Marco Mendoza - "Moja kariera pełna jest nagród"


Co mają wspólnego Thin Lizzy, Journey, Whitesnake, The Dead Daisies, Lynch Mob czy Black Star Riders? Ano fakt, że we wszystkich tych grupach mogliśmy zobaczyć w składzie Marco Mendozę. Lista artystów, z którymi występował ten znakomity basista ciągnie się bez końca: Bill Ward, Ten Nugent, Dolores O'Riordan, Tim "Ripper" Owens. Oprócz pracy sesyjnej i odhaczania kolejnych legend rocka, Marco prowadzi także działalności solową. We wrześniu pojawił się jego czwarty krążek, tak więc postanowiliśmy wykorzystać okazję i skontaktować się z tym wyjątkowym muzykiem. Trochę to zajęło (bo ciągle był zajęty), ale jak już się udało, to tak żeśmy się rozgadali, że cała rozmowa trwała niemal... 90 minut. O solowej pracy, graniu jazzu, zespole z Tommym Aldrige'em i Joelem Hoekstrą, współpracy z młodziutkim Igorem Gwaderą, spotkaniu z Johnnym Deppem - zaparzcie kawę, bo to będzie długa lektura!





MetalSide.pl: Hej!

Marco Mendoza: Cześć! Tomasz, MetalSide, tak?

Dokładnie. Miło Cię poznać! To co? Zanim przejdziemy do Twojego najnowszego krążka - "New Direction" - porozmawiajmy może o Twoich początkach. Jak zaczęła się Twoje przygoda z muzyką?

Zacząłem grać dzięki mojej babci. Gdy moi rodzice się rozwiedli, to zajmowała się nami - bo ojciec pracował. Grała na pianinie - moim pierwszym muzycznym doświadczeniem było więc spotkanie z tym klasycznym obliczem muzyki. Co było naprawdę fajne. Według mnie klasyka uczy doceniania muzyki w inny, bardziej intymny sposób. Od razu w to wsiąkłem. Szybko zacząłem się interesować wszystkimi stylami i gatunkami. Muzyka to w końcu ogromna dziedzina sztuki: mnóstwo informacji, mnóstwo rzeczy do nauczenia, jeszcze więcej do docenienia. Kocham ją.

I choć już od samego początku ciągnęło mnie do różnych gatunków, to od rock'n'rolla zaczęła się nauka mojego - że tak to ujmę - "rzemiosła". A im lepiej radziłem sobie z instrumentem, tym więcej uczyłem się o samej muzyce. To było coś oczywistego dla mnie by dalej się rozwijać. Sprawdzałem chociażby inne gatunki - w szczególności rock progresywny. No wiesz, King Crimson, Yes, Gentle Giant, Genesis, oczywiście Pink Floyd. Gdy zostałem już profesjonalnym muzykiem, to z jakiegoś dziwnego powodu zaczął przemawiać do mnie jazz. Chciałem nauczyć się grać tę muzykę, poznać ją z punktu widzenia basisty. Miałem szczęście móc występować z fenomenalnymi jazzmanami. Dzięki nim się udało, mimo że nie miałem przecież wcześniej prawie żadnego doświadczenia.

A jak się narodził debiut: "Live for Tomorrow"? No i jak długo zbierałeś się do stworzenia czegoś na własny rachunek?

Zawsze miałem jakieś poboczne projekty - cały czas coś się wokół mnie działo. Gdy zacząłem moją ciężką pracą budować sobie reputację, to pojawiła się możliwość grania z grubymi rybami. I tak człowiek również się uczy: podczas samej pracy. Obok głównej grupy, zawsze tworzyłem jednak coś jeszcze. Przez długi czas miałem jazzowe trio - tudzież trio grające latino jazz/funk, jakby ktoś się czepiał. Sporo eksperymentowaliśmy. Gdy zacząłem pracować z większymi grupami, to projekt może nie został odłożony na półkę, ale na pewno mniej razem graliśmy - byłem po prostu zbyt zajęty. Pracowaliśmy coraz mniej i mniej i mniej.

"Live for Tomorrow" narodził się w Londynie. Serafino i Mario z Frontiers Records są wielkimi fanami Whitesnake i wpadli wtedy na koncert. Zobaczyli jak śpiewam z Davidem Coverdale'em. Wracam po występie do hotelu, pakuję się do wyjazdu, bo wyjeżdżam następnego dnia i nagle dostaję telefon z recepcji. "Cześć Marco! Tu Serafino Perugino. Siedzę sobie z Rebem i Dougiem na dole i chciałbym się spytać, czy nie zechciałbyś zejść do nas na kawkę i pogaduchy". Jak tylko się pojawiłem, to prosto z mostu powiedział, że doszli do wniosku, że powinienem zrobić solowy krążek. Wiele zawdzięczam zarówno mu, jak i Frontiers Records - znów rozpalili we mnie ten ogień. Spytał się co o tym myślę, a ja odpowiedziałem, że akurat mam jazzowe trio - że gramy coś zupełnie innego, głębszego. "Super, jak wrócisz do domu, to wyślij mi materiał. Zobaczymy czy dojdziemy do porozumienia" - powiedział.

Spodobało mu się?

Parę miesięcy później wysłałem mu naszą muzę, ale stwierdził, że to zbyt... eklektyczne. Niby jazz, ale nie do końca, niby fusion, ale jednak nie, to rock, to r'n'b, trochę tego, trochę tamtego, odrobina brazylijskich rytmów, nieco klimatów latino, później jeszcze salsa... Było tam po trochu wszystkiego i właśnie za to kochałem ten materiał - i ciągle kocham. Było to jednak zbyt specyficzne i Serafino uznał, że nic z tym za bardzo nie mogą zrobić, ale i tak podpiszą za mną kontrakt, by wydać mój solowy krążek. Trochę się wahałem. Mówiłem mu, że jestem bardzo zajęty, że nie mam na nic czasu i chciałem, aby to trio było azylem dla pozostałych moich muzycznych ambicji. I tak mniej więcej co dwa, trzy miesiące gadaliśmy ze sobą, aż w końcu usłyszałem, że Richie Kotzen jest wolny i może wyprodukować mój album. Chciał ze mną pracować, a ja chciałem z nim - bo już wcześniej na ten temat rozmawialiśmy. Nie mogliśmy jednak wcześniej znaleźć czasu, bo obydwoje byliśmy zajęci - ja chyba podróżowałem wtedy po całym świecie z Whitesnake. Albo z Tedem Nugentem. Albo z Thin Lizzy.

Zresztą, nieważne. Ważne jest to, że w końcu pojawiło się okienko w naszych terminarzach. Postanowiliśmy więc się spotkać i tak się narodziło "Live for Tomorrow". Świetnie się nam pracowało! To kapitalny gitarzysta, kompozytor i producent. Zrobiliśmy ten album w 15 dni. Wysłaliśmy go do Frontiers i reszta jest już historią. Dzięki niemu stałem się artystą solowym i takim też zacząłem być postrzeganym. Pojawiły się telefony od innych wytwórni, choć ciągle byłem bardzo zajęty. Tak to właśnie wyglądało i jak tak wspominam tamte czasy, to zaczynam zdawać sobie sprawę z tego, jak dobrze się wtedy bawiłem. Pisanie własnej muzyki, trasy koncertowe z własnym repertuarem. Oczywiście to ciężka praca Tomaszu - z czego pewnie zdajesz sobie sprawę - ale na końcu zostaje muzyka. To ona jest najważniejsza.

Okładka debiutu zwraca uwagę. Kto za nią odpowiada i kogo zobaczymy na zdjęciu?

To moja córka. Historia tej fotografii jest taka, że Frontiers Records zorganizowało sesję zdjęciową. Moja żona była w pracy, a ja odpoczywałem w domu po trasie. Córka miała akurat wolne od szkoły - miała wtedy cztery lub pięć lat. I postanowiliśmy spędzić razem cały dzień. No i wypadło mi to spotkanie, na którym pojawiłem się razem z nią. Bo uznałem, że pół godzinki nas nie zbawi. Fotograf zakochał się w jej wyglądzie. Spytał się czy może zrobić jej parę zdjęć. Miałem wtedy kontrakt z Yamahą i wziąłem ze sobą parę gitar, które dla mnie stworzyli. Na okładce jest czerwony, bezprogowy bas - fantastyczny instrument. Córka miała na sobie ubranie z kilkoma czerwonymi elementami, co fajnie pasowało. Była zachwycona sesją i świetnie się bawiła. Gdy wysłaliśmy oficjalne zdjęcia do wydawcy, to przez przypadek w paczce znalazło się kilka jej fotek. I dział zajmujący się okładkami spytał się mnie kto to w ogóle jest, bo jej zdjęcia są fantastyczne.


Zaczęliśmy myśleć nad tym, by jej fotografia znalazła się na froncie. "Może rzeczywiście powinniśmy to zrobić?" - pomyślałem. Bo wiesz, w czasach kiedy dorastałem zawsze podobały mi się okładki - wtedy jeszcze zdobiące winyle. Wiele z nich nie miało nic wspólnego z zawartością muzyczną, czy z samym zespołem - to była czysta sztuka. I fotografia mojej córki też była dziełem sztuki. Zacząłem się zastanawiać nad wykorzystaniem tego zdjęcia. To moja miłość, to moja przyszłość, jest mój bas na froncie - zróbmy to! Napisałem do działu, oni uznali, że to świetny pomysł i poprosili mnie, bym skontaktował się z jej rodzicami i uzyskał zgodę na publikację fotografii. Odpowiedziałem, że to moja córka i z chęcią podpiszę razem z żoną odpowiednie papiery. I tak to się właśnie wydarzyło.

Twój drugi solowy krążek - "Casa Mendoza" - to już zwrot o 180 stopni: funk/jazz/world music. Czyżby to było właśnie Twoje jazzowe trio?

Początkowo miało być, bo Ed - CEO Mascot Records - był wielkim fanem twórczości tego projektu. Fabrizio, który pełnił role producenta mówił, że jest rynek w Europie na takie granie - trzeba to tylko dobrze ogarnąć. Jako że zawsze taka muza była moją wielką pasją, to się zgodziłem. Był jednak warunek dodania gitary, by było nieco więcej elementów rocka - nie wiem czy się udało. Gadałem z chłopakami, zgodzili się, ale później odpadł Renato, bo był zajęty współpracą z Prince'em. Do składu wskoczył Steve Weingart - znakomity klawiszowiec, do którego zawsze się zgłaszałem, gdy Renato nie był dostępny. Był więc on, Joey Heredia z trio na perkusji i Java Moreiera na gitarze - muzyk sesyjny, który pracował z m.in. Christiną Aguilerą, Pink, Paulem Stanley'em, działał także przy The Voice i American Idol. Bardzo zajęty człowiek. Też chciał ze mną wcześniej współpracować - również rozmawialiśmy kiedyś na ten temat.

Powiem Ci, że nigdy więcej nie zrobię takiego albumu. Gdy go dzisiaj słucham, to brakuje mi w nim myśli przewodniej. Najpierw masz jedno, a w następnym kawałku coś zupełnie innego. To dlatego, że byłem w mieście przez dwa, trzy dni i w tym czasie wpadaliśmy do studia pracować nad jakimś kawałkiem, później jechaliśmy do drugiego studia nagrywać klawisze, a następnie wyjeżdżałem na dwa, trzy tygodnie i znów wracałem, by pracować nad inną kompozycją. Dlatego płyta jest taka chaotyczna. Nie jest to jedna, spójna całość i trochę mi to przeszkadza. Oczywiście jest tam parę świetnych rzeczy. To bardzo eklektyczny, artystyczny materiał. Podjęliśmy nim ryzyko. Gdy krążek ukazał się na rynku, to ludzie nie wiedzieli o co chodzi. Doczekał się kilku pozytywnych recenzji, jak również i paru średnich. Myślę, że spodziewano się czegoś w stylu "Live for Tomorrow". Czasopisma muzyczne nie wiedziały co jest grane, bo wiesz, nakierowane są one na określone gatunki - jak dojdzie do nich coś z nieco innej beczki, to nie wiedzą jak to ugryźć. Album pojawił się i zniknął, ale po dziś dzień ludzie przynoszą go na koncerty do podpisu.

A kto tak ładnie śpiewa sto lat w "Faith"? Znów Twoja córka?

Tak, to moja córka. A drugą osobą jest... to trochę smutne... drugą osobą jest moja mama - aż mam ciarki. Tuż przed jak umarła, to zadzwoniła i zostawiła mi taką śpiewającą wiadomość - po hiszpańsku. O miłości. Musiałem to zamieścić na albumie. Prywatnie to dla mnie wiele znaczy. Wiele się działo w tamtym czasie: zarówno muzycznie, jak i prywatnie. Moja mama zmarła niedługo po tym, córka zadzwoniła jak byłem w trasie, by złożyć mi życzenia. Wzruszam się jak o tym wszystkim pomyślę. To był piękny, artystyczny hołd, w złożeniu którego pomógł mi Fabrizio - producent albumu i wielki fan trio.

Później już poszedłeś w bardziej klasyczny hard rock. Co oznacza symbol, który widzimy na okładce "Viva La Rock" z 2018 roku i najnowszego krążka: "New Direction"?

To coś, co wymyślił mój kumpel i znakomity grafik: Mark Allison. Poznaliśmy się za czasów The Dead Daisies i od tamtego czasu blisko ze sobą współpracujemy. To prawdziwy mistrz! Rozmawialiśmy o tym, by zrobić z "Viva La Rock" markę - nawet zrejestrowałem nazwę. I potrzebowaliśmy symbolu, który by ją reprezentował. I pewnego dnia podesłał mi właśnie ten symbol z okładki mówiąc, że pochodzi on od Majów i "oznacza wszystko to, kim jestem". Symbolizuje wolnego ducha, odwagę, skupienie na celu. Zobaczyłem go i od razu zaskoczyło. Niesamowite jest to, że ludzie tatuują go sobie na ciele razem z podpisem "Viva La Rock". Stał się więc symbolem mojej drogi, mojej pasji, mojej solowej kariery. Gdy jestem zmęczony... A teraz jestem ZAJEBIŚCIE zmęczony, bo jestem w trakcie trasy koncertowej (śmiech) W każdym bądź razie w takich chwilach myślę właśnie o mojej drodze - i pozwala mi to ruszyć dalej.


Kiedy zaczynasz swoją przygodę, to marzysz o tym, by znaleźć się w takim miejscu jak ja. Tylko nikt nie mówi, że będzie ciężko, że będziesz wykończony, że będziesz samotny - nie zobaczysz rodziny przez wiele miesięcy. Że będziesz spać na lotniskach, w hotelach, klubach, dworcach kolejowych... Nikt nam nie mówił, że tak będzie - byliśmy skupieni na samej muzyce. Widzieliśmy artystów dających czadu na scenie i myśleliśmy: "wow, chcemy robić to samo co oni!". Nie zawsze jest łatwo. Na szczęście mieliśmy sporo zajebistych koncertów i to jest właśnie to, co mnie napędza. Koncerty to paliwo w moim zbiorniku. Nie mogę się doczekać kolejnego "haju": kolejnej sceny, kolejnej publiki. Poznałem mnóstwo dobrych ludzi po drodze, dorobiłem się sporej ilości przyjaciół - mogę powiedzieć, że niczego nie żałuję. Moja kariera to była niesamowita przejażdżka. Prawdziwy rollercoaster: raz wyżej, raz niżej. Wiele prób po drodze. Wiele razy dostałem w kość, ale jestem tu i mogę się cieszyć z kolejnego albumu. Albumu, który zdobywa bardzo dobre recenzje. To coś, o czym marzyłem mając te 14, 15 czy 16 lat.

No właśnie: teraz cieszysz się z czwartego krążka: "New Direction". Kiedy zaczęły się prace nad nim?

Stary, wyobraź sobie, że prace nad "New Direction" rozpoczęliśmy we wrześniu... 2019 roku. Søren i ja. W grudniu ponownie siedliśmy do materiału i mieliśmy gotowe jakieś 85% kawałków. Dwa dni za pierwszym razem, dwa lub trzy za drugim. Obydwoje cały czas koncertowaliśmy lub byliśmy w rozjazdach i w końcu spojrzał na mnie i powiedział, żebyśmy zrobili sobie przerwę - bo jesteśmy zmęczeni, zbliża się Gwiazdka, warto byłoby spędzić ten czas z rodziną. Uznaliśmy, że wrócimy do prac w lutym 2020 roku. Któż mógł wiedzieć, co nie? Mieliśmy teksty, tytuły, brakowało tylko paru linii wokalu i drobnych poprawek w strukturze poszczególnych kawałków. Sam krążek miał nosić tytuł "Take It to the Limit". I zanim się pożegnaliśmy w grudniu, to nakręciliśmy teledysk do (wtedy) utworu tytułowego. A sam numer powstał po tym, jak Søren i ja doszliśmy do wniosku, że idzie nam zajebiście, że przemy bez hamulców do przodu, że jesteśmy ambitni i kochamy to, co robimy. To miał być więc tytuł albumu i pierwszy singiel go promujący. Jak już pojechaliśmy do naszych domów, to nie mogliśmy się ponownie spotkać - wiadomo dlaczego. Świat stanął w miejscu i choć kilkukrotnie próbowaliśmy, to przez obostrzenia w podróżowaniu nie mogliśmy. W końcu studio Sørena - Medley Studio - znajduje się w stolicy Danii. Chcieliśmy dokończyć tam prace i teraz wyobraź sobie, że udało się dopiero w czerwcu 2021 roku. Tyle czasu.

Co w ogóle oznacza tytuł Twojego nowego albumu? Czy to zmiana systemu pracy narzucona przez pandemię, czy może oznacza on poświęcenie się w pełni solowej działalności?

Słuchałem podczas pandemii naszych demówek i zabawne jak numery pasowały do sytuacji. "Shoot for the Stars": uwierz w siebie, jak jest ciężko, to się nie poddawaj, tylko przyj do przodu. Tak samo uderzyło we mnie "New Direction": tak, jako świat rzeczywiście musimy dokonać teraz pewnych zmian. Nie jako USA czy Europa: wszyscy musimy nauczyć się inaczej żyć, ponieważ świat już nigdy nie będzie tak sam. Zostało mi to w głowie i gdy w czerwcu zabraliśmy się za dokończenie płyty, to ten tytuł cały czas gdzieś się przewijał: "nowy kierunek", a więc "nowy sposób myślenia", "nowy sposób życia", itp. Porozmawialiśmy z wytwórnią i usłyszeliśmy, że skoro "Take It to the Limit" już został wypuszczony, to sam tytuł jest znany i nie będzie efektu zaskoczenia. Poszliśmy więc w innym kierunku, wybierając "Nowy kierunek" i wypuszczając utwór tytułowy jako singiel. Krążek promowały więc "Take It to the Limit", "Shoot for the Stars" i "New Direction".

Słyszałem ten przekaz już wielokrotnie od wielu zespołów i artystów. Musiałem jednak go powtórzyć, ponieważ jest to coś, w co sam wierzę. Muszę przeć do przodu, być skupionym na celu - zarówno krótko, jak i długoterminowym, muszę celować wysoko i mieć plan. I o tym opowiada "Shoot for the Stars". "New Direction" to z kolei próba wprowadzenia zmian w naszym świecie, naszym życiu. Jak? Metodą małych kroczków. Teksty utworów idealnie pasowały do tego co się działo wokół, do tego, przez co sami przechodziliśmy. Sztuka jest introspektywna: dla ciebie może oznaczać coś zupełnie innego niż dla mnie. Tak samo z muzyką. Ale jednak ludzie dobrze zrozumieli przekaz i ciepło przyjęli te nasze nowe kawałki. Podobały im się teksty i ich pozytywny, podnoszący na duchu wydźwięk. Sam ich zresztą słucham, gdy jestem styrany - zmuszają do włączenia kolejnego biegu. Bo gdy zaciągniesz hamulec, to już koniec. Dlatego go nie używam. I nie chcę używać.

Jako że wywołałeś temat singli, to muszę się przyznać, że po dostaniu wersji promocyjnej krążka spodziewałem się tego, że "New Direction" promować będzie radiowy "Walk Next to You". A tu same rockowe strzały.

Tak jak mówiłem wcześniej: to wina pandemii. Musieliśmy razem z wydawcą znaleźć odpowiedni rytm. Każda decyzja jaką podejmowaliśmy była trudna, ponieważ z promocją płyty musieliśmy zaczynać niejako od zera. Nie mogliśmy powtórzyć tego co z "Viva La Rock", ponieważ obudziliśmy się już w innych czasach. Kocham tę balladę i kryje się za nią ciekawa historia - bo nie wiem czy zwróciłeś uwagę na to, kto jest jej autorem. Parę lat temu Doug Aldrich, Tommy Aldridge i ja postanowiliśmy zrobić coś razem. Taki mały side-project. Spotkaliśmy się kilka razy, by wspólnie skomponować jakieś kawałki - i to właśnie jeden z nich. Drugim jest "Light It Up". Który bardzo mi pasuje! Brzmi jak coś z lat 70-tych. Nie wiem co ci powiedzieć: ja cały czas byłem w drodze - to było rolą wydawcy, by wprawić wszystko w ruch. Mają od tego utalentowanych ludzi, którzy ustalają plany, sprawiają by klocki do siebie pasowały, później kontaktują się ze mną. Ja to się w ogóle cieszę, że album wyszedł (śmiech) I tyle. Bo się na to nie zapowiadało. Powiem ci Tomasz, że spodziewałem się tego, że "New Direction" ujrzy światło dzienne w 2023 roku. "Mój Boże! 2023?! Przecież będę miał wtedy z 86 lat!" (śmiech)

(śmiech) Jak rozmawiałem z wokalistą Tygers of Pan Tang, to mówił: "nasz nowy album pojawi się na przełomie 2021/2022 roku". I ciągle go nie widać. A jest październik.

No właśnie. A wracając do "Walk Next to You": zgadzam się z Tobą - to singiel. Na nowym albumie są - i nie chcę brzmieć pretensjonalnie - same hity. Każdy z tych kawałków ma potencjał. Nie jeden, nie dwa, nie trzy - 10 kompozycji mogłoby pełnić rolę singla. I to sprawia, że aż mam ciarki! Zastanawiamy się teraz jaki następny ruch wykonać. Na pewno chciałbym zrobić większy teledysk. Może właśnie do "Walk Next to You" - jest on wysoko na naszej liście. Nie chcę okazywać brak szacunku, ale słyszałem płyty, na których były tylko ze dwa czy trzy przeboje - Søren i ja wykonaliśmy więc kawał dobrej roboty. Wróć teraz do "Viva La Rock": tam też jest mnóstwo hitów. Ale album nie zrobił jakiejś wielkiej furory. Dlatego próbujemy różnych, innych sposobów na to, by dotrzeć z moją muzą do ludzi. Wymaga to sporych nakładów finansowych, dużej ilości koncertów. "Leah" był numerem o który wiele osób prosiło. A przed nim "Still in Me" z debiutu. Albo "You" z "Casa Mendoza". Mam tyle ballad, że myślałem w ogóle, by wypuścić kiedyś całą płytę tylko z balladami.

Skoro jesteśmy przy teledyskach: bardzo podobało mi się wideo do "Shoot for the Stars", podsumowujące Twoją dotychczasową drogę. Skąd pomysł na coś takiego?

Mark przez długi czas namawiał mnie do napisania książki. Okazja pojawiła się właśnie w trakcie pandemii. Nie chciałem jednak tworzyć szczegółowej autobiografii - to coś, co może zrobię w przyszłości. Postawiliśmy na coś w stylu albumu ze zdjęciami z całej mojej kariery. "Showtime" okazało się wielkim sukcesem - mnóstwo ludzi chciało ją kupić. To była prawdziwa bomba! Fanom "książka" się spodobała i popisałem mnóstwo egzemplarzy. Gdy zabieraliśmy się za wideo, to wiedzieliśmy, że mamy na jego zrobienie zaledwie 10 lub 12 dni. Od razu musieliśmy znaleźć na nie jakiś pomysł. Siedziałem wtedy z moim kumplem i powiedział, że album "Showtime" jest tak świetny, że to na jego podstawie powinienem zrobić teledysk. Zadzwoniłem do Marka Allisona i przedstawiłem ten pomysł: że moglibyśmy zrobić to chronologicznie, a więc moje fotki z Meksyku, moich rodziców, rodzeństwo. No i ludziom się spodobało. To zabawne jak świetnie może wyjść coś, co narodziło się tak spontaniczne, na szybko, "last minute".

W wideo zwróciłem uwagę na fotografię z Johnnym Deppem. To sposób na okazanie mu wsparcia po głośnym procesie?

Zdjęcie z Johnnym znajdziesz właśnie we wspomnianej książce - obok fotografii z innymi osobami, które miałem okazję poznać i z którymi mogłem współpracować. Zrobiliśmy je na backstage'u podczas festiwalu, na którym występowała grupa Hollywood Vampires. Graliśmy tam z The Dead Daisies i jego garderoba znajdowała się zaraz obok naszej. Super gość. Oczywiście nie znam wszystkich szczegółów sprawy, bo nie chciałem brać udziału w tej dramie (śmiech) Prywatnie okazał się jednak spoko gościem. To artysta w każdym znaczeniu tego słowa. Osoby takie jak on - które osiągnęły ogromny sukces, mają sławę i pieniądze - przyciągają uwagę tych, którzy sami chcieliby mieć to wszystko. Tyle powiem. Uważam, że to była właśnie tego typu sytuacja. Wobec mnie zachowywał się w porządku, wierzę, że jest dobrym człowiekiem. Aktorem jest znakomitym, muzykiem również. Cóż za życie, cóż za kariera! Czapki z głów! Wiedząc to, co teraz - zawsze będę trzymał jego stronę, bo wiem jak to jest. Wiem jak to jest przyciągać do siebie ludzi, którzy coś od ciebie chcą. I na końcu okazuje się, że nie są tacy, jakimi się przedstawiali. A w naszej branży niestety takie sytuacje nie należą do rzadkości.

Na poprzednich krążkach gościnnie pojawił się Steve Lukather (Toto), Tommy Aldridge (Whitesnake), Richard Fortus (Guns N'Roses). Planowałeś jakieś występy na "New Direction"?

Powiedzmy, że pojawiły się pewne pomysły - w końcu mam wielu przyjaciół i znam wiele osób. Część z nich to gwiazdy muzyki, celebryci mający wszystko - i kasę, i sławę. "Live for Tomorrow" to był mój pierwszy krążek i chciałem się na nim dobrze bawić. Chciałem by pojawiło się na nim kilku moich kumpli i ostatecznie fajnie wyszło - wszyscy byli w doskonałych humorach. Na "Viva La Rock" był Mike Tramp i Richard Fortus - udało się idealnie zgrać terminy. W przypadku czwartego albumu pandemia nas sparaliżowała. Tryby machiny przestały się obracać. W pewnym momencie pojawiła się w głowie myśl, że będzie zajebiście jeśli w ogóle uda nam się wypuścić krążek (śmiech) W kwietniu i maju jeszcze nawet nie wiedzieliśmy, że go wydamy. Elementy układanki musiały zacząć do siebie pasować - a dochodziło do zmian chociażby u samego wydawcy. Na szczęście się udało, odbiór jest pozytywny, a recenzje dobre. Mamy parę zaproszeń na przyszłoroczne festiwale, kilka większych koncertów jeszcze w tym roku - dużo się dzieje. To kolejna góra, na którą chętnie się wespnę.


Na nowej płycie wspomagają Cię muzycy związani z m.in. Gun, Electric Boys i Pretty Maids. Hellborne i Andersen grali już na "Viva La Rock". A czemu postawiłeś na Gentry'ego i Tschicaję?

Krążek nagrywany w Kopenhadze, no i Søren zawsze ma taką listę najlepszych muzyków z okolicy. I tutaj ciekawostka: Andersen i Hellborne byli w ogóle członkami mojego pierwszego solowego zespołu - mam dla nich ogromny szacunek. Søren dzwonił po ludziach, którzy mieli akurat wolny termin. Morten, z uwagi na inne zobowiązania, nie mógł nagrać wszystkich numerów - stąd też wymiana z Allanem. Z Gentrym wspólnie koncertowaliśmy i gdy powiedziałem mu, że zamierzam się wybrać do Danii, by pracować nad nowym wydawnictwem, to od razu wypalił, że chce na nim zagrać. Był żywo zainteresowany i rzeczywiście pojawił się w studio. Proces nagrywania krążka był więc dość luźny. Nigdy niczego nie planuję za dokładnie, bo już się nauczyłem, że w 9 przypadkach na 10 i tak wszystko pójdzie inną drogą. Płynę więc z prądem - jestem spontaniczny. I Søren pracuje w podobny sposób, więc świetnie się dogadujemy. Najważniejsze było skomponowanie kawałków - po tym procesie wszystko inne wskoczyło na swoje miejsce. Wszyscy muzycy spisali się znakomicie. Wiele znanych nazwisk mogło się pojawić na krążku, bo dawali znać, że są gotowi - nie chodziło więc o braki kadrowe. Kluczowa okazała się logistyka i terminy.

Wiesz np. jak było z Richardem Fortusem na poprzednim albumie? Mamy ze sobą kontakt od czasu The Dead Daisies - kocham tego gościa! Jesteśmy przyjaciółmi. Miał wyjeżdżać następnego dnia, a ja do niego dzwonię i mówię: "Stary, jestem w studio! Musisz zagrać na moim solowym albumie!". "Tak, tak, tak! Spoko, nie ma sprawy! Tyle że będę dopiero za miesiąc, bo z rana wylatuję do Ameryki Południowej na trasę z Guns N'Roses!" - tłumaczy. Ja na to: "Nieeeee!!!" (śmiech) Spytałem się czy może uda się coś zrobić zdalnie, bo mogę mu wysłać pliki - to zaleta życia w cyfrowych czasach. "Dawaj! Już teraz! Mam wolnych parę godzin!" - odpowiedział. No i rano wysłał mi swoją pracę - zagrał na "Chinatown". Chciałem by pojawił się w tym numerze, bo był również członkiem Thin Lizzy. Wiele osób o tym nie wie, bo jego przygoda z tą formacją była bardzo krótka. Vivian Campbell grał z nami, ale niespodziewanie opuścił skład, by zagrać z Def Leppard. Tuż przed koncertem w Chicago. Richard usłyszał o tym, wsiadł do auta i przyjechał prosto z Saint Louis. Wpada znienacka i krzyczy: "Jestem!" (śmiech) Coś niesamowitego! Rozłożył sprzęt, zagrał z nami kilka numerów i tak oto stał się częścią Thin Lizzy przez następne 6 miesięcy - mniej więcej. Super się z nim współpracuje, a nasz album z The Dead Daisies - "Revolución" - jest jednym z moich ulubionych.

"New Direction" nie jest jedynym tegorocznym krążkiem z Twoim udziałem. Opowiedz mi o supergrupie Iconic. Jak doszło do jej stworzenia?

To również owoc pandemii. Mam długą historię z Frontiers Records: mam tam wielu przyjaciół, z którymi zrobiliśmy już niejeden projekt. Omawialiśmy parę pomysłów podczas pandemii, bo wszyscy mieliśmy mnóstwo wolnego czasu. Z jednego czy drugiego powodu nie wypaliły, ale pewnego dnia dostałem telefon od Mario. Usłyszałem, że Joel Hoekstra, Michael Sweet i Nathan James tworzą coś razem z Alessandro del Vecchio. No i że potrzebują basisty aby nagrać pełny album. Spytał się czy byłbym zainteresowany i od razu się zgodziłem, bo jestem wielkim fanem ich twórczości. Wysłali mi trzy czy cztery kawałki - i to było to! "Chcę być częścią tego projektu!" - pomyślałem. Podpisaliśmy kontrakt na nagranie albumu i następnie otrzymałem kolejny telefon z pytaniem kogo chciałbym zobaczyć na perkusji. Znam wielu wspaniałych perkusistów, ale powiedziałem im, że do tego typu muzy idealnie będzie pasował jeden człowiek: mój kumpel Tommy Aldridge. Zadzwoniłem do niego, opowiedziałem o grupie i zgodził się. I tak to właśnie wyglądało.

Później już tylko studio i rejestracja ścieżek. Materiał został bardzo dobrze przyjęty i mam nadzieję, że uda się z tym projektem zagrać parę koncertów. Bo muzyka jest świetna. Joel to niesamowity gitarzysta, Michael to doskonały wokalista i gitarzysta, Nathan to wyśmienity wokalista, no a jest jeszcze przecież Tommy. Sami najlepsi, a wśród nich jakimś cudem ja. Praca z Iconic to była czysta przyjemność. Spotkaliśmy się wszyscy razem, nagraliśmy wideo w Los Angeles, czuć było między nami chemię. Liczę, że na jednej płycie się nie skończy i wróżę tej grupie sukces. W podobny sposób pojawiło się także parę innych projektów z moim udziałem - część z nich jeszcze czeka na wypuszczenie. Żeby to się jednak stało, to sytuacja na rynku musi się uspokoić. Bo na razie jest ciężko. Jestem w trasie i mogę Ci powiedzieć, że jest naprawdę ciężko.

To znaczy?

Ilości sprzedanych biletów w przedsprzedaży straszą właścicieli klubów i promotorów - to prawdziwy rollercoaster. Ja wierzę jednak w siłę mojej muzyki, w to co robię - i na każdym występie zostawiam kawał siebie. A to dobry znak. Zobaczymy co przyniesie przyszłość. A jak tam u Was sytuacja?

U nas całkiem spoko. Bodajże w lutym usłyszeliśmy od naszych polityków coś w stylu: "od jutra kończymy pandemię - bawcie się" (śmiech) I mamy koncert za koncertem.

Odwołali pandemię? Fajnie! Próbowałem zabookować jakieś daty w Polsce, ponieważ wiem, że mam tam wielu przyjaciół i fanów, ale okazało się to zaskakująco trudne. Nie wiem dlaczego. Rozumiem, że może nie jestem jeszcze solową marką, ale próbuję się nią stać. Jeśli więc czyta ten wywiad jakiś promotor, to zapraszam do kontaktu! A jeśli znasz jakichś promotorów czy twórców festiwali, to daj im znać, że jestem chętny! Zapraszam też czytelników na moją stronę - MarcoMendoza.com - bo kto wie, może będę akurat gdzieś obok. Będę na przykład w Czechach - może to wystarczająco blisko, by niektórzy wpadli i się przywitali. Mam nadzieję, że uda się coś wykombinować w przyszłym roku z Waszym krajem. Chcę do Was przyjechać. MUSZĘ do Was przyjechać.

Może Festiwal Legend Rocka? Fajnie byłoby zobaczyć tam Iconic. Tommy był tam z Whitesnake, a mi się udało złapać Twoją kostkę jak byłeś tam z Thin Lizzy.

(śmiech) Ekstra!


Teraz promujesz na trasie "New Direction". Jak prezentuje się setlista? Grasz tylko swoje autorskie kompozycje czy może pojawiają się również covery?

Po wielu latach grania i wykonywania numerów innych artystów znajdujesz kawałki, które zaczynają coś dla ciebie znaczyć. Staram się jednak trzymać własnego repertuaru, ale rozumiem także to, że wiele osób tej mojej solowej twórczości może nie znać. Jako artysta grasz dla ludzi - tu nie chodzi więc o ciebie. Cieszę się z tego, że coraz więcej osób sięga do "Live for Tomorrow" i "Viva La Rock" - otrzymuję sporo próśb o zaprezentowanie konkretnych utworów z tych płyt. A i trafiają się nawet zapytania o materiał z "Casa Mendoza". Mamy zazwyczaj około 90 minut, więc możemy trochę kombinować. Naciskam na to, by set często się zmieniał. Teraz z coverów gramy "Higher Ground" Steviego Wondera. Na płycie "Vica La Rock" znalazło się miejsce na "Hey Baby" Teda Nugenta - śpiewałem z nim ten numer na koncertach. To człowiek nie z tej ziemi! To co stworzył, kim jest, co myśli. To ojciec, mąż, artysta, gitarzysta. Mam do niego ogromny szacunek. Wiem, że wiele osób go nie trawi - i spoko: macie prawo do własnej opinii. Ja go poznałem osobiście i ta znajomość była dla mnie inspirująca na wielu płaszczyznach.

Ted Nugent to chyba ulubiona postać serwisów plotkarskich. Powie jedną rzecz i zaraz wyrywa się zdanie z kontekstu, by zrobić sztuczny skandal.

No i spoko. To cena jaką się płaci za bycie popularnym, za bycie takim celebrytą - to coś, na co trzeba być przygotowanym. Ja też miałem troszkę z tym do czynienia. Ted jest osobą, która lubi i nie boi się wypowiadać na różne tematy. Lubi wkładać kij w mrowisko. Często mówi o status quo. Uważa, że jesteśmy jak owce prowadzone na rzeź, boimy się myśleć samodzielnie, mówić o naszych wątpliwościach. Po prostu podążamy za stadem, nie zadając żadnych pytań. On mówi, że powinniśmy się postawić jeśli w coś wierzymy, że powinniśmy bronić swoich opinii - i zgadzam się z tym. Zdaje sobie sprawę z tego, że jego słowa mogą niekiedy ranić jak nóż, ale czuje, że czasami trzeba to po prostu zrobić. "Hey Baby" to mój hołd dla niego - taki prosto z serca. Praca z nim to był jeden z najjaśniejszych punktów mojej kariery. Zacząłem z nim współpracować razem z Tommym Aldridge'em. Byliśmy na pożegnalnej trasie KISS - tej w oryginalnym składzie - i zagraliśmy mnóstwo koncertów. Świetnie się rozumieliśmy.

Na nowym albumie też chciałem zrobić coś podobnego: myślałem np. o nagraniu jakiegoś kawałka, który wykonywałem z Dolores z The Cranberries: mieli przecież tyle hitów, tyle wspaniałych dźwięków. Ale znów: pandemia zastopowała te plany. Nagrałem też swego czasu "Chinatown" Thin Lizzy - jako podziękowanie za wiele lat wspólnego rock'n'rolla, za mnóstwo zagranych koncertów. Dla mnie to już nie covery: byłem tam, grałem te numery, przeżywałem je. Dlatego wykonuję je na żywo - ludzie chcą je usłyszeć. Teraz dorzucamy jeszcze trzy, cztery kompozycje z nowego albumu i ta setlista wali po mordzie! Czysty rock'n'roll. I możesz przyjść na trzy koncerty z rzędu, a i tak nie usłyszysz tych samych numerów - cały czas coś się zmienia. Oczywiście jest pewna podstawa, ale... Ale to trzeba zobaczyć! Dawaj do Pragi! Jak daleko mieszkasz?

(śmiech) Tak daleko, że dalej się nie da!

Na północy?

10 minut od Morza Bałtyckiego. Dosłownie.

O kurczę. OK, no dobra... Cóż zrobić? (śmiech) Następnym razem!

Może uda się coś ogarnąć bliżej mnie! A skoro już gadamy o koncertach: opowiedz mi o Guitare en Scene 2022! Widziałem na filmikach, że świetnie się tam bawiłeś!

O, chłopie! Nie wykonywałem "Burn" od czasu Whitesnake! Chociaż ludzie wiele razy prosili mnie o zagranie tego kawałka. WIELE razy. To kultowa kompozycja. Bawiłem się świetnie podczas tego numeru, no ale wiesz: to jednak kurła numer Coverdale'a i Hughesa (śmiech) Mam ogromny szacunek dla Davida i Glenna - uważam ich za przyjaciół i mam nadzieję, że oni też tak o mnie myślą. Staram się nie wchodzić za bardzo w ich buty. Nie chcę grać kawałków, które były coverowane setki czy tysiące razy, wiesz? Wolę numery, które nie są tak przemielone. Lecisz na drugi koniec świata, wchodzisz do baru w Japonii, a tam wszyscy śpiewają "Burn", "Smoke on the Water", "Here I Go Again" czy inne "Is This Love?". Z Thin Lizzy nie chcę robić "The Boys Are Back in Town" - wolę iść w coś, co można nazwać B-side'ami. One robią tę różnicę.

W Twojej dyskografii znajdziemy także polski akcent: WAMI. To był Doogie White, Vinny Appice, Ty oraz młodziutki Igor Gwadera. Jako to się narodziło?

To chyba było podczas wizyty z Thin Lizzy - od tamtego czasu zagrałem tyle koncertów, że już dokładnie nie pamiętam (po przeprowadzeniu małego śledztwa: to było podczas koncertu Black Star Riders - dop. Tomek). Iggy grał wtedy ze swoim zespołem, a my byliśmy na backstage'u. Usłyszałem jak ktoś przepięknie gra na gitarze, więc zerknąłem co się dzieje. Nie było basisty - grał bodajże z perkusistą i drugim gitarzystą. Basista chyba był chory i przebywał w toalecie - w każdym razie coś się z nim wydarzyło. Iggy nie miał koszulki i z tyłu wyglądał jak mała dziewczynka, bo miał jakieś 14, 15 czy 16 lat. Grał jak szalony. Odwrócił się - patrzę: o, jednak chłopak.
(śmiech)


Wróciłem do mojej przebieralni i wkrótce usłyszałem pukanie. "Ktoś chciałby cię poznać. Mógłbyś się przywitać i podpisać parę rzeczy?" - usłyszałem. "No jasne!". Okazało się, że to jego rodzice. Powiedziałem, że ich dziecko ma wielki talent i powinniśmy pogadać. Dałem im swoje namiary i wkrótce narodził się właśnie ten projekt. Zadzwoniłem do Vinny'ego i jakoś wszystko poszło. To kolejny album, który zasługiwał na to, by ludzie bardziej o nim usłyszeli. To świetny krążek! Wokale Doogiego - coś kapitalnego! Myślałem, że dalej to pociągniemy, bo płyta zawierała znakomity materiał. I nie wiem co się stało - jakoś przeszło bez większego echa. Jak w ogóle radzi sobie Iggy?

Poszedł w rap. Wcześniej grał taki thrash/groove z legendarnym Titusem - frontmanem Acid Drinkers. Zaliczyli mnóstwo koncertów i kilka dużych festiwali.

Ach, wiem - z tym basistą, tak?

Dokładnie. Później jednak poszedł w zupełnie innym kierunku muzycznym. Teraz wraca do metalowego grania.

Chciałbym się dowiedzieć co tam u niego. Jego rodzice to wspaniali ludzie, a on to prawdziwy talent. Ale widzisz: czasami twoja kariera może różnie się potoczyć. Zawsze powtarzam jedno. I to Tommy jest bardzo ważne... Tommy, Thomas, Tomek, Tomassini: jak zaczniesz podejmować decyzje tylko i wyłącznie bazując na kasie, to bardzo szybko się zatracisz. Nie będziesz wiedzieć kim jesteś, bo będziesz byt zajęty gonieniem za dolarami. I wkrótce staniesz się krową, którą inni będą chcieli doić. Ja nigdy tak nie robiłem. Zawsze stawiałem na instynkt: "to mi się podoba!", "tego bym spróbował!". Pieniądze przyjdą później, na początku nie powinno się ich brać pod uwagę w tym równaniu. I może dlatego nie jestem bogaty (śmiech) Wracając do Iggy'ego: życzę mu wszystkiego dobrego i mam nadzieję, że odnajdzie to czego szuka!

Ty znalazłeś?

Moja kariera pełna jest nagród. Nawet teraz: parę nocy temu zagrałem jeden z najlepszych koncertów w moim życiu - i to jest właśnie moja nagroda. Mogę grać z najlepszymi muzykami na świecie, mogę skierować więcej światła na młode talenty. Wolę żyć właśnie w tym świecie. Gdybym grał tylko i wyłącznie dla kasy, to wróciłbym do domu już trzy tygodnie temu (śmiech) To dużo pracy. Nie mam menedżera, więc czasami czuję się nieco przytłoczony tymi biznesowymi sprawami, no ale robisz to co musisz. Mam nadzieję, że uda mi się znaleźć kogoś, kto mnie odciąży w tych sprawach. No ale zobacz: jestem tutaj, więc coś tam chyba jednak robię dobrze.

Nie chyba, ale na pewno! I to wszystko co przygotowałem! Dzięki za poświęcony czas! To była prawdziwa przyjemność! Mam nadzieję, że kiedyś uda się spotkać na jakimś koncercie!

Oby! Również dziękuję i trzymaj się ciepło!

zdjęcia: BleuCottonPhotography_com-X2, Alex Ruffini, Aggie, Lenn Photography, Tears of Fire Photography


Autor: Tomasz Michalski

Data dodania: 03.01.2023 r.



© https://METALSIDE.pl 2000 - 2024 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!