Helloween / Stratovarius - Kraków


Helloween, Stratovarius, Avatar
Kraków - 18.12.2010 r.


Do krakowskiego Klubu Studio wybrałem się po raz drugi w okresie 20 dni. Tym razem miałem przyjemność oglądać na scenie zespoły Avatar, Stratovarius i Helloween. W podróż do Krakowa udałem się pociągiem, a w związku z ostatnimi "numerami" naszej kochanej PKP postanowiłem pojechać odrobinę wcześniej. Tak, żeby zachować margines czasu na ewentualne opóźnienia. Okazało się to niepotrzebne, gdyż pociąg na wrocławskim dworcu zameldował bez najmniejszego opóźnienia i w Krakowie było podobnie. Kwadransem spóźnienia na 260 km przecież nikt nie zawraca sobie głowy. Miałem zatem lekki zapas czasu, który spędziłem w sklepie z płytami (bez zakupów) i w przyjemnej pizzerii w okolicy miejsca koncertu. W Klubie Studio zameldowałem się kilkanaście minut po 19-tej, formalności z wejściem do środka, zakup piwa w barze i już na scenie zameldował się pierwszy zespół.

Był to oczywiście Avatar ze Szwecji. Szczerze mówiąc z koncertu zapamiętałem wokalistę (Johannes Eckerström), który popijał wodę z plastikowego... kanistra o pojemności 5l. Wyglądało to przekomicznie i lekko bezsensu. Ale nie mój cyrk i nie moje małpy - jak to się mawia. Muzycznie Avatar to trochę ciężkości, trochę melodii i to tyle. Generalnie występ Szwedów nie zrobił na mnie większego wrażenia i tyle na ten temat. Pod sceną garstka ludzi, ale stopniowo tłumek zaczyna gęstnieć. Ja zaczynam sobie pilnować miejsca po prawej stronie sceny patrząc od przodu. Po prostu na Helloween wolę stać tam gdzie przebywa Michael Weikath i Markus Grosskopf. Na poprzednim koncercie Helloween stałem z drugiej strony i troszkę tam nudno było. Ale teraz nie o tym. Avatar produkował się na scenie ok. 30 minut i myślę, że to było w sam raz. Po występie Szwedów techniczni w ekspresowym tempie posprzątali co trzeba i na scenie pozostał sprzęt dla Finów ze Stratovarius.

Klimatyczne intro i na scenie po kolei meldują się muzycy popularnego Stratka. Powiem szczerze, że jakoś tak nastawiłem się niezbyt "optymistycznie" na ten koncert i spodziewałem się przeciętnego show. Miało to chyba związek z poprzednim moim spotkaniem z tym zespołem. Miało to miejsce na Wacken w 2007. Pamiętam ten żar lejący się z nieba i masakryczne warunki do oglądania koncertu o godzinie 15-tej. W Studio było o niebo lepiej. Stratovarius zagrał świetny koncert, muzycy postarali się o niezłe show. O bardzo dobrym dźwięku nie ma co się rozpisywać, bo ostatnimi czasu to już u nas norma. Muszę przyznać, że sporo w tej kwestii się zmieniło na plus w ostatnich latach. Wracając jednak do koncertu Stratovarius - muszę dodać jeszcze całkiem niezłą setlistę. Wielkim fanem tego zespołu nie jestem i zbyt często ich płyt nie słucham. Oczywiście mam swoje ulubione kompozycje i na koncertach ich właśnie oczekuje. Tym razem muszę być zadowolony, gdyż poleciało m.in.: "Kiss Of Judas", "Against The Wind", "Eagleheart", no i oczywiście moje dwa "michałki": "Hunting High And Low" i "Black Diamond". Te dwa ostatnie utwory zamykały występ Finów. Jedyny minus należy się za kawałek "Paradise". Stratovarius na scenie to dosyć sprawna ekipa. Widać, że każdy z muzyków wie co ma robić na scenie i wygląda to całkiem dobrze. Oczywiście najwięcej "udziela się" wokalista Kotipelto, który dosyć szybko złapał kontakt z publicznością. Fani nie zawiedli i od samego początku były śpiewane refreny i dosyć szybko pojawili się ludzie bawiący się w "head diving". Był to naprawdę świetny występ zespołu Stratovarius. Po 2-3 kawałkach włączył mi się koncertowy przycisk "zabawa" i od tego momentu odbierałem to wszystko w samych pozytywach. Dodatkowo wspomniane już utwory z setlisty wprowadziły mnie w doskonały nastrój. I to chyba było zadaniem tego zespołu. Przecież główna gwiazda wieczoru dopiero miała się pojawić.

Po raz drugie tego dnia na scenie pojawiła się gromadka technicznych, którzy tym razem w ekspresowy sposób wynieśli wszelki osprzęt. Na scenie pozostały tylko helloweenowe zabawki i rozpoczął się czas oczekiwania na ten niemiecki zespół. Oczywiście techniczni jeszcze kilka razy posprawdzali kolejne instrumenty i troszkę pokręcili się po scenie. A to jeszcze ktoś dołożył ręczniki, ktoś inny posprawdzał poprzyklejane setlisty, a jeszcze inny magik tylko groźnie zlustrował całą scenę. Najwyraźniej wszystko było jak należy, bo chłopaki zakończyli swoją robotę. Jeszcze chwila spokoju i w końcu szef wszystkich szefów zamrugał latarką do akustyka i ten wygasił w klubie światła, włączył odpowiednie oświetlenie sceny i odpalił kawałek AC/DC - For Those About To Rock (We Salute You). Po nim poleciało intro znane z płyty "Walls Of Jericho" i na scenie zameldowali się muzycy Helloween.

Koncert rozpoczął się od utworu "Are You Metal?" z nowej płyty ("7 Sinners"). Tutaj od razu publiczność wyśpiewała refren, co mocna zadziwiło Derisa. Wokalista szybko podłapał temat i to fani grali główną rolę w kolejnych refrenach. Po prezentacji nowej kompozycji zespół od razu przeszedł do kontruderzenia i zaserwował z marszu "Eagle Fly Free". Klasyk nad klasykami i w Studio zrobiło się naprawdę gorąco. Oczywiście nie muszę wspominać, że zabawa przy tym utworze był znakomita. To jeden z moich ulubionych utworów w dyskografii tego zespołu. Tutaj tekst to śpiewali chyba wszyscy. Po tym kawałku mała przerwa i Andi wita się z fanami. Po czym zapowiada coś z dawnych czasów, a Grosskopf plastycznie podpowiada robiąc z palców ludzika, który maszeruje... Wszystko układa się w całość pod tytułem "March Of Time". No i doskonale. Kolejny mocny punkt tego koncertu. Tutaj "tradycyjnie" zwracam uwagę jak bardzo Deris męczy się w wokalach i trochę szkoda mi chłopa. Sporo tutaj górek, a obecny wokalista nie jest mocny w tym temacie. Generalnie całość na plus. Po tym utworze na scenie pozostał tylko Sascha Gerstner i kilka minut piłował na swoim wiośle. Niewiele się zmieniło w tym temacie od 2007 roku gdy widziałem Helloween po raz ostatni - solo dalej takie nijakie... Kolejna pozycja to ponownie promocja nowej płyty. Tym razem padło na "Where The Sinners Go", który otwiera album "7 Sinners". Całkiem dobra kompozycja i na żywo spokojnie się wybroniła. Następny numer w dyniowatej setliście to spore zaskoczenie jak dla mnie. "Steel Tormentor" to kawałek, który bardzo lubię i jeszcze nigdy wcześniej nie słyszałem go na koncercie. To takie granie jakie lubię w tym zespole. Bez specjalnego kombinowania, melodyjnie i do przodu. O to właśnie chodzi. Teraz czas na kolejną przerwę i solowy popis. Tym razem chwilę sam na sam z publicznością miał perkusista Dani Löble. Tutaj było znacznie pozytywniej, niż w przypadku gitarzysty... ale coś mi się zdaje, że to też nie było nic nowego. Odniosłem wrażenie, że to taki sam zestaw perkusyjnych sztuczek, jakie Dani grał na wcześniejszych trasach... a może się mylę? Starość nie radość i pamięć już nie ta. Perkusyjne solo bardzo sprawnie przerodziło się w kolejną pozycję w setliście. "I'm Alive" i nie ma zmiłuj. Cóż... mam słabość do tych wszystkich "Keeperowych" utworów z czasów Kiske. Czy to koncert Helloween, czy Gamma Ray - zawsze największą frajdą jest coś z tych dwóch płyt. I już. Oczywiście sporo śpiewania, mnóstwo zabawy i powoli mój głos zaczyna dopominać się o swoje prawa. Jak zwykle nie robi to na mnie większego wrażenia. Po tym starociu zespół zafundował nam szybki przeskok do teraźniejszości i otrzymaliśmy trzeci i ostatni akcent z najnowszej płyty. Andi troszkę się rozgadał i zapowiada kawałek o nas wszystkich... "You Stupid Mankind" to w zasadzie najsłabszy moment tego koncertu. Po prostu to jest słabsza kompozycja i taka niezbyt koncertowa. Można było lepiej wybrać z utworów z nowej płyty. Po tej "chwili słabości" na scenie pozostał tylko Deris i Gerstner, a na scenie pojawiły się krzesełka do siedzenia i akustyczne gitary. Andi rozpoczyna gadkę, że podczas koncertu mamy momenty szybkiego grania, które muszę przeplatać się z takimi wolniejszymi. To raczej oczywiste, a ja zastanawiam się cóż to za cudo będzie. Mam jak najgorsze obawy i w zasadzie "dostałem to com chciał" (cytując klasyka). "Forever And One (Neverland)" to balladka jakich po prostu nie znoszę. Niestety Helloween ma w swojej dyskografii kilka takich "sweet potworków" i ja nigdy do nich się nie przekonam. Ogólnie zresztą w temacie ballad mam jakieś "uprzedzenie" i zaledwie kilka potrafię wysłuchać w całości bez bólu zębów. A na te cukierkowe mam po prostu uczulenie. Jakoś przenudziłem się te kilka minut i doczekałem się kolejnej niespodzianki w setliście. Może nie takiej 100%, bo jednak widziałem wcześniej setlisty z innych koncertów, ale i tak "A Handful Of Pain" to spore zaskoczenie. Lubię ten kawałek na płycie i spodziewałem się niezłego koncertowego wykonania. Jednak jakoś nie zostałem powalony... może jeszcze muliłem się po poprzedniej balladzie? Hehe... może i tak było. Kolejna przemowa Derisa i tym razem opowiada o wielominutowych kolosach w dyskografii Helloween. Mówi, że jakby chcieli odegrać je wszystkie to pół koncertowego czasu zostałoby wykorzystane, w związku z tym przygotowali medley z najważniejszymi częściami historii o Strażniku i właśnie teraz to zademonstrują. No i pograli kilkanaście minut i odegrali fragmentami "Keeper Of The Seven Keys", "King For A 1000 Years" i zakończyli "Halloween". Wyszło to nieźle, ale chyba wolałbym po prostu tylko "Halloween" w całości, bo uwielbiam bezgranicznie ten kawałek. Cóż... nie tym razem. A medley wyszedł naprawdę zgrabnie i potężnie. Nie było chwili odpoczynku, bo Helloween od razu wyskoczył z kolejnym klasykiem. "I Want Out", ale ręczę głową, że nikt nie chciał wychodzić i o dłużyznach nie było mowy. Dla mnie to wiadomo, że znowu "dzień dziecka", ale muszę przyznać, że refreny robiły wrażenie na muzykach. Było cholernie głośno. Utwór poprzeciągany do granic możliwości, Deris zabawia publiczność, zadając kolejne tematy do śpiewania. Nie brakuje dzielenia publiczności i przeróżnych wariacji. Po tym kawałku zespół opuszcza dosyć szybko scenę i dosyć szybko nią wraca.

Czas na dwa planowe bisy. "Future World" i "Dr.Stein". Pierwszy to ponowna zabawa ze śpiewem publiczności. Tutaj dosyć zabawna historyjka i niemałe zaskoczenie dla Derisa. Tradycyjnie podkręcał publiczność do co raz głośniejszego śpiewu i motywował tym, że dzień wcześniej w Warszawie ludzie byli bardzo głośni. Ot takie zwykłe gadanie, żeby wszyscy przyłączyli się do zabawy. Okazało się jednak, że ludzie w Krakowie niezbyt przepadają za mieszkańcami stolicy i jak tylko Deris wspominał to miasto, to w odpowiedzi słyszał spore buczenie. Trochę się tym zadziwił, później sprawdził czy rzeczywiście to działa i bardzo sprytnie wykorzystał do jeszcze większej mobilizacji. Oczywiście na końcu zabawy przyznał, że to jednak dzisiaj było głośniej. Jak wspomniałem wcześniej - zwykłe gadanie, ale zawsze większość reaguje na to bardzo entuzjastycznie... Drugi bis to nieśmiertelny "Dr.Stein" i tutaj razem z zespołem na scenie pojawiło się kilkunastu... doktorów. Muzycy zorganizowali na całej trasie konkurs pod tytułem "Are You Dr.Stein" i poprzebierani fani mają szansę wyskoczyć na scenę z Helloween. Dosyć komicznie to wyglądało, muzycy też mieli z tego sporo radości. Hitem było na samym zakończeniu, gdy zespół gra już tylko takie przeciągające dźwięki, jak Weikath oddał jednemu z doktorów swoją gitarę i chłopak mega profesjonalnie odnalazł się w tej roli i w sposób znakomity dokończył ten koncert. Odegrał mini solo razem z zespołem i w sposób oczywisty zakończył występ Helloween w Klubie Studio. Muzycy sprytnie wykorzystali zamieszanie na scenie i momentalnie ulotnili się na back stage. Pozostało tylko kilkunastu doktorów, którzy wyglądali jakby byli rodem z Monty Pythona. Tym samym ten świetny koncert dobiegł końca. Helloween na scenie to typowa koncertowa maszyna. Tutaj każdy z muzyków ma swoje miejsce, swój świat i swoją robotę do wykonania. I nie chodzi tylko o idealne odegranie swoich partii. Koncert to też trochę zabawy i życia na scenie. Helloween od zawsze to pokazują i to sprawia, że ich koncerty pozostawiają pozytywne wrażenia. Może być słabsza setlista, może być Deris w słabszej formie, ale zaangażowaniem, wygłupami zawsze sporo nadrabiają. Oczywiście trudno tutaj mówić o wielkiej spontaniczności zespołu, bo to w większości i tak jest z góry zaplanowane, ale chodzi o to, że im się chce to robić. W Krakowie dali świetny występ i chyba najlepszy z tych co widziałem. Niebagatelną rolę odegrała tutaj setlista: 6 utworów z płyt "Keeper Of The Seven Keys I & II, kolejne dwa odegrane we fragmentach, ponadto "Steel Tormentor". A z nowej płyty 2 z 3 utworów całkiem dobre. Takie zestawienie musiało dobrze wpłynąć na mój odbiór tego koncertu. Wiadomo, że zawsze można powiedzieć, że zabrakło na przykład "Power", czy "Sole Survivor", no ale ja już dawno temu przestałem marudzić, czego zabrakło. Zawsze wolę się skupić na tym co było zagrane.

Po koncercie odnajduję metalsajdową ekipę w składzie Ramza, Vader i Żelazny. Przywitaliśmy się podczas koncertu, bo przez chwilę staliśmy w zasięgu ręki. Niestety nie mam zbyt wiele czasu na pogawędki, gdyż mój pociąg planowo odjeżdża za godzinę z małym hakiem. Zmiana rozkładu jazdy na PKP i powrót mam półtorej godziny wcześniej w porównaniu do stanu poprzedniego. To spory plus, bo zawsze to milej być szybciej w domu. Jednak ominął mnie spory spacer na krakowski dworzec, bo zabieram się z chłopakami samochodem do Katowic (dzięki!). Tą podróż będę długo pamiętał, gdyż czułem się jak w filmie samego Quentina Tarantino (chłopaki wymiatacie!!). W Katowicach jestem 20 minut przed "moim" pociągiem i mam nadzieję, iż jedzie on zgodnie z planem. Troszkę się motam na nowym (remontowanym) dworcu, wreszcie odnajduję kasy biletowe, sklepik spożywczy i niecierpliwie oczekują jakiejkolwiek informacji o pociągu. Oczywiście nie działają tradycyjne tablice informacyjne, a do kasy nie chciało już mi się maszerować. Jak znam życie w kasie panie i tak by nic nie wiedziała o ewentualnym opóźnieniu. No i wreszcie punktualnie (SZOK!) o 2:40 pojawił się mój "krakowski" pociąg. Szybka instalacja w przedziale, budzik w telefonie i jazda do domu. Do Wrocławia dojeżdżamy prawie wzorcowo, bo przecież 30 minut opóźnienia z Katowic do Wrocławia nie robi na nikim wrażenia. Kolejne 30 minut i osiągam stan pełnego zadowolenia... To ta chwila, gdy wróciłem do domu, zmęczony po koncercie i podróży, śpiący, zachrypnięty i z szumem w głowie. Szykuję się do zasłużonego odpoczynku po tych 22 godzinach poza domem i tak sobie myślę: "cholera, to był naprawdę dobry koncert".



Autor: Piotr "gumbyy" Legieć

Data dodania: 04.01.2011 r.



© https://www.METALSIDE.pl 2000 - 2024 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!