Gamma Ray / Iced Earth


Gamma Ray, Enforcer
Klub Kwadrat, Kraków - 25.11.2011

---
Iced Earth, Fury U.K.
Stodoła, Warszawa - 26.11.11


Pod koniec listopada mieliśmy zbitkę trzech ciekawych koncertów w ciągu dwóch dni. Niezbyt komfortowa sytuacja jeśli chodzi o logistykę, a jeszcze mniej jeśli chodzi o portfel, tym bardziej, iż rok 2011 to bogactwo przeróżnych koncertów w naszym kraju. Ja dosyć szybko zdecydowałem się, że w piątek obejrzę Gamma Ray kosztem Amon Amarth. Pozycja sobotniego koncertu Iced Earth była niezagrożona od samego początku.
 
Do Krakowa zabrałem się samochodem ze znajomymi, którzy wybrali koncert Amonów. Wyjechaliśmy z Wrocławia ok. 17-tej i dosyć szybko przemieściliśmy się autostradą A4. W okolicy klubu (według GPSa) robię "desant" z samochodu i po chwili stoję we mgle, gdzieś w Krakowie. Nigdy wcześniej nie byłem w Klubie Kwadrat i nie mam pojęcia gdzie jestem. Po chwili spotykam panią z reklamówką, która poinstruowała mnie w którą stronę mam iść. Kilka minut i jestem na miejscu. Przed samymi drzwiami dobiega mnie głośne "gumbyy!!" - to znajomy z Wrocławia, który najwyraźniej też wybrał się na ten koncert. Szybko załatwiam formalności przy wejściu, szatnia i mogę iść szukać znajomych. Okazuje się, iż przegapiłem występ pierwszego supportu: Porta Inferi. No trudno, jakoś chyba to przeżyję. Czas na rozmowach przy piwku mijają jak zwykle bardzo szybko i z sali koncertowej słychać intro. Za chwilę na scenie pojawi się zespół Enforcer. Sporo dobrego nasłuchałem się o tej kapeli. O ich żywiołowych koncertach i całkiem niezłym graniu. Przez pierwsze 3-4 numery wydawało mi się, ze rzeczywiście zespół mnie porwie, no ale jednak tak się nie stało. Zupełnie nie mnie nie powaliło, a w dodatku lekko znudziło. Jakoś tak zupełnie bez szału ten koncert. Kolejne numery sprawiały wrażenie, że to cięgle ten sam kawałek jest grany. No nie wiem, może jakbym znał jakąś płytę Enforcer to odbiór byłby lepszy? Koniec końców w połowie występu Szwedów poszedłem do baru po piwo, tu spotkałem kolegę i sobie gawędziliśmy oglądając do końca koncert z samego końca sali.
 
Po występie Enforcer techniczni szybciutko uporządkowali scenę zabierając wszelkie niepotrzebne już graty i zostało oczekiwanie na gwiazdę wieczoru, czyli Gamma Ray. W czerwcu widziałem ten zespół na Noc Plna Hvezd w czeskim Trincu i ten koncert mnie pozamiatał. To właśnie zadecydowało o wyborze Niemców, a nie Amon Amarth na ten wieczór. Wreszcie oczekiwanie dobiega końca, na scenie zapada mrok, a z głośników zaczyna sączyć się intro, którym jest "Welcome". Od razu mam przekonanie, iż zespół zacznie od kawałka "Anywhere In The Galaxy". I oczywiście tak było. To jest po prostu idealny początek występu. Kolejna pozycja to "Men, Martians And Machines" i już wiem, że ten koncert będzie równie dobry jak ten z Czech. Muzycy jak zwykle z uśmiechami na twarzy od pierwszej sekundy na scenie. Zastanawiałem się w jakiej formie będzie Gamma Ray, bo od sierpnia nic nie grali, a dodatkowo Henjo Richter latem złamał rękę. Na szczęście po muzykach nie widać ani śladu po tych niedogodnościach. Zresztą co tu dużo kombinować - Gamma Ray to koncertowa gwarancja wysokiego poziomu. Jedyna niewiadoma, to tylko setlista. W Krakowie było bardzo zacnie pod tym względem. Dwa pierwsze numery ustawiły poprzeczkę bardzo wysoko. Później nie było gorzej, wystarczy wspomnieć zagrane: "Land Of The Free" (genialny jest ten numer!), "Rebellion In Dreamland" (moc!), "Dethrone Tyranny", czy cudownie przedłużony "Somewhere Out In Space".

Ponadto z mniej ogranych numerów pojawiły się "The Spirit" i zbyt wcześnie zapowiedziany "Money". Kai nagadał się o tym numerze, a zaczęli grać... "Gamma Ray". Hansen oczywiście skwitował tą pomyłkę wielkim uśmiechem i porozumiewawczym spojrzeniem z Richterem. Po odegraniu "flagowego" numeru krótka zapowiedź: "to teraz numer, który już zapowiedziałem". Króciutkie intro i mamy wreszcie "Money". Sporym zaskoczeniem był dla mnie moment w którym na scenę wniesiono keyboard do którego przymierzył się basista Dirk Schlachter. Hansen chwilę pogadał i zagrali... "A While In Dreamland", czyli utwór bonusowy z płyty "Power Plant". Z nowszych czasów Gamma Ray zagrała: "Empathy", "Fight" i "To The Metal". I tak wyglądała zasadnicza część występu Niemców. Chwila oczekiwania, wrzawa na publice i gromkie "Gamma Ray!!!", "Gamma Ray!!!" i muzycy pojawiają się na scenie. Czas na bisy. Zaczynamy z grubej rury, bo od "Future World". Helloweenowy klasyk i stały punkt w koncertowej setliście. Publika wyśpiewuje cały tekst, a Hansen zupełnie odpuszcza refreny. Szaleństwo w Klubie Kwadrat sięga zenitu! A to dopiero początek bisów. Kolejna pozycja w koncertowej setliście była wywoływana gdzieś od połowy tego koncertu. Hansen zaczyna: "Ride?", a tłum ryczy "The Skyyyyy!!!!!". Uff... nie sposób opisać tego co się dalej działo. SZALEŃSTWO! Po takich dwóch kilerach zespół musi lekko "odpuścić", bo za duży poziom szaleństwa pod scena to niezbyt mądry pomysł. Gamma Ray jakby miała tego świadomość i "uspokaja" atmosferę przebojowym "Send Me A Sign", po czym po raz drugi opuszcza scenę.

Chwila kolejnego oczekiwania i muzycy ponownie meldują się na scenie. Chwilka przekomarzania się pomiędzy muzykami i jedziemy z kolejnym klasykiem - "I Want Out". I znowu powtórka z rozrywki - publika szaleje, wyśpiewuje teksty, a muzycy z wielkimi uśmiechami na twarzy robią swoje. A ja lekko zazdroszczę... Czechom, bo dzień później Gamma zagra w Zlinie i tam zapowiedziany jest gościnny udział Michaela Kiske. Oj... bardzo chciałbym usłyszeć na żywo jakiś "keeperowy" kawałek w jego wykonaniu. Tymczasem muzycy żegnają się z publiką i koncert definitywnie dobiega do końca. Krótko mówiąc Gamma Ray po raz kolejny mnie rozwaliła koncertowo. Heh... taki to banał i doskonale o tym wiem. Ale co poradzić, widziałem ten zespół na żywo po raz 6 i po raz 6 był to znakomity koncert. Gamma Ray ma mnóstwo świetnych, koncertowych numerów. Nawet jak wygrzebią jakiegoś nie granego starocia, to okazuje się świetnym uzupełnieniem klasycznej setlisty. A numery takie jak "Rebellion In Dreamland", "Somewhere Out In Space", "Anywhere In Galaxy", czy "Land Of The Free" na żywo to klękajcie narody. Oczywiście helloweenowe klasyki dodają tutaj sporo pieprzu.
 
Jak napisałem wcześniej była to moja pierwsza wizyta w Klubie Kwadrat. Bardzo przyzwoity klub na takie mniejsze koncerty. Świetne nagłośnienie (bass Dirka po prostu miodzio!) i przyzwoita ilość miejsca w salach koncertowej i konsumpcyjnej. Frekwencja całkiem niezła, lekki ścisk z przodu był. Trudno mi ocenić ile ludzi było, ale jakbym miał obstawiać to dałbym ze 4 setki. Po koncercie tradycyjnie wymieniamy opinie o zakończonym show i wszyscy są pod wielkim wrażeniem. To było zresztą do przewidzenia. Ja tymczasem pomału zbieram się do wyjścia, bo trzeba wracać do Wrocławia. Nie lubię tak od razu po koncercie się zbierać, no ale ekipa z koncertu Amon Amarth już po mnie jedzie. Szybkie pożegnania "do zobaczenia jutro w Warszawie" i opuszczam klub. Tutaj chwila oczekiwania i zostaję zapakowany do samochodu. Podróż do Wrocławia mija w miarę szybko i kwadrans po 3-ciej w nocy melduję się w domu. Szybka toaleta i do łóżka, bo za chwilę pobudka i zaczynam kolejny wyjazd.
 
-------
 
Dźwięk budzika i od razu myśl... "no bez jaj, to już?". Niestety, trzeba wstawać. Śniadanie + kawa, plecak na plecy i na dworzec. Podróż do Warszawy ciągnie się jak przysłowiowe flaki z olejem. Człowiek niewyspany, jeszcze nabuzowany po koncercie, a tu trzeba siedzieć bite 7 godzin. Całe szczęście, że nie jechałem sam, więc czas szybciej zleciał. W Warszawie melduje się punktualnie o 16-tej, spacerek w okolice Stodoły, lekki posiłek i spotykamy się ze znajomymi w pubie. Część osób z wczorajszego koncertu, więc jest co wspominać. Do Stodoły udajemy się tak, żeby zdążyć na pierwszy support. Pierwszy support okazał się drugim, bo pierwszy został wyrzucony z trasy. W skrócie: White Wizzard  nie zagrali, a Fury UK widziałem jeden kawałek i w sumie poszedłem na piwo. Wróciłem na ich ostatni kawałek i tak jakoś bez większych emocji obejrzałem koniec ich koncertu. Szybka akcja technicznych i na scenie pozostał tylko sprzęt zespołu Iced Earth. Później tradycyjne sprawdzanie wielokrotnie sprawdzonych rzeczy, czyli to co lubię najbardziej. Mądre miny magików-techników i  lustrujące spojrzenia. koniec końców szef wszystkich szefów daje znak akustykowi latarka, a ten przyciemnia światła i odpala intro.

Zaczynamy oczywiście od numeru "Dystopia", to i intro jest oczywiste. Na scenę wysypują się muzycy, a po chwili dołącza do nich nowy wokalista Stu Block. "Dystopia" na żywo robi piorunujące wrażenie, które potęguje śpiew  nielicznej (arghh!) publiki. Refreny są nasze, a Jon Schaffer (ustawiłem się na przeciw niego) podchodzi na skraj sceny i pilnie nasłuchuje. Po chwili pojawia się lekki uśmieszek - czyli nieźle nas słychać. Fakt, że to niesamowicie koncertowy numer, z bardzo "śpiewalnym" refrenem ułatwia dobrą zabawę. Bez większej zwłoki Iced proponuje numer dwa w koncertowej setliście: "Angels Holocaust". No cóż, grubo i tyle. Co tu dużo mówić, ten numer to kawał konkretnego grania, a na żywo dodatkowo zyskuje na mocy. To, że lekko  nie będzie, dobitnie pokazał kolejny numer: "Slave To The Dark". Miazga. W tym kawałku zwracam uwagę na wokale, bo jestem ciekawy jak Stu poradzi sobie z  tego typu numerami. Heh... myślę, że w tym momencie koncertu już nikt nie zawracał sobie głowy nowym głosem Iced Earth. Chłopak ma kawał gardła, śpiewa bez większego wysiłku wszystkie numery (nawet te z ery Owensa), a do tego na scenie to żywe srebro. Co by nie mówić, ale Barlow po powrocie do Icedów to prezentował może ¼ tego entuzjazmu co ma Block. Kolejna pozycja w setliście to powrót do najnowszej płyty. Wokalista zapowiada ten numer pokazując na coś przyczepione do ramy od perkusji. Widać tam staniki, stringi, ale to chyba o to nie chodzi... aaa.. całkiem pośrodku wisi maska znana z filmu "V For Vendetta", albo od hakerów z grupy Anonymous No to musi być to numer "V". Całkiem niezły przedstawiciel nowej płyty. Jednak kolejny kawałek zatrząsł Stodołą od fundamentów po sam dach: "Stand Alone". Krótko mówiąc - jeńców nie biorą.

Chwila wytchnienia przy "When The Night Falls" (taaa, akurat) i z taśmy leci "organowe" intro. Aaaaa..... to przecież "Damien"! Niesamowity numer z niesamowitym klimatem. Strrrasznie go lubię i lekko odpłynąłem przy tym kawałku. Iced Earth nie ma litości i po krótkiej zapowiedzi serwują "Dark City", a ja od początku czekam na tą instrumentalną część. Oj chłopaki tutaj odpłynęli w maidenowo-runningowy klimat, kapitalna sprawa. Ledwo nacieszyłem się tym zakończeniem, a tu już mój kolejny "michałek" - "The Hunter". Uwielbiam ten numer i zawsze na koncercie sprawia mi wiele radości. Po takiej ilości emocji czas lekko zwolnić i nabrać sił. "Anthem" świetnie sprawdził się w tej roli. Kolejna pozycja w koncertowej rozpisce to utwór z płyty "The Glorious Burden", a wybór padł na "Declaration Day". To jest bardzo mocny punkt w setliście. Skandowane refreny (tutaj Schaffer ponownie nasłuchiwał) przez publikę i Stu Block który na wielkim luzie wyśpiewał Ripperowe górki. Zakończenie podstawowej części koncertu to piękny "Watching Over Me" z tradycyjną dedykacją od Jona. A ja mam swoją dedykację i oczywiście myślę o Krzyśku. To kolejny numer który na koncertach różnych zespołów powoduje takie myśli. Tradycyjnie łezka popłynęła i emocje sięgnęły zenitu. Stu genialnie poradził sobie ze spadkiem jaki mu w tym numerze zostawił Barlow. Szacun jak nic!
 
Zespół żegna się z publiką, ale dosyć szybko Iced Earth wraca na scenę. Tutaj chwila przemowy, podziękowania i zaproszenie do zabawy przy kolejnym numerze. Przyznam, iż oczekiwałem tego momentu dosyć niecierpliwie. Od pierwszego koncertu Icedów na trasie wiedziałem, że muszę tego doświadczyć. Panie i Panowie... "Dante's Inferno"!!! Coś niesamowitego zagrać takiego kolosa na żywo. Uczta dla uszu, uczta dla duszy, piękna sprawa. Co za klimat, co moc, co za kosmos. Nie mam pytań! Niestety pod koniec tego numeru opuściły mnie resztki sił, po prostu akumulator się wyładował i nie miałem już siły na szaleństwo, które działo się wokół mnie. Po prostu stałem i chłonąłem to co się tu wyprawia. Kolejny numer to  już ostatnia pozycja w setliście. Cudów nie ma i na koniec musi być "Iced MOTHER FUCKIN' Earth"! To już klasyka i pewniak. Koniec grania i koniec koncertu. Tradycyjnie gadżety lecą w publikę (znowu nic nie złapałem!) i zespół żegna się wspólnym ukłonem. Ledwo żywy opuszczam salę koncertową i dłuższą chwilę odpoczywam. Później odnajduję znajomych i uzupełniam płyny oczywiście dyskutując o tym, czego przed chwilą byliśmy świadkami. Wszyscy zadowoleni, pełni zachwytu, krótko mówiąc - zbroja pełna.
 
Widziałem Iced Earth po raz czwarty i czwarty raz było to spore wydarzenie. Pierwszy raz, wiadomo zawsze jest bardzo pamiętny. Tym bardziej, iż na Wacken show było potężne. Drugi to był po raz pierwszy z Barlowem, bo pierwszy to był z Ripperem. Trzeci to był pożegnalny występ Matta na Wacken w sierpniu. No i teraz ze Stu. To już pokazuje ile w ostatnich latach było zamieszania z wokalistami w tym zespole. Mam nadzieję, iż obecny zostanie na dłużej, bo chłopak potencjał ma niesamowity. Wokalnie daje redę bez problemu, a  i na scenie potrafi się zachować. No Panie Janku - jest dobrze i niech tak zostanie! Sam koncert zostawił mi tylko i wyłącznie pozytywne emocje. Niezła setlista, świetne wykonanie, no i sporo zabawy. Aż trudno uwierzyć, że podczas tego koncertu 4/5 zespołu było chore. Na scenie dali z siebie wszystko i o jakimkolwiek oszczędzaniu nie było mowy. Jedyny minusik to publika... ale tylko i wyłącznie ta, co nie dopisała, bo ci co byli w Stodole spisali się na medal. Chóralne śpiewy robiły wrażenie na muzykach, a sporym plusem było gromkie "Happy Birthday", a później "Sto lat" odśpiewane dla Stu, który w tym dniu obchodził urodziny. Sprawa wyszła bardzo spontanicznie, bo od razu przy pierwszej przerwie pomiędzy utworami. Jubilat był najwyraźniej wzruszony, a dodatkowo dostał od zespołu prezent (plastikowa gitara zabawka), który mieli przygotowany. Coś mi się wydaję, że scenariusz wręczania prezentu był troszkę inaczej opracowany, a my wszystko "popsuliśmy" przy pierwszej okazji. A serio to naprawdę wyszło to rewelacyjnie i uroczo.
 
Przyjemności przyjemnościami, ale tutaj trzeba wracać do domu. Spacer na dworzec, godzinka oczekiwania na pociąg i w drogę. Wracamy większą ekipa, bo jedziemy przez Katowice. Trochę pogawędek, bo w sumie nie często mamy okazję się spotkać. Końcówka podróży to już zasłużony sen i po "chwili" trzeba opuścić pociąg. W Katowicach ponad godzina oczekiwania i wreszcie podjeżdża pociąg do Wrocławia. Teraz to już nie ma, że boli, czas spać. Do Wrocławia dojeżdżamy z 40 minutowym opóźnieniem i koniec końców kwadrans po 11-stej melduję się w domu. Uff... to była długo podróż. Z Warszawy wyjechaliśmy przecież o 1:37... echh... komu przeszkadzał bezpośredni pociąg do Wrocławia koło północy? Człowiek był na miejscu o wiele wcześniej i nie było przesiadki, więc można było spać do bólu. No ponarzekał, to teraz będzie jeszcze lepiej, bo niedługo wchodzi nowy rozkład jazdy PKP i teraz nie ma nawet tego pociągu do Katowic... echh... jak tu nie kochać tego kraju :-)
 
Dwa dni, dwa koncerty w dwóch różnych miastach. Tradycyjnie więcej podróżowania, niż koncertowania. Zmęczenie ogromne, ale emocji których doświadczyłem nikt mi nie zabierze. Wspaniały koncert Gamma Ray i równie wspaniały występ Iced Earth. Do tego oczywiście spotkania za znajomymi z całej Polski, bez których to nie byłoby to samo. Kilkanaście osób widziałem w Warszawie, które również były w Krakowie. Cieszy to, że ludzie mają wciąż niedosyt koncertów i jeżdżą po całej Polsce za różnymi zespołami. Wiadomo, że kosztuje to sporo wyrzeczeń, trochę zdrowia i niewygód. Ale coś za coś. Ja lubię sobie powspominać te wspaniałe chwile spędzone na koncercie, pełne emocji rozmowy tuż po nim. A siedząc w domu to wszystko by mnie ominęło. A zmęczenie, niewyspanie? To mija dosyć szybko i nie ma większego znaczenia. Gamma Ray w Krakowie i Iced Earth w Warszawie dostarczyły mi sporo radości i niesamowitych wrażeń. Te zespoły już od dawna mają miejsce w moim sercu i przy następnej okazji na pewno będę chciał je zobaczyć na żywo po raz kolejny.

Na koniec tradycyjnie pozdrowienia dla: wszystkich spotkanych w Krakowie, oraz wszystkich spotkanych w Warszawie i  szczególne pozdrowienia dla wszystkich spotkanych w Krakowie i Warszawie. I jeszcze słówko dla współpodróżników: dzięki Wam to zleciało o wiele szybciej!



Autor: Piotr "gumbyy" Legieć

Data dodania: 08.12.2011 r.



© https://METALSIDE.pl 2000 - 2025 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!