Tygers of Pan Tang - "Sam kupiłem naszego winyla"


Legenda NWOBHM postanowiła wypuścić w maju składankę "Majors & Minors", na której skupia się na ostatnich (co trzeba dodać: bardzo dobrych!) czterech albumach. W długiej (w końcu zespół założony został w 1978 roku) historii Tygers of Pan Tang nie brakowało rozpadów, koszmarnych zmian stylu, czy roszad w składzie. Przez ostatnie lata jednak grupa tylko nabierała wiatru w żagle - czy pandemia nie wyprowadziła muzyków na martwe wody? O kondycji Tygrysów, płytach typu best-of, nowym gitarzyście i (tak, tak!) nadchodzącym albumie studyjnym rozmawiamy z wokalistą zespołu. I, o matko!, jakąż gadułą okazał się Jacopo Meille!





MetalSide.pl: Hej! Wszystko w porządku? Cały i zdrowy?

Jacopo Meille: Cześć! Na szczęście nie chorowałem! Staram się też być optymistą, pomimo tego, że jako muzyk przeżywałem jednak ciężkie chwile.

Za to 28 maja Tygers of Pan Tang wypuścił składankę "Majors & Minors". Kiedy pojawił się pomysł na tego typu wydawnictwo?

Gdzieś w okolicy września 2020 roku wraz z drugą falą pandemii dotarło do nas, że wirus tak łatwo nie odpuści. Musieliśmy przełożyć drugą część naszej trasy koncertowej na listopad 2021 roku i wytwórnia wpadła na pomysł, aby wypuścić w międzyczasie jakąś składankę - żeby ludzie o nas nie zapomnieli. Przy okazji miało to również kupić nam trochę czasu, gdyż grupę opuścił Micky Crystal, a my przeprowadzaliśmy przesłuchania na nowego gitarzystę, nie wiedząc do końca jak to się wszystko skończy. Na szczęście ostatecznie trafiliśmy na Francesco, który okazał się świetnym muzykiem. Szybko zaczęliśmy prace nad nowym albumem - od września do marca tego roku udało nam się stworzyć mnóstwo utworów w wersji demo. Jednocześnie jednak pracowaliśmy również nad "Majors & Minors", by mieć co promować na nadchodzących datach - w końcu "Ritual", choć jeszcze świeży w naszej pamięci, ukazał się w 2019 roku. Jak wszystko dobrze pójdzie, to pod koniec roku powinieneś usłyszeć jakieś nowe dźwięki od Tygers of Pan Tang. Na pewno będziemy nagrywać nowy krążek, ale też i zamierzamy wypuścić EP, na której znajdą się dwa numery.

Same dobre wieści!

To naprawdę dziwne czasy. Z jednej strony musieliśmy się zatrzymać, gdyż nie mogliśmy grać koncertów. Z drugiej strony: nikt nie mógł zabronić nam komponować - i Robb Weir okazał się w tym okresie wyjątkowo płodny: bez przerwy wymyślał jakieś nowe riffy. Gdy udało się złożyć nowy skład, to od razu zaczęliśmy pracować nad jego pomysłami. Francesco również bardzo szybko się odnalazł: brał riffy Robba, budował na ich podstawie cały utwór, a następnie wysyłał go mi i Craigowi, abyśmy zaczęli myśleć nad tekstem i liniami wokalu. Jak więc widzisz, ten czas pandemicznego przestoju był dla nas bardzo pracowity.

Zarówno EP jak i nowy album wydane zostaną przez Mighty Music?

Tak! Mighty Music to teraz nasz drugi dom! Mieliśmy dużo szczęścia, że udało nam się trafić pod ich skrzydła. Michael Andersen pilnuje i dba o nasze interesy: gdy tylko zaczęła się pandemia, to od razu przygotował plan działania - żebyśmy nie stali w miejscu. Pojawiła się re-edycja "Ambush", rozpoczęły się prace nad składanką... Nawet przy wyborze kawałków do "Majors & Minors" dał nam wolną rękę - to Robb i ja układaliśmy tracklistę. Był też otwarty na nasze pomysły, np. w kwestii okładki. Pomysł wyszedł od Craiga Ellisa (choć i ja troszkę pomogłem), a ostateczną wersję stworzył... ten, no... jak on miał... Włoch... z Neapolu...

(śmiech)

... Roberto Todorico! Michael dał nam w kwestii artworka wolną rękę: powiedział żebyśmy przemyśleli temat i po prostu mu ją podrzucili. Mało która grupa otrzymuje taką artystyczną wolność.


Przez ostatnie dwa lata większość grup straciła główne źródło zarobków, a więc koncerty. Niektóre przestały istnieć, inne zaczęły wypuszczać podobne krążki lub albumy koncertowe z live-streamów. Przy wypuszczeniu "Majors & Minors" braliście pod uwagę również ten aspekt finansowy?

Tak, oczywiście. Tygers of Pan Tang przez ostatnie 7 lat koncertował niemal bez przerwy. Obecna sytuacja musiała więc odbić się na stanie naszych finansów. Najgorsze jednak jest to, że my naprawdę kochamy podróżować i grać te koncerty. Zresztą bez tych podróży nie miałbyś niektórych kawałków z "Tygers of Pan Tang" czy "Ritual". W wywiadzie dla jednego z polskich czasopism podałem przykład numeru "Love Will Find the Way" - jego główny riff powstał z niczego w przebieralni: Robb wymyślił go szykując się właśnie do koncertu w Polsce. I tak czasami właśnie bywa na trasie: pomysł może ci wpaść do głowy ot, tak: jak masz wolny dzień, jak jesteś w busie, jak jesteś w przebieralni. I trzeba go szybko złapać i zacząć nad nim dłubać! Ja mieszkam we Włoszech, Francesco (mimo iż też jest Włochem) mieszka w Niemczech, a reszta w Anglii. Teraz nie ma więc zbyt wielu okazji do tego, żebyśmy się spotkali i zaczęli wspólnie nad czymś pracować - dlatego musimy znów ruszyć w drogę. "Ritual" wyszedł tak dobrze właśnie przez to, że przebywaliśmy cały czas ze sobą, dzieliliśmy się pomysłami i spostrzeżeniami. Kawałki takie jak "Raise Some Hell", czy... Poczekaj, sprawdzę żebyś nie napisał później jakichś bzdur!

(śmiech)

(ściąga z półki "Ritual") "Raise Some Hell", "Destiny", "Words Cut Like Knives" - te kawałki powstały podczas tygodniowej przerwy pomiędzy jedną a drugą trasą. Zostałem podczas niej w Anglii i razem z Crystalem stworzyliśmy mnóstwo numerów w wersjach demo. Również niektóre zarejestrowane pomysły znalazły się np. w takim "Love Will Find a Way". W taki właśnie sposób komponujemy, dlatego też obawialiśmy się trochę okresu pandemii - musieliśmy nauczyć się zdalnej pracy. Tutaj dużo pomógł nam Francesco, który z nowymi technologiami jest za pan brat - pokazał nam w jaki sposób można to wszystko fajnie ogarnąć. Wysyłaliśmy więc sobie nawzajem pomysły, dyskutowaliśmy o nich, odsyłaliśmy poprawki, Robb tworzył riffy - kreatywność w grupie nie umarła.

A dlaczego na "Majors & Minors" skupiliście się tylko i wyłącznie na Twojej erze?

To był pomysł... ten... tego... no... Mighty Music! Tak się złożyło, że Mighty Music kupiło prawa do albumu "Animal Instict" - spodziewajcie się więc re-edycji tego krążka z jakimiś fajnymi bonusami! No i chyba Michael Andersen zdał sobie sprawę z tego, że ma teraz wszystkie płyty Tygerów ze mną na wokalu, bo przyszedł z pomysłem na wydanie tej składanki. Muszę Ci się przyznać, że nigdy nie byłem fanem tego typu wydawnictw. Lubię kupować krążki w wersjach fizycznych, zarówno na CD, jak i winylach - co chyba zresztą widać, bo za mną masz mały wycinek mojej kolekcji (serio, w kadrze zmieściło się zaledwie jakieś pół tysiąca płyt - dop. red.). Jak lubię jakiś zespół, to staram się kupić jego wszystkie płyty, z których potem mogę złożyć sobie własną składankę. Dlatego nie kupuje krążków typu best-of, i pomysł na coś takiego od Tygerów jakoś mnie nie porwał.

Pierwszy raz usłyszałem Tygers of Pan Tang jeszcze w latach 80-tych, kiedy kupiłem z drugiej ręki album "The Cage". Później zaopatrzyłem też się w "Crazy Nights" i "Spellbound", pomijając oficjalną składankę, która gdzieś się tam po drodze urodziła. Na "Majors & Minors" też początkowo kręciłem nosem, ale gdy Michael dał nam wolną rękę, to trochę zmieniłem nastawienie. Może zabrzmię trochę samolubnie, ale otrzymałem możliwość celebracji "mojego" czasu w zespole, złożenia "własnej" kompilacji. Po Robbie i Craigu jestem trzecim muzykiem Tygers of Pan Tang z najdłuższym stażem - 17 lat jestem wokalistą grupy. Zacząłem więc inaczej na to wszystko patrzeć. Tytuł albumu wymyślił Robb i ma on podwójne znaczenie: to mniejsze i większe powody jego powstania, ale też i większe hity (te, które mam nadzieję wszyscy znają) oraz mniejsze (a więc kawałki, które z jakiegoś powodu my sami lubimy).

Przejrzeliśmy wszystko co wypuściliśmy przez ostatnie lata, by wybrać właśnie te numery. Numery, które niekoniecznie są mega znane. Spójrz na "Let It Burn" z "Animal Instinct" - zagraliśmy go chyba tylko raz: podczas sesji. To świetny kawałek, a jednak gdzieś o nim po drodze zapomnieliśmy i nie wykonywaliśmy go na żywo. Tak samo z "What You Say" - b-side'em, który oryginalnie nagrany został z myślą o albumie z 2016 roku. Podobał nam się ten kawałek, miał się na krążku znaleźć, ale Mighty Music chciało, aby wszystkie wersje wydawnictwa miały tę samą tracklistę - jeden numer musiał więc wylecieć. Ta składanka to dobry moment, aby pokazać ludziom właśnie te "mniejsze" hity - pokazać, że mamy sporo fajnych kompozycji. No bo co tam jeszcze jest ciekawego?

Chociażby "Never Give In", a więc kolejny zapomniany b-side...

No właśnie! Zawsze muszę walczyć o to, żebyśmy go grali! (śmiech) Gdzieś tam jednak przegrywa z równie szybkimi klasykami pokroju "Hellbound" czy "Gangland". W ogóle układanie tracklisty do tego wydawnictwa okazało się trudniejsze niż myślałem, bo miałem więcej ulubionych numerów niż miejsca na płycie. Należało uwzględnić każdy z krążków i w konsekwencji: pójść na pewne kompromisy. Ja musiałem na przykład odpuścić "Do It Again" z 2016 roku - a kocham ten kawałek! I choć głównym założeniem "Majors & Minors" było dotarcie do tych osób, które nie mają naszych ostatnich albumów na półce lub nie wiedzą nawet, że ciągle działamy, to nie zabrakło też pewnych niespodzianek dla naszych największych fanów: "What You Say", "Plug Me In", "Spoils of War" w niecodziennej wersji, remastery "Let It Burn" i "Hotblooded".

"Majors & Minors" może pokazać tym, którzy nie trzymali ręki na pulsie, że Tygers of Pan Tang to nie tylko Cox i Deverill...

Dokładnie tak! Dlatego też zaprojektowaliśmy okładkę, która ma zwracać uwagę. Świetnie się prezentuje na CD, a jeszcze lepiej na winylu i jak wchodzisz do sklepu z muzyką, to od razu ten tygrys przykuwa wzrok. Stajesz z nim oko w oko zastanawiając się jakie dźwięki skrywa to wydawnictwo. Hipnotyzuje cię, zmuszając do kupna krążka. A przynajmniej mam taką nadzieję.

Wracając do listy utworów: "She" w trackliście, a słyszałem, że ledwo zmieścił się on na album studyjny.

To w ogóle był bardzo trudny numer do nagrania. Są kawałki, że jak wchodzisz do studia, to od początku wiesz jak będą ostatecznie wyglądać - jak np. ten, no... (myśli)... "Damn You!". Proces jego pisania nie należał do najłatwiejszych, ale razu wiedzieliśmy jak na końcu będzie on brzmieć. Z "She" natomiast cały czas coś się działo - głównie dzięki Chrisowi Tsangaridesowi. "Dodamy to", "dodamy tamto", "wrzucimy akustyczne solo", "że co? Tylko jedna linia wokalu?! Dodajemy kolejne!"... Było ciężko, ale dzięki Chrisowi udało się. Praca z nim była dla mnie prawdziwym punktem zwrotnym w mojej "karierze" - w końcu nagrywał on m.in. Judas Priest, Garym Moore'em czy Ianem Gillanem. Byłem przerażony, ale wyciągnął on pomocną dłoń i nauczył mnie wielu rzeczy. Miał fajny sposób pracy: nagrywaliśmy od 10 do 16, rejestrował ze trzy podejścia, a następnie zapraszał nas wszystkich na herbatę. Podczas tej przerwy słuchaliśmy tego, co zarejestrowaliśmy i dzieliliśmy się spostrzeżeniami - co nam się podoba, a co nie. Po naniesieniu zmian robiona była druga przerwa na herbatę, po czym zabieraliśmy za kolejny kawałek - żadnej spiny, żadnego pośpiechu. Cały "Ambush" nagraliśmy w 6 dni, co jest naprawdę świetnym wynikiem. Tym bardziej, że bywały momenty, że chciałem pracować dłużej on mówił do mnie, żebym wyluzował, poszedł sobie na spacer czy zjadł dobrą kolację i przyszedł wypoczęty jutro rano. Dziś jak słucham "Ambush" to często wracam myślami do naszej współpracy - bez Chrisa z pewnością nie byłbym tym wokalistą, którym jestem dziś.

Oprócz akustycznego solo w "She" usłyszymy kastaniety - jak to z tym wyszło?

To też pomysł Chrisa! Pamiętam jak mówi do nas, że w "She" przydałyby się jakieś perkusyjne ozdobniki, a że kawałek ma taki lekko hiszpański klimat, to on proponuje kastaniety. Patrzymy się na niego jak na wariata, "jesteś pewien?" - pytamy. "No jasne!" - odpowiada. Zdezorientowany Craig krzyczy: "jesteśmy w pieprzonej Anglii! Gdzie ja do cholery znajdę tutaj kastaniety?!". A Chris na spokojnie: "Ja je mam - baw się dobrze" (śmiech)


(śmiech) Oprócz mniejszych lub większych hitów na składance znajdziemy też specjalną wersję "Spoils of War". Kto odpowiada za ten "orkiestralny miks"?

"Spoils of War" w wersji demo istniało już podczas nagrywania "Ambush" - Craigowi bardzo podobał się riff wymyślony przez Robba i już wtedy miał on na ten kawałek pomysł. Stworzył do niego intro i myślał na tekstem, który opowiadać miał o m.in. przededniu wielkiej bitwy. Gdy numer zaczynał nabierać kształtu, to nasz perkusista uznał, że ma on tak filmowy klimat. Emocjonalną solówkę stworzył już Micky Crystal podczas sesji "Ritual". No i podczas nagrywania powiedział nam, że zna gościa pracującego w BBC, który zajmuje się ścieżkami dźwiękowymi. Zaproponował aby podesłać mu "Spoils of War" i zobaczyć co z tego wyjdzie. Gość nazywał się Richard Chance, stworzył orkiestracje do tego kawałka i... podzielił grupę. Część ekipy uznała bowiem, że trochę przeholował, a inni uznali, że... "w sumie czemu nie?" (śmiech) Jako że jednak panuje u nas demokracja i większość głosowała przeciw, to odrzuciliśmy "orchestral mix", choć niektóre pomysły z niego znalazły się na wersji z "Ritual" - jak chociażby smyczki w części z solówką. Ten aranż zdecydowanie lepiej pasował do ogólnego, bardziej rockowego klimatu "Ritual". Podczas prac nad nowym best-of Craig i Robb przypomnieli sobie o tej "przesadzonej"/dziwnej/innej wersji i uznali, że to może być coś specjalnego, niedostępnego nigdzie indziej. W miksie wyciągnęliśmy orkiestrę jeszcze bardziej i jak zamkniesz oczy, to będziesz miał w głowie średniowiecze, "Conana", czy nawet bitwy z "Władcy Pierścieni" - bo w coś takiego celowaliśmy. To na pewno coś innego, ale mam nadzieję, że fanom się spodoba.

Best of dostępny jest na CD i winylu. Lista utworów na czarnym krążku musiała zostać jednak skrócona. W jaki sposób zdecydowaliście o tym, które kawałki "polecą"?

(głośny śmiech) Zacznijmy od tego, że podstawą była wersja CD. Na początku myśleliśmy, że będzie to podwójny album, ale Mighty Music sprowadziło nas na ziemię - wyjaśnili nam, że takie wydawnictwo będzie po prostu za dużo kosztować. I to zarówno ich, jak i później samych fanów, gdyż musieli by oni wydać 35-40 euro. Zredukowaliśmy więc ilość nośników do jednego, a że kawałków mieliśmy koło 50, to zaczęły się ostre cięcia. Na winylu musieliśmy pójść jeszcze dalej z uwagi na miejsce. Na pewno musieliśmy zostawić trzy specjalne kawałki, a następnie wybierać z albumów studyjnych: dwa z "Ritual" i po jednym z reszty. A że jestem wielkim fanem KISS, to wiedziałem, że oni zawsze na jakimś dziwnym wydaniu umieszczają numer, którego nie znajdziemy nigdzie indziej. No i wyszedł ze mnie Gene Simmons, gdyż uznałem, że świetnym pomysłem będzie dodanie "Keeping Me Alive" w wersji na żywo. Jeśli ktoś chce mieć więc wszystko od Tygers of Pan Tang, to będzie musiał kupić również i winyl!

(śmiech)

I żeby nie było: sam kupiłem naszego winyla! Od wydawcy miałem dostać czarnego, ale chciałem kolorowego, więc go sobie po prostu zamówiłem! Sam więc wydałem trochę kasy na ten album! (śmiech)

A gdzie w ogóle "Keeping Me Alive" został zarejestrowany? W notce prasowej widniały bowiem dwie daty: 2016 i 2018.

Zarejestrowaliśmy go na festiwalu we francuskim Fismes. To inna wersja niż ta dostępna na "Ambush" - tamtą nagraliśmy w tym samym miejscu, ale podczas naszej pierwszej wizyty, jeszcze z Deanem Robertsonem na gitarze. Wersja z "Majors & Minors" pochodzi już z 2016 roku i na wiośle jest Micky McCrystal. Mamy w ogóle cały nasz występ z tego festu - nie wiadomo co się może wydarzyć w tym temacie - bo zagraliśmy świetnie! (śmiech) Śmieję się, bo jak później wracamy do nagrań, to się okazuje, że jakość dupy nie urywa (śmiech) Micky'ego już nie ma w składzie, ale odegrał on dużą rolę w historii zespołu. Chcieliśmy go uhonorować tym kawałkiem, gdyż publiczność go uwielbia, a sam Micky grał go na swój sposób.

Dlaczego w ogóle Crystal opuścił szeregi Tygers of Pan Tang?

W grudniu 2019 roku wziął ślub, niedługo później urodziło mu się dziecko - jego życie zmieniło się 180 stopni i chyba po raz pierwszy poczuł tę różnicę wieku pomiędzy nami. Ja, Gav i Craig mamy z przodu piątkę, a Robb ma 61 lat, natomiast Micky skończył 30 lat w zeszłym roku. Jest on bardzo utalentowanym muzykiem i musiał sobie w końcu zdać sprawę z tego, że długo jeszcze tego nie pociągniemy i że jeśli poświęci nam kolejnych 10 lat zawodowego życia, to ciężko będzie mu później pójść na swoje. Nie jesteśmy The Rolling Stones - nie będziemy w wieku 75 lat cisnąć na scenie "Never Give In". Na "Ritual" dokonaliśmy wspólnie czegoś wyjątkowego - schodzi więc niejako ze szczytu, na swoich warunkach. Chciał zmienić swoje życie i tyle. Mamy dobry kontakt, a ostatnio wrzucił nawet u siebie na Facebooku filmik, na którym gra cały "What You Say".

Zaraz po odejściu udzielił jednak wywiadu, w którym narzekał na brak demokracji w grupie, czy brak zaangażowania niektórych członków zespołu w proces powstawania "Ritual"...

Zespół jest jak rodzina, tudzież w zespole jest jak w małżeństwie: pomiędzy czarnym a białym jest duża szara strefa. Gdy się odchodzi to z pewnością ma się w głowie rzeczy, które wkurzały. Mam nadzieję, że jeśli gdzieś tam pojawił się jakiś żal, to chłopaki już to sobie wszystko wyjaśnili - bo ze sobą rozmawiali. Line-up z Crystalem był świetny i robiłem wszystko co w mojej mocy, żeby się nie zmienił - nie mogłem jednak zmusić Micky'ego do pozostania. Z Robbem się świetnie dogaduję i jeszcze nigdy się ze sobą nie pokłóciliśmy, ale gitarzyście może być trudniej znaleźć odpowiednią równowagę. Micky'emu na pewno bardzo zależało na "Ritual" - w trakcie prac nad tym albumem dawał z siebie 100% i rozumiem, że mógł mieć powody podejrzewać, że nie każdemu tak zależy. Pamiętam jak raz przełożyliśmy nagrania, bo Micky uznał, że jeszcze nie jesteśmy na to gotowi. I miał rację: zaraz potem napisane zostały "Destiny" i "Damn You!" - bez tych kawałków nie wyobrażam sobie teraz "Ritual". Może ta sytuacja została mu gdzieś tam w głowie? Na szczęście między nami jest teraz dobrze i część tych niedopowiedzeń została wyjaśniona.

Jak już kilkukrotnie wspomniałeś, jego następcą został Francesco Marras. Jak natomiast wyglądał sam proces rekrutacji?

Poprosiliśmy kandydatów o wysłanie nam wersji na żywo "Hellbound" i "Don't Stop By". Francesco podesłał oba wideo i był jednocześnie jedynym muzykiem, o którym usłyszałem od dwóch innych osób, że muszę go sprawdzić, bo jest świetny. Pierwszą z nich był Frank Pané - gitarzysta Bonfire, z którym wcześniej współpracowałem. Drugą osobę z pewnością znasz, bo to Alessandro Del Vecchio - klawiszowiec, kompozytor, producent i jednocześnie mój dobry przyjaciel. Wysłał mi maila, w którym napisał, że pracował wcześniej z Marrasem i że jest on nie tylko znakomitym muzykiem, ale też i świetnym kolesiem. Wideo przesłane przez Francesco zrobiło na nas wrażenie i od razu powiedziałem reszcie, że chyba znaleźliśmy odpowiednią osobę: nie tylko kapitalnie gra, ale ma także i imponujące referencje. Trochę obawialiśmy się tego, że mieszka on w Niemczech - w końcu trzech członków zespołu jest w Wielkiej Brytanii, a ja we Włoszech. Zastanawialiśmy się nad tym jak to będzie wyglądać z pandemią i tym gównianym Brexitem na głowie (śmiech) Byłem w Niemczech, poznaliśmy się osobiście, ciągle ze sobą rozmawiamy i piszemy, wspólnie komponujemy - tylko jeszcze nie udało nam się spotkać w pełnym składzie na próbie. Chce pisać nowe kawałki, co oczywiście bardzo nam się podoba - myślę, że będzie fajna chemia w grupie. Powiem ci za kilka miesięcy jak idzie (śmiech)


W 2019 roku podesłał nam do recenzji swój solowy krążek. "Times Flies" był świetny! Słuchałeś go?

Tak! Jest naprawdę znakomitym muzykiem! Mimo że jestem starszy od niego, to odkryliśmy, że lubimy te same albumy i mamy podobne pomysły jeśli chodzi o komponowanie. Jest wyjątkowo wszechstronny i zawsze dąży do tego, żeby dany kawałek był lepszy - nie chodzi mu o to, żeby pokazać jak szybko potrafi grać.

Przeczytałem kiedyś wywiad z Jessem Coxem, w którym powiedział, że Tygers of Pan Tang to teraz Robb + jacyś nieznani goście. Jesteś już w grupie 17 lat, występowałeś na największych festiwalach, nagrałeś cztery bardzo dobre albumy - całkiem nieźle jak na "no-name'a", nie? Czego się w ogóle spodziewałeś obejmując stanowisko frontmana?

(śmiech) Tak, najdłużej wytrzymałem na mikrofonie ze wszystkich - jeszcze tylko jeden krążek i pod względem płyt zrównam się z Deverillem. On nagrał pięć płyt...

Ale mało które były dobre...

Co ty nie powiesz? (śmiech) Jemu jednak udało się to zrobić w dużo krótszym czasie niż mi (śmiech) Kiedy dołączyłem do Tygers of Pan Tang w 2004 roku, to miałem 36 lat - byłem już więc dorosłym, doświadczonym facetem. Szansa śpiewania w takiej grupie była dla mnie swego rodzaju nagrodą, bo z mikrofonem nie rozstawałem się od 16-tego roku życia. Chciałem robić to co kocham: śpiewać, nagrywać, poznawać w trasie nowych ludzi - nie zależało mi na tym, by być "gwiazdą rocka". Bycie w takiej grupie jak Tygers of Pan Tang oznacza ciężką pracę. I to też nie jest tak, że po skończonej trasie masz kieszenie wypchane pieniędzmi - bo tak nie jest (śmiech) Dzięki lojalności fanów i wsparciu Mighty Music zarabiamy, ale nie są to kokosy. Zresztą nie dla kasy czy splendoru to robimy. Robimy to, bo uwielbiamy podróżować, przebywać ze sobą, grać przed publicznością. I nie mogę się doczekać przełomu września i października, kiedy to ruszymy z przełożoną częścią trasy.

A powiedz mi, jak to było z Tygers of Pan Tang w wersji Jessa Coxa? Bo w 2015 roku założył swoją wersję zespołu. Jak zareagowaliście?

Nie zostaliśmy w ogóle poinformowani o tym, że robi coś takiego. Dowiedzieliśmy się z Internetu: zobaczyliśmy nagrania z Brazylii, gdzie grał numery tylko z "Wild Cat". Myślę, że powinien chociaż uprzedzić Robba - w końcu mają ze sobą kontakt. Oczywiście prawnie nie zrobił niczego złego: w końcu to on nagrał z grupą te kawałki. Ostatecznie to fani muszą zadecydować o tym, czy im się to podoba czy nie, czy Jess dobrze oddał hołd Tygerom tamtych lat. Nie interesowało nas walczenie o to, kto będzie nazywany tym "prawdziwym" zespołem. W przeszłości widzieliśmy niesnaski w UFO czy Wishbone Ash - nie chcieliśmy iść tą drogą. My robimy swoje, on swoje. Zresztą, odpuścił granie po zaledwie kilku występach.

Na naszym portalu znajdzie się recenzję m.in. "The Spellbound Sessions". Nasz współpracownik napisał w niej, że w zasadzie każdy kawałek jest lepszy niż w oryginale i jest to w dużej mierze Twoja zasługa...

Jako wokalista muszę Ci powiedzieć, że dużo łatwiej śpiewa się materiał Deverilla niż Jessa Coxa. Deverill jest świetnym wokalistą i choć możesz dodać jakieś delikatne ozdobniki, to jednak musisz się trzymać jego partii. Cox nie ma wyjątkowej techniki, ale ma odpowiednie nastawienie - ma taki punkowy sposób prezentowania tekstu. I tego nie da się skopiować: jeśli chcesz zaśpiewać tak jak on, to polegniesz. Musisz więc całkowicie zmienić linie wokalu, co wcale nie jest proste. Pamiętam jak poprosiłem Robba, aby wysłał mi parę bootlegów Tygers of Pan Tang z lat 80-tych, żebym zobaczył co robił John Deverill ze starszymi numerami. I okazało się, że całkowicie ignorował wokale Coxa (śmiech) Spytałem się więc czy mogę zrobić podobnie i Robb powiedział, że jak najbardziej. To nie jest tak, że Cox nie potrafi śpiewać - on po prostu robi w taki sposób, że nie da się tego powtórzyć. Jest jedyny w swoim rodzaju. Ciężko było mi zmierzyć w szczególności z materiałem "Wild Cat": "Euthanasia", "Slave to Freedom". Z "Suzie Smiled" było nieco lepiej.

Wspomniałeś o EP-ce, która powinna się ukazać jeszcze w tym roku. Co jeszcze w planach mają Tygrysy? Czego można po nich oczekiwać?

Proces rejestracji materiału przewidziany jest na lato. Z pełnym albumem ruszymy prawdopodobnie pod koniec tego roku. Na EP będą dwa nowe utwory i, co ciekawe, jeden numer z "Wild Cat" - dlatego mówiłem wcześniej, że nie jest łatwo z kawałkami Jessa. Jeśli chodzi o album, to jeszcze nie mamy ustalonej nawet przybliżonej daty - na pewno 2022 rok. Mamy natomiast ustalonych parę koncertów na I kwartał przyszłego roku - to te przeniesione z powodu pandemii. W tym roku w planach tylko festiwale i to tylko te, których jeszcze nie odwołano: 28 sierpnia Stonedead Festival, w październiku odwiedzamy Szwecję, a 11 września w Holandii pojawimy się na Baroeg Open Air. A czego możecie się spodziewać po nowym albumie? Na pewno nie będzie zaskoczeń. Dużo kawałków bazuje na riffach Robba, ale udało się znaleźć fajny punkt równowagi pomiędzy tymi ciężkimi riffami, a wpadającymi w ucho melodiami. Niektóre z numerów mogą zaczynać się mocno, ale później znajdziemy w nich np. przebojowy refren - będzie więc sporo kontrastów. Będą też oczywiście kompozycje szybkie i dynamiczne, bo bez nich przecież nie może być albumu Tygers of Pan Tang. Mamy 20 kawałków w wersjach demo - będzie więc z czego wybierać! W przeszłości jeszcze nigdy tylu nie było: wcześniej np. z 12 demówek, ostatecznie na album trafiało 11 utworów. Tutaj celujemy mniej więcej w 14, ale ostateczną decyzję podejmiemy na samym finiszu.

Mam nadzieję, że przy promocji krążka nie zapomnicie o Polsce.

Oby! W końcu Polskę odwiedziliśmy ledwo dwa razy! Byliśmy na dużym, stricte metalowym festiwalu i pamiętam, że nie wiedzieliśmy jak zareaguje na nas publiczność. Jako że większość grup prezentowała wówczas bardziej ekstremalne odmiany metalu, to przygotowaliśmy nawet mocniejszą setlistę. Często korzystam też z fotografii z tego właśnie występu. Publiczność szalała i to nie tylko na tych szybkich numerach, nawet na spokojniejszym "Suzie Smiled" był ogień.

Jest fajny fest dla takich doświadczonych grup: Festiwal Legend Rocka, Dolina Charlotty - zapamiętaj!

Spoko! Na jednym z festiwali headlinerem był Mekong Delta - to było jakoś we wrześniu. Później pojawiliśmy w lutym jak było zajebiście zimno! Wielka hala, mnóstwo ludzi, świetna atmosfera. Chętnie więc do Was wrócę!

I to by było na tyle! Dzięki za poświęcony czas!

Nie ma sprawy! Dziękuję za zaproszenie!

Na koniec słówko od Ciebie dla polskich fanów!

Cóż mogę powiedzieć? Wielki dzięki za to, że jesteście z nami tyle lat! Przeszliśmy wiele zmian składu, ale pazury ciągle mamy ostre. Nasze nowe wydawnictwo powstało po to, abyście o nas nie zapomnieli. Bądźcie jednak gotowi na zupełnie nowe dźwięki! Pokochacie te nowe kawałki!


Autor: Tomasz Michalski

Data dodania: 14.07.2021 r.



© https://www.METALSIDE.pl 2000 - 2024 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!