Co można powiedzieć o Samael, żeby nie zabrzmiało banalnie? Że to kapela kultowa? Wiadomo! Że cieszy się w Polsce dużą popularnością? No ba! Że ich pierwsze albumy to klasyka europejskiego black metalu? Każdy to wie! A może to, że udało im się z sukcesem zmienić swój styl? No Ameryki nie odkryłem. Samael to po prostu legenda metalu, którą każdy zna. Tym bardziej cieszymy się z tego, że mieliśmy okazję porozmawiać z nią przy okazji jej najnowszego wydawnictwa: zarejestrowanej w Krakowie koncertówki "Passage - Live". O oryginalnym materiale z 1996 roku, popularności w naszym kraju i koncercie w Grodzie Kraka opowiadał sam Vorph!
"Passage - Live" to, jak nazwa wskazuje, wykonanie na żywo rewolucyjnego albumu z 1996 roku. Było to odejście od klasycznego, black metalowego brzmienia na rzecz metalu industrialnego. Nie było wówczas posądzeń ortodoksyjnych fanów o zdradę metalu?
Vorph: Oczywiście - takie oskarżenia pojawiają się cały czas. Czego byś nie zrobił, to zawsze znajdą się osoby, którym się to nie spodoba. Ja się jednak nie przejmuję. Jak się dobrze przypatrzysz, to zobaczysz, że to była dla nas naturalna kolej rzeczy. Na "Ceremony of Opposites" mieliśmy już klawiszowca, a gdy odszedł, to musieliśmy podjąć decyzję. Nie znaliśmy w okolicy nikogo, kto by grał na keyboardzie. Xy postanowił to zrobić, ale jednocześnie nie chciał, by ktoś zabrał mu perkusję. Stąd właśnie wziął się pomysł na zaprogramowanie wszystkiego. Pomiędzy tymi dwoma albumami był jeszcze mini-album "Rebellion", na którym pojawiło się parę numerów, w tym cover Alice'a Coopera. To właśnie tam pojawił się utwór "Static Journey" - i już tam mieliśmy zaprogramowane sekwencje. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że tak będzie wyglądała nasza przyszłość. Była to taka niezamierzona jej zapowiedź. Prehistoryczna wersja naszego automatu perkusyjnego.
To był dla Was duży krok naprzód, ale też i ogromne ryzyko. Nie baliście się opuścić swojej strefy komfortu?
Jeśli bycie artystą jest tym, co chcesz robić długoterminowo, to nigdy nie powinieneś się bać. Raz na jakiś czas będziesz musiał spróbować odnaleźć siebie na nowo. To jedyny sposób na to, by pewne rzeczy była dla ciebie nadal ekscytujące. To jedyny sposób na to, by nie utknąć w miejscu. By dalej być artystą, a nie tylko wykonawcą.
Dziś nie ma nic niezwykłego w tym, że ktoś słucha black metalu, industrialu, po czym włącza Pink Floyd czy Gilmoura. W latach 90. z kolei fani potrafili się bić na koncertach o to, który zespół grający np. heavy metal jest bardziej "true". Z czego wynikało to zamknięcie się na inne dźwięki? Skąd ta zmiana w przeciągu tych lat?
Dla nas nigdy nie było konieczności wyboru między "tym" a "tamtym". Nawet wtedy słuchałem muzyki klasycznej - może nie aż tyle, co dzisiaj, no ale jednak. Było wiele zespołów, których inni także słuchali, jak np. Dead Can Dance. Byłem wtedy i ciągle zresztą jestem wielkim fanem Diamandy Galás. Bywały materiały, które nie były typowe metalowymi, ale... Przypomniałem sobie, że jak graliśmy jakiś koncert - to chyba była Metalmania w Polsce, zaraz po albumie "Eternal" - to przed naszym show puszczali The Prodigy. No i bardzo się to ludziom nie spodobało. Pamiętam, że inżynier dźwięku powiedział, że będzie musiał zmienić płytę, bo ludzie źle na niego patrzą. "Puszczę Metallikę i uznamy, że nie było sprawy". Z jednej strony rozumiem, bo jak idziesz na metalowy koncert, to chcesz słuchać metalu, jak na jakiś elektroniczny event, to spodziewasz się muzyki elektronicznej. Jest jednak ten margines, w kierunku którego możesz ewoluować. Na którym możesz postawić most w kierunku innych gatunków, jednocześnie pozostając wiernym temu, co robisz. Tej esencji twojej działalności.
Krążek "Passage" okazał się sporym sukcesem. Dziś uznaje się, że wyciągnął was z undergroundu w stronę dużej, międzynarodowej publiczności. Co zdecydowało o tym, że materiał ten trafił do tak szerokiego grona odbiorców?
Tak jak mówiłem wcześniej: dla mnie to była naturalna progresja. Na dwóch pierwszych albumach byłem głównym kompozytorem, ale to Xy miał edukację muzyczną w kierunku grania na klawiszach - uczył się jako dziecko. Później przestał grać, ale wrócił, gdy zaczął komponować dla Samael. "Ceremony of Opposites" kręci się wokół niego. Już ten krążek otworzył dla nas wiele drzwi. To pierwszy album, który naprawdę był promowany trasami koncertowymi - zagraliśmy wtedy chyba ze 100 koncertów. No, może nieco ponad 80. Po raz pierwszy byliśmy w Ameryce, zrobiliśmy trzy trasy po Europie - coś się zaczęło działać po tym albumie. Gdy "Passage" się pojawił, to jasne: część osób oczekiwało czegoś zupełnie innego - no ale to było to, w czym wtedy siedzieliśmy. Pamiętam, że wówczas fani, jak również samo Century Media (czyli nasz wydawca) skupieni byli wokół muzyki spod znaku gothic - to było wtedy na fali. My byliśmy nieco inni. Oczywiście, była w nas ta odrobina mroku, ale chcieliśmy mieć coś agresywnego, walącego po mordzie. Nie chcieliśmy iść w kierunku tej wygładzonej muzy, choć utwory "Angel's Decay" czy "Moonskin" ładnie uchwyciły te czasy. Brzmią dokładnie tak, jakby były nagrywane w środku lat 90.. W jakiś dziwny sposób do nich pasują.
To czasy, w których Tiamat był po "Wildhoney", Moonspell po "Wolfheart" i "Irrelgiious", Paradise Lost po "Draconian Times", Therion po "Theli", w znakomitej formie było The Gathering... Mieliście wtedy absurdalnie silną konkurencję. Popularność "Passage" dodała Wam pewności siebie?
Tak. Zabawne, że wspomniałeś Moonspell, bo koncertowaliśmy razem. Był z nami jeszcze Rotting Christ, który również był w trakcie przejścia w nieco inne muzyczne rejony. Później Xy pełnił rolę producenta na dwóch ich albumach, które były wręcz rockowe. Powiedziałbym, że to był taki mroczny rock. Później powrócili w bardziej black metalowe rejony. W końcu udało im się odnaleźć swój własny, wyróżniający sound - co jest oczywiście świetne. Byliśmy trzema zespołami z Century Media, trzema zespołami z nowymi albumami na jednej trasie. Każdy na tym zyskał, bo przychodziło sporo entuzjastycznie nastawionych ludzi.
Jak już wspomniałeś: tuż przed "Passage" pojawiła się mała zapowiedź tej zmiany stylu, a więc "Rebellion". W zeszłym roku recenzowaliśmy reedycję tej płyty - pokrytą złotem. Od Metal Scrap Records. Kto w ogóle wpadł na pomysł z czymś takim?
Nie jesteśmy właścicielami naszego wczesnego katalogu. Należy do nas wszystko od "Reign of Light". Wszystkie wcześniejsze wydawnictwa należą do Century Media, które obecnie jest częścią Sony. Sami za bardzo z tym materiałem nic nie robią - sprzedają licencje. Tak chociażby ukazała się reedycja pierwszego albumu od Osmose Productions. Z tego co słyszałem, ma być także reedycja "Ceremony". Sprzedali również licencję na rynek południowoamerykański. Mini-album, o którym wspomniałeś ukazał się chyba na Ukrainie.
Tak.
My nie mamy nic do powiedzenia w tym temacie - to nie "my" za niego odpowiadamy. Ale bardzo podoba mi się to, w jaki sposób wyszło. Mam kopię "Rebellion" i muszę powiedzieć, że wykonali kawał dobrej roboty. Miło.
Wracając do "Passage", w 1997 roku album doczekał się bardzo ciekawej wersji od twojego brata. Jak narodził się ten w pełni instrumentalny "Passage" od Xytrasa?
Sam byłem zaskoczony tym, co robił. W jakiś sposób wymyślił te kawałki od nowa. Były bardziej orkiestralne niż w oryginale. Co zabawne, wiele z tych nowych partii skończyło na wersjach na żywo poszczególnych utworów. Pojawiły się melodie, których nie było na albumie studyjnym. Udało się zintegrować niektóre fragmenty z naszą muzyką. To było ciekawe, co zrobił z tymi kompozycjami. Dawno już nie słuchałem tego materiału, ale podobał mi się. No dobra, może jednak troszkę za dużo nut tam było (śmiech). Było to jednak coś innego, fajnego.
Teraz dostaliśmy album koncertowy. Skąd w ogóle pomysł na "Passage - Live"? Pytam, bo obecnie wielu wydawców nie stawia na takie wydawnictwa, uważając, że nie mają takiego komercyjnego potencjału jak albumy studyjne.
Zgadzam się z Tobą. Koncertówki nie mają takiego samego potencjału, ale w tym wypadku nie patrzyliśmy na wymiar komercyjny. Chcieliśmy uwiecznić ten jubileusz 25-lecia. Planowaliśmy już taką trasę w 2021 roku, ale przyszedł Covid i tak jak inni utknęliśmy w swoich domach. Gdy w końcu mogliśmy to zrobić, to postanowiliśmy, że nagramy każdy koncert. To było jakieś 18 dat po całej Europie - chcieliśmy wybrać najlepsze kawałki z poszczególnych przystanków. Ale że używamy automatu perkusyjnego, to wszędzie jest równo - nie ma jakichś większych różnic między koncertami. Dlatego ostatecznie nie miało znaczenia, który koncert wybierzemy. Pojawił się więc pomysł, by skupić się na jednym występie - by uchwycić ten konkretny moment w czasie zamiast ciąć tu i tam. Polska była ostatnim przystankiem i zawsze byliśmy dobrze u Was traktowani. To był bardzo dobry występ. Dlatego wybraliśmy właśnie go. "A jak trzeba będzie coś poprawić..." - a zdarzyły się takie momenty - "...to mamy tyle materiału, że będzie z czego wybierać". "Jak pojawi się jakieś sprzężenie, to wytniemy fragment np. z Wiednia albo Lyonu - nieważne". To, co usłyszysz więc na płycie, to jakieś 98% tego, jak wtedy zagraliśmy.
Jak Paradise Lost wypuszczał pod koniec zeszłego roku "Icon 30", to nie ukrywał, że to dlatego, że skończyły im się prawa do oryginału. Braliście pod uwagę coś takiego? Że "Passage - Live" przedłuży prawa do materiału?
Ok., nie taki był zamysł, ale masz rację. Mamy prawa do wszystkich tych kawałków. Nasza umowa była wtedy tak skonstruowana, że po 20 latach wszystko do nas wraca. Mamy prawa do nagrań, ale nie do oryginalnego mastera. Dlatego nie możemy wypuścić reedycji albumu - on należy do Sony. Ale tak, "to" należy już do nas. Pod względem marketingowym to dobry krok, ale nie braliśmy tego pod uwagę, gdy podejmowaliśmy decyzje.
Dlaczego nie ma wersji wideo? "Jupiterian Vibe" doczekał się "koncertowego teledysku". Nic więcej nie zostało zarejestrowane w tej formie?
To robota naszego przyjaciela... W zasadzie grupki przyjaciół z Niemiec. No, mieszkają w Niemczech, ale pochodzą z Polski. Pojawili się na trzech albo czterech koncertach tej trasy. Nagrali trochę materiału, który złożyli w całość. Żaden jednak fragment nie pochodzi z tego polskiego koncertu - filmowali w Niemczech, w Lyonie... Chyba dwa w Niemczech i jeden z Francji. To fajna ilustracja do tej muzyki, ale nie pochodząca z tego konkretnego koncertu.
Teraz wszystko jasne! Bo nasz redaktor naczelny był w pierwszym rzędzie, a nie mogłem go wypatrzyć!
(śmiech) I taki właśnie jest powód! (śmiech)
W Krakowie do setlisty dodaliście "Into the Pentagram". To rzeczywiście miał być taki mały prezent na zakończenie trasy?
Wydaje mi się, że dzień wcześniej zagraliśmy ten numer także na festiwalu w Wiedniu. Nie graliśmy go jednak każdego wieczoru. To "...Until the Chaos" z "Blood Ritual" był grany, ponieważ album świętował swoje 30-lecie. Chcieliśmy mieć przynajmniej jeden kawałek z tego krążka w setliście. To był jednak jeden z tych pierwszych utworów, po których ludzie zwrócili na nas uwagę. Nie oznacza to jednak, że znów go będziemy prezentować - zobaczymy, bo już mniej więcej wiemy, co będziemy grać.
"Passage - Live" zawiera tylko i wyłącznie kawałki z "Passage". A co z resztą setlisty? Została zarejestrowana? Utwory pojawią się gdzieś, np. jako bonusy?
Moim oryginalnym pomysłem było wypuścić to wszystko jako zestaw 2xCD. Na pierwszej płytce chciałem umieścić cały "Passage", a na drugiej: resztę setlisty. Gdy zaczęły się miksy... Bo posiadanie materiału to jedno, ale faza miksu to coś zupełnie innego - każda ścieżka była oddzielona. Zrobienie podwójnego wydawnictwa kosztowałoby za dużo. Tak jak powiedziałeś wcześniej: albumy koncertowe nie sprzedają się tak dobrze. Uznaliśmy, że skoro całość miała uczcić urodziny "Passage", to po prostu wypuścimy ten materiał. Resztę po prostu zostawiliśmy.
Fani znają materiał z "Passage", z dużym prawdopodobieństwem mają ten materiał na półce. Co "Passage - Live" ma im do zaoferowania?
Inne podejście do tego albumu. Ogólnie masz rację: to te same utwory, w tej samej kolejności, choć tu i ówdzie są małe różnice. No i to jednak materiał na żywo: uchwycenie tego konkretnego momentu. Wokalnie jest... Co wieczór robię pewne rzeczy inaczej. Oczywiście, mniej więcej to jest ciągle to samo, ale to nie jest tak, że mam podręcznik, którego muszę się trzymać. Mam tak z gitarą, która musi być zsynchronizowana z automatem perkusyjnym. W kwestii wokalu mam jednak większą wolność. 5 czy 6 lat temu zrobiliśmy kilka podobnych koncertów z "Ceremony of Opposites". Od tamtego czasu zmieniliśmy strojenie dla tego materiału - który jest w C Sharp. Zeszliśmy pół tonu niżej w porównaniu do albumu. I całość brzmi teraz ciężej - przynajmniej dla mnie. Nie jest to wielka różnica, no ale jednak. "Passage - Live" to też pierwsze wydawnictwo w tym składzie. Pierwsza rzecz nagrana przez tę czwórkę - to fajne. Fajnie, że mamy materiał, z którym wszyscy czujemy więź. Który należy do naszej wspólnej przeszłości. Przyda się to w kwestii następnego krążka.
A jak to wyglądało z Alesem podczas koncertu? Zmienił instrumenty czy tylko partie basu? Bo co źródło, to inna informacja...
Nie, nie - Ales grał tylko na basie. To pierwszy prawdziwy basista w naszym składzie. Chodzi mi o to, że już jako dzieciak chciał grać właśnie na basie. Jest świetnym muzykiem i nawet nie wiem czy w ogóle posiada gitarę. Wiem, że chciał sobie w końcu kupić, ale nie wiem czy to zrobił. Jest więc typowym basistą. Mas był przyjacielem, razem zaczynaliśmy, ale ani ja nie byłem gitarzystą, ani on basistą. Próbowaliśmy robić po prostu to, co wtedy trzeba było - co mieliśmy w głowach. W końcu pojawił się Drop, który jest gitarzystą, ale w pewnym momencie naszej działalności grał na basie - pomagał nam. Teraz mamy muzyka, który w pełni poświęca się temu instrumentowi. I który widzi siebie jako basistę, a nie jakiegoś multiinstrumentalistę czy coś. Skupia się tylko na tym jednym instrumencie.
Byłem zaskoczony tym, jak dobrze na "Passage - Live" brzmią partie perkusji - a to przecież głównie automat. Coś poprawialiście w studio, czy to po prostu jakaś czarna magia Alexandra Backlunda?
Alexander Backlund wykonał znakomitą robotę. Tak jak wspomniałem, mieliśmy osobne ścieżki. Najtrudniej było chyba miksować wokale, ponieważ pojawiło się sporo hałasu na mikrofonie. Cóż, w końcu to wszystko na żywo. Nie chcieliśmy niczego nagrywać od nowa - trzeba było nad tym posiedzieć i sprawić, by siadło. Ale tak, podoba mi się również to, co zrobił z perkusją.
Samael ma długą historię z koncertami w Polsce. Pamiętasz swoją pierwszą wizytę w naszym kraju?
Nigdy nie zapominasz swojego pierwszego razu. Nieważne, co robisz w swoim życiu - te pierwsze doświadczenia zawsze zostają w pamięci. Tak, pamiętam. Byliśmy tylko we dwójkę: Xy i ja. To był festiwal w... Ciechanowie. Nie wiem czy dobrze to wymówię: S'thrash'ydło. Coś na zamku. Pamiętam jak tam byliśmy. Był też Massacra z Francji. Poza nami jednak same polskie kapele. I to takie grające bardzo, bardzo szybko. Wyróżnialiśmy się na ich tle - byliśmy inni. Niektóre już były mocno techniczne. Już wtedy był Vader - i już wtedy byli genialnymi muzykami. Byłem pod dużym wrażeniem. Nie spodziewałem takiego przyjęcia przez publikę. To było miłe. Zaprosili nas na kolejną edycję tego festiwalu - w tym samym miejscu. Od tamtego czasu każdy koncert w Polsce był dobry. Wiele razy pojawialiśmy się chociażby na Metalmanii.