Kat z Romanem, 220 Volt Alibi, Wrocław - 27.02.2011 r.
Koncert Kata we wrocławskim Alibi był moim pierwszym w roku 2011, więc miałem nadzieję na rozpoczęcie w dobrym, mocnym stylu. Nigdy wcześniej nie widziałem Kata w żadnym wydaniu - ani najsłynniejszym, z Luczykiem i Osetem, ani obecnym, z Kostrzewskim i Lothem. Poza tym słyszałem wcześniej, że na koncertach grają materiał z nadchodzącej płyty "Biało-Czarna", co jeszcze bardziej zachęciło mnie do udania się na ich występ.
Zaraz po wejściu do klubu spotkała nas niespodzianka. Przy barze siedział nie kto inny, jak Romek Kostrzewski. Wokół niego zebrała się grupka fanów, prosząca o autografy i wspólne zdjęcie. Sam skorzystałem z okazji i zrobiłem sobie z mistrzem fotkę. O 20 na scenę wszedł 230 Volt, który pełnił rolę supportu. O tym, że w Alibi wystąpi ktoś oprócz Kata dowiedziałem się dopiero jakieś 3 dni przed imprezą, przez co nie zdążyłem sprawdzić, co chłopaki grają. Okazało się, że jest to hard rock wymieszany z heavy, przypominający dokonania TSA. Lider grupy, który zdzierał gardło przy mikrofonie i walczył z gitarą, wyraźnie fascynuje się Zakk'iem Wylde, ubierając się identycznie jak Amerykanin. 30 minut z zespołem 230 Volt minęło dosyć szybko. Zdecydowana większość zignorowała ich występ, jednak małą grupę pod sceną rozbujali.
Potem nastąpiła straszliwie długa przerwa. Nie wiem, czym było to spowodowane, ale wyglądało to tak, jakby nie mogli się zdecydować, kiedy wyjść na scenę. Jednak w końcu zjawili się i zaczęli od mocnego uderzenia w postaci piosenki "Bramy Żądz". Uwielbiam "Oddech Wymarłych Światów", więc trudno mi było sobie wyobrazić lepsze rozpoczęcie. Jak można się było spodziewać, zabawa pod sceną rozpoczęła się już przy pierwszych taktach muzyki i utrzymało się to do samego końca. No ale jak tu stać nieruchomo, gdy leci klasyk za klasykiem? Po otwarciu "Bram Żądz" zostaliśmy zaatakowani jeszcze przez dwa starocie: "666" i "Noce Szatana". Stare katowskie kawałki to dla mnie jedne z najlepszych rzeczy w polskim metalu, więc cieszyłem się jak dziecko, gdy je grali. Ale bądźmy szczerzy - czy na ich koncercie mogłoby ich zabraknąć? Jednak po takim wejściu przyszedł czas na nowe kompozycje. Najpierw "Maryja Omen", a następnie "Szkarłatny Wir". Muszę powiedzieć, że byłem bardzo pozytywnie zaskoczony tymi kompozycjami. Można w nich wyczuć zarówno typowo katowskie patenty, jak i naleciałości nowej szkoły. Kolejny utwór to "Łoże wspólne, lecz przytulne", czyli coś dla fanów dokonań zespołu z lat 90-tych. Dobre wykonanie, aczkolwiek dużo bardziej wolałbym usłyszeć coś z "...Róż miłości...". Następnie przyszedł czas na zwolnienie w postaci nowej ballady. Szczerze mówiąc w ogóle mi się nie spodobała. Nie jestem w stanie podać konkretnej przyczyny, po prostu jakoś nie przypadła mi do gustu. Może w wersji studyjnej bardziej mnie przekona. Następnie czwarta i przedostatnia nowość "Z Boskim Zyskiem". Ta piosenka się obroniła, aczkolwiek spośród wszystkich zaprezentowanych nowych utworów właśnie te dwa uważam za najsłabsze. Może na ich odbiór wpływ miało słabe nagłośnienie. Gitary były zdecydowanie za głośno (co najbardziej dało się odczuć w spokojniejszych fragmentach), a ze śpiewu Romana często nie dało się rozróżnić słów. Chociaż tutaj oprócz nagłośnienia można zrzucić winę na to, że był nieźle podpity. Między utworami gadał straszliwe głupoty, a do wymówienia wyrazu "spokojnie" przymierzał się pięć razy. Ale fajnie chociaż, że mówił cokolwiek, dzięki temu utrzymywał dobry kontakt z fanami. Następnie kolejne dwa utwory z lat 90-tych: fantastyczne "W bezkształtnej bryle uwięziony" (na żywo riffy brzmią jeszcze lepiej) oraz nieco gorsze "Szydercze Zwierciadło". Potem ostatnia nowość. Kilkanaście dni wcześniej Kat opublikował ten utwór w całości w Internecie. Mowa o "Milczy Trup". Trzeba powiedzieć, że spisał się znakomicie. Typowy killer, na koncercie wyrósł na jeden z najmocniejszych punktów całego koncertu.
Następnie zespół już na dobre wrócił do lat 80-tych (z jednym, małym wyjątkiem). Na początek jeden z moich faworytów - "Mag-Sex". Utwór odegrany wraz z cudownym intrem zabrzmiał naprawdę potężnie, a cała sala wykrzykiwała refren wraz z Romkiem. Potem kolejny fantastyczny "sing-along": "Głos z Ciemności". Wrocław znów pokazał, że potrafi śpiewać. Potem utwór, o który zaczęli prosić fani już po mniej więcej czwartej piosence. Z rozbudowanym wstępem "Wyrocznia" zrobiła to, co do niej należało - zrównała całe miejsce z ziemią. Na dobitkę poszedł jeszcze "Porwany Obłędem". Potem nastąpiła dłuższa przerwa, podczas której Kostrzewski oznajmił, że w tym momencie mieli zwyczaj schodzić ze sceny i wracać na bisy, jednak dzisiaj nie zrobią tego i od razu zagrają to, co mają zagrać. Nie wiem, dlaczego tak było. Może spieszyli się do domów? W sumie i tak dobrze, że zagrali pełnego seta. Jako pierwsza poszła "Łza dla cieniów minionych", w której znów wokalnie udzielała się publika, a na sam koniec "Diabelski Dom, cz. I".
Kat z pewnością nie zawiódł. Stare utwory brzmiały fantastycznie, a nowe kompozycje zaostrzyły mój apetyt na nowy krążek. Sam frontman również nie rozczarował - zaprezentował nam naprawdę świetną choreografię. A o samej intensywności koncertu może świadczyć fakt, że w moshu rozciąłem sobie łuk brwiowy. Z niecierpliwością czekam na "Biało-Czarną", a potem koncert (obiecali nam, że przyjadą za rok), aby pośpiewać sobie z Romanem nowe kawałki.
|