Thomas Lindberg - "To jakby mieć dwójkę dzieci"


Thomas Lindberg to legenda szwedzkiej sceny death metalowej. Znany głównie z zespołu At The Gates. Z poniższego wywiadu dowiecie się, jak dla tego wokalisty ważny jest właśnie ten zespół, jak trudno wybrać jedną płytę roku oraz jak wyglądała muzyka death metalowa zanim Internet odmienił ją na zawsze. Panie i Panowie - przed Wami Thomas "Tompa" Lindberg





MetalSide: Który z zespołów, w których grasz, jest dla Ciebie najważniejszy w tej chwili? Występujesz w At The Gates i Disfear w zasadzie jednocześnie. Czy jedna z tych kapel jest ważniejsza od drugiej?

Thomas Lindberg: Są ważne na różne sposoby, tak myślę. At The Gates - ten zespół to jakby moja tożsamość. W Disfear jest wiele uczuć i poczucie braterstwa między chłopakami, a muzyka jest bliska mojemu sercu. Wszystkie zespoły są ważne. Trudno jest wybrać jeden z nich. To jakby mieć dwójke dzieci.

Czytałem wywiad z Tobą sprzed kilku lat. Wspomniałeś tam, że pracujesz jako nauczyciel akademicki. Czy nadal się tym zajmujesz?

Tak, pracuję jako nauczyciel w szkole średniej i wyższej. Jestem z wykształcenia nauczycielem nauk społecznych i angielskiego.

Teraz pytanie z innej beczki. Jakie młode szwedzkie zespoły poleciłbyś fanom?

Jest ich tak dużo... Hmm, jest bardzo dobry zespół z Goeteborga, w którym Martin (Larsson z At The Gates-przyp.red.) gra na basie, Agrimonia. Świetny, a grają coś, co nazywa się ciężkim i brutalnym post rockiem z death metalowymi naleciałościami.

Teraz opowiedz trochę o zjawisku tapetradingu, które było tak ważne dla sceny metalowej w przeszłości. Czy ono jeszcze istnieje, czy też nagły rozwój Internetu pogrzebał je na zawsze?

Nie wiem. Myślę, że tapetrading już wcześniej zanikł. Kiedy wszystkie zespoły metalowe i hardcore'owe zaczęły wydawać swoje płyty, stało się to trudniejsze dla ruchów undergroundowych. Pewnie, że to zjawisko wciąż istnieje, ale na pewno nie wyraża się ono tak mocno jak wcześniej. Wtedy kontakt ze światem wytwórni płytowych o ugruntowanej pozycji nie istniał. Dzisiaj jest o wiele łatwiej wydać płytę i zaistnieć jako zespół. To akurat dobre, że można tak łatwo się wybić. Nie powinno się tego oceniać tylko negatywnie. Być może wtedy wymagało to o wiele więcej oddania.

W książce "Swedish Death Metal" szwedzkiego autora Daniela Ekerotha, mówi on o pochodzącym z Goeteborga Dark Tranquillity, że to zespół pozbawionych szczęścia, który nic nie osiągnął. Co ty o tym sądzisz? Moim zdaniem on bardzo się myli w tej kwestii.

Uważam, że DT to jedni z moich najlepszych przyjaciół, jedni z tych, którzy walczyli przez te wszystkie lata. Mają oni swoją własną tożsamość, wkładają serce w to, co robią, zdecydowanie. A Daniel, cóż, on również jest bliskim mi człowiekiem. Możliwe, że on ma inne wyobrażenie o death metalu, uważa być może, że powinno to wyglądać jak wcześniej. Rozumiem jego ideę całości tego gatunku, ale to niewłaściwe przykładać tę miarę do DT, zespołu który naprawdę walczy.

Przenieśmy się do roku 2008. Wtedy powróciliście z At The Gates po raz pierwszy po długiej przerwie. Ogłosiliście, że będą to tylko cztery występy na festiwalach, o ile się nie mylę. Obydwaj wiemy, ile koncertów w sumie wtedy zagraliście. Co było motywacją do tego? Miałem okazję widzieć was na Metaltown. To był znakomity koncert, ze wspaniałymi gośćmi, min. Mikaelem Stannem (Dark Tranquillity) czy Andym La Roque.

Można powiedzieć, że w 2008 roku za cel obraliśmy sobie, że tak powiem, że wszystkie strony świata dostaną At The Gates. To był wspaniały plan, za którym staliśmy my sami. Mogliśmy o tym zadecydować sami. Głupie było to, że zarówno The Haunted, jak i Disfear wydało nowe płyty akurat w tym roku. Dlatego też nie mieliśmy dla siebie zbyt wiele czasu. Kiedy graliśmy ostatni koncert w Grecji w 2008 roku, sami myśleliśmy, że to nasz ostatni koncert. Później doszło do nas, że nigdy nie graliśmy w Ameryce Południowej, nie graliśmy nigdy w Australii czy w Azji Południowo-Środkowej. Akurat wtedy narzekano w sieci: "Dlaczego nie przyjedziecie tutaj?! Skoro obiecaliście, że zagracie w każdym kącie kuli ziemskiej". Później z kolei przyszli do nas organizatorzy Metaltown, mówiąc: "Dlaczego gracie koncert w małym klubie, jeśli możecie zagrać na największym festiwalu w rodzinnym mieście?" Ech, no dobra. Więc zagraliśmy i ten koncert, z myślą, żeby zagrać we wszystkich wartych tego miejscach.

Jak skomentujesz współpracę z Mariosem Iliopoulosem na dwóch pierwszych płytach Nightrage?

Bardzo wesoło. On jest bardzo, bardzo dobrym twórcą utworów. Wtedy pracowaliśmy też z Gusem G, który z kolei jest zdolnym gitarzystą, i innymi fantastycznymi muzykami, m. in. Fotisem, który nagrał bębny na drugą płytę. Jeden z najlepszych perkusistów, z którymi pracowałem. To było bardzo przyjemne, bo Marios jest miłym człowiekiem. Ja tylko wskakiwałem i wyskakiwałem z tego składu w ciągu roku, grałem z nimi gościnne występy. To było po prostu fajne. A oni stali się później również dość popularni.

A po tych dwóch pierwszych płytach, dlaczego zakończyłeś tę współpracę?

Głównie dlatego, że nie mam czasu na bycie koncertowym członkiem zespołu. Zagrałem z nimi tylko dwa ze wczesnych koncertów. Na Metaltown, jednej z wczesnych edycji, chyba w 2004, i jedną sztukę w Londynie. Nie mieli wtedy problemu z tym, żeby mieć koncertowego wokalistę, chodziło tylko o to, żeby go znaleźć. To było rzeczywiście słabe. Ale nie było między nami żadnych mocnych uczuć.

Kończąc, najlepsza płyta przesłuchana w ostatnim czasie przez Thomasa Lindberga to...

Hmm, trudne, trudne. Och, cholera, widzę moją playlistę ze Spotify przed oczyma. Słucham zajebiście dużo muzyki przez cały czas. Ech, jest ich tak wiele. Widzę tylko tę playlistę, nie jestem przygotowany do tego pytania. Powinno wrócić jeszcze do mnie. Rocznie odkrywam pewnie ze sto płyt, więc nie potrafię po prostu wybrać jednej.


Autor: Kuba Jaworudzki

Data dodania: 27.03.2016 r.



© https://www.METALSIDE.pl 2000 - 2024 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!