Sweet - "Wyglądajcie kolejnego albumu"


Sweet to założony w 1968 roku brytyjski zespół, który śmiało można nazwać prawdziwą legendą rocka. Jego najbardziej znany skład tworzyli Brian Connolly, Steve Priest, Mick Tucker i Andy Scott - wspólnie zatrzęśli oni w latach 70-tych sceną glam, wydając takie krążki jak "Sweet Fanny Adams", "Desolation Boulevard" oraz "Level Headed". Pomimo zmian, grupa ciągle działa (już ponad 50 lat!) i nagrywa. Niedawno ukazał się bowiem jej najnowszy krążek: nagrany w środku pandemicznej zawieruchy "Isolation Boulevard". I to głównie o nim (choć nie tylko!) rozmawiamy z liderem Sweet i zarazem jedynym żyjącym członkiem klasycznego line-upu. Przed Wami sam Andy Scott!





MetalSide.pl: Witam serdecznie! Nie traćmy czasu i zacznijmy od pewnego prezentu, który przyniosłeś nam 18 grudnia. Tego dnia ukazał się bowiem nowy album Sweet: "Isolation Boulevard". To pierwszy krążek w nowym składzie, więc powiedz mi proszę co się stało z wieloletnimi członkami zespołu: Peterem Lincolnem i Tonym O'Hora?

Andy Scott: Na to pytanie nie ma prostej odpowiedzi, więc postaram się od razu przejść do zarówno bardziej, jak i mniej przyjemnych części. Najpierw muszę zaznaczyć, że jestem bardzo zadowolony z tego naszego "świeżego" składu, jak również z najnowszego krążka, czyli "Isolation Boulevard". Członkowie Sweet oraz zespołu produkcyjnego wykonali po prostu kapitalną robotę! Natomiast zmiana poprzedniego, sprawdzonego line-upu nie wszyła ode mnie - w końcu nigdy nie proponowałbym czegoś, co w konsekwencji doprowadziłoby do odejścia dwóch wokalistów, stawiając przy okazji cały letni sezon koncertowy pod znakiem zapytania. Pete odszedł w przyjacielskiej atmosferze po europejskiej trasie pod koniec maja 2019 roku, wybierając karierę z FRONTM3N. Odejście Tony'ego było bardziej kłopotliwe, ale wszyscy byliśmy zgodni co do tego, że musiał on rozwiązać pewne osobiste sprawy. Na szczęście ostatecznie wszystko skończyło się dobrze: Paul Manzi i Lee Small idealnie wpasowali się w ich miejsce. Przyszłość rysuje się w jasnych barwach, czego dowodem jest właśnie nowy krążek.

A dlaczego właśnie postawiłeś na tych dwóch muzyków? Skąd ich w ogóle wytrzasnąłeś?

Paul przez ostatnie 7-8 lat był takim naszym awaryjnym rozwiązaniem, gdy Pete albo Tony nie mogli się pojawić. Był więc dość oczywistym wyborem, zwłaszcza że akurat opuścił on szeregi swojej poprzedniej grupy - wszystko zgrało się wręcz idealnie. Z kolei Lee był kiedyś basistą zespołu, który pełnił rolę supportu przed nami podczas brytyjskiej trasy koncertowej Sweet. Wziąłem wtedy do niego namiary i na szczęście okazał się wolny, kiedy zadzwoniłem składając mu propozycję dołączenia do Sweet. I w taki właśnie sposób doszło do skompletowania nowego, odświeżonego składu - najlepszego do tej pory?

Zobaczymy! A jak w ogóle wyglądała praca nad najnowszym wydawnictwem? Co sprawiło najwięcej problemów podczas lockdownu?

Nagrywanie płyty w trakcie pandemii okazało się pełne przeszkód i problemów. Największym z nich był... czas. Mieliśmy "okienko" tylko pomiędzy dwoma lockdownami, a więc we wrześniu i październiku 2020 roku, by to wszystko ogarnąć. Później okazało się, że ciągle mamy jednak zbyt mało materiału, dlatego postanowiliśmy skupić się na kawałkach (hitach), które mogliśmy stworzyć bez konieczności nagrywania od nowa perkusji. Intensywnie przeszukiwaliśmy nasze cyfrowe archiwum, słuchając rozmaitych prób czy alternatywnych wersji, z których, dzięki wytężonej pracy, udało się posklejać "nowe" ścieżki perkusji. Później już było z górki: część wokali nagrywana była w moim studio, reszta na odległość - podobnie zresztą jak ścieżki gitar i basu. Na "Isolation Boulevard" znajdziecie sporo fajnych "smaczków" - znalazło się np. miejsce dla ścieżek oryginalnego syntezatora ARP, wziętych z pochodzącego z 1974 roku albumu! Moim zdaniem efektem końcowym tych wszystkich prac jest jeden z najlepszych krążków Sweet w historii!

Na krążku tym znajdziemy nowe wersje takich hitów jak "Fox on the Run", "Hellraiser", "Love Is Like Oxygen", czy "Teenage Rampage". Jednak pierwszym singlem zapowiadającym wydawnictwo został kawałek mniej znany: "Still Got the Rock". Dlaczego?

"Still Got the Rock" oryginalnie pojawił się na wydanym przez Sony albumie "Action - The Ultimate Sweet Story". Zawsze uważałem, że z tamtej wersji można było wycisnąć jeszcze więcej. W 2019 roku nazwaliśmy swoją trasę "Still Got the Rock" wiedząc, że nagramy ten numer ponownie, ale z nową siłą. W końcu nadarzyła się okazja i cóż, była to dobra decyzja, ponieważ kompozycja umieściła z powrotem Sweet na listach przebojów.

A co z zupełnie nowymi przebojami? Masz w głowie jakieś pomysły?

Mieliśmy w zeszłym roku w planach nagranie całej płyty z nowymi kompozycjami, ale niestety wszystko zepsuła pandemia. Lubimy nagrywać wszyscy razem, w starym stylu, czując obecność pozostałych muzyków - moim zdaniem dzięki temu całość brzmi lepiej. Wielu inżynierów dźwięku woli pracować wykorzystując tzw. click-tracki, bo dzięki temu lepiej składa się wszystko w jedną całość. Ja jednak uważam, że taki sposób nagrywania odbiera trochę klimatu - choć są oczywiście pewne sposoby na zmianę bpm-ów, aby to troszkę zrównoważyć. Wracając do pytania: wyglądajcie kolejnego albumu - wyjdzie on prędzej czy później!

Super! A wracając do "Isolation Boulevard": krążek na początku dostępny był tylko i wyłącznie drogą cyfrową. A co z jego wersją fizyczną?

Obecnie większość nowych artystów stawia głównie na wersje cyfrowe, ale oczywiście zdajemy sobie sprawę z tego, że przekrój demograficzny naszej grupy fanów jest dość szeroki, więc z nośników CD i DVD również rezygnować nie zamierzamy. Obecnie krążek można zamawiać w rozmaitych formatach, a już w tym momencie do dostania jest również wersja na winylu.

Album ukazał się z nazwą i logo klasycznego Sweet. Po rozpadzie tego najbardziej znanego składu Ty i Tucker powróciliście z własną inkarnacją grupy - wieli fanów i dziennikarzy zaczęło wówczas używać nazwy Andy Scott's Sweet. Jak obecnie wygląda sytuacja prawna w tej kwestii?

Była między nami taka niepisana umowa, że wystarczy dopóki w grupie będzie dwóch oryginalnych członków, by można było korzystać z nazwy Sweet. Mick i ja graliśmy razem przez jakieś 6 lat - później problemy zdrowotne nie pozwoliły mu kontynuować. Miałem wówczas wątpliwości co do tego, czy w ogóle powinienem grać dalej, ale na szczęście przyjaciele, agenci, promotorzy i przedstawiciele wytwórni przekonali mnie, abym się nie poddawał. W tym czasie Brian, pomimo iż od dłuższego czasu nie był już członkiem Sweet, zaczął coraz częściej występować na koncertach wspominkowych, wspierany przez rozmaitych wokalistów i muzyków. Wprowadzało to trochę zamieszania, dlatego postanowiłem zmienić nazwę na Andy Scott's Sweet - to była wyłącznie moja decyzja i każdemu ona pasowała. Po śmierci Briana i Micka skontaktowało się ze mną BMG Sony z prośbą, abym wsparł akcję wznowienia wszystkich klasycznych krążków. Wtedy jasne stało się dla mnie, że pora wrócić do używania nazwy Sweet, tym bardziej, że Steve Priest nie był wtedy aktywny muzycznie. Współpraca z Sony doprowadziła do wydania box-setu nie tylko zawierającego wszystkie płyty klasycznego składu, ale także i wydawnictwa mojej wersji grupy, dokumentując tym samym 50 lat działalności marki Sweet.


Rozumiem, że nazwa "Isolation Boulevard" to nawiązanie do jednej z tych klasycznych płyt?

Dokładnie tak. W ogóle nazwa "Isolation Boulevard" pojawiła się w mojej głowie niespodziewanie. Zastanawialiśmy się nad tytułem roboczym nowego albumu i oto pojawiły się werble, oślepiające światło... no i ten tytuł! (śmiech)

Wiele osób uważa "Desolation Boulevard" z 1974 roku za najlepszy krążek w historii Sweet. Zgadzasz się z nimi? Co jest jego największą zaletą?

Oczywiście uważam, że każdy z naszych albumów ma w sobie to coś, ale zgadzam się z tym, że "Desolation Boulevard", zarówno w swojej europejskiej, jak i amerykańskiej wersji, obok "Sweet Fanny Adams" i "Level Headed" to czołówka naszej dyskografii. "Where were You in '68" i "on Desolation Boulevard they light the faded light" z utworu "The Sixteens" to dla mnie dwa najlepsze teksty w historii - i oba trafiły do jednego kawałka. Wśród najważniejszych fragmentów płyty znalazła się wariacja Micka Tuckera na temat "The Man with the Golden Arm", będąca tutaj taką jedną, długą solówką na perkusji. Uwielbiam film Otto Premingera, z której pochodzi oryginalny kawałek, a jeden z moich idoli - Jet Harris - po odejściu z Shadows nagrał wspaniałą wersję na sześciostrunowym basie - za pierwszym podejściem! Zresztą używaliśmy jej fragmentu podczas koncertów, jako wstępu do perkusyjnej solówki. Naturalnym było więc dla nas zarejestrowanie jej dla potomności. Wyszło całkiem nieźle. Nie zapominajmy też o "Fox on the Run", który na albumie brzmi zupełnie inaczej niż wersja z singla. Ta druga, nagrana od nowa, stała się naszym największym hitem. Później trafiła do wydania amerykańskiego "Desolation Boulevard".

To amerykańskie wydanie mocno różni się od tego oryginalnego, europejskiego. Jak to się stało?

Jako zespół wolelibyśmy, aby "Sweet Fanny Adams" i "Desolation Bouleverd" były dwoma, osobnymi bytami, jednak nasz ówczesny wydawca w postaci firmy Capitol, stwierdził, że Amerykanie nie zrozumieją nazwy "Sweet Fanny Adams". Co innego "Desolation Boulevard" - uważali, że jest w niej "to coś". "Niech i tak będzie" - stwierdziliśmy. Po przesłuchaniu obu wydawnictw przedstawiciele Capitol złożyli tracklistę, łączącą materiał z tych albumów w jeden. Dołączyli na przykład do listy utworów "The Ballroom Blitz", co było iście genialne. Niektóre zespoły czy muzycy zza Oceanu do tej pory twierdzą, że amerykańska wersja "Desolation Boulevard" w początkach ich działalności była niczym Biblia.

Teraz wypadałoby połączyć "Isolation" i "Desolation" jedną trasą! Myślisz, że w tym roku coś uda się w tym temacie podziałać?

Nie chcę być zbyt pesymistycznym, ale dopóki ten czy inne koronawirusy nie będą w odwrocie, nie będą dla nas niczym więcej niż zwykła grypa lub jeśli po prostu nie zostaniemy wszyscy zaszczepieni, to czeka nas ponura przyszłość. Mam nadzieję, że ten rok przyniesie jakieś pozytywy i wszyscy będziemy mogli w końcu wyjść i cieszyć się muzyką w towarzystwie innych ludzi. Naprawdę mi tego brakuje!

Mi też! Rok 2020 nie tylko ograniczył koncertowanie, ale przyniósł także smutne wieści właśnie zza Oceanu: w czerwcu w wieku 72 lat zmarł Steve Priest. Swego czasu nazwałeś go najbardziej szokującym basistą w historii - dlaczego?

Kiedy zasiliłem szeregi Sweet, Steve był takim klejem, który trzymał nas wszystkich razem. Brian, Mick i ja byliśmy trochę w gorącej wodzie kąpani, chcieliśmy robić wszystko na już i teraz. Steve z kolei musiał wszystko dokładnie przemyśleć. Z czasem stało się jasne, że był w nim jeszcze jeden Steve - taki który szukał swojej drogi ucieczki na zewnątrz. I znalazł ją poprzez makijaż i stylistykę glam. Steve tak hojnie wykorzystywał kredkę do oczu, że nawet David Bowie nie mógł się kiedyś powstrzymać od skomentowania tego. Zresztą, zaskoczony on był również moim czarnym lakierem do paznokci... Nie rozumiał, że po prostu wszyscy chcieliśmy przekraczać pewne granice.

W roku 2020 pożegnaliśmy tez inną legendę: Spencera Davisa. Pamiętasz jak w Polsce dzieliliście z nim scenę? Zagrałeś nawet solówkę... puszką po piwie!

Tak, bardzo dobrze pamiętam tę wizytę w Waszym kraju. A solówkę puszką po piwie wykonuję dość często: stanowi ona część "Set Me Free". Wieść o odejściu Spencera Davisa bardzo mnie zasmuciła. Bardzo go lubiłem. Walijczyk - jak ja.

Na szczęście rok 2020 przeszedł już do historii. A był on dość ciężki dla branży. Arthur Brown w rozmowie z nami powiedział, że pomoc państwa była niewystarczająca. Zgodzisz się z nim?

Oczywiście, że się z nim zgadzam. Wszyscy podpisywaliśmy petycje i próbowaliśmy w jakiś sposób wpłynąć na polityków, ale nikt nas nie chciał słuchać. Pomimo tego, że cała branża związana z muzyką rock i pop przynosi miliony funtów zysku, a i my sami płacimy dość wysokie podatki, to zostaliśmy pozostawieni sami sobie. Cóż, może żeby się wyrównało, to przynajmniej nie opodatkują nas w tym roku?


Oj, wątpię - fiskusowe wampiry nie odpuszczą. Powoli zbliżamy się do końca, a ciekawią mnie jeszcze dwie kwestie. Ostatnimi czasy Waszą muzykę coraz częściej można usłyszeć w hollywoodzkich produkcjach (jak np. w "Suicide Squad" od DC, czy marvelowskim "Guardians of the Galaxy, Vol.II") - czy przez to na koncertach zaczęło pojawiać się więcej młodych ludzi?

Wiesz, leci nam teraz 53 rok działalności, a więc szósta dekada koncertowania i obecności na listach przebojów - muzyka Sweet zawsze docierała do bardzo szerokiego grona osób i nie inaczej jest również teraz. Młodzi ludzie ciągle stanowią spory procent naszych fanów. Przyciąga ich nasza muzyka, więc pojawienie się jej w filmach czy telewizji może tylko przynieść pozytywne efekty.

I ostatnia sprawa: a co myślisz o zespołach takich jak np. bardzo popularny obecnie Steel Panther? Zamiast poważnego podejścia do stylistyki glam robią sobie żarty z tego gatunku. Czy dla osoby, która pomagała tworzyć ten nurt coś takiego jest w porządku?

Nigdy nie widziałem Steel Panther na żywo, ale widziałem ich twórczość na YouTube. Wydaje mi się, że jest to obecnie największy zespół składający hołd erze glam - dają koncerty w naprawdę dużych salach. Steel Panther co wieczór muszą być takim Spinal Tap. A tak się składa, że w moje 60-te urodziny pojawiłem się gościnnie na scenie podczas koncertu Spinal Tap - byłem jednym z basistów w "Big Bottom". Nie mam więc problemu z mniej poważnymi grupami.

I to by było na tyle! Bardzo dziękuję za poświęcony czas - to był prawdziwy zaszczyt! Tradycyjnie ostatnie słowo należy do naszego Gościa!

Wszystkim fanom muzyki chciałbym życzyć wszystkiego najlepszego w 2021 roku. Niech będzie on bezpieczny oraz oczywiście... Słodki!

zdjęcia: Per Jahnke


Autor: Tomasz Michalski

Data dodania: 02.02.2021 r.



© https://www.METALSIDE.pl 2000 - 2024 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!