Sonisphere Festival 2011 - Praga


Sonisphere Festival 2011
Výstavistě Holesovice, Praga - 11.06.2011


W tym roku gwiazdą Sonisphere był Iron Maiden. Wybór wydawał się oczywisty. Emocje jednak chyba mniejsze niż w zeszłym roku, kiedy to dane było nam po raz pierwszy zobaczyć wspólne występu Wielkiej Czwórki. Mimo wszystko udałem się do Pragi, gdyż oprócz samej gwiazdy było tam kilka innych zespołów, które również mnie interesowały.

Niestety, z powodu opóźnień przegapiłem koncert Misfits, na który bardzo liczyłem, a także większość występu Niemców z Kreatora. "Violent Revolution" i "Enemy Of God" słyszałem jeszcze podczas czekania na wymianę biletów. Pod scenę dotarłem na kończący "Betrayer". Trochę szkoda, ale będę miał szansę nadrobić to na Wacken.

Kolejną kapelą, która wystąpiła tego dnia, był Cavalera Conspiracy. Zespół, w którym występuje dwoje założycieli legendarnej Sepultury - bracia Max oraz Igor Cavalera - nigdy mnie nie powalił swoimi dokonaniami studyjnymi. Na debiucie "Inflikted" znalazło się co prawda kilka konkretnych wałków, ale jak na nazwiska w creditsach płyty było to i tak dość mizerne. Sample z najnowszej "Blunt Force Trauma" sprawiły, że jej w ogóle nie przesłuchałem. Liczyłem jednak mimo wszystko na dobrą zabawę i to właśnie dostałem. Zaczęli od "Warlord", jedynej nowości w secie. Ostatecznie przekonała mnie ona, że jednak nie warto sięgać po najnowszą propozycję brazylijsko-amerykańskiego komando. Słabizna i tyle. Na szczęście chwilę potem się zrehabilitowali znakomitym "Inflikted", a zaraz potem poleciał "Sanctuary". Tutaj to dopiero rozkręciła się dobra zabawa. Czesi nieco przełamali stereotyp słabej publiki i nawet wyszły im podstawowe elementy dobrego thrashowego widowiska - ściana śmierci oraz circle pit. Potem poleciał "Terrorize" z debiutu. Przyszedł czas na pierwszy "cover" (jeżeli można to w tym przypadku tak nazwać) Sepultury w postaci nieśmiertelnego "Refuse/Resist". Następnie na scenę wstąpił Richie Cavalera, pasierb Maxa na co dzień grający w Incite, i wykonał razem z zespołem "Black Ark", w którym swego głosu użyczył także na płycie "Inflikted" sprzed trzech lat. Muszę powiedzieć, że ten moment spodobał mi się najmniej z całego ich występu. Na koniec obowiązkowy "Roots Bloody Roots", w którym refren chętnie skandowała publika. Była to wydłużona wersja tego utworu, z końcówką odegraną w bardzo szybkim tempie. Takie miłe pierdolnięcie na pożegnanie.

Kolejnym zespołem, który zaprezentował się tego dnia, był Mastodon. Obecnie jest to jedna z bardziej oryginalnych kapel na metalowym poletku, osobiście bardzo cenię sobie "Blood Mountain" z 2006 r. oraz "Crack The Skye" sprzed dwóch lat. Zaczęli jednak od czegoś starszego, mianowicie "Iron Tusk" z wydanego w 2004 r. "Leviathan". Świetny wybór na rozpoczęcie koncertu, szkoda tylko, że skutecznie spieprzony przez dźwiękowców. Perkusja była zdecydowanie zbyt głośna w stosunku do gitar, a żeby usłyszeć wokal trzeba było naprawdę wytężyć słuch. Starając się tym nie przejmować, wsłuchiwałem się w kolejne kompozycje, m.in. "March Of The Fire Ants", "Where Strides The Behemoth", "Mother Puncher", "Circle Of Cysquatch", "Aqua Dementia". Podczas tych kawałków dało się wyraźnie odczuć, że muzyka proponowana przez Mastodon zdecydowanie nie nadaje się na masowe festiwale. Jestem pewien, że w klubach, z dostępem do wizualizacji, wypadają znacznie lepiej. Nie mówię, że ich występ na Sonisphere był słaby. Było naprawdę w porządku, ale utwierdziłem się jedynie w przekonaniu, że aby móc w pełni delektować się wspaniałymi dźwiękami kreowanymi przez Amerykanów, muszę ich spotkać na ich własnej trasie, gdzie będą mogli wykorzystać swoje wszystkie zabawki. Na sam koniec zagrali "Crack The Skye", o dziwo jedyny reprezentant wciąż promowanej płyty o tym samym tytule oraz czadowy "Blood & Thunder". Jednak najbardziej spodobał mi się "Bladecatcher". Charakteryzuje się on wokalizami przepuszczonymi przez jakiś dziwny efekt, przez co nie można zrozumieć, co śpiewa wokalista. Na żywo zaprezentowano to troszeczkę inaczej - Brent Hinds, jeden z członków grupy, w miejsce opisanych wokaliz na zmianę wrzeszczał do mikrofonu oraz gwizdał, co wyglądało dosyć zabawnie.

Kilkadziesiąt minut później na scenę wkroczyli Szwedzi z In Flames. Przez ostatnie lata krytykowani za odcięcie się od death metalowych korzeni na rzecz ugrzecznionego, nowoczesnego grania. Z jednej strony muszę przyznać krytykom rację, chociaż z drugiej nigdy nie wgłębiłem się w ten zespół na tyle, by z powodu zmiany obranego przezeń kierunku cierpieć. Tym bardziej, że nowe oblicze In Flames także potrafi spłodzić ciekawe piosenki. Byłem bardzo ciekaw, jak grupa wypadnie na żywo. Muszę jednak powiedzieć, że po występie miałem dość mieszane uczucia. Na początku bowiem wydali mi się dosyć mizerni. Może dlatego, że zaczęli od piosenek, za którymi nie za bardzo przepadam, a były to m.in. "Cloud Connected", "Trigger", "Alias". Zespół zaczął też jakby na pół gwizdka, szczególnie Anders Friden, czyli wokalista, którego mina wskazywała na to, że scena Sonisphere Festival była ostatnim miejscem, w jakim chciał się znajdować. Poza tym przez nowy wizerunek dużo stracił (a przynajmniej ja to tak odebrałem), gdyż z sympatycznego dredziarza zmienił się w zarośniętego żula. A ten berecik pasuje do muzyki zespołu jak pięść do nosa. Po wymienionych utworach poleciała "Pinball Map", która jest jedną z moich ulubionych piosenek zespołu, a która również zabrzmiała raczej słabo. Potem nastąpiła mała niespodzianka. Szwedzi uraczyli nas singlem z nadchodzącej płyty "Sounds Of A Playground Fading". To znaczy, sam fakt, że go zagrali, nie jest żadnym zaskoczeniem. Chodzi mi o to, jak go zagrali. A muszę przyznać, że "Deliver Us", który początkowo w ogóle mnie nie przekonał, na żywo zabrzmiał o kilka klas ciężej, a dzięki temu lepiej. Niestety, wersja studyjna nie ma takiego mięcha. Szkoda, że panowie nie poszli za ciosem jeżeli chodzi o jakość wykonania. A mieli do tego niemałą okazję, gdyż w kolejce czekał już "Only For The Weak", który niestety zabrzmiał wyjątkowo "weak", a powinien był rozruszać publikę, a w tej sytuacji także i zespół. Chociaż widać było, że panowie powoli zaczynali łapać kontakt z publiką, coraz częściej było widać uśmiechy na ich twarzach, a Anders nagle zrobił się gadatliwy. Co prawda następny "Disconnected" wypadł nieco nudnawo, ale "The Mirror"s Truth" zabrzmiał dużo lepiej (jak to możliwe, że słabsze utwory wypadły na żywo dużo lepiej niż sprawdzone hiciory?). Potem kolejna nowość, "Where the Dead Ships Dwell", której szczerze mówiąc w ogóle nie zapamiętałem, co świadczy albo o mojej dziurawej pamięci, albo o niskim poziomie kompozycji. Podejrzewam, że oba czynniki wystąpiły w tym wypadku. Końcówka jednak wypadła już naprawdę mocno. Najpierw poleciało "The Quiet Place", potem jeden z moich ulubieńców "Take This Life" i finał, który naprawdę mnie rozwalił, a mianowicie "My Sweet Shadow". Naprawdę uwielbiam tę piosenkę, ale na żywo zyskała jakiegoś niesamowitego kopa, sprawiając, że stała się jednym z najmocniejszych punktów tego dnia. Szkoda, że dopiero pod koniec panowie się rozkręcili i pokazali co naprawdę potrafią. Wypada także wspomnieć o oprawie wizualnej, gdyż ta była naprawdę zacna. Spory banner z tyłu i dwa mniejsze z boku sceny, które zostały w pewnym momencie zdjęte, aby pokazać kilka rzędów reflektorów. Na dużej scenie robiły wrażenie, a w klubie muszą wyglądać naprawdę niesamowicie.

Korn to zespół, do którego mam sentyment. Kiedyś słuchałem go naprawdę sporo, szczególnie pierwszych dwóch płyt. Przez ostatnie kilka lat wracałem do niego raczej sporadycznie, ale mimo tego ich obecność na tegorocznym Sonisphere mnie ucieszyła. Choć z dawnego zespołu ostała się jedynie trójka, to muszę przyznać, że panowie naprawdę dali radę. Co więcej, moim zdaniem był to najlepszy po Iron Maiden koncert tego dnia. Zresztą już na samym początku przywalili dosyć mocno "Blind", czyli jedną ze swych sztandarowych piosenek. Widać było, że obecny skład jest już naprawdę zgrany i stabilny. Co prawda dwóch muzyków nie jest oficjalnie w zespole (jeden z gitarzystów oraz klawiszowiec), lecz perkusista Ray Luzier, który w 2007 r. zastąpił, moim zdaniem zupełnie nietrafionego, Terry'ego Bozzio wpasował się doskonale w styl zespołu, a jego żywiołowy sposób grania cieszył oczy. Zdziwił mnie dosyć nietypowy makijaż na twarzy Munky'ego, ale jeżeli facetowi nie przeszkadza to w graniu to nie mam o co się czepiać. Warto wspomnieć także o ubiorze wokalisty, Jonathana Davisa, który wystąpił w szkockim kilcie. Na poprzednich koncertach obecnej trasy preferował raczej gustowny dresik, ale granie na dudach (co zaprezentował w "Shoots & Ladders") wygląda dużo lepiej w tradycyjnej, szkockiej spódnicy. We wspomniany kawałek wpleciona została agresywna partia z "One" Metalliki. Poza tym usłyszeliśmy wiązankę największych hitów kapeli, tj. "Here To Stay", "Freak On A Leash" (z końcówką w postaci "Breathe" Pink Floyd), "Got The Life", "Falling Away From Me". Z ostatniego longplaya, "III - Remember Who You Are", zabrzmiały dwie kompozycje - singlowy "Oildale (Leave Me Alone)" oraz "Pop A Pill". Gdzieś pomiędzy tymi wszystkimi utworami znalazł się "4 U", spokojny przerywnik z wydanej 12 lat temu "Issues". Na sam koniec zostaliśmy potraktowani zlepkiem ośmiu utworów, z których siedem najwidoczniej było zbyt słabych, aby zagrać je w całości, a jeden nie był własnością zespołu. Mowa o "Coming Undone", który płynnie przeistoczył się w "We Will Rock You", "Twisted Transistor", "Make Me Bad", "Thoughtless", "Did My Time", "Clown" oraz "Y'all Want A Single". Ciekawy pomysł i nienaganne wykonanie. To, co zwróciło moją uwagę, to zmiany w aranżacjach niektórych utworów. Fajnie, że zespół nadal kombinuje ze starymi utworami. Zaprezentowany został nam najnowszy numer grupy, "Get Up", który utrzymany jest w konwencji popularnego ostatnio dubstepu. Dla jednych to pewnie zaleta, że zespół podąża za najnowszymi trendami. Inni woleliby, aby grupa trzymała się wypracowanego stylu. Patrząc jednak na karierę Korna, z pewnością bardziej zadowolona jest ta pierwsza grupa fanów.

Przyszła pora na zespół, dla którego zebrało się w Pradze kilkadziesiąt tysięcy fanów. Myślę, że to wystarczy za wstęp, gdyż opisywanie muzyki Iron Maiden, ich historii oraz statusu wśród metalowej braci minęłoby się z celem. Tuż przed 21 wybrzmiał cover UFO "Doctor, Doctor", który służy niejako za znak, że występ za chwilę się rozpocznie. Gdy piosenka dobiegła końca, rozbrzmiało intro do "Satellite 15... The Final Frontier" z ostatniego krążka, a na telebimach pojawiła się stosowna animacja, która wobec oczekiwania na Maiden wydawała się dłużyć w nieskończoność. Po kilku minutach zespół wkroczył na scenę i zaczęli pierwszym kawałkiem z ostatniej płyty. W uszy rzuciło się dobre nagłośnienie, które w porównaniu z poprzednimi występami było dużo bardziej selektywne oraz głośniejsze (na poprzednich zespołach można było swobodnie prowadzić konwersacje w pierwszych rzędach "zwykłej" płyty). To, co mnie bardzo pozytywnie zaskoczyło, to wykonanie nowych utworów. Z płyty mnie zwyczajnie nudziły, a na żywo nie odbiegały od klasyków Żelaznej Dziewicy. Najlepiej wypadł "When The Wild Wind Blows", który mimo swej długości (10 minut) ani trochę nie nużył. Z "The Final Frontier" panowie zagrali także "El Dorado", "The Talisman" oraz "Coming Home". Ja tu o nowym materiale, ale czymże byłby koncert Iron Maiden bez, nomen omen, żelaznych klasyków? Już jako trzeci odegrany został "2 Minutes To Midnight" ze wspaniałego "Powerslave". Widać było wyraźną różnicę w przyjęciu starych oraz nowych utworów, i choć Bruce zachęcał do śpiewania także przy nowościach, dużo głośniej było na starociach. Z tej kategorii można było także usłyszeć "The Trooper", który wyrósł na najmocniejszy punkt koncertu. Brytyjczycy zagrali także "The Evil That Men Do", podczas którego wyskoczył Eddie w nowej, kosmicznej odsłonie. Jak zwykle najwięcej czasu poświęcił na "bójkę" z Janickiem, który faktycznie upadł na ziemię i przez kilkanaście sekund się nie podnosił. Widocznie nie było to zaplanowane, gdyż Bruce, zaaferowany tym zdarzeniem, przestał śpiewać i wpatrywał się w leżącego gitarzystę. Po chwili maskotka dostała do rąk gitarę, która wyglądała na śmiesznie małą w jej rękach. Na koniec podstawowego seta obowiązkowe "Fear Of The Dark" oraz "Iron Maiden", odśpiewane w dużej mierze przez publikę. Podczas tego ostatniego zza sceny wyłoniła się ogromna głowa Eddiego oraz dwie trzypalczaste łapy. Robiło to niesamowite wrażenie, do tej pory nie widziałem chyba tak wielkiego elementu dekoracji na koncercie. Następnie Bruce podziękował i zespół zszedł ze sceny, ale nie było wielkim zaskoczeniem, gdy po kilku minutach wybrzmiały słynne słowa "Woe To You Oh Earth and Sea..." i rozpoczęło się szaleństwo w postaci "The Number Of The Beast". W rogu sceny ukazał się diabeł, który idealnie pasował to tekstu kompozycji. Koncert powoli dobiegał końca, ale przed nami pozostały jeszcze dwie piosenki, i to nie byle jakie. Pierwszy odegrany został "Hallowed Be Thy Name", jeden z najgenialniejszych utworów, jakie kiedykolwiek powstały. Publika, mimo sporego zmęczenia niemal dwugodzinnym koncertem, nadal dawała z siebie wszystko. Ostatnim utworem, jaki wybrzmiał w Pradze, był stareńki "Running Free", podczas którego Dickinson przedstawił członków zespołu, a na końcu grzecznie pożegnał się z fanami. I niestety koniec tego wspaniałego wieczoru. Myślę, że Iron Maiden idealnie nadaje się do imprez typu Sonisphere, gdyż nieważne jest, kto gra przed nimi - oni i tak na końcu rozwalą wszystkich. Jest to moim skromnym zdaniem najlepsza kapela koncertowa na świecie, a z wiekiem tylko szlachetnieją. Warto dodać, że na potęgę, jaką prezentują na koncertach, wpływa nie tylko fantastyczna muzyka, ale także zachowanie na scenie. Najwięcej zamieszania wprowadza oczywiście Dickinson, który lata od jednego końca do drugiego, często zagaduje fanów, sypie typowo brytyjskimi żartami, a na opisywanym koncercie ślizgał się nawet po mokrej od deszczu scenie. Reszta zespołu nieco bardziej statyczna, może oprócz Janicka Gersa, który uprawiał akrobatykę ze swoją gitarą oraz Steve'a Harrisa celującego basem w fanów. Myśl, że ten zespół kiedyś odejdzie (a nastąpi to zapewne w przeciągu kilku najbliższych lat), smuci mnie ogromnie, tym bardziej, że żaden młody zespół nie jest w stanie nawet zbliżyć się do ich poziomu.



Autor: s7mon

Data dodania: 18.06.2011 r.



© https://www.METALSIDE.pl 2000 - 2024 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!