Arthur Brown - "Znałem Hendrixa prywatnie"


Arthur Brown to prawdziwy człowiek-legenda. Ten obecny na scenie już od 55 lat artysta pod szyldem The Crazy World of Arthur Brown kładł podwaliny chociażby pod nurt psychodelicznego rocka oraz shock rocka. Był również jednym z pionierów muzyki elektronicznej, mocno wykorzystując we wczesnych latach 70-tych brzmienie syntezatorów oraz automatu perkusyjnego. W ciągu swojej długiej kariery współpracował z m.in. Hendrixem, Hawkwind, czy The Alan Parsons Project, a na liście artystów, z którymi dzielił scenę znajdziemy takie nazwy jak chociażby Jefferson Airplane, Frank Zappa, The Who, czy Pink Floyd. Alice Cooper stwierdził, że bez niego nie byłoby Alice'a Coopera, a Bruce Dickinson nazwał go "prawdziwym głosem śmierci" (ten głos możemy zresztą usłyszeć na albumie "The Chemical Wedding"). Panie i Panowie: przed Wami jedyny, niepowtarzalny i ciągle aktywny zawodowo Arthur Brown!





MetalSide.pl: Cześć! Wszystko u Ciebie w porządku? Mam nadzieję, że uważasz na siebie w tych dziwnych, pandemicznych czasach! Jak w ogóle sytuacja w UK? Bo u nas szaleństwo: protesty za protestami...

Arthur Brown: Cześć! U nas pełny lockdown oraz kłótnie i niesnaski pomiędzy członkami parlamentu. Nikt do końca nie wie z czym tak naprawdę mamy do czynienia. Czy to w ogóle wirus? A może jest to coś, co zostało stworzone ręką ludzką? Co do tego pewności i pełnej zgody nie ma, więc i nie wiadomo do końca również jak z tym czymś walczyć. Ludzie są niespokojni i swoją złość przerzucają na polityków. Czy Boris rzeczywiście jest słabeuszem, bo posłuchał naukowców i zmienił swój plan dotyczący Wielkiej Brytanii? A że nawet wśród tych naukowców zdania są podzielone, to wiele osób jest zdenerwowanych. Rząd na wszelkie próby krytyki reaguje ostro i zdecydowanie - tak się rodzą społeczne niepokoje, dyktatury, a w końcu również i rewolucje. Jak więc widać, sytuacja jest niewesoła nie tylko w Polsce.

No niestety, przyszło nam żyć w szalonych czasach!

Rzeczywiście szalonych! Rano zajrzałem w głąb siebie - tam też spokojnie nie jest! (śmiech)

Muzycy mają teraz szczególnie ciężko, gdyż zostali oni pozbawieni swojego głównego źródła dochodów: koncertów. Wiem, że od jakiegoś czasu starasz się nagłośnić ten problem.

Stworzyłem manifest, do którego link zamieścił liberalny The Guardian. Niestety polityka Facebooka przeszkodziła w dotarciu tego tekstu do szerszego grona osób. Napisałem w nim, że muzycy grający w klubach i na ulicach są głosem naszych serc, głosem całego społeczeństwa. Jeśli ten głos będzie dalej ignorowany, z pewnością dojdzie do licznych protestów, a może nawet i do prawdziwego trzęsienia ziemi.

I co na to politycy?

Dostałem list od Rządu, w którym nie udało im się odpowiedzieć na żadne z postawionych przeze mnie pytań. Później zasugerowano, aby muzycy i artyści po prostu się przebranżowili i znaleźli pracę w innych sektorach.

Straszna i jednocześnie śmieszna, w taki gorzki sposób, odpowiedź. Nie było więc żadnej pomocy?

Była, choć wznieciła ona swoistą wojnę klasową. No bo szybko okazało się, że na pieniądze od państwa mogą liczyć muzycy klasyczni, ale ci prezentujący inne gatunki już nie. Oni mają się przebranżawiać. Hmmmm! Rząd więc stworzył fundusz na ratowanie "sztuki", ale tylko tej "klasycznej".

Mam nadzieję, że w tej swoistej walce nie jesteś osamotniony?

Również i inni, więksi wykonawcy zaczęli wywierać presję na rządzących. Ale chyba jednak musimy zacząć się przyzwyczajać do możliwości, że koncerty w formie jaką znamy i kochamy mogą nie być możliwe w post-pandemicznej rzeczywistości. Oczywiście mnóstwo artystów eksploruje teraz nowe, nieznane wcześniej terytoria, próbując znaleźć sposoby na dotarcie na żywo ze swoją muzyką do ludzi. W końcu człowiek jest jednak istotą społeczną.

A jak w tej kwestii u Ciebie? Planujesz coś właśnie w temacie koncertów?

W listopadzie mieliśmy zacząć nową trasę koncertową, ale ta z oczywistych względów została przeniesiona na maj/czerwiec 2021 roku. Czas pokaże, czy to nie za szybko... W międzyczasie pracujemy nad nową oprawą teatralną naszego show. Dzięki rozwojowi technologii tworzymy też coś nowego z rozmaitymi artystami - pojawią się nowe prace, albumy i merch. Wszystko to dla fanów, którzy czekają na to, aby znów móc się spotkać przy dźwiękach muzyki.

Chcielibyśmy celebrować nasz styl życia - a taniec i muzyka są jego nieodłączną częścią. Ta ostatnia jest obecnie łatwo dostępna drogą internetową - często za darmo. Ludzie uważają, że rynek muzyczny to teraz taki staw, w którym każdą rybkę łatwo można zastąpić inną. Andy Warhol w latach 60-tych stwierdził, że w przyszłości każdy będzie sławny przez 15 sekund. I teraz tak jest, no ale bez wsparcia milionów osób, które wykonają miliony kliknięć możesz zapomnieć o dalszej karierze. Nie każdy może być Edem Sheeranem czy Taylor Swift i tworzyć coś, co sprawi, że poruszeni fani będą chcieli więcej.

Kto wie, może ta niepewna sytuacja będzie bodźcem do tego, aby przewartościować swoje życie? Odrzucić narzucane nam przez własną wyobraźnię ograniczenia i zastanowić się raz jeszcze nad istotą człowieczeństwa, naszą rolą i obowiązkami w nowym, zmienionym społeczeństwie.

Rozwój technologii ma jednak dobre strony: pojawiły się pierwsze daty występów nazwanych "A Human Perspective". Napisałeś, że chciałeś zrobić już coś takiego w latach 70-tych z Kingdom Come, ale ograniczała Cię właśnie technologia. Cóż więc będzie w tej trasie takiego specjalnego, że czekałeś aż tyle lat aby ją zrealizować?

Rozwój oświetlenia i sposobów manipulacji dźwiękiem sprawił, że realne są rzeczy, o których wówczas tylko marzyliśmy. Dla przykładu, obecnie możesz idealnie zgrać światła z muzyką - sprawić, że będą towarzyszyć np. solówce na klawiszach, przejmować rolę melodii, wzmacniać bodźce doznaniowe. Wzrok i słuch mogą teraz nie tylko wzajemnie na siebie oddziaływać, ale dzięki swojej złożoności - wpływać również i na publiczność. Na żywo ożyć może obecnie nie tylko słynna kreskówka z Myszką Mickey, ale także i prace Salvadora Dali czy Williama Blake'a. Każda nuta może być zupełnie innym obrazem.


Brzmi intrygująco - oby wszystko wypaliło! Na razie jednak siedzimy w zamknięciu - czym zajmuje się w tym momencie Arthur Brown? Wiele grup wypuszcza teraz bowiem specjalne, "pandemiczne" wydawnictwa, aby podreperować swój budżet.

Razem ze swoją partnerką, menedżerem i dyrektorem kreatywnym - Claire Wallace - właśnie ukończyliśmy studio, w którym siedzimy teraz nad rozmaitymi rzeczami: ilustrowanymi książkami, muzyką, kostiumami. Jestem w trakcie prac nad albumem, który zawsze chciałem stworzyć. To jak podróż w głąb siebie - zabiera mnie ona zarówno w przeszłość, jak i przyszłość. Prawdziwa praca badawcza! Dodatkowo na horyzoncie jest też i drugi album, tworzony w tym samym czasie. Jak więc widzisz, lockdown może również oznaczać twórczy rozwój!

Na Halloween do sieci trafił singiel "Zombie Yelp" - czy to właśnie zapowiedź czegoś większego?

"Zombie Yelp" ukazał się za pośrednictwem Purple Pyramid Records i rzeczywiście jest to pierwszy singiel zapowiadający album, który ukazać się ma w następnym roku. Dobrze się bawiliśmy pracując nad nim: zawierać on bowiem będzie nie tylko kilka zupełnie nowych kompozycji, ale również covery "horrorowych" numerów z lat 50-tych. Tworzyłem to wszystko razem z Alanem Davey'em (ex-Hawkwind) oraz z rozmaitymi gośćmi, wśród których znajdzie się chociażby Mark Stein (to właśnie on pojawia się w "Zombie Yelp"). Brzmienie krążka nawiązywać będzie do historii The Crazy World, a aranżacje i produkcja będą z górnej półki.

Czekam więc! Nieco wcześniej wypuściłeś singiel jako Arthur Brown's The Crazy World of Lockdown, chcąc w ten sposób zwrócić uwagę na smutną sytuację artystów. Dlaczego wybrałeś właśnie ten kawałek?

Dlaczego wybrałem "The House of the Rising Sun"? Tak naprawdę kawałek wybrał Ian Grant (były menedżer m.in. The Stranglers, Big Country; reprezentował również i mnie) oraz Paul Mitchell. Chcieli tym utworem zebrać pieniądze na pomoc potrzebującym, więc zaprosili grupę świetnych muzyków, którzy mieli nagrać swoje ścieżki. Zdecydowano, że to właśnie ja będę frontmanem, jak również i swoistym rzecznikiem prasowym - wtedy właśnie powstał mój manifest.

Najbardziej znaną wersją tej kompozycji jest ta od The Animals. Z zespołem tym dzieliłeś w Polsce scenę podczas Festiwalu Legend Rocka, gdzie zdarzył Ci się "mały" wypadek. Pamiętasz co wtedy poszło nie tak?

Tak, na koncercie w Polsce rzeczywiście scenę przejmował po nas Eric Burdon. Podczas wykonywania "Fire" następuje moment, w którym nasz tour menedżer podpala mój hełm. Niestety podczas tego konkretnego występu wlał on za dużo substancji łatwopalnej i ta zaczęła skapywać na mój płaszcz. Wybiegł więc na scenę i zaczął klepać mnie po plecach próbując zdusić płomienie, ale niestety sprawiło to również, że hełm całkowicie się przekrzywił i w konsekwencji - spadł. Wszystko się rozlało i duża część sceny stanęła w płomieniach. Szybko pojawili się przedstawiciele ochrony, którzy z gaśnicami poradzili sobie z pożarem ale niestety mocno zabrudzony został nie tylko sprzęt należący do ekipy Erica, ale również i ubrania poszczególnych muzyków. Duża ilość osób na widowni myślała, że był to element naszego show.

Eric nie był zadowolony z widoku, który zastał i wulgarnie skomentował zaistniałą sytuację. Spotkaliście się później? Wyjaśniliście sobie wszystko?

Oczywiście nie dziwię się, że Eric był niezadowolony. Było mi bardzo przykro z tego powodu i ostatecznie wypadek ten doprowadził do rozstania z naszym tour menedżerem i stworzenia nowego hełmu, który jest teraz całkowicie bezpieczny. Nie miałem okazji porozmawiać osobiście z Burdonem, ale możesz mi wierzyć, że zarówno Eric, jak i jego zespół dobitnie pokazali menedżerowi jak bardzo byli zasmuceni tą sytuacją.

Domyślam się... Nie był to jednak pierwszy raz kiedy podczas "Fire" nie wszystko poszło zgodnie z planem. Który wypadek był najbardziej spektakularny?

Najpoważniejszym wypadkiem był na pewno ten z londyńskiego studio BBC. Występowałem wtedy z zespołem Kula Shaker i płomienie były tak duże, że w całym BBC Live studio włączyły się zraszacze. Publiczność przemokła do suchej nitki, a my musieliśmy powtarzać występ.

(śmiech) A jak wspominasz powrót do Polski pod koniec 2019 roku? Niestety nie mogłem wtedy w nim uczestniczyć, ale za to dwukrotnie widziałem Cię w Dolinie Charlotty.

Dolina Charlotty to wspaniałe miejsce, stworzone przez człowieka z wizją. Świetnie się bawiłem wtedy na obu koncertach. Do czasu jednak kolejnej wizyty w Waszym kraju mocno dopracowaliśmy nasze show - lepiej połączyliśmy muzykę z oświetleniem. Pod względem wizualnym więc listopadowy koncert był lepszy.

Ostatnio dość niespodziewanie pojawiłeś się w teledysku peruwiańskiego zespołu Flor de Loto. Jak do tego doszło?

Uwielbiam muzykę Flor de Loto! Na początku grali nieco bardziej metalowo, jednak później poszli w stronę world music. Ich partie grane na flecie są po prostu fenomenalne! W tym roku mieliśmy razem wystąpić we wrześniu na New Day Festival, no ale niestety wydarzenie nie mogło się odbyć. Wtedy właśnie ich menedżer - Enrique - skontaktował się z Claire, no i cóż - trafiłem do klipu. To naprawdę świetny projekt. Zawsze ciągnęło mnie do nurtu world music i w dźwiękach Flor de Loto znajdziemy wszystko to, co w nim kocham. Dodatkowo ich koncerty charakteryzują się dużą dawką energii - jak ktoś lubi taką "awanturniczą" muzykę, to koniecznie powinien zapoznać się z twórczością tej grupy!

W takim razie będę musiał ich sprawdzić! A wracając do Ciebie: jesteś obecny na scenie już od 55 lat. Jak wspominasz najbardziej szaloną dekadę w historii muzyki, a więc lata 70-te?

Lata 70-te mówisz? Cóż, to był czas w którym Peterowi Grantowi - menedżerowi Led Zeppelin - udało się wynegocjować 70% przychodów z koncertów, gdzie wcześniej grupy mogły liczyć na ledwo 30%. Dzięki temu zespoły zaczęły zarabiać duże pieniądze i pojawiły się koncerty, na których grać mogły nawet dwa supporty. Pojawiać zaczęły się również duże festiwale, na których fani mogli usłyszeć dużą ilość zespołów prezentujących rozmaite style. Jakaż wtedy była różnorodność! Wkrótce branża muzyczna zaczęła się interesować rosnącym ruchem hippisowskim i część artystów wpadła w tryby tej całej machiny. Wielu muzyków zarobiło wtedy duże pieniądze. Z perspektywy czasu, to był chyba złoty czas muzyki popularnej. Poznałem nawet wtedy Tootsa i zaśpiewałem razem z jego zespołem Skin, Flesh & Bones.


Poznałeś też Jimiego Hendrixa. Teraz to Bóg gitary - a jaki był prywatnie?

Rzeczywiście, z pewną dozą zarówno skromności, jak i dumy mogę powiedzieć, że znałem Hendrixa prywatnie. Byliśmy nawet w trakcie tworzenia zespołu, w którego składzie miał się znaleźć on, ja, Mitch Mitchell, Noel Redding oraz Vincent Crane na klawiszach. Ja znałem go jako osobę wyjątkowo pogodną. Potrafił śmiać się do rozpuku i nigdy nie dawał się ponieść swojemu ego. Uwielbiał swoją muzykę i czuł, że fani to "jego ludzie".

Gdzieś kiedyś przeczytałem jednak, że The Crazy World of Arthur Brown zostało wyrzucone z amerykańskiej trasy, którą mieliście z nim odbyć.

Nie, to nie było tak - nie zostaliśmy wyrzuceni. Wtedy jeszcze się z nim nie znaliśmy. Chris Stamp (menedżer zarówno mój, jak i The Who) przyszedł do mnie i powiedział, że pokazał Jimiemu kilka ujęć oraz zdjęć z naszych występów, po czym Hendrix stwierdził, że "nie ma szans żeby wyszedł na scenę po kimś takim". Później jednak koncertowaliśmy i jammowaliśmy wspólnie. Nawiązaliśmy prawdziwą więź.

Nie tylko Jimiego nie ma już z nami. W tym roku pożegnałeś również Phila May'a z Pretty Things. Wiem, że się przyjaźniliście - mógłbyś podzielić się jakimiś historiami z nim? Co przychodzi Ci na myśl gdy o nim myślisz?

Pierwszą rzeczą jaka przychodzi mi na myśl, gdy myślę o Philu to życzliwość. Co do moich przygód z Philem, to cóż, muszą one poczekać na inne, lepsze czasy - byłoby po prostu za dużo czytania. Zdradzę jednak, że w trakcie wywiadu w tle przygrywa mi Dick i Phil - słucham bowiem albumu "Bare as Bone, Bright as Blood" Pretty Things. Jak więc widzisz, Phil cały czas jest obecny w moim życiu.

Muzyka Pretty Things zostanie z nami na długie lata. Podobnie zresztą jak i Twoja. Jesteś dumny z tego osiągnąłeś? W końcu stałeś się inspiracją dla wielu artystów.

Jestem bardzo dumny z mojego dziedzictwa. Cieszę się z tego, że przyszło mi żyć i tworzyć w tych czasach - razem z innymi wielkimi muzykami. Dzięki mediom wszyscy nawzajem się inspirowaliśmy. I to, że niektórzy artyści odnajdują w mojej pracy coś, co z nimi rezonuje sprawia, że czuję się częścią wielkiej rodziny.

Powoli zbliżamy się do końca, więc wspomnijmy o innym ważnym dla Ciebie gatunku. Inspirowałeś bowiem nie tylko muzyków rockowych, ale również i tych z kręgu muzyki elektronicznej. Co w tego typu dźwiękach było tak pociągającego? No i rozwiejmy kolejną plotkę: czy rzeczywiście klip do "Busha, Busha" dostał bana w MTV?

Tutaj znów mogę powiedzieć, że miałem przywilej żyć w czasach, w których rozwój technologii zmienił oblicze muzyki - do tej pory kocham elektroniczne dźwięki. Co do "BushaBusha", to nie - wideo nie zostało wyrzucone z MTV. To były początki tej stacji i wtedy można było reklamować tam swoją twórczość. Naszym planem było więc sprzedawać singiel "BushaBusha" wyłącznie za pośrednictwem MTV (wtedy można było im nawet podać adres do korespondencji itp.). I ledwo co żeśmy go wypuścili, MTV zmieniło swoją politykę. Singiel więc przepadł, gdyż nie mogliśmy go już reklamować.

Sam teledysk był dość... psychodeliczny. Zresztą każde Twoje wideo to prawdziwy, wizualny cukierek. Skąd bierzesz pomysły na to wszystko?

Niekiedy pomysły na poszczególne teledyski pochodzą ode mnie, innym razem od kogoś innego. To jednak nasza wspólna praca prowadzi do odpowiedniego efektu końcowego. Nasz ostatni oficjalny klip (który możesz obejrzeć na portalu YouTube) stworzony został np. przez naszego perkusistę: Robina O'Keeffe'a. Materiał zarejestrowaliśmy na wspomnianym wcześniej listopadowym koncercie w Polsce.

Wolę nie oglądać, bo mi się będzie serce krajać! I tym optymistycznym akcentem kończymy! Serdecznie dziękuję za poświęcony czas i tradycyjnie na koniec proszę o słówko od Ciebie!

Serdecznie witam fanów w Polsce! Wizyty w Waszym pięknym kraju zawsze sprawiały mi radość. Jesteście mili, gościnni i zawsze można z Wami pożartować! Nie możemy się doczekać Waszych reakcji nie tylko na album "horrorowy", ale również i na pewną niespodziankę, którą dla Was przygotowaliśmy. Powiedzmy, że czeka na Was mnóstwo nowej muzyki! I obrazów, i merchu, a nawet i książek...

Zdjęcia: Andy Clark, EGabrielEdvy


Autor: Tomasz Michalski

Data dodania: 24.11.2020 r.



© https://www.METALSIDE.pl 2000 - 2024 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!