roku (którą kolega elektronik stuningował) i radio Taraban (jako wzmacniacz). Potem piec gitarowy wyprodukowany przez tego kolegę. Ale był jeden problem. Jak się gra? Bo zanim grało się z tabulatur (o które było cholernie ciężko) to grało się intuicyjnie, ze słuchu lub z podpatrywania w teledyskach lub starszych kolegów. A jak Ty uczyłeś grać się na gitarze?
Zacznę od tego, że mój Dziadek był lutnikiem i razem z braćmi mieli czteroosobowy zespół. W jego domu mnóstwo było gitar, mandolin, ukulele i skrzypiec. Moja edukacja nie poszła jednak w stronę muzyki. Do tego doszedłem jako trzynastolatek. W wakacje pojechałem z rodzicami nad morze i tam spotkałem ludzi, którzy non stop chodzili do knajpy, w której stała szafa grająca i na okrągło słuchali utworu "Another Brick in the Wall" Pink Floyd. Totalnie mi się spodobał, ale w momencie gdy wchodziło gitarowe solo stwierdziłem, że to najsłabszy moment utworu. No i zostałem natychmiast opier...y, że oni tylko na ten moment czekają. Po przyjeździe do domu wziąłem gitarę do ręki i postanowiłem nauczyć się grać ten utwór i TO solo. Oczywiście minęło trochę czasu zanim coś zaczęło mi wychodzić na odpowiednim poziomie. A jak się uczyłem? Wiadomo ze słuchu i po swojemu.
Dlaczego Black Angel przeistoczył się w Dragon?
Zanim Black Angel przeistoczył się w Dragona był jeszcze zespół Medium. To był moment, gdy do zespołu grającego na dwie gitary doszedł basista. Co prawda na krótko, ale dało nam to wyobrażenie o nowych możliwościach. Basista nie zagrzał miejsca na długo, ale Zidze spodobał się bas jako instrument i stwierdził, że od tego momentu on będzie za niego odpowiedzialny. Zaczęliśmy robić materiał jako klasyczne trio. Były wakacje. Zadekowaliśmy się u Marka na działce i dniami i nocami improwizowaliśmy tworząc nowy materiał. Doszło do nas, że coś zaczyna nam w końcu wychodzić i warto to coś nazwać po nowemu. Długo każdy z nas podrzucał coraz to nowsze nazwy. Aż pewnego wieczoru Ziga przyniósł dwie torebki herbaty i zapytał: czerwony, czy niebieski Dragon. No i zaskoczyło. Herbata była chińska i może gdzieś otarła się o smoka.
Pamiętam, że pierwszym utworem Dragon, który usłyszałem był "Horda Goga" ze splitu Metalmania '88. To był jeden z pierwszych winyli jakie kupiliśmy z bratem. Ależ to były emocje! Co dzisiaj czujesz jak słyszysz ten utwór? Albo jak grasz go na scenie?
Akurat samego kawałka "Horda Goga" dawno nie graliśmy, ale mamy w setliście sporo innych numerów z tej płyty. "Beliar" czy "Armageddon" to nasze flagowe hity, my mówimy "srebra rodowe" - fani je śpiewają razem z nami, a my uwielbiamy je grać; na różnych etapach w setliście były też inne numery z Hordy, "Siedem Czasz Gniewu" czy "Wieczne Odpoczywanie". Jedno jest niezmienne - emocje, które towarzyszą nam gdy gramy materiał z "Hordy" to wciąż taki sam młodzieńczy entuzjazm, jak 35 lat temu.
Wówczas zastanawiałem się kim jest ten "Gog"? W pierwszym przesłuchaniu myślałem, że śpiewa się "Horda Boga".
Tu mam fajną historię. Pomysł na numer przyniósł nam kumpel z sąsiedztwa, zwany "Woda". Otóż Woda unikał powołania do wojska i w tym celu zapisał się do... świadków Jehowy, że niby wyznanie mu nie pozwala na służbę wojskową. To był sam koniec komuny i takie numery wtedy potrafiły pomóc, no ale musiał uczestniczyć w ich spotkaniach religijnych (jakoś go tam sprawdzali? Musiał zaświadczenie od jehowów w wojsku pokazać? Już nie pamiętam). A na tych spotkaniach to oni Biblię czytali. No i kiedyś Woda wpada z wypiekami do próbowni - "Panowie! Ale jest czaderska historia w Biblii, o królu Gogu!". Król Gog to był taki Złol biblijny, który najechał na Żydów i sprawił im wiele nieszczęść, a potem został jako symbol mocy bożej przez Boga pokonany i ukarany. Cała zabawa w tym, że Gog atakując i zabijając nie działał z własnej woli, a na rozkaz Boga! Który najpierw mu kazał mordować, a potem by ukazać swą moc go sponiewierał. Uznaliśmy to za świetny temat i stąd nasz numer.
W Polsce w latach 80. nierzadko nagrywało się podwójne wydawnictwa. Mam na myśli polsko i angielsko języczne. Wasz debiutancki album "Horda Goga" również został wydany w dwóch wersjach. Ale dlaczego w wersji angielskiej zaśpiewał Grzegorz Kupczyk (z ówczesnego Turbo) a nie Marek Wojcieski – Wasz pierwszy perkusisto-wokalista.
Odpowiedź jest bardzo prosta i trochę smutna. Końcowa komuna była na maksa szara, biedna, taka bez nadziei. Kto mógł to wyjeżdżał na Zachód. U nas na Śląsku było o tyle łatwiej, że się jeździło do Reichu do rodziny. No i nagle na przełomie 1988 i 1989 Dragon prawie się rozpadł - w jednym terminie do Niemiec wyjechali nasz ówczesny basista Krzysiek "Ziga" Nowak no i właśnie Marek Wojcieski. I tak zostaliśmy bez wokalisty, frontmana. W tym właśnie czasie Metal Mind sprzedał naszą płytę na Zachód i trzeba było natychmiast nagrać angielskie wokale. Jako że termin się zbliżał a myśmy wokala nie mieli to Dziuba - bez naszej wiedzy! - zatrudnił Grześka Kupczyka do nagrania angielskiej wersji "Hordy".
Marek Wojcieski zmarł w 2013 roku. Czy do tego czasu utrzymywaliście kontakt?
Jak już wspomniałem, nie widząc perspektyw w Polsce po prostu wyjechał do Niemiec w poszukiwaniu szczęścia. Nie znalazł go tam nota bene. Nie bardzo mu się tam życiowo poukładało i po latach wrócił do Polski. Marek urodził się dla sceny, on był frontmanem absolutnym, kochał metal i kochał występować. Fakt, że porzucił kapelę, że zrezygnował z metalu dokuczał mu potem latami w zasadzie aż do przedwczesnej śmierci. Po jego powrocie zamieszkał w sąsiedztwie, niecały kilometr ode mnie i często się spotykaliśmy, byliśmy aż do końca dobrymi kumplami.
Kolejny album "Fallen Angel" również został nagrany i wydany w dwóch wersjach językowych. Ale było coś innego co przykuwało uwagę potencjalnego ówczesnego metalowca. Muzyka była wciąż bardzo techniczna ale szybkość i ciężkość była powalająca! Blasty i growle! To już był techniczny thrash-death metal! Na czym wówczas wzorowaliście się tworząc ten album?
Trzymaj się mocno. Na Jimi Hendrixie! To kolejna zabawna opowieść. Mnie się nie udało tak jak Wodnemu, wymanewrować od woja i wcielili mnie na dwa lata do armii. Po pierwszych miesiącach trafiłem jednak super - na ciche, odległe od świata lotnisko polowe pod Poznaniem. Tam miałem spokój, ciszę, gitarę akustyczną i magnetofon z kasetami Hendrixa. I tam właśnie, na tym lotnisku, skomponowałem praktycznie całego "Fallen Angela"!
"Fallen Angel" także było czymś nowym dla realizatorów dźwięku i polskich wytwórni. To było coś szokującego w tamtych czasach. Pamiętasz pierwsze reakcje metalowców jak i ludzi współpracujących z Wami przy wydawaniu albumu?
To był dla poznańskiego studia Giełda ogromny szok poznawczy. Może mieli nawet dobre chęci, ale jak usłyszeli blasty i charkot gitar to byli totalnie skołowani. A już najbardziej załatwił ich Fred. Jakoś instrumenty zgrane, jedziemy z wokalami, Fredek zaczyna ryczeć (a wtedy to był czysty growl, taki Dave Vincent na sterydach) a realizatorom włosy dęba stają! "Co to jest? On se jaja robi, co nie? To chyba tak nie ma być!". W rezultacie niezrozumienia naszej nowej muzy mało poważnie podeszli do całego nagrywania, realizacji, stąd też "Fallen" brzmi jak brzmi. Potem jak Music For Nations kupiło ten materiał, jak każdy miesiąc na świecie ukazywał, że death metal, blasty i growle to przyszłość metalu, trochę im było głupio. Jakoś nawet chcieli coś poprawiać, ale już było po ptokach. A w sumie wyszło dobrze - jest przez to "Fallen" totalnie brutalny, taki piwniczny, mroczny. W przeciwieństwie do "Hordy Goga" która brzmi okropnie, ma to jakiś taki proto-deathowy "obituarowy" charakter.
Rok po roku wychodziły płyty jak świeże bułeczki. I w 1991 pojawił się kolejny album "Scream of Death". Ten wstęp do utworu "Mutant" z okrzykiem "Fucking war!!!" zapowiedział, że muzyka będzie miażdżąca. Pamiętasz jak nagrywaliście to "intro"?
Intro do "Screama" to totalny eksperyment. Zacznę od tego, że słychać w nim zakłócenia prądu suszarek laboratoryjnych, które znajdowały się na piętrze nad studiem. Włączyłem gitarę wraz ze starodawnym Phaserem Electro Harmonixa, dotknąłem lekko strun, a resztę zrobił prąd. Później to samo z Flanger. Na wiolinowe struny gitary akustycznej nabiłem zapałki, których dźwięk przypominał bicie zegara lub uderzenia dzwonu zależnie od tego, w którym miejscu się je zamontowało. Potem trochę oddźwięków paszczowych, w tym mój okrzyk rozpaczy. Na koniec realizator powiedział, że wszystko za dobrze brzmi, więc odciął ten kawałek taśmy z intrem i pogiął ją w rękach. No i gotowe. Tak na marginesie to "Horda", "Fallen" i "Scream" nagrywane były na 16-to śladowym magnetofonie szpulowym Studer.
Dlaczego tym razem postanowiliście wydać album "Scream of Death" w wersji angielskojęzycznej?
No wtedy nie było innej opcji. Cały metalowy świat nagrywał wyłącznie po angielsku - Grecy, Niemcy, Francuzi, Brazylijczycy, Skandynawowie. Potem to się zaczęło zmieniać, głównie black metal przywrócił ponownie śpiewanie w językach narodowych, ale na początku najntisów cały metal używał wyłącznie angielskiego.
Mam kasetę z tym albumem, ale nie wiem czy to jest piracka. Wygląda jak licencjonowana, z rozkładaną okładką, ze zdjęciem i z tekstami oraz innym info. Wyprodukowana przez firmę Elbo. Czy spotkałeś się z wersjami Waszych materiałów o których nie wiedziałeś? I nie mam na myśli ówczesnego tape-trade'ingu, ale o sprzedawanych w sklepach lub na bazarach wydawnictwach.
Spotykaliśmy się bardzo często z piraceniem naszych wydawnictw. Nie zarabialiśmy pieniędzy z grania więc po cichu cieszyliśmy się, że ludzie mogą posłuchać naszej muzyki niekoniecznie z oficjalnej dystrybucji. Docierały do nas również pirackie wydawnictwa z Japonii i Peru.
 Gdzieś mniej więcej w tamtym okresie byłem na Waszym koncercie w Lublinie. Graliście z Katem i Pandemonium. Nawet złapałem złamaną pałeczkę ówczesnego perkusisty. Trzymałem ją jak relikwię wiele lat. Ale po życiowych zmianach podczas wyprowadzania się z domu rodzinnego gdzieś mi zniknęła. Pamiętasz cokolwiek z tamtego koncertu?
O dziwo pamiętam jedną sytuację. W budynku, w którym miał wieczorem odbyć się koncert wcześniejszą porą rozgrywany był mecz, prawdopodobnie siatkówki. Obok była sala gimnastyczna z mnóstwem różnych przyrządów do ćwiczeń. Między innymi liny do wspinania się. Pamiętam jak Fred zaczął wspinać się i dotarł do pewnej wysokości. Zauważył to Demon, który postanowił go rozhuśtać co też energicznie zaczął czynić. W pewnym momencie Fred puścił linę i siłą rozpędu poleciał na podwójne drzwi sali wyrywając je z zawiasami. W tym czasie ludzie wychodzili z meczu i było niezłe zamieszanie. Ułańska fantazja po paru piwkach.
A jakieś ciekawe anegdoty z koncertów z lat 90.?
Ooooo, tutaj książkę by można było napisać. Nieodmiennie wspominam np. trasę Radegast Tour, z Kreatorem i Death (takim "pół-Death", bo bez Chucka, akurat się coś pokłócili). O ile Death byli bardzo OK, o tyle Kreator, a dokładniej ich gitarzysta Frank Blackfire, trochę gwiazdorzeniem wkurzał. Nie można było grać soundchecku, nie można było nic na gitarze spróbować bo "go głowa bolała". Zresztą nie tylko my mieliśmy problemy z atmosferą, bo Death po kilku koncertach przesiadł się do innego autobusu. Po tym jak widzieli, że nasz sprzęt sceniczny jest nieprzygotowywany do występów umówili się z nami, że możemy grać na ich gratach. No Niemcy byli bardzo źli. Sytuacja uległa diametralnej zmianie na naszym podwórku w Katowicach. Nagle zagraliśmy próbę, a techniczni Kreatora wymienili mi nawet baterie. Takie to życie supportu.
Podobno byliście świadkami kaskaderskich stage divingów podczas koncertów?
No ba, wtedy to było typowe, to był element zabawy koncertowej. Wpadał ktoś na scenę i walił szczupakiem w rasę! Ale ci powiem, że takie klimaty potrafią się zdarzyć i dziś - mimo że ryzyko kontuzji jest sporo większe, w końcu często skaczący są już w poważniejszym wieku.
I kolejny pojawił się album "Sacrifice". Tutaj trochę wprowadziliście śpiewania do growlu. Ale było nadal bardzo technicznie, szybko i ciężko. No i okładka nieco w innym stylu. Skąd takie zmiany?
"Sacrifice" to jest taka trochę "przenoszona ciąża". Materiał powstał w głównej części już w 1992 roku jako logiczny, death metalowy następca "Scream Of Death". Jeszcze głównie growlowany, taki techniczno-brutalny. Ale akurat się pokłóciliśmy z Metal Mindem (kto się z nimi nie pokłócił), umowa została zerwana, a w konsekwencji przez dwa lata nie mogliśmy wydać płyty. A to nie był czas taki, że se nagramy w studio i zachowamy na później. Wtedy studio kosztowało majątek, musieliśmy mieć najpierw kontrakt na nagranie. No i dwa lata kisiliśmy się, kombinowaliśmy (no bo numer nienagrany to numer niezamknięty, wciąż można zmieniać formy) i tak trochę nam się ten album zmienił w koncepcji. Pojawiły się elementy czystego śpiewu, bardziej melodyjne solówki, nieco konstrukcje się pozmieniały, muzyka nieco zmutowała.
Z kolei "Twarze" to był kontrowersyjny album. Wiem, że z wokalistą Adrianem Frelichem mieliście rozkręcić side-project Virtual Vision i wspólnie z kolegami z zespołu nagraliście to. W tym czasie Metal Mind Productions zgodziło się wydać Wasz kolejny album, więc "Twarze" poszły na to konto. A materiał raczej nie był w stylu Dragon. Bliżej temu było do Rammstein, haha. Ale w ogóle dlaczego pojawiła się chęć stworzenia takiej muzyki?
No, trochę sam tego Rammsteina wywołałeś. Pojawiło się coś nowego w świecie - powiedzmy - metalowym, my z drugiej strony trochę też mutowaliśmy, bo po "Sacrifice" jeszcze bardziej w kierunku klasycznego heavy metalu (wręcz hard rocka) nas ciągnęło, i w pewnym momencie zaczęliśmy na próbach kleić takie "dziwne" fragmenty. No tyle że od początku wiedzieliśmy że to "nie jest Dragon" i stąd pomysł, żeby nagrać całość jako side project. I nagraliśmy za własne pieniądze! I chcemy to wydać, a tu nagle każdy wydawca mówi - "ok, ale tylko jako Dragon" No co było robić, podpisaliśmy z MMP umowę licencyjną i "Twarze" się jako płyta Dragona ukazały.
Jakie były ówcześnie reakcje fanów na ten album?
Jak możesz sobie wyobrazić - niezbyt dobre. Wtedy fani metalu byli tyleż wierni swojej muzie, co nietolerancyjni wobec "zdrady", a właśnie za zdradę te nieszczęsne "Twarze" uznano.
Nierzadko zdarzało się w losach różnych kapel, że wydanie eksperymentalnego albumu zbiegło się z rozstaniem i zakończeniem działalności. I u Was było podobnie. Pamiętasz jak do tego doszło?
To był szczególny zbieg okoliczności. Z jednej strony kiepsko przyjęta płyta, z drugiej "normalne" życie, które się o nas coraz silniej upominało - żony, dzieci, prace, mieszkania. Jakoś sens dalszego trwania w formule Dragona wtedy się rozmył, a że ja się mocno w inne projekty muzyczne wtedy zaangażowałem, to w końcu jakoś tak bez jakichś ogłoszeń czy rozstań, ale Dragon zapadł w wieloletni sen.
No właśnie. Po Waszym rozstaniu nie mogłeś rozstać się z muzykowaniem. Zaangażowałeś się w Kata (jeszcze z Romanem Kostrzewskim) podczas trasy "Szydercze Zwierciadło", potem już u Piotra Luczyka na "Mind Cannibals". A reszta Dragona gdzieś się rozeszła po innych zespołach lub w życie rodzinne, zawodowe. Ale czy wtedy pogodziłeś się z tym, że to koniec Dragona?
Najpierw dołączyłem do Kata, za Piotra Luczyka, który po wydaniu "Szyderczego Zwierciadła" odszedł z zespołu. Trasa nam się fajnie udała, pojawiła się nowa chemia i energia, zaczęliśmy nawet coś przebąkiwać o nowym materiale, ale wszystko skończyła tragiczna śmierć Jacka Regulskiego. Potem z kolei tworzyłem nową kapelę - Adrenalina; wspólnie z Luczykiem, który na powrót pokochał metal i do nas dołączył, nagraliśmy płytę "Metallica - Zlot". Miałem materiał na nowy album, mieliśmy dalej razem wspólnie pracować, a w międzyczasie Piotr trochę ten projekt przejął i przekształcił w... Kata (tego z "Mind Cannibals"). Po wydaniu tej płyty pojechaliśmy na długą trasę po całej Europie (z Six Feet Under), no i to wszystko zajęło ładnych parę lat.
I tak to trwało przez 20 lat, aż tu nagle Dragon powrócił!. Jak skompletowałeś skład? Ciężko było namówić Krzysztofa Oseta?
Zaczęło się od projektu "Metalmania'86 30 lat później". Miały być te same kapele co na pierwszej Metalmanii i te same numery zagrane, taki sentymentalny memory lane. Szybko skontaktowałem się z Bombą, Fredem i Demonem, czyli tym "żelaznym" składem Dragona z płyt, każdy wyraził wstępne zainteresowanie. I wczesnym latem 2016 spotkaliśmy się w próbowni w Rybniku, by przygotować krótki, półgodzinny, jednorazowy set koncertowy. Zaraz się jednak okazało, że basista Demon jest już muzycznie "po drugiej stronie góry", że już nie jest w stanie grać dobrze jak grał kiedyś. Jakiś jam, blues, covery sabbathów to jeszcze, ale napinanie death metalu nie wchodziło w rachubę. Od razu pomyślałem o Fazim z którym się w czasach Kata bardzo zaprzyjaźniłem. Fazi był wtedy trochę jak Wojtek Szczęsny po Juventusie, "na plaży w Marbelli" i już trochę od grania metalu odchodził, ale koniec końców szybko dał się namówić i stopniowo, z próby na próbę, łykał tego dragonowego bakcyla. Aż połknął w całości i został 120% procentowym Dragonem!
A nie bałeś się, że jego manieryzmy gry na basie zbytnio nie będą kierować muzykę Dragon w stronę starego Kata? Tym bardziej, że później doszedł perkusista Ireneusz Loth.
Ja tam u Faziego nie zauważam nadmiernych manieryzmów, no może tyle, że zawsze chce żeby jego bas był jak najgłośniej hehe. To on na samym początku wspólnego grania czasem się trochę na niektóre dragonowe patenty krzywił, "a co to tak gęsto? a tutaj to harmonia mi się nie podoba" itp., ale stopniowo przesiąkł duchem ekstremalnego metalu i ostatecznie świetnie się odnalazł w jego stylistyce. Ja z kolei też się nie upierałem przy starych patentach - graj jak Ci pasuje, byle na koniec numer dobrze brzmiał. Fazi jest doskonałym aranżerem i wprowadza wiele uporządkowania w mojej głowie pełnej pomysłów. Trzyma w ręce grzebień, którym czesze nieuczesane dźwięki. Gorzej było z Irkiem, bo to bębniarz wspaniały, ale tak bardzo zrośnięty ze stylistyką Kata, z pewną manierą grania, że natychmiast każdy numer "prasował" do katowskiej formy i był taki moment w naszym wspólnym graniu, że Dragon niebezpiecznie zaczął się zbliżać do "DraKata". Te muzyczne różnice w końcu spowodowały nasze rozstanie.
 Przez jakiś czas jednak Irek grał z Wami. Czy utwór "Nie zginaj kolan" to jedyna zarejestrowana jego aktywność?
Z Irkiem próbowaliśmy przez rok, podchodząc do różnych kawałków z późniejszego "Arcydzieła Zagłady". To w trakcie tych prób wyszło, że jednak nam wspólnie muzycznie nie po drodze, że Irek myślał raczej o tradycyjnie rozumianym heavy metalu, maks takim późnokatowskim groove, a my oczekiwaliśmy technicznego thrash/death metalu, blastów, szybkich stóp, dzikich rytmów. Z Irkiem nagraliśmy tzw. "singla" - "Nie Zginaj Kolan" i pierwszą wersję "Czas Umiera", po ich nagraniu rozstaliśmy się i całość bębniarstwa na "Arcydzieło" zaaranżował i ułożył pod siebie Miki.
Wasz pierwszy album po comebacku "Arcydzieło zagłady" wzbudził spore zainteresowanie wśród metalowej braci. I wcale album nie był kontynuacją "Twarzy", a raczej kontynuacją prawdziwego Dragon, czyli chociażby "Sacrifice" i do tego album był bardziej dojrzały i modernistyczny. Co się wtedy mówiło na Wasz i jego temat?
To był dla nas prawdziwy test - pierwsza po ponad 20 latach płyta, powrót do "prawdziwej", Dragonowej stylistyki. My byliśmy materiału bardzo pewni, uważaliśmy i nadal uważamy go za bardzo dobry, no ale tak naprawdę liczyło się to, jak zostanie nasza nowa muzyka odebrana. No i tu pozytywne przyjęcie swoją skalą aż nas zaskoczyło. Zarówno fani jak i krytycy bardzo chwalili album, zebrał on masę świetnych recenzji, bardzo dobrze też się sprzedawał (wszedł nawet na listę bestsellerów OLIS), z miejsca wygenerował też "nowe" przeboje koncertowe do śpiewania - "Nie Zginaj Kolan" czy tytułowe "Arcydzieło Zagłady".
Dlaczego powróciliście do języka polskiego od tego albumu?
"Polskie kapele śpiewają polskie piosenki". A poważnie, tak jak był czas, kiedy cały metal był angielskojęzyczny, tak teraz jest różnie i często się spotyka kapele śpiewające w macierzystych językach. Uznaliśmy ostatecznie, że gramy dla polskich fanów, gramy w Polsce, że polskie teksty pozwalają nawiązać lepszy kontakt z publicznością, polskie teksty mogą być (i są!) wspólnie śpiewane. A w ogóle to akurat tytuł ostatniej płyty (i aż trzy na niej numery!) jest po łacinie.
No tak "Unde Malum" pojawił się w 2023 roku co potwierdziło, że Dragon wrócił na dobre. Czy Krzysztof Oset miał swobodę działania w komponowaniu? Jego partie są bardzo rozbudowane. Co zawsze powstawało pierwsze: linie basu, czy gitary?
Zawsze pierwsza jest forma. Najczęściej ustalana przeze mnie - mam swoje riffy, układam z nich numer, potem ogrywam go z Fazim i wpisujemy wszystko w GuitarPro. Fazi na każdej płycie "rezerwuje" sobie własny numer, wtedy to on podaje pierwotną formę nad którą trwa potem wspólna praca. A linie basu. Co do zasady oczywiście, że Fazi sam sobie wszystko układa tak, jak mu pasuje i jak mu się podoba. Jak czasem za mocno przeszarżuje, to zaczynamy negocjacje i układy.
Jednak coś zaczęło dziać się w Waszym składzie na miejscu perkusisty. To jakieś fatum. Kolejny perkusista odszedł. Ale lukę wypełnił Janek Traciński z Sacriversum i wygląda na to, że zadomowił się.
Odkąd Miki dołączył do Kobranocki wiedzieliśmy, że będzie trudno. Z jednej strony nic dziwnego - Kobra to wielka firma, prestiż i koniec końców, konkretne pieniądze. Z drugiej Mikołaj kocha metal, energię obecną podczas koncertów, efektowności bębniarskie. Usiłowaliśmy to jakoś łączyć, ale coraz częściej terminy grań obu kapel zaczęły się zbiegać. Janek początkowo pojawił się u nas właśnie w zastępstwie Mikiego, który sam go wyszukał i nam przedstawił. Na dłuższą metę nie mogliśmy jednak działać w takiej formule; trudno było cokolwiek zaplanować, stąd kiedy okazało się, że Jan nie tylko jest wybitnym (!) bębniarzem, ale i świetnym kompanem, kolejna zmiana stała się faktem.
Rok 2024 przyniósł kolejne zmiany. Nawiązaliście współpracę z Pawłem Kowalewskim z Helicon Metal Promotions jako waszym menedżerem. Paweł mocno jest zaangażowany w metalową scenę i działa na wielu płaszczyznach. Jak do tego doszło?
Paweł organizował nam koncert w Białymstoku kończący trasę "Metal Tour '23" i wyszło wszystko tak dobrze, że zaproponowaliśmy mu stałą współpracę. No i wszystko działa jak należy. Odciążył nas z tych wszystkich pozamuzycznych spraw. Wszystko jest teraz na swoim miejscu.
Oczywiście Smok to koncertowe zwierzę. Było kilka ciekawych koncertów od Waszego powrotu. Chociażby podczas koncertu półfinałowego "Bloodstock Metal 2 the Masses Poland" gościnnie wystąpił z Wami sam Tony "Demolition Man" Dolan (ex-Venom, Venom Inc.) w utworze Venom "Don't Burn The Witch". Wiem, że był przy okazji w Polsce.
Bloodstock jest chyba organizowany przy współudziale sceny muzycznej Newcastle (czyli m.in. Venom Inc.), no i Tony odwiedzał różne miejsca i koncerty w ramach tego projektu, m.in. warszawski półfinał. Jako że mieliśmy tam zagrać od razu pojawił się pomysł, żeby może coś wspólnie dla fanów przygotować. Skontaktowaliśmy się, ustaliliśmy numer który będzie grany, w jakiej wersji ma być przygotowany (tej granej przez Venom Inc. oczywiście) zrobiliśmy go instrumentalnie i poszło!
Tak bez problemowo dał się namówić? Robiliście z nim wcześniej jakieś próby?
Bez żadnego problemu, przeciwnie. Tony to wspaniały człowiek, kumpel, a do tego prawdziwy totalny metalhead. Od razu się zgodził i bez problemu, bez żadnych prób wystąpił. A zgodził się chętnie. Z uwagi na wspólne metalowe wspomnienia! Tony grał ze swoim Atomkraft na katowickim Metal Battle w 1988, tam gdzie graliśmy i my. Pamiętał nas dobrze z tamtego koncertu i stąd od razu zgodził się razem wystąpić. Przed graniem na Bloodstocku usiedliśmy przy Jacku Danielsie i przypominaliśmy sobie ten koncert sprzed lat. I my i Tony mamy wspaniałe wspomnienia. No ja może troszkę gorsze bo mi na tym koncercie ukochana gitara się zagubiła - w pokoncertowym rozgardiaszu musiała ją zgarnąć ekipa techniczna którejś z grających kapel. Ale sama impreza - wspaniała.
Ale ciekawi mnie czy zrobił to charytatywnie, czy dostał za to gażę?
Absolutnie for free, dla samego funu, z umiłowania metalu, w imię miłych wspomnień sprzed lat.
A jak wspominasz spotkanie z Paulem Speckmannem z Master i wspólny koncert w chorzowskiej Leśniczówce?
Koncert na finale Bloodstocku wspominam wspaniale, bo było mnóstwo ludzi, a nam się on bardzo udał. Dobry set, znakomita energia. Natomiast muszę Ci się przyznać do pewnego zawodu, bo wcale nie mieliśmy okazji pogadać z Paulem - on przez cały koncert był na swoim merchu gdzie kłębiły się tłumy ludzi, to nie było ani jak podejść, ani jak mu przeszkadzać.
 A jak było w krakowskim Kwadracie z K.K. Downingiem z KK's Priest oraz supergrupą Dieth?
To jeden z najlepszych koncertów Dragona po reaktywacji! Nie dość że z idolami (Dave Ellefson, K.K. Downing, Ripper Owens) na jednej scenie, to jeszcze dla znakomitej, gorącej publiczności. To był dla mnie szczególny koncert, chwilę przed nim złamałem sobie podczas gry w piłkę nożną palec! (gol główką po szczupaku, ale źle mi się spadło). I to w "gitarowej" ręce, tej od gryfu! A jeszcze gips obkleił dwa palce, bo ten mały trzeba było do sąsiedniego przymocować. Początkowo wydawało się, że to katastrofa - czytasz w internetach o miesiącach unieruchomienia, o długim dochodzeniu do formy - no klęska po całości. Ale nie ze mną takie numery - już podczas składania ręki mówiłem lekarzom, że jestem gitarzystą, mam mnóstwo grania i że zaraz będę musiał łapać za wiosło. No to tak składali, żeby można było szybciej.
Ale i tak przegiąłem - już po paru dniach dopadłem do wiosła i dawaj - wszystkie numery "przerabiać" na dwa palce (!). Jakoś dało radę, ograliśmy numery i koncert wypadł rewelacyjnie! Potem na backstage'u Ripper i ekipa KK's Priest wołali do mnie i pokazywali te moje dwa palce jako symbol - bo to, przyznam - wszystkich szokowało, że tak daję radę i że to wcale w zagraniu koncertu nie przeszkodziło. Dobra, zdrowiu w ten sposób nie pomogłem, cały czas męcząc tę rękę narobiłem sobie szkód takich w dłoni, że potem konieczna była operacja, żeby mi sprawność przywrócić, ale - operacja się udała, ręka działa jak nowa, a co se super koncert zagraliśmy, to nasze!
Ale zdarzało Wam się grać z różnymi polskimi weteranami jak Proletaryat, Wolf Spider czy Quo Vadis. To musiało być bardzo nostalgiczne spotkanie.
Naturalnie, że sobie wspominamy czasem "dobre, stare czasy", ale na szczęście wszystkie kapele są aktywne, żywe, mamy również świeży dorobek, nowe kompozycje, nowe wydarzenia, tak więc nostalgia miesza się na tych trasach z aktualnym metalowym kumpelstwem.
Brakowało jeszcze Alastora, który stale próbuje wrócić. Przecież w 2024 roku też wydali świetny album "Nigdy nie było mnie tu". Ale ciągle nie mogą coś dogadać się z wokalistą Robertem Stankiewiczem.
Trzymam kciuki za chłopaków, żeby wrócili mocni, bo materiał doskonały i dobrze, żeby znowu usłyszeć Alastora na scenie, znowu razem zagrać.
Poza koncertami w 2024 r. była też nominacja do Fryderyków albumu "Unde Malum" oraz uhonorowanie zespołu doroczną nagrodą Prezydenta Katowic za zasługi dla kultury. Ale Wy nie osiadacie na laurach i realizujecie swoje plany. Właśnie rozpoczęła się trasa koncertowa po Polsce - "XL Annis In Igne" podsumowująca 40 lat od chwili powstania zespołu Dragon. Będą jakieś niespodzianki? Jakiś merch? Zdradzisz setlistę?
Rok 2025 niesie tyle atrakcji, zaangażowań, planów, że aż trudno wszystko poogarniać. Danie główne - trasa jubileuszowa, podczas której zagramy kawałki z całej historii Dragona, z każdej płyty. Ok... z "Twarzy" nie, ale już wyjaśniliśmy, że to nie jest oficjalny Dragon. Nie chcę zdradzać za wiele ale jasne, że będą "Beliar", "Armegeddon" czy "Łzy Szatana", że będą numery ze "Scream of Death" i "Sacrifice", że w końcu będą nasze nowe osiągnięcia, "Arcydzieło Zagłady" czy "Unde Malum". No a niespodzianki, żeby były niespodziankami to muszą pozostać w tajemnicy! Z merchu to liczymy głównie na to, że uda się już wydać podwójny album koncertowy i "Sacrifice" - pierwszy raz na winylu.
Supportami będą progresywny Subterfuge oraz klasycznie heavy metalowy Ironbound. Znasz ich muzykę?
Wcześniej nie znałem, ale oczywiście posłuchałem przed wspólną trasą. Z Subterfuge znamy się z Mateuszem Drzewiczem - znakomity wokalista, graliśmy razem bardzo fajny koncert z jego Hellhaim na Heavy Artillery w Poznaniu jesienią zeszłego roku. Fajne zespoły, ciekawe granie - Subterfuge bliższy jest temu czego my sami szukamy w Dragonie, muza progresywna, poszukująca. Ironbound to klasyczny, trochę "maidenowski" metal, ale też bardzo dobrze się tego słucha.
Wcześniej wspominałeś o pierwszej płycie koncertowej? Czy coś w tym kierunku się dzieje? Obiecaliście, że zaprezentujecie tytuł, okładkę, tracklistę i datę premiery tej płyty koncertowej.
Prace nad płytą są praktycznie zakończone. Już cały materiał jest zmiksowany, wybrany, przygotowany, okładka, layout płyty gotowe - lada tydzień mamy nadzieję że temat się ziści i na naszych koncertach będzie można album kupić.
Była też mowa o jakiejś imprezie urodzinowej. Co to ma być za impreza? I przede wszystkim kiedy?
Większość z tych planów jeszcze trzymamy w tajemnicy, ale mogę powiedzieć, że w tym roku, tak raczej jesienią, planujemy spory koncert urodzinowy w Katowicach. Z udziałem licznych zaproszonych gości, podczas którego zagramy przekrojowy materiał z naszych płyt.
I skoro mowa o zapowiedziach. W 2024 roku razem z Osetem zapowiadaliście, że Dragon wyda trzy-płytowy album "anniversary'owy", koncertowy. Taki box set z dwoma CD audio, w tym z dwoma niepublikowanymi utworami (nagranymi studyjne), czyli w sumie około szesnaście kompozycji. I do tego DVD koncertowe oraz winyl z wybranymi utworami. I do tego by było mało to dodacie książeczkę z nutami oraz tabulatorami (do utworów z tych płyt), a także usb z plikami do Guitar Pro. Ależ dużo tego. Ale co z tymi planami?
Jak już wspomniałem, album jest zasadniczo gotowy i lada dzień będzie wydany i dostępny dla fanów. Będą dwie płyty, będą dwa studyjne niepublikowane wcześniej w tej formie numery. Z DVD się nam - póki co - nie udało planów zrealizować, no i z tych super bajerów usb też musieliśmy zrezygnować, zbyt duże wyzwanie logistyczno-operacyjne by było, a chcemy jak najszybciej gotowy materiał udostępnić.
No i zapowiadaliście prace nad kolejnym albumem studyjnym. I wiem, że pomysłów to masz bez liku, hahaha. Czy coś już zostało wstępnie nagrane? Jakieś surowe tracki?
Nagrań mam mnóstwo, praktycznie całość materiału, ale póki co tylko w formie moich szkiców gitarowych. Teraz trzeba będzie z nich pobudować formy, zaaranżować, wpisać "ryby" a do "ryb" teksty. No, to jest jeszcze etap mocno początkowy. Ale co do zasady, co do samych kompozycji, to tutaj w zasadzie mam tematów pod korek.
Podobno Dragon kolejny raz zaangażuje się w przedsięwzięcie pod tytułem "Okręt Płynie Dalej" by złożyć hołd Romanowi Kostrzewskiemu.
Jasne. Roman był naszym przyjacielem, a przy tym dominującą postacią polskiego metalu i zasługuje na ciągłe honorowanie jego dorobku. Przede wszystkim oddajemy mu hołd na każdym naszym koncercie, gdzie gramy specjalny mini-set "katowski" dedykowany jego pamięci. Dodatkowo ja byłem w tym roku w gronie jury kwalifikującego młode zespoły do występu podczas koncertu, a Fred został zaproszony przez gwiazdę wieczoru (Popiór) do gościnnego występu. A jeszcze bardziej dodatkowo, w największej tajemnicy wspomnę tylko, że pracujemy nad pewnym Dużym Projektem, o którym póki co nie chcę nic mówić, ale który jeśli wypali, no to będzie naprawdę grubo..
A o co chodzi z tym kodem Morse'a ukrytym w Waszych kompozycjach, o czym żartował Krzysztof Oset?
No jest, regularny mors! Zainspirowany Rush, które na "Moving Pictures" (to jest album! potęga!) użyło morse'a w YYZ, Fazi w "Arcydziele Zagłady" i w "Piewcach Chorych Kłamstw" zakodował przekazy - w "Arcydziele", powiedzmy, że osobisty, a w "Piewcach" polityczny. Rozkodować trzeba samemu.
Zapewne kojarzysz kapelę NamoR - Michała Laksy i Krzysztofa "Pistoleta" Pisteloka z Kat & Roman Kostrzewski. To obok Popiór kolejna kapela niejako kultywująca pamięć Romana Kostrzewskiego.
Oczywiście, że kojarzę. My się bardzo z ekipą Kat&RK przyjaźniliśmy i trzymamy kciuki za powodzenie obu projektów "po-Romanowych". "Pomarlisko" Popióra to bardzo dobra płyta. Cieszę się, że teraz i chłopaki z NamoR'a dołączyli i wydali fajny album.
Kto obsługuje Wam Metal Archives? Tam, przy gatunku muzyki widnieje: "Thrash/Death Metal, Industrial Hard Rock".
Przyznam, że nie wiem, ale z tym "industrial hard rockiem" to prawdopodobnie próba opisania materiału z "Twarzy".
I tym oto akcentem zakończymy ten wywiad. I mam nadzieję, że zobaczę Was w Lublinie podczas ostatniego koncertu trasy "XL Annis In Igne". Dziękuję za wywiad! Tradycyjnie zakończenie zostawiam swojemu rozmówcy.
Do zobaczenia na naszych koncertach! Thrash 'till fuckin' death!
|