Atrocious Filth - "Mieliśmy swój świat"


Atrocious Filth powstał w 1991 roku z inicjatywy Krzysztofa "Docenta" Raczkowskiego. Początkowo tworzyli go Docent, Andzia i Małeg. Po rozbudowie składu (m.in. o znanego później z zespołu Vader Leszka "Shambo" Rakowskiego) zarejestrowano pierwsze demo, a po przyjęciu drugiego wokalisty: debiutancki album "100% Jesus", który później obrósł prawdziwym kultem. Atrocious Filth zawiesił działalność w 1996 roku. W 2008 roku udało się wydać debiutancki materiał na płycie CD - niestety Docent nie dożył już tego wydarzenia. 22 lata po ostatniej aktywności Atrocious Filth wrócił do życia, by w 2016 roku wypuścić na świat eksperymentalną EP-kę "Moans". 7 stycznia swoją premierę miał "OVV" - drugi pełny album tej warmińskiej legendy. I to właśnie ten krążek jest głównym tematem poniższej rozmowy, choć nie zabrakło również i pytań o barwną historię grupy. A odpowiadał oczywiście sam lider Atrocious Filth: Andrzej "Andzia" Choromański. Zapraszamy do lektury!





MetalSide.pl: Cześć! Jako że pierwszy raz zespół Atrocious Filth gości u nas, to przedstawmy go najpierw czytelnikom - w końcu jego historia jest wyjątkowo ciekawa! Opowiedz o początkach tej grupy, założonej przez "trzech przyjaciół z boiska".

Andrzej "Andzia" Choromański: Powołaliśmy ten zespół do życia z Małgiem i Docentem na samym początku lat 90-tych w zasadzie z dwóch względów: mega zamiłowania do dziwnych dźwięków (Swans, God, Godflesh, SonicYouth, Scorn) oraz dużej zażyłości koleżeńskiej. Docent zaczął grać w Vader (czasy "Necrolust"), mieszkał w Olsztynie na naszym osiedlu i całymi dniami (głównie wieczorami) słuchaliśmy muzy i, co tu dużo ukrywać, balangowaliśmy do ulubionych dźwięków. Któregoś razu stwierdziliśmy, że może zaczniemy sami coś tworzyć. Zaczęliśmy. Szybko przerodziło się to granie w wielką fascynację i tak rozpoczęliśmy tworzenie materiału na "100% Jesus". Po kilkunastu miesiącach po lekkich roszadach skład się ustabilizował i oprócz naszej trójki na drugi bass wszedł Maciej Iwan, wokal przypadł Leszkowi Rakowskiemu (Shambo), drugi wokal objął Tomasz Adamski (Pan Yogi). Jak sam widzisz skład nietypowy bo dwa wokale, dwa basy, jedna gitara i perkusja. Nietypowa (albo mało popularna) jak na tamte czasy muza i chęć oryginalności ponad wszystko doprowadziły nas do nazwy ATROCIOUS FILTH gdzie FILTH wziął się od płyty Swans a ATROCIOUS dodał Docent żeby podkreślić naszą pokręconą wizję świata, muzyki. Dodam tylko, że mieliśmy wtedy po około 16-17 lat.

Atrocious Filth od początku grał muzykę dość trudną do zaszufladkowania - jak reagowali na nią wówczas ludzie? W końcu było to coś nowego na naszej ziemi.

Nie wiem czy była trudna - raczej transowa: proste riffy rozłożone na poszczególne instrumenty. Mieliśmy swój świat. Bardzo się wtedy kolegowaliśmy i dużo czasu spędzaliśmy ze sobą. Powoli tworzył się krąg odbiorców, głównie wśród kumpli z Olsztyna i okolic. Zagraliśmy kilka koncertów, a że zawsze staraliśmy się urozmaicać występy strona wizualną (co na tamte czasy nie było proste) odbiór mieliśmy bardzo dobry, choć ograniczony ze względu na czasy w jakich to się działo.

Wspomniałeś o składzie na dwa basy. Nawet dziś zespoły próbują wyróżnić się z tłumu grając w ten sposób, a Wy próbowaliście już czegoś takiego niemal ćwierć wieku temu! Jakie były reakcje na ten eksperyment?

Pomysł dwóch basów zrodził się głownie z chęci zrobienia czegoś inaczej niż wszyscy. Wypalił. Dobrze to chodziło, a reakcje były różne: "fajnie, ciekawie to robicie, ciężkie brzmienie osiągacie", ale także i "bez sensu, przebasowane, za mało jebnięcia bez drugiej gitary".

Muzycy Atrocious Filth związani byli również ze sceną death metalową - z jednej strony więc ostre łojenie, z drugiej: odważne poszukiwania nowych dźwięków. Skąd taki, rzadko przecież widywany w świecie muzyki, rozstrzał?

Kiedy formowało się Atrocious Filth z Vader (bo o tym mowa) był związany jedynie Docent, który słuchał mega dużo innej muzy niż śmierć metal. Zresztą Vader też był na samym początku kariery. My wtedy stanowiliśmy wszyscy bardzo zgrana pakę kolegów, którzy kibicowali Peterowi w jego drodze i tym co robił. Peter zresztą też nas bardzo wspierał (co czyni do dzisiaj dobrym słowem). Wracając do pytania, na początku nikt inny z AF nie był związany z death-metalem. Owszem, słuchaliśmy mocnej muzy (do tej pory uwielbiam) ale połączyło nas zamiłowanie do bardziej "pokręconych", transowych dźwięków. Dopiero z czasem część z nas (Shambo na bass, Pan Yogi został technicznym) dołączyła do Vader i innych zespołów. Docent był bardzo czynnym i sprawnym bębniarzem i wraz ze wzrostem popularności zaczął grać także z innymi. Początkowo nie kolidowało to z Atrocious Filth ale wraz ze zwiększeniem życia koncertowego (głównie z Vader) nasze spotkania schodziły na plan dalszy.

Owocem tych zamiłowań do pokręconych dźwięków był album "100% Jesus", który dziś ma status kultowego. Jak obecnie, z perspektywy czasu, patrzysz na ten materiał?

Dla mnie to początek drogi jako muzyka amatora. Bardzo ważny i mega fajny okres w życiu. Okres młodzieńczej beztroski skupiony na muzyce głównie metalowej. Czy materiał ma status kultowego? Nie odbieram tego tak. Po prostu byliśmy jednymi z pierwszych. Materiał się udał, ale bez przesady. Mam do niego wielki sentyment, ale dzisiaj jak dla mnie nie przetrwał próby czasu jak "Copula Mundi" KINSKY. Szczególnie męczy mnie brzmienie gitary. Takie miałem możliwości wtedy, czyli małe, i wyszło jak wyszło, ale dzisiaj tamto brzmienie mi nie siedzi. Z drugiej strony, to właśnie charakteryzuje tamten okres: brak możliwości, brak sprzętu, za to tona chęci! Natomiast uwielbiam aranże perkusyjne Docenta i barwę głosu Shamba.


Krążek w wersji fizycznej jest prawdziwym rarytasem. Planujecie jakąś re-edycję? Coś Was powstrzymuje?

Nie rozważam tego obecnie. Może jak dotrwamy 30-lecie tego wydawnictwa, to się pokusimy, ale wtedy na pewno będzie trzeba zrobić porządny remastering żeby chociaż trochę dało się tego słuchać w dzisiejszych czasach. W wersji pierwotnej materiał jest dostępny na platformach streamingowych i na naszym Bandcamp, więc jak ktoś ma chęć zawsze może tam zajrzeć.

W 2016 roku Atrocious Filth powrócił z EP "Moans". Jak ładnie powiedziałeś w jednym z wywiadów: "odpowiedziałeś na zew wszechświata". Jak doszło do tego zmartwychwstania?

Po zawieszeniu działań Atrocious Filth w okolicach 1994, może 1995 roku, spowodowanej paroma czynnikami, z których główny to jednak mega duża koncertowa aktywność Vader (choć nie jedyny) odłożyłem granie, albo jak kto woli: gitarę. Zająłem się edukacją, pracą, rodziną, itd. Niemniej zawsze byłem blisko muzyki jako fan, słuchacz, entuzjasta. Kiedy osiągnąłem pewną stabilność życiową (około 2013) na jednym ze spotkań ze starą brygadą Atrocious Filth (spotykaliśmy się zwykle co roku na Andrzejki) po kilku whiskey z głupia frant zaproponowałem żeby się spotkać i powygłupiać na próbach. Wpiąłem gitarę we wzmacniacz i uderzyłem w struny… Przyszła mi jedna myśl do głowy: "jak mogłem bez tego żyć prze tyle lat?". Zebrałem kogo się dało ze starego składu (Sławek Jóźwiak "Małeg" - chyba najważniejsza postać pierwotnego składu, Maciek Iwan - tym razem na gitarze) oraz Rafał Litwin na perkusji (SLAID) i Tomasz Bardęga "Jungi" na wokalu. Po dwóch latach nagraliśmy "MOANS". Producentem został Bartek Kuźniak, który nadał temu materiałowi bardzo indywidualny kształt i z którym pracuję i koleguje się do dzisiaj. Zresztą odpowiada za produkcję "OVV".

A jak to się stało, że obecnie w składzie (po wielu latach) znów pojawił się Shambo?

To chyba jedno z największych i w sumie najpiękniejszych zaskoczeń mojego życia. Shambo po odejściu z Vader gdzieś zniknął. Odzywał się raz na rok, może nawet dwa i zwykle był to ciężki dialog. Ogólnie nie były to najlepsze lata jego życia. Prawdę mówiąc myślałem, że po chłopie. Jakież było moje zaskoczenie kiedy jeden ze wspólnych kolegów powiedział mi, że przodownikiem pracy w jego zakładzie jest właśnie Shambo. Pytałem chyba z pięć razy czy się nie pomylił (śmiech) Okazało się, że Shambo zaszył się pod Poznaniem, wyleczył z nałogu, doprowadził do mega formy, a jak się dowiedział, że reaktywowałem Atrocious Filth postanowił wrócić do Olsztyna. Spotkaliśmy się po wielu latach na jakimś koncercie i nie mogłem wyjść ze zdumienia jak z człowieka cienia przeistoczył się w Zwycięzcę. Kilka tygodni po tym koncercie Shambo zapytał mnie wprost czy może dołączyć do składu. Zapytałem kolegów czy mają coś przeciwko i tak po wielu latach znów spotkaliśmy się w sali. Przy czym dołączył na drugi bas. Dodam tu, że od tego momentu, czyli początku 2017 roku, przez zespół przetaczała się fala niepowodzeń. Dorobiliśmy się stabilnego koncertowego składu, zagraliśmy po 22 latach bardzo dobrze przyjęty koncert i kiedy mieliśmy ruszyć w świat część kolegów z różnych przyczyn podziękowała. Głównie z braku czasu jaki należało poświęcić na zespół. Wspominam o tym dlatego, że był to moment mojego absolutnego zwątpienia czy mając tyle lat jesteśmy po raz kolejny w stanie zebrać nowy skład, itd. Zostaliśmy we dwóch z Shambem. Postanowiliśmy, że się nie poddamy i opracujemy nowy materiał tylko we dwóch. Trwało to dwa lata. Było w tym czasie kilka poważnych momentów zwątpienia z mojej strony i gdyby nie upór Shambo raczej byśmy nie dotrwali do dzisiaj.

7 stycznia na rynku ukazał się drugi pełny album formacji: "OVV". Krążek tworzony był w środku pandemicznej zawieruchy - jak więc wyglądała praca nad nim? Pojawiły się jakieś niespodziewane problemy?

Paradoksalnie to jeden z lepszych okresów w naszym życiu. Shambo znalazł pracę czyli stabilizację, ja miałem mniej pracy w swojej firmie. Zdecydowałem, że to jest właśnie ten czas, kiedy świat wariuje a my możemy zając psyche czymś miłym, czymś co kochamy: tworzeniem muzyki. Zwróciłem się do Bartka Kuźniaka z prośba o produkcję nowego materiału (byłem bardzo zadowolony z "MOANS"). Przyjął zaproszenie. Zapytałem Jungiego (na stałe mieszka w Londynie) czy chce wziąć udział w przedsięwzięciu, co logistycznie nie było proste ze względu na lockdown. Odpowiedział, że to jedyne o czym marzy. Bartek podsunął pomysł aby warstwą perkusyjną zajął się Gerard Niemczyk, z którym grał i współpracował kilka razy przy realizacji innych zespołów. A kwestia perkusji w przypadku Atrocious Filth nie jest prostą sprawą. Docent wytyczył standardy, Rafał Litwin też wysoko podniósł poprzeczkę i jak odszedł z zespołu przez kilkanaście miesięcy szukaliśmy perkusisty i mimo aż trzech podejść z naprawdę sprawnymi pałkerami nie czuliśmy tego czegoś. Jak dostałem pierwszy aranż od Gerarda popłakałem się ze szczęścia. Od razu wiedziałem: to ten gość! Nie zawiodłem się. Aranże perkusyjne na "OVV" są znakomite. Postanowiłem, że nagrania będą się odbywać w moim domu w pod-olsztyńskiej wsi, gdzie zbudowaliśmy tymczasowe studio żeby oddać charakter tego gdzie żyjemy (WARMIA) oraz tego kim jesteśmy. I paradoksalnie do pandemii postanowiliśmy, że na tym materiale będziemy emanować chęcią życia, tego co nas otacza oraz zamiłowania do tego co robimy. A problemów była cała masa, bo bardzo intensywna produkcja trwała 5 miesięcy.


Czyli podsumowując, co było pierwsze: jajko czy kura? (śmiech) Czy w tym przypadku: najpierw był pomysł na album, ale pojawił się wirus i lockdown, czy to jednak właśnie podczas lockdownu zacząłeś myśleć nad nowymi kompozycjami?

Kompozycje utworów na bas i gitarę mieliśmy opracowane znacznie wcześniej, tak jak wspomniałem dwa lata siedzieliśmy nad szlifowaniem tego materiału z Shambem w sali, co niekoniecznie było dobre - w kontekście, że aż tyle. Decyzja o nagraniu też była podjęta przed lockdownem. Niemniej przyspieszył działania.

Materiał nagrano w Twoim domowym studio - ułatwiło to proces nagrywania? Zwiększyło komfort pracy?

Tak naprawdę, to ja nie mam domowego studia. Stworzyliśmy je z Bartkiem przewożąc niemal całe jego studio do mnie. Tak, było bardzo komfortowo, co nie oznacza, że zawsze było łatwo i przyjemnie. Nastąpiły momenty zmęczenia i wypalenia. Samo nagrywanie trwało ponad miesiąc. Dzieliło się na kilka etapów: basy, gitary, potem sesja na wokale, potem znów gitary, w międzyczasie goście (Agnieszka Połubińska - wiolonczela oraz Tony Kinsky - wokale). Spotykaliśmy się też kilka razy w Częstochowie u Bartka. Zaliczyliśmy wyjazd do Katowic na reamping gitar w studnio Czyściec. Prawie tydzień spędziliśmy też na dogrywkach perkusji w Nowym Sączu u Gerarda. A potem cały proces produkcyjny. To naprawdę była bardzo żmudna i wymagająca praca. Duża produkcja jak na tak mały zespół, ale chciałem zrobić to możliwie najlepiej jak można. Dlatego między innymi zdecydowaliśmy się nagrać materiał w możliwie największej jakości jaka jest dostępna. Z efektu jestem bardzo zadowolony. Koledzy też. A czy Odbiorcy będą? Byłoby miło.

Pierwszym numerem zapowiadającym "OVV" był numer "N". Dlaczego to właśnie na niego postawiliście?

Nie było zimnej kalkulacji, że akurat ten numer. Po prostu jako pierwszy był gotowy do pokazania. Każdy numer na tej płycie jest inny, więc to nie miało znaczenia od jakiego zaczniemy. Niemniej bardzo lubię ten utwór.

Kawałek ten pojawił się tylko i wyłącznie na oficjalnym profilu Facebook grupy. Nie zdecydowaliście się go szerzej promować np. za pośrednictwem YouTube, Bandcamp, czy Spotify. Dlaczego?

To jest bardzo ważny materiał dla mnie i Shamba. Przede wszystkim dlatego, że wytrwaliśmy, ale także aspekty prywatne są tu ważne. Dla mnie jest to podsumowanie pewnego długiego etapu w życiu, pracy zawodowej, z którą się rozstaję i rozpoczęcia nowego, zupełnie innego, skupionego głównie na muzyce. Dla Shamba, bo wrócił do żywych i udźwignął to, co dla wielu było nie do udźwignięcia.

Na płycie pojawiło się sporo znakomitych gości. Kogo dokładnie usłyszmy na "OVV", pomijając oczywiście Ciebie, Jungiego i Shambo?

Aż tak wielu się nie pojawiło. Zaprosiłem Tony'ego Kinsky (znów pomysł Bartka, jego wkład w płytę jest nieoceniony!). Tony zaśpiewał główne wokale w dwóch utworach oraz chóry w kolejnym. Jego udział jest też kwestią pewnej symboliki i nawiązania do czasów "100% Jesus", gdzie jako zespoły bardzo się przyjaźniliśmy, a Tony zagrał wspaniałe solo w jednym z utworów. Pomijam fakt, że cały czas mamy ze sobą kontakt, jest fanem Atrocious Filth i wielokrotnie nam pomagał. No i przede wszystkim: to doskonały muzyk. Pięknie wpisał się w ten materiał nadając mu wielowymiarowości w warstwach wokalnych. Zaprosiłem też swoją wieloletnia koleżankę: Agnieszkę Połubińską, która jest wiolonczelistką w Filharmonii Olsztyńskiej, a z którą kiedyś nagrałem utwór w zespole Screen (grałem w nim przez moment w okolicach 1994-95). Ale także dlatego, że jak komponowałem utwór, w którym gra Agnieszka (03. "L"), to od razu miałem w głowie partię wiolonczeli. To był dobry pomysł. Perkusję ogarnął Gerard Niemczyk. Przyznam, że nie wiem jak o Nim pisać, bo czuję jakby był w zespole, ale oficjalnie w nim nie jest. Bez względu na formalności nadał niesamowitego wyrazu tym kompozycjom poprzez swoje nieszablonowe aranże. Ostatnią osobą jest wspominany Bartek Kuźniak, który jest WSZYSTKIM. Wyniósł "OVV" do innego wymiaru. Skorzystałem dosłownie z wszystkich jego rad: konspekt płyty, afirmacja życia i tego, co robimy, pomysł na to, aby w każdym utworze było 7 pozytywnych słów zaczynających się na jedną literę (stąd nazwy utworów - uwielbiamy minimalizm), zaproponował Gerarda na perkusistę, wgrał wspaniałe partie saksofonów oraz porobił całe tekstury (podkłady) do każdego utworu. Zaproponował też autorkę okładki, nowego loga i napisu "OVV": Maëlle Cadoret, z którą nawiązałem kontakt (mega spontaniczna interakcja). Jednym zdaniem Bartek powiązał to w całość i nadał temu wyrazistość. Więc jakby ktoś pytał po co jest producent: no właśnie po to! Dzięki Bartek.

No to zajmijmy się tymi minimalistycznymi tytułami utworów! "F", "N", "L", "T", "D", "A", "O" - cóż one oznaczają? Co się za nimi kryje?

Doszliśmy do wniosku, że na tej płycie nie chcemy realizować standardowego podejścia do tekstów. Między innymi właśnie dlatego pojawił się pomysł żeby każdy utwór zawierał 7 słów na jedną literę. Słowa te są jedynie luźno ze sobą powiązane ale nie są do końca przypadkowe. Nie ma w tych mini-tekstach ukrytych znaczeń, każdy może interpretować na swój sposób, ale stanowią pewien manifest, który przypominam: wychodzi za założenia całości płyty, a więc afirmacji życia i miłości do tego co się robi i jak się to robi. Niemniej pewnie znajdą się opinie, że to kompletnie bez sensu, ale to też jest trafna interpretacja, bo nie wszystko musi mieć sens. Nie wszystko musi smakować.

Wspomniałeś też o twórczyni okładki, a więc Maёlle Cadoret. Opowiedz dokładniej jak doszło do Waszej współpracy? Co Cię najbardziej ujęło w jej twórczości?

Zacznę od tego, że uwielbiam minimalizm i często towarzyszącą mu symbolikę. Bardzo podoba mi się też koncepcja, aby na każdym materiale zmieniało się dosłownie wszystko: logo, czcionka, itp. ale żeby były jednak elementy wspólne. Pracując nad "MOANS" zadanie to zleciłem nieżyjącemu już Grześkowi Gadzinowskiemu (znów polecił Bartek). Napisałem Mu, że chciałbym, aby okładka była możliwie czysta, nawiązywała do pierwszej symboliki mandali autorstwa Faustyna Chełmeckiego i żeby stworzył nowe logo. Szybko przysłał propozycję, która powaliła mnie prostotą na kolana. Zastanawiając się nad "OVV" brałem pod uwagę dwie drogi: zostawiamy co stworzył Grzegorz i idziemy tym śladem, albo nadajemy temu zupełnie inny charakter. Długo się nie zastanawiałem. Wybrałem drugą drogę z kilku względów. Nadal chcę by Atrocious Filth było oryginalne także wizualnie - zespół przeszedł bardzo długą, zawiłą drogę i każdy materiał to inna historia, więc uznałem, że warto to podkreślić także wizerunkowo. Ponadto, dosłownie zniszczyły mnie prace Maёlle. Wszedłem na Jej Instagram i stwierdziłem, że ta dziewczyna czyta mi w myślach. Zapytałem czy by się podjęła współpracy. Odpisała, że z przyjemnością. Wysłaliśmy Jej ze trzy robocze utwory żeby sprawdziła czy to z nią gada. Odpisała, że bardzo się Jej podoba stylistyka i z chęcią coś zaproponuje. Przysłała tyle propozycji, że zwariowałem z nadmiaru. W większości doskonałe prace trafiające w moje gusta - i chłopaków zresztą też. Byłem zakłopotany co wybrać, więc zostawiłem temat na kilka tygodni. Po tym czasie usiadłem przy herbacie i zadałem sobie pytanie: "co Ci zostało w głowie?". Najbardziej wyrazista była Ćma i właśnie to logo. Tak zostało.


Atrocious Filth gra muzykę nieszablonową - jak wygląda proces komponowania takich numerów? Podczas słuchania EP-ki "Moans" odnosiłem wrażenie, że sporo fragmentów powstało drogą improwizacji - a jak to było z "OVV"?

Dobre wrażenie odniosłeś w przypadku "MOANS", choć trzy kompozycje miały szkielet, a trzy go nie miały - czyli hybryda. W przypadku "OVV" wszystkie siedem kompozycji miało solidny trzon, fundament, główne wątki czy jak tam zwał, ale nie było na przykład aranży wokalnych, konkretnego brzemienia, aranży perkusyjnych. Całość to suma przewidywalnego z nieprzewidywalnym. Wchodząc na tą drogę znaliśmy poszczególne partie i linie gitary i basów, ale nie wiedzieliśmy jak to finalnie wyjdzie. Czy się obroni? Czy może jednak polegniemy? Dużo wiadomych, ale i dużo niewiadomych. Osobiście uwielbiam słuchać jak tworzy się całość, mimo że często to dość bolesny proces.

Ostatnim teledyskiem Atrocious Filth był "Moans" w reżyserii Roberta Gasparowicza. Planujecie poszerzyć Waszą "wideografię" o kolejny klip? Masz już w głowie jakieś pomysły?

Chciałbym, ale konkretów na razie nie ma. Premierą płyty nie kończymy pracy nad tym materiałem. Mamy jakieś wstępne pomysły, ale są to dosłownie zarysy.

Nowy album ukazał się za pośrednictwem MOANS Music. To twój label, w którym starasz się wspierać grupy prezentujące dość niszową muzę. Skąd pomysł na taką działalność?

Kolejność przy tworzeniu MOANS MUSIC była nieco inna, prozaiczna: zamiast szukać wydawców, jako Twórca mogę wydać sam siebie i projekty swoich kolegów, z którymi współpracuję (SLAID), pokazać tym samym co Warmia ma do zaproponowania jeśli chodzi o podziemie (Clayseny), wznowić kilka kultowych wydawnictw z tego rejonu, który nie tylko moim zdaniem ma dość ciekawy rys na tle Polski (nazwijmy to "zakręcony") i przy okazji wydać inne ciekawe zespoły lub artystów (Kontagion). Bez ciśnienia, konkretnych planów wydawniczych, nic na siłę, itd. Rok 2020 przyniósł nam wszystkim scenariusz z prozy katastroficznej. Wielu osobom zmieniły się priorytety i postrzeganie tego co nas otacza. Stanęliśmy jako ludzie przed fundamentalnym pytaniem: "co jest dla mnie najważniejsze". Też je sobie zadałem. Odpowiedź artystyczna była prosta: "OVV". I na tym się skupiłem.

No właśnie, w 2020 roku MOANS Music miało wydawniczą przerwę - a co, oprócz "OVV", przyniesie rok 2021?

MOANS Music z założenia nie było nastawione na ilość wydawnictw. Niemniej nie chcę powiedzieć, że jedynym kryterium jest jakość, bo nie zawsze się tym kieruję, choć wielu zarzuca mi, że to błąd, bo nie będę się samofinansował, nie będzie sprzedaży jak nie będzie hitów, itd. Jestem jednak poniekąd artystą (tak się przynajmniej czuję) i wiem, że czasami przełomowe płyty danego zespołu to nie te najlepsze, najbardziej znane, tylko te, które zrodziły te najlepsze dzieła, te które je poprzedzały, te które pozwoliły zespołowi przetrwać. I tu właśnie zasadzała się pierwotna potrzeba jaką jest pomoc artystom. Ale życie weryfikuje założenia. Nawet te szlachetne. Zdałem sobie sprawę, że żeby pomagać komukolwiek trzeba się w to bardzo ale to bardzo zaangażować - jak Maciej Mehring z Zoharum. Ani czasowo ani mentalnie mnie na to nie stać, więc jeśli coś się ukaże nakładem MOANS Music, to będzie to coś bardzo mi bliskiego, coś co mnie ujmie, ale przede wszystkim coś, co nie będzie wymagać ode mnie aż tyle energii jaka poświęciłem temu co do tej pory wydałem (a było to tylko kilka pozycji). Innymi słowy nie chcę zawodzić ludzi (choć nikt mi tego nie zarzucił) i robić im nadziei, że coś wyjątkowego wydarzy się w ich życiu, bo wydadzą płytę w MOANS MUSIC.

Obecnie nie tylko renesans zaczynają przeżywać klasyczne nośniki, ale również i na lepsze zaczyna się zmieniać kultura słuchania. Może więc muza Atrocious Filth na winylu?

Jeśli jakiś nośnik fizyczny, to jedynie winyl. Chwilę jednak na to będzie trzeba zaczekać.

Zbliżamy się do końca, więc opowiedz proszę jakie w ogóle plany Atrocious Filth ma na 2021 rok? Jest szansa zobaczyć Was na żywo, czy raczej należy na razie traktować Atrocious Filth jako twór typowo studyjny?

Chcielibyśmy grać na żywo, ale zanim to nastąpi minie jeszcze trochę czasu. W 2021 skupię się na tym, aby "OVV" dotarła nieco szerzej niż "MOANS", choć nie jest to cel sam w sobie. Dużo zależy od tego jak ta płyta zostanie przyjęta i czy da nam na tyle energii żeby działać dalej. Jesteśmy z niej bardzo zadowoleni ale to Odbiorcy ocenią czy taka twórczość jest komuś potrzeba. Niemniej "N" spotkało się z bardzo dużym jak na nas zainteresowaniem i dało mam bardzo pozytywny feedback.

I to by było na tyle! Dzięki za poświęcony czas i tradycyjnie proszę o kilka zdań od Ciebie do naszych czytelników!

Mimo, że muzyka Atrocious Filth sama w sobie nie jest prosta i łatwo przyswajalna, to kierował nami prosty, pozytywny przekaz: afirmacja życia i zadowolenie z tego co robimy. Chęć spędzania czasu z bliskimi i chęć tworzenia. Czas koronawirusa nie jest łatwy dla każdego z nas, choć każdego dotyka inaczej. Dla wielu jest wręcz krytyczny. Dlatego właśnie życzę Wam wszystkim, aby drogą przetrwania tego trudnego dla świata momentu była chęć poznania samego siebie i zrozumienia co w życiu jest najważniejsze. Dziękuję Ci także Tomku za wsparcie działań MOANS MUSIC oraz moich i Atrocious Filth.

zdjęcia: Adam Sieklicki i Bartek Kużniak


Autor: Tomasz Michalski

Data dodania: 17.01.2021 r.



© https://METALSIDE.pl 2000 - 2024 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!