Blaze Bayley, Messenger, Mascalero Klub Madness, Wrocław - 21.09.2011
Przyznaję się, iż mam ogromną słabość do Blaze Bayleya i jego twórczości. Kibicuję mu i trzymam kciuki od pierwszej solowej płyty (jeszcze pod szyldem Blaze). Jak do tej pory każda z tych pięciu płyt nie zawiodła mnie i przyniosła sporo dobrej muzyki. Koncertowo Blaze Bayley to kawał heavy metalowego święta i sporo serducha na scenie. Tak samo było we wrocławskim klubie Madness.
Do klubu przybyłem około godziny 19-tej i o tej porze miał rozpocząć się występ pierwszego supportu, którym był zespół Mascalero. Występ tej wrocławskiej formacji rozpoczął się z godzinnym opóźnieniem i przy dość pustej sali. Heavy/hard rock w wykonaniu Mascalero specjalnie mnie nie porwał i nie wytrwałem do końca ich występu.
Kolejna pozycja wieczornego menu była dla mnie równie wielką niewiadomą jak pierwszy zespół. Niemiecki Messenger to kawał solidnego heavy metalu, zagranego z pewnym luzem i humorem. Słuchając i oglądając ten zespół na scenie nie sposób było stać z rękami w kieszeni. Muzycy na scenie robią sporo pozytywnego zamieszania, a wokalista "Siggi" dosyć szybko rozkręcił niezła zabawę pod sceną. Tutaj trzeba przyznać, że ma do tego spory talent i w kilka chwil publika była jego. Reszta muzyków również nie "przeszła" obok koncertu, wystarczy wspomnieć, iż w trakcie jednego kawałka basista i gitarzysta zrobili sobie wycieczkę ... w publiczność, oczywiście nie przerywając gry na swoich instrumentach. Publika stanęła na wysokości zadania i nie zabrakło wspólnych fotek z muzykami. Stylistycznie Messenger to klasycznie klasyczny heavy z Niemiec. Coś tak jakby zmieszać Helloween, Gamma Ray, Iron Saviour, Running Wild... i wycisnąć z tego esencję. Teraz wystarczy troszkę wyobraźni i już znamy dosyć dobrze twórczość tego zespołu. Zresztą koncertowe wykonanie "Dr.Stein" w sposób jednoznaczny określa korzenie tego zespołu. Messenger to całkiem niezłe show na scenie, a jego kulminacją było... ścięcie głowy muzycznego DJ przez wokalistę. Dokładnie tak było! Muzycy wytargali na scenę kukłę DJ siedzącego na krześle, ubranego w dres, czapeczkę z daszkiem, ciemne okulary i złote łańcuchy. Niestety biedaczek stracił swoją głowę po fachowym cięciu sporym mieczem. Po koncercie sprawdziłem w sieci i okazało się, iż Messenger rozpoczął swoją muzyczną drogę w 1990 roku i w swojej dyskografii ma 4 płyty studyjne. Myślę, że warto sprawdzić jak ten zespół prezentuje się w studyjnym graniu.
Początek koncertu gwiazdy wieczoru lekko mnie... zaskoczył. Zespół na scenie się ustawiał, testował i próbował. W pewnym momencie, tak po prostu z tego hałasowania wyłonił się utwór "The Brave" i koncert Blaze Bayley wystartował. Od razu pomaszerowałem pod scenę i po chwili ulokowałem się przy samej barierce. A tutaj w zasięgu ręki Blaze. Reszta muzyków z tyłu na swoich pozycjach i tak to wyglądało do samego końca tego koncertu. Cóż... tutaj należy wspomnieć, iż Blaze pożegnał się z poprzednimi muzykami (bracia Bermudez, Lawrence Paterson i Jay Walsh) z którymi nagrał płyty "The Man Who Would Not Die" i "Promise And Terror" i teraz wynajmuje sesyjnych instrumentalistów. Cóż... nie moją sprawą jest tutaj oceniać taki stan rzeczy i zaglądać komuś do portfela. Ok, wracajmy do koncertu, bo tutaj już maidenowy "Futureal". Kapitalny numer na koncertach, świetne wykonanie i konkretna zabawa pod sceną (szkoda tylko, że było tak mało ludzi). Nie da się ukryć, że na koncertach Blaze sporo ludzi wyczekuje tych numerów. Z dyskografii Iron Maiden poleciało jeszcze: "Lord Of The Flies", "Man On The Edge", mój faworyt "Virus" i potężnie brzmiący "The Clansman" na bis. Tutaj Bayley pokazał klasę i zaśpiewał ten ostatni numer w setliście po mistrzowsku. Zresztą przez cały koncert wokalnie było wyśmienicie i tutaj nie ma najmniejszych powodów do narzekania.
Jak wiadomo Blaze to nie tylko dwupłytowy epizod w Iron Maiden i oczywiście nie mogło zabraknąć kompozycji z płyt solowych. Z debiutu poleciało "Silicon Messiah", wspomniany "The Brave", "The Launch" i "Ghost In The Machine". Z dwójeczki otrzymaliśmy tylko "Kill And Destroy". Za to z albumu "Blood & Belief" były dwie kompozycje: "Ten Second" i "Soundtrack Of My Life". Dwie ostatnie płyty były reprezentowane przez kompozycje "Voices From The Past" i "Watching The Night Sky". Jak widać w większości były to szybkie, dynamiczne numery i jak nie od dziś wiadomo - właśnie takie najlepiej sprawdzają się na koncertach.
Blaze od samego początku koncertu nakręca publikę do jak największej zabawy. Co chwilę zaprasza do wspólnego śpiewania, krzyczenia i aktywnego uczestnictwa. Cały czas podkręca atmosferę i nieustannie dziękuje fanom za zabawę. Kilka razy pomiędzy utworami dziękował i zapewniał jak bardzo ważne jest dla niego wsparcie fanów. Cóż... Blaze w życiu raczej nie ma z górki i w ostatnich latach sporo przeszedł. Na szczęście na koncercie (jak i również przed i po) jest dla fanów i tylko dla nich. Tutaj nie ma gwiazdorzenia i dystansu - za to jest pełen kontakt i luz. Nie oszukujmy się: mała scenka, garstka ludzi przed nią, a Blaze zachowuje się jakby miał przed sobą kilkutysięczny tłum. Nie ma odpuszczania i przechodzenia obok - zabawa musi być na całego. Dla mnie to jest coś, co zawsze będę doceniał.
To był mój czwarty koncert Blaze Bayley i przyznaję, że po raz czwarty zostałem pozamiatany. Fakt, że muzyka tego wokalisty trafia do mnie w 100% sporo w takim odbiorze pomaga. Oczywiście mógłbym wymienić z kilkanaście utworów które chciałbym usłyszeć na tym koncercie, ale przecież nie o to tutaj chodzi. Nie warto skupiać się na tym czego nie było, bo lepszą opcją jest wspominanie tego, co się wydarzyło. A tutaj to same "smakołyki", a wśród nich wyróżniłbym kilka kompozycji. "Virus" - mój absolutny faworyt... mam ogromną słabość do tego numeru i nic na to nie poradzę. 'Ten Seconds" - chyba z najmniej docenianej płyty "Blood & Belief". "Kill And Destroy" - ten numer jest stworzony do grania na żywo. "Silicon Messiah" - ach te refreny... mmm... cudo. I na sam koniec "The Clansman" - tutaj nawet muzycy nakręcili się troszkę pośpiewali z nami.
Podsumowując... świetny koncert świetnego wokalisty. Blaze Bayley w doskonałej formie wokalnej i przez cały koncert śpiewał bez większego wysiłku. Szkoda, że nie ma ze sobą zespołu, tylko muzyków sesyjnych i w zasadzie na tym poprzestanę. Jeszcze większa szkoda, że frekwencja była taka marna... a kto nie był - ma czego żałować. Ja wiem jedno - kolejnego koncertu Blaze Bayley na pewno nie odpuszczę.
|