Planet Hell - "Mam dla kogo grać"


Zespół Planet Hell powstał w 2014 roku jako projekt Przemysława Latacza (znanego z formacji The No-Mads). Po zarejestrowaniu materiału projekt przerodził się w regularny zespół. Z Przemkiem rozmawiamy oczywiście o pierwszej płycie zatytułowanej "Mission One", o powstawaniu tego materiału, o fascynacjach Stanisławem Lemem, oraz o planach na płytę numer 2. Nie zabrakło też pytań dotyczących aktualności muzycznych. Panie i Panowie - przed Wami Astrogator i jego statek kosmiczny złapani w czasie i przestrzeni. Zapraszamy!





MetalSide.pl: Witaj Przemku! Jak samopoczucie? Możemy zaczynać?

Przemysław Latacz: Cześć! Właśnie wróciłem z urlopu, czuję się świetnie, dawno tak nie odpocząłem. Dawaj co tam masz.

Ostatni raz rozmawialiśmy sobie tak oficjalnie pod koniec 2013 roku... a od tego czasu sporo się zmieniło. Na dzisiaj nie ma już zespołu The No-Mads...

No tak. To był fajny czas. 15 lat wspólnego grania, cztery płyty, mnóstwo koncertów, tysiące przejechanych kilometrów, masa wspomnień. Zawsze jak coś się kończy jest obawa, że ten koniec nie będzie początkiem czegoś nowego, na szczęście stało się inaczej.

Cóż... jak to się mówi "umarł król, niech żyje król". Teraz ciśniesz w Planet Hell. Opowiadaj gdzie i kiedy pojawił się pomysł założenia tej kapeli?

Znasz mnie od lat i wiesz, że zawsze ciągnęło mnie do takiego grania. Brakowało mi czasu i sprzętu, żeby zacząć robić coś w stu procentach swojego i od podstaw. Przełom nastąpił, gdy podczas sesji do ostatniej płyty The No-Mads "Lost Control", podczas rozmów z realizatorem i właścicielem studia Dominikiem Burzymem, poczuliśmy, ze możemy wspólnie zrobić coś ciekawego. Może nie przełom w muzyce ale coś co posiada znamiona nowej jakości. Dominik jest nie tylko świetnym inżynierem dźwięku ale również multiinstrumentalistą i ma duże doświadczenie jako perkusista.

Dlaczego tych, a nie innych muzyków wybrałeś do Planet Hell?

Podczas sesji nagraniowej zespół był jeszcze w fazie mojego solowego projektu, gdzie ja oprócz gry na gitarze zająłem się wokalami, Dominik bębnami i realizacją studyjną a na bas zaprosiłem Józka Brodzińskiego z The No-Mads - zapalił się do projektu i wiedziałem, ze da sobie radę.

Gdy materiał był już gotowy, musiałem znaleźć muzyków, którzy nie tylko będą dzielić moją wizję, ale będą w stanie odegrać to na żywo. Na Józka mogłem liczyć od początku, Dominik miał zobowiązania względem własnego studia - zresztą od początku byliśmy dogadani tylko na etap studyjny. Rozesłałem wici, zgłosiło się kilku gitarzystów i został z nami Tomek Ziarko, bardzo utalentowany młody człowiek i do tego absolwent szkoły muzycznej. Wcześniej grał w zespołach Bullet Rage i Mors Nigra. Obecnie gra również w Embrional.

O dobrego perkusistę jest bardzo trudno. Po wyczerpaniu najbliższych kontaktów chodziliśmy z Józkiem na lokalne koncerty słuchając różnych kapel w akcji. W katowickiej Korbie usłyszeliśmy zespół Dysphoria i gra bębniarza zrobiła na nas duże wrażenie. Po koncercie zaczepiliśmy go, pogadaliśmy chwilę... To był chyba ostatni koncert Dysphorii - zespół się rozpadł, ale nie przez nas (śmiech), a Tomek Raszka dołączył do załogi Planet Hell.

Od początku miałeś wyobrażenie odnośnie muzyki jaką będziecie grali?

Tak. Miała to być muzyka ukierunkowana na pogranicze gatunków muzycznych, które powstawały w czasie gdy zaczynałem świadomie słuchać muzyki i które rozwijały się i ewoluowały razem ze mną. Choć główny nacisk na pewno jest położony na death metal, z thrashowym korzeniem, mechaniczną bezwzględnością industrialu, chłodem black metalu i voivodową progresją.

"Mission One" to koncept album oparty na twórczości Stanisława Lema. Jak i dlaczego to sobie wymyśliłeś? (śmiech) Dlaczego właśnie Lem?

Od początku teksty miały dotyczyć science-fiction. Lem jest moim ulubionym autorem a jego powieści i opowiadania są nieskończonym źródłem inspiracji, nie mówiąc już o geniuszu Lema i jego poważniejszych niż "Bajki Robotów" dziełach. To wręcz odrębna gałąź filozofii! Tak prawdę powiedziawszy, na to aby pisać teksty oparte tylko na jego twórczości, nakierowała mnie żona, gdy plątałem się w pomysłach na koncept album oparty na utworach kilku autorów SF, zajmujących się problemem sztucznej inteligencji - miał to być album opisujący relacje człowiek-maszyna jako pretekst do ukazania kondycji rodzaju ludzkiego - roboczy tytuł płyty brzmiał "Mission One - The Human Condition". Olśnienie przyszło później! (śmiech)

Zanim o samej muzyce porozmawiamy, poproszę jeszcze o garść informacji technicznych. Gdzie i kiedy nagrywaliście ten materiał?

Nagranie, miks i mastering to dzieło Dominika Burzyma ze studia 69 w Krakowie. Pracowaliśmy w przerwach między regularnymi sesjami innych kapel w studiu Dominika. Trwało to trochę ale dawało oddech i możliwość obiektywnej oceny materiału, który był gotowy w drugiej połowie 2014.

Jak z perspektywy czasu oceniasz "Mission One"? Jesteś zadowolony z tego jak brzmi i co się na nim znajduje?

Tak, przeżyłem już wszystkie stadia od euforii do wątpliwości, poprzez odpoczynek i perspektywę dłuższego niesłuchania materiału, mając w głowie grane w kółko wersje koncertowe. Nic bym nie zmienił. To jest mój materiał od początku do końca. Jestem szczęśliwy, że dane mi było go zrealizować.

Okładka została lekko pożyczona od oficjalnego znaczka amerykańskiej (odwołanej) misji Apollo 18. Długo szukaliście tego obrazka, czy też od razu wiedziałeś co chcesz mieć na froncie?

Koncept zakładał podobieństwa do misji NASA - stąd m.in. nasze uniformy sceniczne. Przeglądałem naszywki i emblematy różnych misji kosmicznych i ten najbardziej mi pasował. Do tego aura tajemniczości odwołanej misji Apollo - po prostu bajka! Widziałeś może film Apollo XVIII? Nie jest to może kino najwyższych lotów ale konwencja paradokumentu przechodząca płynnie w kosmiczny horror zrobiła na mnie wrażenie.


Książeczka to oprócz tekstów krótkie wprowadzenia do poszczególnych liryków. Jak dla mnie to kapitalna sprawa! Mam nadzieję, że na kolejnych wydawnictwach będzie to kontynuowane (śmiech)

Tak, tak, na pewno! Nie mogę zakładać że wszyscy metalheads znają Lema! (śmiech) Wiem o czym chcę grać i tworzę muzyczne opowieści. Te introdukcje są bardzo ważne - pomagają wejść w ten świat.

Obrazki w książeczce są autorstwa Daniela Mroza, który przecież zilustrował "Cyberiadę" i "Bajki robotów" Stanisława Lema! Jak dla mnie to strzał w "10". Zgadzasz się? (śmiech)

No tak (śmiech). Wiesz, w pewnym momencie, gdy pewne elementy zaczęły się układać w całość, kolejne przychodziły mi do głowy samoistnie. Zdobyłem kontakt do córki pana Daniela, która jest spadkobiercą praw do tych ilustracji, wymieniliśmy maile i uzyskałem zgodę na ich wykorzystanie.

Przejdźmy wreszcie (śmiech) do muzyki. Z tego co widzę, to "Mission One" zbiera doskonałe recenzje. Jak się z tym czujesz? (śmiech) A serio - spodziewałeś się tak dobrego odbioru tej płyty?

Podskórnie czułem, że ten materiał jest naprawdę dobry ale bałem się myśleć w ten sposób. Te recenzje utwierdzają mnie w przekonaniu, że mam dla kogo grać i że wiele osób czeka na to aby przyłączyć się do naszej wspólnej dźwiękowej kosmicznej wyprawy. Jestem cholernie pozytywnie i miło zaskoczony!

Odpowiadasz za zawartość muzyczną tego albumu. Jak szło komponowanie tego materiału? Nie miałeś obaw, że w którymś momencie się zagubisz w tym co robisz? Muzyka zawarta na "Mission One" jest przecież mocno pokombinowana...

Raczej bałem się wtórności. Tego, że zacznę powielać pomysły, co było by zabójstwem całej koncepcji. Na szczęście pomysł gonił pomysł a pracowałem na zasadzie sprzężenia zwrotnego - sam się nakręcałem pisząc jednocześnie robocze wersje bębnów w komputerze i nagrywając do niech riffy tudzież na odwrót. Świetnie się przy tym bawiłem (śmiech).

A do tego jeszcze wokale! Nie za dużo tego wszystkiego? (śmiech)

Ale to też była świetna zabawa, pomijając pierwsze trzy-cztery próby, na których wykaszlałem sobie część płuc i pół śledziony! (śmiech) Potem jakoś poszło. Musiałem na własnej skórze się przekonać, jak teksty które napisałem będą współgrać z muzyką.

A serio - jak to sobie wymyśliłeś, że będziesz śpiewał?

Nagrałem wokale roboczo jako demo, w celach poglądowych dla potencjalnego wokalisty, jak ma zinterpretować teksty. Dominik, gdy tego posłuchał, stwierdził, że powinienem zrobić to sam na płycie. Że moje wokale mają klimat i pasują do muzyki. Spróbowałem i... udało się. W studio było prosto, a prawdziwa praca jak dla mnie zaczęła się, gdy musiałem nauczyć się grać i śpiewać jednocześnie.

W recenzjach sypią się porównania do np. Immolation, Nocturnus, Voivod... to chyba bardzo przyjemna sprawa?

Lepszych porównań nie mógłbym sobie wymarzyć! Uwielbiam Voivod i Immolation, jestem fanem tych zespołów od ich pierwszych płyt, pamiętam jak się ukazywały, pamiętam jak toczyły się losy tych kapel. Mam duży szacunek dla Nocturnus - bardziej pasujemy do nich koncepcyjnie niż muzycznie, choć rdzeń deathowo-thrashowy niezaprzeczalnie mamy wspólny.

Mam nadzieję, że głowa się od tego nie zagrzała i sodówka nie grozi? (śmiech)

Nie no, chyba znasz mnie już na tyle (śmiech). Sodówka jest miła ale zabiera czas i energię a ja sobie nie mogę na to pozwolić. Czasu mam za mało (śmiech).

Ptaszki ćwierkają, że pracujecie nad "Mission Two"... prawda to? (śmiech)

No właśnie o tym mówię! (śmiech) Mamy już gotowe trzy numery i pomysły na dwa- trzy kolejne.

Mało tego, te ptaszki doniosły, iż zamierzacie wziąć na warsztat i opowiedzieć po swojemu pewne "czytadło"...

"Mission Two" w całości będzie oparte na "Solaris" mistrza Lema.

Kiedy możemy się spodziewać tej płyty?

Jak dobrze pójdzie, materiał będzie gotowy do końca roku, potem trzeba doliczyć czas na studio i wydanie płyty. Jeszcze za wcześnie na konkretny deadline. Pracujemy bez spiny, ale trzymamy się w ryzach.


To teraz coś z zupełnie innej beczki. Jakie płyty w ostatnich miesiącach zrobiły na Tobie największe wrażenie?

Ze świata bezapelacyjnie Immolation i ich "Atonement" a u nas w kraju miło zaskoczył mnie Formis z płytą "Chaozium". I nie mówię o tym dlatego, że nagrałem tam gościnnie solówkę - chłopaki świetnie połączyły wypracowane na poprzednich płytach charakterystyczne dla ich stylu zagrywki z klimatycznymi riffami rodem z ekstremalnego death i black metalu. Całość świetnie brzmi, a do tego odważnie postawili na polskie wokale. Często wracam też do ostatniej płyty Devin Townsend Project - "Transcendence".

Widzieliśmy się na niedawnej Metalmanii. Jak ocenisz tegoroczną edycję tego festiwalu i jak ją porównasz do wcześniejszych edycji?

To trudne pytanie, bo Metalmania miewała swoje lepsze i gorsze odsłony, niektóre z nich odbywały się poza Spodkiem. Mój pierwszy koncert w życiu to popołudniowy koncert na Metalmanii '88, więc zawsze będę miał ciary na grzbiecie podchodząc pod Spodek, widząc grupy włóczących się metali oraz słysząc z oddali to charakterystyczne dudnienie jak z najgłębszych czeluści piekieł. Teraz jesteśmy rozpieszczeni - i dobrze - przez festiwale u naszych sąsiadów - mam na myśli Czechy i Niemcy. W moim pojęciu organizatorzy Metalmanii muszą sprostać większym wymaganiom. Metalmania to nie tylko koncerty ale też spotkanie ze znajomymi i przyjaciółmi z całego kraju. Chciało by się wtedy celebrować tę chwilę - napić dobrego piwa czy innego trunku i zjeść ciepły fajny posiłek a nie zimnego hot - doga po którym się hepie przez kolejne dwa dni.

Od strony technicznej rozczarowała mnie mała scena. Pamiętam, że gdy graliśmy z The No-Mads w 2006 roku, scena była wyższa, przez co zespoły były dobrze widoczne z dużo większej odległości. Ta część korytarza była również zaciemniona, przez co światła dawały profesjonalny efekt już od godzin porannych.

Jakie kapele oglądałeś w Spodku? Która pozostawiła najlepsze wrażenie?

Na festiwal udało mi się dojechać na wysokości koncertu Arcturus i od tej pory zobaczyłem niemal wszystkie kapele. Na dużej scenie zdecydowanie najlepiej pozamiatał Coroner a na małej Obscure Sphinx. Rewelacyjne koncerty!

To na koniec mały skok w przeszłość... Jak dzisiaj oceniasz poszczególne płyty The No-Mads? Możesz wystawić oceny cyferkowe (w naszej skali 1-10)

Heh! To nie może być obiektywna ocena, bo na etapie nagrywania tych płyt dawaliśmy z siebie 10 punktów osiągając w efekcie 8-9 w naszym mniemaniu. To różne płyty, ukazywały się mniej więcej co trzy lata, nieco zmieniały się składy, inne były możliwości, inspiracje, zmieniała się chemia. Myślę sobie tak - debiut No Hush Till Thrash to jak ukończenie metalowej szkoły podstawowej z wyróżnieniem, dwójka - "Deranged" to taka nasza matura, "The Age Of Demise" to już magisterka pełną gębą, a ostatnia "Lost Control" to utrzymanie tego poziomu, z zawężeniem i ujednoliceniem stylistyki i nieco lepszym brzmieniem.

Czego życzyć Tobie i Planet Hell? Tyle samo lądowań co startów? (śmiech)

Na pewno! (śmiech) Myślę, że jak największej ilości misji, zwłaszcza tych gdzie możemy spotkać się na koncertach! I żebyśmy lepiej sobie radzili z czasoprzestrzenią, bo tego czasu bardzo brakuje.

I to wszystko co przygotowałem. Dziękuję za poświęcony czas i udzielone odpowiedzi. Na koniec tradycyjnie poproszę o kilka słów dla czytelników serwisu MetalSide.pl. Cześć!

To ja dziękuję za wywiad Piotrze! Jako, że pełnię funkcję Astrogatora, to mam nadzieję, że oficer naukowy zaprzyjaźnionego statku Enterprise nie pogniewa się jeśli użyję jego słów: "Żyjcie długo i pomyślnie!".


Autor: Gumbyy

Data dodania: 21.07.2017 r.



© https://www.METALSIDE.pl 2000 - 2024 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!