Cochise - "Zawsze miałem duszę artystyczną"


Cochise stuknęło w tym roku 20 lat! I ta łącząca rock, grunge i metal formacja postanowiła świętować jubileusz w najlepszy możliwy sposób: wypuszczając nowy krążek. Płyta zatytułowana po prostu "Cochise" jest już ósmą w dorobku tej grupy. Ujrzała światło dzienne 13 września dzięki Metal Mind Productions zawierając osiem autorskich kawałków oraz jeden cover. Gościnnie pojawia się na niej sam Leszek Możdżer, a w teledysku do "Trouble in the Streets of Happiness" tańczy sam Maciej Zakościelny. Nie powiem: mocno mnie to intrygowało. Podobnie jak sam frontman Cochise, którym jest Paweł Małaszyński - aktor znany chociażby z takich filmów jak "Katyń", "Listy do M.", czy "Skrzydlate świnie". Jak zaczęła się ta jego muzyczna przygoda? Czym w ogóle jest dla niego muzyka? Jak wyglądała praca nad nową płytą? Oto Paweł Małaszyński jakiego nie znacie!





Hej! Cześć słychać mnie?

Paweł Małaszyński: Cześć! Tak, sorry za małe problemy techniczne, ale ja jestem totalnie anty-techniczny. Wolę rozmowę face to face. Chociaż zrobiłem teraz teledysk przy pomocy sztucznej inteligencji, ale wciąż jestem "vintage"! (śmiech)

To do tego teledysku jeszcze dojdziemy (śmiech). Zacznijmy może od tego, że porzuciłeś prawo gdy uznałeś, że to aktorstwo jest twoją prawdziwą miłością. Czym więc jest dla Ciebie muzyka? Czym jest dla Ciebie śpiewanie w zespole?

Poszedłem na studia prawnicze za namową moich rodziców, bo tak naprawdę nie wiedziałem co chcę robić w życiu i rzeczywiście rzuciłem je po pierwszym półroczu. To nie było dla mnie. Od kiedy pamiętam zawsze miałem duszę artystyczną. Prawda jest taka, że od momentu kiedy zaczęła się kształtować moja świadomość i muzyczna wrażliwość to marzyłem by zostać gwiazdą rocka. Moja fascynacja muzyką zaczęła się jeszcze w podstawówce od winylów rodziców. Przede wszystkim polski big-beat: ABC, Czerwone Gitary, Niebiesko-Czarni, Czerwono-Czarni, Breakout, Skaldowie, Karin Stanek, Szczepanik czy Ada Rusowicz. Pamiętam pierwszy w domu vinyl The Beatles "Rubber Soul". Później sam zacząłem szukać i odkrywać chociażby Elvisa Presley'a, The Rolling Stones, całe lata 60. z The Doors, Hendrixem i Joplin na czele. Pojawił się również polski rock: Maanam, Kat, Dżem, Republika oraz punk w postaci Dezertera, KSU, Kultu, Brygady Kryzys czy Farben Lehre. Jarocin był takim miejscem do którego zawsze mnie ciągnęło. Czysta wolność i muzyka, ale byłem wtedy za mały by tam pojechać. Poznawałem go z relacji starszych kolegów, z tego co pokazali w TV, czy z informacji z zinów i prasy muzycznej. Jak każdy młody chłopak szukałem swojego miejsca. Przedzierałem się przez meandry muzycznego świata, który mnie zafascynował. Zaczytywałem się w biografiach muzyków - chciałem być częścią tego świata. Nie licząc klubu 27.

To jedyny klub do którego nikt nie chciałby dołączyć!(śmiech)

To prawda. Dołączenie do niego nie było moim marzeniem! (śmiech) W momencie kiedy byłem już nastolatkiem, w okolicach liceum zapuściłem włosy, zaczęły powstawać pierwsze grupy muzyczne. Chcieliśmy grać metal, rock. Prawie każdy chciał mieć kapele. To był początek lat 90.: runął Mur Berliński, opadła żelazna kurtyna. Powoli otwieraliśmy się na świat, na zachód. Poranki zaczynałem od MTV i tak też kończyłem dzień. Dzień z MTV nie był dniem straconym. Stamtąd czerpałem pierwsze inspiracje i fascynacje. Powstała pierwsza polska prywatna rozgłośnia radiowa RMFFM gdzie przy śniadaniu mogliśmy posłuchać najnowszej Metalliki. Pojawiły się Wilki, Hey, IRA, Bartosiewicz, Kaśka Kowalska, chwilę później Illusion, Myslovitz. To był piękny czas. Rock eksplodował i ja też marzyłem o graniu, śpiewaniu, koncertach, o życiu w trasie. Przeszedłem przez sporą ilość składów muzycznych, które powstawały i się rozpadały jak domki z kart. Niektóre z nich nawet nigdy próby nie miały (śmiech). Kiedy się zorientowałem, że to iluzja i nie uda mi się stworzyć silnej grupy osób która myślałaby podobnie, to porzuciłem marzenia o zostaniu gwiazdą rocka ale muzyki, która mnie wychowała i ukształtowała nie. Wciąż pisałem teksty i układałem melodie. Dla siebie. Do szuflady. Pod koniec liceum skupiłem się na mojej drugiej pasji.

Aktorstwie?

Włócząc się ulicami Białegostoku myślałem o tym, że skoro nie rock-and-roll to może gwiazda kina i ekranu (śmiech). Podobnie jak muzyka X muza również mną zawładnęła. Jeżeli nie było mnie w szkole, to zawsze można było mnie znaleźć w kinie gdzie po raz setny oglądałem jakiś film. Wiedziałem jak się do niego włamywać tylnym wejściem by obejrzeć coś za darmo - bo nie zawsze miałem kasę na bilet. Podobnie jak z muzyką: zaczytywałem się w biografiach aktorów, reżyserów, oglądałem filmy dokumentalne o kręceniu filmów, festiwale, Oscary. Pochłonął mnie artystyczny świat. Świat muzyczno-filmowy, który łączył się naturalnie z innymi dziedzinami sztuki. Mocno wkręciłem się w pop-art. Basquiat czy Andy Warhol stali się dla mnie bardzo ważni. Basquiat, który początkowo uprawiał graffiti skierował moją uwagę - o dziwo! - na kulturę hip hopu, która w latach 90 zaczęła prężnie rozwijać się w afroamerykańskich społecznościach w Nowym Jorku: Dr. Dre, 2Pac, Snoop, N.W.A. Jednak wciąż zdawałem sobie sprawę, że nie mogę znaleźć sobie odpowiedniego miejsca. Odpowiedniego portu. Wciąż szukałem mojej muzyki. Zazdrościłem pokoleniu lat 50: Paula Anki, Elvisa, Jerry'ego Lee Lewisa, Chucka Berry'ego itd. Pokoleniu "flower power": Hendrixa, The Doors, Janis Joplin, Jefferson Airplane, Joan Baez, Boba Dylana - poetów rocka - The Beatles, The Rolling Stones. Lata 70. to glam rock i David Bowie, T. Rex, Slade. Lata 80. to przede wszystkim punk, Wielka Brytania i walka z systemem: The Clash i Sex Pistols, a z drugiej strony New Wave: Joy Division, Talking Heads czy The Cure. Wtedy myślałem sobie: "a co z moim pokoleniem? Czy pojawi się ktoś, kto określi moje pokolenie? Kto będzie naszym głosem i stanie na czele nowej fali, nowej dekady?"… i nagle BUM! Jest!

W latach 90. mieliśmy eksplozję grunge'u.

Grunge zmienił wszystko. Przewrócił moje życie do góry nogami. Narodziła się moja generacja. Generacja X. Zespoły tego nurtu eksponowały swoją niezależność od muzycznego mainstreamu w sposób naturalny, spontaniczny. W ogóle nie kierowały się rachunkiem zysków i strat, ani tym czy się komuś coś spodoba czy nie. Młodzi ludzie pełni złości, frustracji i goryczy tworzyli muzykę buntu. Muzykę ostrych brzmień łączącą punk i metal. Grunge zrewolucjonizował moje myślenie na temat świata, moje podejście do życia. Zweryfikował otaczającą mnie rzeczywistość, a ja stałem się jego częścią. Częścią muzycznej rewolucji. Eksplozji emocji. Tu i teraz. Potem grunge wchłonął mainstream i jak wiemy po paru latach skończyło się to tragicznie. Muzyka mojego pokolenia powoli odchodziła w zapomnienie... umierała, a ja będąc już w szkole teatralnej wciąż myślałem o muzyce. Cały czas tworzyłem melodię i zapisywałem powyrywane wersy, zdania, prowadziłem pamiętniki, zapiski z których po latach powstawały teksty piosenek. Zresztą do tej pory to robię. Tuż przed zakończeniem szkoły teatralnej moje drogi przecięły się z Wojtkiem Naporą. Spotkaliśmy w odpowiednim miejscu i czasie. Zaczęliśmy coś wspólnie brzdąkać, tworzyć, rejestrować i tak powoli, powoli na zgliszczach moich poprzednich zespołów i poprzednich zespołów Wojtka zaczęło się coś krystalizować. Znaliśmy realia. Takie granie nie trwa długo. Zawsze ktoś odpada, odchodzi, nudzi się, ma inne plany. Dopada go rzeczywistość i dzień powszedni. Marzenia o zespole zostają marzeniami. My również nie wiedzieliśmy co przyniesie przyszłość. Będzie cud jak nagramy demo! (śmiech) Kurwa, chociaż na pamiątkę! O płycie nawet nie wspomnę (śmiech). Nie wierzyłem, ale bardzo chciałem. Dziś mija nam 20 lat. Mamy osiem płyt na koncie i zagranych prawie 800 koncertów, a ja dalej w to nie wierzę... Nie wierzę, że udało nam się tyle przetrwać i wciąż nam się chce. Mimo pięćdziesiątki na karku (śmiech).

Macie w swoim repertuarze kawałki, w których wcielasz się w pewne postacie. Tutaj np. przypomina mi się troszkę niepokojący "Czarne serca". Warsztat aktorski przydaje się podczas śpiewania takich rzeczy?

Czy ja wiem? Na pewno jest to swego rodzaju artystyczne wyzwanie ale film, serial, scena teatralna, a muzyczna - to zupełnie różne przestrzenie pod względem emocji, czy koncentracji. Inaczej rozkładam siły będąc w trasie koncertowej, a inaczej podczas spektaklu teatralnego czy kiedy jestem na planie. To inne krwiobiegi. Inny rytm i forma koncentracji. Cieszę się, że mam możliwość w życiu spełniania się i występowania w tych wszystkich przestrzeniach. Jestem ciekawy i spragniony świata. Wystarczy delikatny bodziec, a już mam ochotę tworzyć, działać i nie ważne czy to film, teatr czy muzyka. My jako Cochise nie mamy przygotowanych "masek" na spotkania z publicznością jak niektóre zespoły. To nie jest nasza wrażliwość. Pozwalamy sobie czasem na małą ekstrawagancję w teledyskach i to wszystko. Czterech facetów na scenie. Siła, prawda, szczerość, energia. Nie jesteśmy też z drugiej strony jakimiś abnegatami. Lubimy i podziwiamy kreatywność wielu zespołów pod względem show: Kiss, Tool, Muse czy nasza polska Transgresja na przykład. My jednak podążamy inną ścieżką. Lubimy prostotę. A tak na marginesie: nigdy w to nie wierzyłem, a jednak cuda czasem się zdarzają: Oasis wraca na scenę! To mój najlepszy prezent muzyczny od lat.


Wybierasz się na jakichś ich koncert?

Niestety (śmiech). Nie było szans - nie kupiłem biletu! Zanim serwer się odciążył od miliona chętnych było już za późno, ale spokojnie poczekam bo słyszałem, że mają w planach nagrać nową płytę i będzie tych koncertów więcej w całej Europie. Camden Town to magiczne miejsce w Londynie, w którym miałem okazję być wiele razy - to kolebka brytyjskiej sceny muzycznej. Tam też narodził się BritPop, a jeżeli chodzi o braci Gallagher to uważam, że ich muzyczna megalomania jest jak najbardziej uzasadniona. Wystarczy posłuchać płyt.

W Waszej twórczości pojawia się sporo odniesień do kultury Indian. Skąd z kolei ta fascynacja?

Nigdy nie byłem fanem "Tomka na wojennej ścieżce" Alfreda Szklarskiego czy "Winnetou". Nigdy nie bawiłem się w kowbojów i Indian. Pierwszy kontakt z tą kulturą to "Mały Bizon" Fiedlera. Przeczytałem ją jeszcze w podstawówce. Potem na pewno The Doors i fascynacja Indianami Jima Morrisona. Piękna, mistyczna, duchowa. Głównym jednak katalizatorem był film "Tańczący z wilkami" Costnera. Nikt wcześniej nie nakręcił tak pięknego, autentycznego i szczerego filmu o rdzennych Amerykanach żyjących w zgodzie z naturą, o pięknych tradycjach oraz bogatym dziedzictwie kulturowym. Ten obraz, chociaż ma już ponad 30 lat wciąż zmusza nas do zastanowienia się nad naszym światem. Nie pozwala nam zapomnieć, że wszyscy jesteśmy ludźmi, nawet jeśli myślącymi i żyjącymi trochę inaczej. Podkreśla ogromną potrzebę nieustającego dialogu i tolerancji. To piękny, ważny i aktualny film. Polecam jeszcze obejrzeć "Hostiles" w reżyserii Scotta Coopera, "Thunderheart" Michaela Apteda, "Pochowaj me serce w Wounded Knee" Yvesa Simoneau oraz świetny dokument "A Good Day to Die" o założycielu Ruchu Indian Amerykańskich, Dennisie Banksie. Jeżeli ktoś chce rozpocząć swoją przygodę z tą kulturą te pozycje na początek powinny wystarczyć. Potem można sięgnąć po książkę Zofii Kozimor "Taniec życia i pieśń śmierci. Historia Apaczów Cochise'a i Geronima". Przeczytałem sporo książek poświęconych tej tematyce. Historia rdzennych Amerykanów jest pełna bólu i cierpienia. Złamanych obietnic i traktatów. Utraty ziemi, dumy, godności. Asymilacja. Biały człowiek zniszczył ich kulturę, zagrabił ich ziemię, odebrał im dzieci i zmusił do porzucenia wiary przodków. Żyją w rezerwatach, setki razy okłamywani i marginalizowani. Ta kultura i wartości, które legły u jej podstaw stały mi się bardzo bliskie. Przekonania Indian, ich religijność, miłość do ziemi, sposób patrzenia na świat - to wszystko znajduje odzwierciedlenie też w moim światopoglądzie i oczywiście w piosenkach. Nazwa kapeli zobowiązuje.

Tak. Jest też mocno związana z Audioslave.

To prawda. Nasza nazwa to dwa źródła: moja fascynacja Indianami Ameryki Północnej i pierwszy singiel grupy Audioslave "Cochise". Szczerze mówiąc bardzo ostrożnie i sceptycznie podchodziłem do newsa o połączeniu muzyków z Rage Against the Machine z wokalistą Soundgarden: Chrisem Cornellem. Nie zdawałem sobie sprawy w jakim błędzie byłem. Ich pierwszy singiel "Cochise" wgniótł mnie w podłogę. Cała płyta jest genialna. Kiedyś wracając samochodem z próby słuchaliśmy nowego Audioslave i przyszło mi do głowy: "Słuchajcie, a może Cochise?". "Ale co to znaczy?" - musiałem chłopakom wytłumaczyć, że to wojownik, wódz Apaczów. Silna, dumna i majestatyczna nazwa dla zespołu ze wspaniałą historią. Cochise czyli "dąb" wódz szczepu Chokonen Apaczów Chiricahua był najbardziej wpływowym wodzem indiańskim. Cechowały go wyjątkowe zdolności wojownika i stratega, duża inteligencja, talent negocjatora i mówcy. Te wszystkie zalety połączone z wrażliwością na los innych, zjednały mu szacunek i uznanie. Pozwoliły mu zjednoczyć pod swym dowództwem wszystkie grupy Apaczów. Jego śmierć stanowiła niepowetowaną stratę. Wśród wodzów nie było nikogo, kto mógłby kontynuować jego dzieło i czuwać nad utrzymaniem jedynego rezerwatu w Ameryce, w którym Indianie rządzili się sami. Jako ciekawostkę mogę dodać, że jego zięciem był słynny Geronimo wojownik brutalny i bezlitosny wobec meksykańskich i amerykańskich żołnierzy. Pod koniec swojego życia wiódł życie farmera i tam też zajął się budowaniem własnej legendy: dyktował swoją biografię, pozował do fotografii i portretów, był obecny przy inauguracji kadencji prezydenta Theodore'a Roosvelta i rozdawał autografy podczas Wystawy Światowej w 1904 roku. Także jak widzisz geneza naszej nazwy jest bardzo barwna i ma już ponad 200 lat.

Teraz dzięki Metal Mind Productions na rynku pojawił się Wasz nowy album. Radek wspominał, że zupełnie inaczej nagrywaliście tym razem wokale. Co się zmieniło?

Z Metal Mind współpracujemy już 10 lat i wydaliśmy 6 albumów. Wiele się zmieniło od czasu wydania naszej ostatniej płyty "The World Upside Down" (wydanej w 2021 r.). Premierę naszej nowej płyty planowaliśmy na początek 2023 roku. Niestety to się nie udało. Najpierw niespodziewanie z zespołu odszedł perkusista Adam, z którym zaczęliśmy już tworzyć nowe utwory. Na szczęście szybko znaleźliśmy zastępstwo i z Grzesiem Hiero (perkusja) zaczęliśmy intensywne próby ze starymi utworami, by kontynuować nasze zaplanowane koncerty, a dopiero po pewnym czasie aranżować utwory na ósmą płytę. Gdy już byliśmy gotowi do wejścia do studia, nasz wieloletni producent i przyjaciel Daniel musiał z powodów osobistych zrezygnować z nagrywania albumu. Skontaktowaliśmy się więc ze starym dobrym znajomym Krzyśkiem Murawskim, producentem, muzykiem i człowiekiem wielu talentów. Szybko opracowaliśmy plan działania i w styczniu 2024 roku weszliśmy do studia, nie wiedząc co nas czeka.

Dlaczego?

Krzysiek miał zupełnie inne podejście do naszej muzyki, brzmienia, mojego głosu i pracy z nami. Od początku wiedział czego od nas chce i jak to osiągnąć - co słychać na tej płycie. To nadal my, ale z nieco innej dźwiękowo-realizatorskiej perspektywy. Podczas nagrań odeszliśmy od utartych schematów i opuściliśmy swoją strefę komfortu, zmieniliśmy studio, graliśmy na innym sprzęcie, używaliśmy innych gitar. Każdy z muzyków rejestrował swoje partie jedynie w towarzystwie realizatora, a pozostali zapoznawali się z nimi dopiero po zakończeniu pracy nad daną partią materiału. Zupełnie inaczej nagrywaliśmy także wokal. Krzysiek miał wiele pomysłów interpretacyjnych oraz propozycji harmonii do każdego kawałka. W końcu sam też jest wokalistą. Możemy usłyszeć jego głos w "Summer Souds". Lekko nie było - przyznaję - bo Krzysiek w studiu wymaga. Dzięki niemu wszedłem na wyższy poziom. Nigdy tak nie pracowałem. Nie zdawałem sobie sprawy, że mogę śpiewać w ten sposób. Oczywiście na początku naszej pracy było to dla mnie nowe i trudne do zaakceptowania, ale po odsłuchaniu pierwszych pomysłów i nagranych wokali nie sposób było nie zgodzić się z nim i nie iść dalej tą ścieżką. Zaufałem mu i pozwoliłem się poprowadzić. Miał fantastyczny pomysł na każdego z nas i na tę płytę. Wiedział jak powinniśmy śpiewać, grać i brzmieć. Wszystko poszło bardzo sprawnie i efekt końcowy przerósł nasze oczekiwania.

Skąd w ogóle ten tytuł na album? To podsumowanie tych 20 lat Waszej działalności? Po eksperymentach, np. w postaci "World Upside Down", na którym mieliśmy nawet i gospel, wracacie do tego stricte rockowego grania mówiąc: to jest właśnie Cochise?

Nigdy nie mamy jakiejś określonej koncepcji płyty, do której zmierzamy. Nagrywamy te utwory, które na ten czas nam się podobają. Z perspektywy czasu zdaje sobie sprawę, że nasza poprzednia płyta "The World Upside Down" była nierówna ale to nie znaczy, że wyrzucilibyśmy jakiś utwór gdybyśmy mieli ponownie ją nagrać. W tamtym czasie chcieliśmy je nagrać. Uważam, że każdy artysta to taki trochę egoista, bo zawsze tworzy dla siebie, a dopiero potem dzieli się tym z innymi. Myślę, że robienie czegokolwiek pod publikę jest czymś niestosownym i nieszczerym. Myślę, że publiczność rockowa bardzo szybko wyłapuje fałsz. Muzyka Cochise to połączenie inspiracji wszystkich członków zespołu, a więc usłyszeć w niej można elementy grunge'u, metalu, rocka, muzyki progresywnej, a czasem nawet punka. Na początku naszej drogi traktowano muzykę i zespół jako wybryk, fanaberie aktora. Nikt nie pokusił się, by poszperać głębiej. Łatwiej było od razu przypiąć łatkę. Pisano i mówiono, że to nie ma sensu, długo to nie potrwa i nic z tego nie będzie, a my spokojnie robiliśmy swoje. Ważne było granie i tworzenie. Płyta "Cochise" to kwintesencja naszego dwudziestoletniego doświadczenia i grania. Wiemy kim jesteśmy i gdzie jesteśmy. Jest dobrze. Wróciliśmy do korzeni i udało się nam zbudować coś szczerego i prawdziwego. "Jesteśmy w nowym składzie, z nowym producentem, nowymi pomysłami" - powiedziałem. "Zróbmy płytę, która będzie najlepszą płytą Cochise". I tak się stało. Naszym zdaniem to nasz najlepszy album.

Masteringiem zajął się z kolei Richard Addison. Dlaczego to właśnie jemu powierzyliście te ostatnie szlify?

To już pytanie do Murka. Krzysiek Murawski od wielu lat z nim współpracuje. Powiedział, że oczywiście - on to sam może zrobić. Ale dodał: "zaufajcie mi - wysyłamy materiał do Kanady". Skoro Krzysiek tak mówi to nie ma co dyskutować. Poddaliśmy się mu słysząc efekty naszych nagrań. Poza tym mieliśmy okazję posłuchać próbek Richarda i stwierdziliśmy "dlaczego nie, przecież nam tego nie spierdoli!" (śmiech). Ślemy materiał do Kanady! (śmiech) Reszta to historia.

A jak to było ze współpracą z Leszkiem Możdżerem?

Z Leszkiem znam się już ładnych parę lat. Bardzo się lubimy, nadajemy na tych samych falach, mamy bardzo podobne myślenie na temat świata i otaczającej nas rzeczywistości. Tak samo mocno kochamy muzykę. Nasze spotkania zawsze są gęste od rozmów na różne tematy trawiące nasze serca, dusze i głowę. Leszek był na jednym z naszych koncertów i kiedyś podczas rozmowy pojawiła się taka powiedzmy luźna propozycja współpracy w przyszłości. Szczerze mówiąc myślałem, że to bardziej kurtuazja - zwykła gadka. Nie potraktowałem tego poważnie do momentu pracy nad "Cochise", a właściwie gdy byliśmy już w połowie nagrań. Zadzwoniliśmy do Leszka pytając czy propozycja, która kiedyś padła jest aktualna. Okazało się, że ma trochę czasu i chętnie to zrobi. Wysłaliśmy mu pięć utworów, wybrał dwa: za moją namową "Trouble in the Streets...", z czego bardzo się ucieszyliśmy oraz "Garden of the Bones", co nas bardzo zaskoczyło. Efektów można posłuchać kupując płytę (śmiech) Współpraca z tak wybitnym muzykiem to bardzo ciekawe doświadczenie, pozwala osiągnąć nową jakość. On sam zresztą bardzo fajnie wypowiedział się na temat współpracy z nami. Wchodziłeś może dziś na naszego Facebooka?


Nie, dzisiaj nie.

Nie żebym Cię namawiał, ale może oddajmy głos Leszkowi, a więc cytuje: "Do współpracy między mną a zespołem doszło dlatego, że kochamy muzykę. Cochise to rzadkie przypadki autentycznych muzyków, którzy nie grają na pokaz. Muzyka w nich mieszka. To są szarpidruty, które kochają to co robią. Gdy dostałem od nich piosenki myślałem, że uda mi się zagrać w czterech czy pięciu, ale przeliczyłem się, bo nagrałem tylko dwie. Tam było naprawdę sporo do nauczenia. Okazało się, że to nie jest tak prosta muzyka i musiałem sporo nad tym posiedzieć. Zrobić nuty, rozpisać aranże. To naprawdę dobrze przygotowana płyta. Poza tym z Pawłem znamy się już jakiś czas i łączą nas pozytywne emocje i wibracje, które warto rozsiewać. Powiem nawet, że to autentyczna, braterska miłość". I co ja mogę więcej dodać? Dziękuję Leszku. Największą trudność sprawiło nam odpowiednie pocięcie jego partii fortepianu, dlatego że Leszek nagrał nam całe utwory. Trzeba było znaleźć na to pomysł. Odpowiednio wkomponować w już istniejące utwory. I teraz wykonaj telefon do Leszka Możdżera i poinformuj go: "Leszek... Leszek... bo wiesz... to trzeba pociąć" (śmiech).

(śmiech)

"Wiem" - odpowiedział. "Nagrałem wam całe utwory, a teraz tnijcie to sobie i róbcie z tym co chcecie. To wasza sprawa, wasza płyta". Po paru dniach wysłaliśmy mu pierwszą wersję i Murek pyta o wrażenia . "No i co o tym myślisz?". Leszek mówi, że spoko. "No bo jeśli wiesz: jest za mało czy coś, to...". Leszek mówi, że jest dobrze. "No bo wiesz, jeżeli jednak chciałbyś coś zmienić lub masz jakiś pomysł to...". A Leszek puentuje: "Słuchaj, jak chcesz znać moje zdanie to wywalcie wszystko i zostawcie tylko fortepian!" (śmiech). Mistrz. Talent i magia Leszka wystrzeliła "Trouble in the Streets of Happiness" w stratosferę. Kiedy pierwszy raz usłyszałem gotową wersję to się popłakałem. To człowiek z innej planety. On nie myśli przestrzennie, tylko międzygalaktycznie!

No i później ten utwór został singlem. I Leszek się zresztą w nim pojawił. Zagrał w nim też Maciek Zakościelny. To też tak "po znajomości"?

Oczywiście. Wszystko co robimy w zespole jest po znajomości. Robione instynktownie i spontanicznie z grupą fajnych zaangażowanych ludzi.

Ja byłem zaskoczony tanecznymi umiejętnościami Maćka Zakościelnego.

Zapraszam co sobotę na "Taniec z Gwiazdami" z Maćkiem (śmiech).

Może dlatego jestem taki zaskoczony, bo nie oglądam tego programu!

Ja czasem rzucę okiem na koleżanki i kolegów. Maciek zgodził się na udział w klipie, po krótkiej rozmowie - nie musiałem go zresztą długo namawiać - pozostała tylko kwestia terminu. "Trouble in the Streets of Happiness" jest mroczny. Zrealizowany kamerą analogową na taśmie 16 mm. Ten clip zaprasza innych do naszej duszy. To krótka historia zwykłego człowieka, który mierzy się z przeciwnościami w drodze do szczęścia, spełnienia. To historia o pokonywaniu samego siebie. Reżyser Michał Michałowski poprzez taniec i ruch osadził naszego bohatera granego przez Maćka Zakościelnego w jakiejś jungowskiej konfrontacji ze swoim cieniem, ze swoim ego. Z autorem zdjęć, Kacprem Ziębą inspirował się filmami lat 80. i 90., przede wszystkim z Hong-Kongu, ale też kinem francuskim. Skąpali to wszystko w lekko diabolicznej konwencji, a Maciek i Leszek weszli w ten świat i swoje archetypiczne role całym sercem i ciałem - za co im bardzo dziękuję.

Wspomniałeś na początku o trzecim singlu i teledysku stworzonym przy pomocy AI. To będzie "Den of Thieves"?

Tak, ale zanim do tego doszło stworzyłem okładkę płyty. Szczerze mówiąc to był przypadek podczas zabawy z AI. Bawiłem się aplikacją tworząc obrazy i w pewnym momencie zobaczyłem twarz Indianina na błękitnym tle, którą wygenerowałem przy pomocy jednej z nich. To było coś w pomiędzy graffiti, Warholem, a Basquiatem. Twarz. Świadoma, bolesna, o ekspresyjnych rysach. Wciągnęła mnie. Wtedy narodził się pomysł na nowy tytuł i nową okładkę płyty. Wstępny tytuł "Songs from the Shattered Sea" poszedł do kosza, okładka również. Wygenerowałem cztery twarze na błękitnym tle. Jedność. Plemię. Cochise. Skoro powiedziałaś A trzeba powiedzieć B. Teledysk do "Den of Thieves" podobnie jak okładkę zrobiłem na telefonie. Teledysk jest rysunkowy, w klimacie komiksu, czarno-biały. Chciałem osiągnąć efekt podobny do "Szninkiela". To genialny komiks! Mam nadzieję, że kiedyś go zekranizują. Starałem się znaleźć odpowiednią kreskę i na podstawie tego zrobiłem cały teledysk. Tworzenie klipu zajęło mi dwa miesiące, ale dobrze się przy tym bawiłem. Od początku wiedziałem jak chcę żeby to wyglądało. Wiedziałem jakie obrazy chce wygenerować i jakie emocje mają za tym iść. W tym klipie podobnie jak w tekście wyrzucam z siebie wszystko to, co siedziało mi z tyłu głowy przez ostatnie dwa lata. W "Den of Thives" rozliczam się z przeszłością i dziękuje wszystkim tym, którym zawierzyłem, którzy zawiedli i którym przestałem ufać. To oni byli moją największą inspiracją. "Den of Thieves" jest o nich i dla nich. AI to przyszłość, wciąż się uczy i rozwija swoje umiejętności. We właściwych rękach to fajna zabawa, może być bardzo pomocna i przynieść wiele korzyści dla świata, ale z drugiej strony brak jej ludzkiej empatii i zrozumienia. Nie jest w stanie zrozumieć emocji i potrzeb innych ludzi. W rękach szaleńca może stać się początkiem naszego końca. Ważne jest, aby odpowiednio nią zarządzać i kontrolować.

No i to wszystko, co przygotowałem! Wielkie dzięki za poświęcony czas, no i co? Trzymaj się mocno!

Dzięki! Miło było! Howgh!

zdjęcia: Beata Kucz, Michał Pęza


Autor: Tomasz Michalski

Data dodania: 06.10.2024 r.



© https://METALSIDE.pl 2000 - 2025 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!