Rough Silk - "Metalowy dziadek i młokosy"


Ferdy Doernberg to prawdziwy człowiek instytucja, występuje w kilku zespołach, śpiewa, gra na gitarze i klawiszach, pisze teksty, muzykę. Niedawno reaktywował Rough Silk, z którym to nagrał kolejny album zatytułowany "A New Beginning". Jak wskazuje sam tytuł, jest to swoisty nowy początek dla kapeli, która powstała... 20 lat temu. Jakby tego wszystkiego było mało, Ferdy'emu daleko do zblazowanej gwiazdy rocka, to niesamowicie wygadany i pogodny facet, zachęcać do wywiadu zapewne Was nie trzeba.





MetalSide: Witaj, 6 lat minęło od waszego ostatniego wydawnictwa, a niedawno powróciliście z niebytu z całkiem udanym albumem zatytułowanym "A New Beginning". Co sprawiło, że postanowiłeś reaktywować zespól i pchać ten wózek do przodu?

Ferdy Doernberg: Tak się stało, że zespól rozpadł się w 2003 roku zaraz po wydaniu "End of Infinity". Pozostali członkowie nie byli zainteresowani dalszym graniem metalu, ani w ogóle graniem. Było więc po wszystkim i Rough Silk zakończył działalność. Z kolei ja kontynuowałem współpracę z A.R. Pellem, U.J. Rothem i wieloma innymi muzykami, wydałem kolejny album solowy, który okazał się większym sukcesem niż się tego spodziewałem, więc zagrałem wiele koncertów pod swoim nazwiskiem jako wokalista/kompozytor, ale czegoś mi brakowało. Miałem wiele pomysłów na metalowe dźwięki, które w ogóle nie nadawały się na moje solowe płyty. Zacząłem więc poszukiwania młodych i głodnych grania muzyków, w celu założenia nowego metalowego zespołu. André Hort, który od kilku lat był webmasterem Rough Silk był oczywistym wyborem. André kilkakrotnie otwierał koncerty Rough Silk ze swoim zespołem A.O.D., a po jego rozpadzie, gitarzysta A.O.D. Mike Mandel również zasilił szeregi nowopowstałej kapeli. Zaczęliśmy razem pisać materiał i wkrótce okazało się, że muzyka brzmiała tak jak metalowa strona Rough Silk z kilkoma świeżymi wpływami, ale zdecydowanie bez popowych eksperymentów ostatnich albumów. Na początku zamierzaliśmy wymyślić dla zespołu nowa nazwę, ale zdaliśmy sobie sprawę, że styl mojego pisania automatycznie nadaje metalowym kawałkom cechy Rough Silk. A jako że dawni członkowie zespołu nie są już aktywni muzycznie, zadecydowaliśmy, że zostaniemy nowym Rough Silk. Po paru miesiącach znaleźliśmy Alexa Wenne - perkusistę idealnie pasującego do zespołu. Alex, który jest bardzo dobrym bębniarzem i mieszka w okolicy, pomimo że jest tak jak Andre i Mike wciąż młody, grał z wieloma dobrymi muzykami jak Craig Robinson (basista John Lee Hookera), Spencer z Shark Island czy słynnym piosenkarzem country Gunterem Gabrielem. Zagraliśmy już kilka koncertów - np. z Agent Steel, Demon czy Sick of It All i Rock Harz Festival i wszystkie one były bardzo udane.

A co porabiałeś pomiędzy "End of Infinity" a "A New Beginning"? Zajmowałeś się w ogóle muzyką, czy zrobiłeś sobie przerwę?

Oczywiście, że zajmowałem się muzyką - to moja praca! Współpracowałem i nadal to robię z wieloma rożnymi artystami na przykład: Holy Moses, Roland Grapow, Destruction,, Tom Angelripper (Sodom), Crimson Glory, John Wesley Harding, Chris Caffrey (Savatage), Jason Ringenberg (Jason & the Scorchers), Uli Jon Roth and Francis Buchholz ze Scorpions, Julian Dawson, Joseph Parsons, Robbie Krieger (The Doors), Roy Z., Therion i Snowy Shaw (Merciful Fate, Notre Dame), Messiah Marcolin (Candlemass), Gamma Ray, Max Weinberg z zespolu Bruce'a Springsteena E-street-band, Axxis i innymi. Jak jesteś otwarty, to zawsze się czegoś nowego nauczysz. Poza Rough Silk, od 11 lat jestem stałym członkiem Axell Rudi Pell, jak również wspomagam Holy Moses i Dorian Gray Orchestra na koncertach. Ale Rough Silk jest jedynym metalowym zespołem, w którym tworzę gro muzyki i piszę wszystkie teksty, więc jest on dla mnie czymś bardzo ważnym i osobistym.

Jako jedyny oryginalny członek zespołu reaktywowałeś Rough Silk z zupełnie nowym składem. Jakieś odczucia na ten temat?

To nowy zespól, ale wciąż typowy Rough Silk. Rough Silk bez wątpienia stworzył swój własny styl. Nazwa mówi sama za siebie: Rough oznacza naprawdę ciężkie (zahaczające czasami o thrash czy hardcore) metalowe wpływy, a Silk nietypowe elementy wokalne/kompozytorskie i partie pianina. Chodziło nam o to, żeby nagrać album metalowy, gdzie brutalna strona zespołu znowu byłaby brutalna, co znaczyło powrót do thrashowych i hardcorowych riffów, które zawsze były istotną częścią stylu zespołu. W naszej muzyce zawsze znajdowały się wpływy thrashu, hardcora i death metalu. To jest to, co odróżniało nas od innych - nie było w naszej muzyce hair metalowych riffów z lat 80-tych. Nasze dźwięki zawsze były inne od typowych hardrockowych i power metalowych riffów. Były dużo cięższe z wieloma półtonami. Łączyliśmy je z partiami pianina w stylu Billy Joela, ale Rough Silk zawsze grał metal. To był jeden z głównych powodów, dla którego byli muzycy odeszli. Metal przestał ich interesować, a ja nie chciałem grac w Rough Silk popu. I to mi się podoba w nowym składzie: ponieważ Mike i Andre wywodzą się ze sceny thrash i death, ich sposób grania jest bardzo agresywny i świeży i przez to stare utwory brzmią świeżo kiedy odgrywamy je na żywo. Czadowy styl gry Alexa na perkusji, wymagający niezłych umiejętności technicznych stoi w opozycji do tego, co muzycznie prezentowali dawni członkowie. Uważam, że płyta z nowymi muzykami jest bardziej w stylu Rough Silk, niż przedostatnia nagrana w starym składzie. I - podkreślam - jest to metalowa płyta. Rough Silk i tak w przeszłości miał sporo zmian składu i tylko ja jestem w nim od początku, ale tak naprawdę zawsze bardziej liczył się styl zespołu, który zawarty był w samej nazwie - Rough - bo thrashowe riffy i Silk - bo partie pianina, niż kto w nim grał, chociaż oczywiście, każdy z nas coś do niego wnosił. Mieliśmy unikalny styl, który wciąż kocham, dlatego właśnie założyłem nowa wersje Rough Silk. Mike, Andre i Alex są młodzi i nienasyceni, a ja jestem metalowym dziadkiem, hehe! Są w porządku kumplami i świetnymi muzykami. Także tytuł krążka doskonale pasuje do aktualnej sytuacji w kapeli: jesteśmy gotowi na nowy początek i jestem z niego bardzo dumny.

Czy kiedykolwiek skontaktowałeś się z dawną ekipą i przedstawiłeś propozycję ponownego zejścia się?

Nie, bo zrezygnowali z muzyki. To by nie miało sensu.

Przejąłeś etat wokalisty - jak się czujesz w tej roli?

Bardzo dobrze. Wydałem 3 solowe albumy, na których śpiewałem, gram wiele solowych koncertów, więc to było bardzo naturalne, zwłaszcza że i tak od zawsze pisałem teksty w Rough Silk. Zdaje sobie sprawę, że znajdą się tacy, którzy nie polubią mojego głosu, bo nie jestem Janem. Jan był oczywiście wielkim wokalistą, ale nie ma takiej opcji, żebyśmy znów razem pracowali. Jak Thomas Ludolphy śpiewał z nami, wielu dawało mu w kość, bo nie był Janem. Osobiście uważam, że jest świetnym wokalista, zwłaszcza na "Beyond the Sundown" odwalił kawał dobrej roboty, ale ludzie zawsze wolą oryginalnego wokalistę. Jestem więc przygotowany na obrzucanie błotem, hehe. Nigdy nie szukaliśmy nowego śpiewaka, zawsze zakładaliśmy, że ja nim będę. Zawsze pisałem wszystkie teksty i tym razem chciałem je zaśpiewać. Jestem w połowie Anglikiem i teksty są dla mnie niezmiernie ważne. Wziąłem też kilka lekcji śpiewu, żeby moc pokrzyczeć jak metalowiec, sporo śpiewam, kiedy gram z Axel Rudi Pell, a po zagraniu mnóstwa solowych sztuk nabrałem doświadczenia w "dziale rozrywki". Graliśmy już koncerty w nowym składzie i wypadło nieźle.

W 2006 roku zasmuciła nas wiadomość o śmierci Hilmera Staacke - jednego ze współzałożycieli zespołu. Jedna z piosenek na nowym albumie jest nawet jemu poświęcona. Możesz powiedzieć coś więcej na temat tego, co się wydarzyło? Musiałeś być zdruzgotany.

Napisałem ją i wykonałem na żywo w Los Angeles zaraz następnego dnia po tym jak otrzymałem wiadomość o śmierci naszego oryginalnego gitarzysty. Grałem wówczas z Uli John Rothem i Robbie Kriegerem (The Doors). Chodziliśmy razem z Hilmerem do szkoły i razem założyliśmy Rough Silk i nawet kiedy odszedł z zespołu pozostaliśmy w przyjacielskich stosunkach, mimo że nie utrzymywaliśmy już ze sobą częstych kontaktów, czego teraz ogromnie żałuję. Jeżeli chodzi o muzykę, Hilmer był niedocenionym gitarzystą, uzyskiwał świetne brzmienie i bardziej zależało mu na melodiach niż na wycinaniu solówek. Oprócz Jeffa Becka, jednym z jego ulubionych gitarzystów był Warren de Martini z Ratt. Kiedy grałem z Warrenem w L.A., pomyślałem o Hilmerze i powiedziałem mu, że mam kumpla, który jest wielkim fanem jego stylu. Następnego dnia Warren przyniósł mi plakat podpisany dla Hilmera, który chciałem mu wręczyć na jego urodziny 5-go czerwca. Ale 10 minut później dostałem telefon od Ralpha (byłego basisty Rough Silk), z wiadomością, że Hilmer umarł. Byłem zszokowany. Hilmer i ja dorastaliśmy razem i łączyło nas tyle rzeczy. Był istotnym elementem Rough Silk i na pierwszych albumach silnie odcisnął swoje piętno. W pierwszych latach działalności mieliśmy próby 6 dni w tygodniu po 8 godzin, pracowaliśmy nad nimi wspólnie w salce prób i zręby utworów zawsze tworzyli Hilmer, Jan i ja. Jego kawałki (np. "Don't Leave Me Now", "Ups and Downs") miały w sobie klimat lat 70-tych (na długo przed moda na lata 70-te) i bardzo się różniły od stylu pisania końca lat 80-tych zorientowanego na riffy. Choroba była m.in. powodem, dla którego opuścił zespól w 1995 roku. Poza tym był bardzo nieśmiały i źle znosił popularność. Nienawidził też strony biznesowej bycia profesjonalnym muzykiem. Już na trzymiesięcznej trasie z Helloween miał problemy z astmą i alergiami. Hilmer był bardzo wrażliwą i inteligentną osobą i kiedy odszedł z Rough Silk, beztroska bezpowrotnie minęła. Pomimo tego, że wszyscy gitarzyści po nim byli świetnymi, albo przynajmniej dobrymi muzykami, to wyjątkowe uczucie "my przeciwko światu" zniknęło (nie mam na myśli nowego składu, tylko składy pomiędzy). Po odejściu z kapeli pracował jako muzyk sesyjny (np. dla lokalnego radia) i dawał lekcje gry na gitarze. Ożenił się, urodziła mu się córka, która ma teraz 8 lat, i która w ostatnich latach jego życia była dla niego wszystkim. Hilmer miał tylko 38 lat jak umarł, ale jego muzyka przetrwa.

Pomęczę cię jeszcze trochę o przeszłości. Jeśli zastanowisz się nad historia kapeli, jakie byłyby jej punkty zwrotne, a jakie wydarzenia uznałbyś za wpadki?

Oj, ciężko powiedzieć. Zawsze mieliśmy pod górkę, bo byliśmy zbyt ciężcy dla power metalowców, zbyt progresywni dla metalowców, zbyt bezpośredni dla fanów proga itd. Oczywiście, wiele rzeczy zrobiłbym inaczej, gdybym tylko dysponował wiedza, jaka mam teraz. Bez niej, prawdopodobnie popełniłbym te same błędy jeszcze raz. Wiadomo - zostaliśmy orżnięci, zaufaliśmy nie tym ludziom, co trzeba (nawet członkom zespołu) i wykonaliśmy mnóstwo błędnych ruchów - ale takie jest życie.

A jaki jest twój ulubiony album Rouh Silk (oprócz nowego)?

Nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Lubię je wszystkie. Być może za trochę gorszy uważam "End of Infinity", bo wówczas nie byliśmy już zespołem z prawdziwego zdarzenia. Ale i tak jest na nim kilka dobrych kawałków. Oczywiście, na dzień dzisiejszy najbardziej podoba mi się nowa płyta, z której jestem bardzo usatysfakcjonowany. Do najlepszych zaliczyłbym też "Roots of Hate", "Walls of Never", "Circle of Pain" i "Beyond the Sundown", ale "Mephisto" też zawiera świetne utwory, ale wydaje mi się, że byłbym z niej bardziej zadowolony, gdyby została inaczej wyprodukowana - producent chciał, żebyśmy brzmieli jak Marilyn Manson albo Rammstein, ale pomimo tego, to wciąż jest bardzo dobry album. Bardzo lubię również "Symphony of Life", ale mimo iż uwielbiam to, co Thomas zrobił na "Beyond the Sundown", wydaje mi się, że nie wypadł najlepiej w bardziej melodyjnych kawałkach. Ale nawet "End of Infinity" ma kilka fajnych piosenek i ciekawych motywów. Ten krążek był płytą umierającego zespołu - jest na nim parę fajnych pomysłów, ale słychać, że każdy członek zespołu chciał czegoś innego. Nie pomogło podzielenie obowiązków głównego wokalisty, bo przez to płyta brzmiała jak sampler. Głównym problemem było to, że nie mieliśmy wspólnej wizji, jeden z nas chciał nagrać album popowy, inny prog-rockowy, a ja jako jedyny szeptałem cicho: "metal". Ale pozostałych muzyków metal już nie interesował, więc zgodzę się, że jest to nasz najdziwniejszy album, ale tak jak powiedziałem, jest na nim kilka dobrych utworów. Więc ogólnie, lubię większość materiału, który kiedykolwiek nagraliśmy, nawet bonusy na "Wheels of Time" są fajne! W chwili obecnej żyję nową płytą, ale oczywiście kiedy nabiorę do niej dystansu, znajdę na niej kilka szczegółów, które chciałbym zmienić. Ale to normalne. To tak jakbyś oglądał stare zdjęcia i powiedział: "Cholera, jak mogłem myśleć, że w tej fryzurze mi do twarzy?" Nie żałuję więc niczego, co nagraliśmy. Nawet "End of Infinity" był okay jako album pożegnalny.

Porozmawiajmy chwile o waszym najnowszym wydawnictwie. Jak długo zajęło wam napisanie i nagranie nowego materiału? Jaki sposób pisania preferujesz?

Pracowaliśmy nad nim, kiedy studio nie było zarezerwowane, więc trochę to zajęło, ale pracowało nam się razem bardzo dobrze. A pisanie? Nie mam stałej zasady, zawsze jest inaczej - czasami najpierw powstaje riff, a czasami tekst, nigdy nie jest tak samo.

Ogólnie, uważam ze nagraliście całkiem niezła płytę, chociaż wg mnie nierówną. Są na niej świetne kawałki, ale są tez przeciętne. Jakbyś odparł mój zarzut?

Cóż mogę powiedzieć? Lubię ten album takim, jakim jest, a wszystkich nie da się zadowolić. Tak jak powiedziałem wcześniej: nazwa mówi sama za siebie - Rough to naprawdę ciężkie (czasami nawet thrash/hardcorowe) wpływy, a "Silk" to ciekawe partie wokalne i fortepian. Może przez to wydaje ci się nierówny - a to przecież bardzo unikalny styl.

Moje dwa ulubione kawałki to "Temple of Evil" oraz "Reborn to Wait". Możesz je pokrótce opisać?

"Temple of Evil" jest o nadużywaniu religii i całym fanatyzmie, który z tym się łączy. "Home is where the pain is" jest o wykorzystywaniu dzieci, bardzo smutna rzecz! "Reborn to Wait" to bardzo sarkastyczna wypowiedz na temat tego całego ruchu New Age i uduchowienia, które ostatnio staje się coraz bardziej popularne. Jestem w połowie Anglikiem i moje teksty zawsze zawierały sporo mrocznego brytyjskiego humoru! Do tego utworu nagraliśmy teledysk, myślę, że fajnie wyszedł - obejrzyjcie go na naszej stronie myspace, albo na youtube.

Minęło już trochę czasu od wydania płyty. Jak ci się teraz podoba? Wciąż jesteś zadowolony z rezultatu, jaki udało wam się osiągnąć?

Jak najbardziej.

A jak stoją sprawy z wasza wytwórnią? Wywiązują się z kontraktu?

Tak. Znamy się z Christine z Dockyard 1 od wielu lat. Jesteśmy dobrymi przyjaciółmi i pracowaliśmy razem w przeszłości (Roland Grapow, Rick Monroe). Jest ona także menadżerem jednego z moich najlepszych kumpli - Mike'a Terrany. Była pierwszą osobą, którą spytałem i cieszę się, że zarówno jej, jak i reszcie załogi spodobała się nasza płyta. Jak na razie jestem szczęśliwy - są to wspaniali ludzie i do tego profesjonaliści, którzy wciąż otwarci są na muzykę, a to w dzisiejszych czasach rzecz rzadko spotykana!
Macie jakieś plany koncertowe/festiwalowe na najbliższą przyszłość?

Gramy sporo zarówno pojedynczych sztuk, jak i festiwali. Sezon festiwalowy się już skończył, ale w planach mamy występy na dwóch festiwalach halowych. Będziemy się starać grać jak najczęściej, ale przemysł muzyczny jest obecnie w wielkim dołku, więc nie wiadomo jak dobrze sprzeda się album, trzeba będzie trochę poczekać. Oczywiście fajnie byłoby pojechać w trasę z kimś większym, ale tu zawsze problemem są kwestie finansowe. Ale jesteśmy kapelą oldschoolową, więc dajemy dużo koncertów w weekendy, na których gramy sami - tak jak to robiło się dawniej - czterech kolesi w furgonetce. Tam gdzie jest możliwość podłączenia sprzętu, tam gramy! Właśnie podpisaliśmy kontrakt z agencją koncertową i nie sprawia nam problemu to, że sami musimy rozstawić sprzęt. Po koncercie sami go zwijamy i ruszamy w drogę do następnego klubu. Wiele zespołów już tak nie robi. Zdaję sobie sprawę, że nie będzie łatwo, ale nie nagraliśmy nowej płyty dla pieniędzy, tylko dlatego, że kochamy muzykę. To jeden z powodów, dla którego chciałem mieć w zespole młodych muzyków z idealistycznym nastawieniem, a nie starych najemników, którzy grają tylko dla forsy.

Jesteś rozchwytywanym muzykiem, który współpracował dosłownie z dziesiątkami rożnych artystów, a także jesteś wieloletnim członkiem takich grup jak Axel Rudi Pell czy Taraxacum. Dajesz rade wyżyć z muzyki, czy tak jak wszyscy inni, masz normalna prace?

Muzyka to moja "normalna praca".

Wspomniałeś wcześniej o swojej karierze solowej. Możesz zdradzić jaka muzykę wykonujesz?

To nie jest metal, w muzyce tej bardziej liczy się śpiew - lubię oba style: energię metalu i rocka, jak również intymność występu akustycznego. Jeżeli chodzi o metal, to bardzo lubię wiele kapel death metalowych (np. Morbid Angel, Deicide, Cannibal Corpse, Six Feet Under, Death, Atheist), thrashowych (Testament, Slayer, Machine Head, Metallica, Laaz Rockit, Holy Moses, Destruction), a nawet blackowych (Absu, Endstille, Dimmu Borgir). Wiele osób nie spodziewałoby się tego po mnie, ale zaczynałem w grającej pod Ramones punkowej kapeli The Wabbles, to był mój pierwszy zespól. Od zawsze słuchałem nowojorskiego hard core'a, a Agnostic Front to jeden z moich ulubionych zespołów. Tak jak Billy Joel, Bruce Springsteen, Bob Dylan, Bryan Adams, Randy Newman czy nawet Ratt. Oczywiście, moje albumy solowe są bardziej osobiste, bo więcej w nich miejsca na liryki. Chociaż kiedy piszę teksty do metalowych kawałków, też traktuje je bardzo serio. Więc na to pytanie nie da się jednoznacznie odpowiedzieć. Oba style bardzo lubię i jestem bardzo otwartym na muzykę człowiekiem.

Dziękuję za rozmowę. Ostatnie słowo należy do ciebie.

Również dzięki. Co mogę dodać? Posłuchajcie albumu, może się wam spodoba? Wszystkiego dobrego - Ferdy.


Autor: Mikołaj

Data dodania: 12.10.2009 r.



© https://METALSIDE.pl 2000 - 2024 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!