Therion, Loch Vostok, Leprous Kraków - 28.11.2010 r.
Ostatni raz zespół Therion na scenie widziałem w 2007 roku. A dokładnie na festiwalu Wacken Open Air. W tym samym roku zaliczyłem jeszcze 2 koncerty w Polsce (Kraków i Warszawa). Podczas tego drugiego zespół nakręcił DVD "Live Gothic" i właśnie ten występ zapadł mi najbardziej w pamięci. Po 3 latach nadarzyła się okazja to ponownego zobaczenia i usłyszenia tego zespołu na żywo. Therion zaplanował 2 koncerty w naszym kraju i mój wybór padł na ten krakowski. Tutaj zadecydowały względy logistyczne, po prostu z tego miasta mam lepszy nocny powrót do domu. W Warszawie na pewno przewagą była lokalizacja, gdyż Stodoła to znacznie większy klub niż Studio. Nikt ze znajomych nie kwapił się do tego wyjazdu, więc zapowiadało się na kolejną samotną wycieczkę. Jednak dzień przed koncertem odezwał się do mnie nieznajomy mi chłopak, który również wybierał się samotnie do Krakowa. Szybko ustaliliśmy najkorzystniejszą opcję pociągową i umówiliśmy się na dworcu. Tutaj pakujemy się do wagonu i ruszamy zgodnie z planem. Dalsza część podróży to "nic specjalnego", więc w skrócie mówiąc wszystko przeleciało jak w scenariuszu brazylijskiej telenoweli.
Pod Klubem Studio meldujemy się chwilę po 19-tej i pokornie oczekujemy w kolejce do wejścia. Na dworze lekki mróz - to pani zima upomniał się o swój czas... Tymczasem w środku na scenie pojawił się pierwszy support i załapałem się na kilka utworów tej kapeli. To był zespół Loch Vostok, który zaprezentował coś w stylu agresywnego, prostego heavy metalu. Niby miało być progresywnie, ale to przesada tak mówić o tym co zagrał ten zespół. Mnie ta muzyka zupełnie nie ruszyła i po kilku utworach poszedłem po piwo. Kolejny support zameldował się na scenie w ekspresowym tempie i był to zespół Leprous. Przyznam, że tutaj było jeszcze gorzej. Dużo smęcenia, odjazdów w dziwnych kierunkach i generalnego hałasowania na scenie. Zupełnie nie zrobiło to na mnie wrażenia. Szczerze mówiąc to nie mogłem się doczekać końca tego grania. Wreszcie drugi support zakończył swój występ, a ja powędrowałem w okolice barierki. Przerwa przed występem gwiazdy wieczoru nie trwała zbyt długo i egipskie ciemności w Klubie Studio zapadły dosyć szybko. Lekkie światło na scenie i intro w głośnikach... jednym słowem - zaczynamy!
Therion na scenie to świetne widowisko. Mamy tutaj troszkę teatru i mnóstwo doskonałej muzyki. Niedawno lider zespołu Christofer Johnsson dosyć solidnie przemeblował skład koncertowy i teraz wydaje się on mocniejszy niż wcześniej. Za żeńskie wokale odpowiadają znane już fanom diwy: Katarina Lilja i Lori Lewis, które odpowiadają za gotycko-operowe wokale. Męskie głosy to Snowy Shaw (również wcześniej śpiewał w Therion) i Thomas Vikstrom (epizod w Candlemass). Snowy oczywiście "obsługuje" wszelkie wrzaski, black metalowe skrzeki i te bardziej ekstremalne tematy, nie pomijając oczywiście zwykłego śpiewu. Natomiast Thomas to bardziej heavy i rockowe klimaty. Nowym gitarzystą został nieustannie uśmiechnięty Christian Vidal, a na basie grał sam Waldemar Sorychta, którego chyba nie trzeba przedstawiać. Za bębnami siedział Johan Koleberg. Dodając do tego Christofera Johnssona mały cały Therion Anno Domini 2010. Muszę przyznać, że ten obecny skład koncertowy jest naprawdę mocarny i chyba najlepszy w historii.
Koncert rozpoczął się (bardzo punktualnie!) od kawałka tytułowego z najnowszej płyty, czyli "Sitra Ahra". Długie, podniosłe intro pozwoliło poszczególnym muzykom i wokalnemu kwintetowi zameldować się pojedynczo na scenie i w krakowskim Klubie Studio rozpoczęła się zabawa. Diwy poubierane operowo, wokaliści równie odpowiednio, a Christofer Johnsson we fraku, cylindrze i okularach przeciwsłonecznych. W trakcie koncertu systematycznie pozbywał się dodatkowych części garderoby, aż pozostał w samej koszuli i zaprezentował nową fryzurę - krótkie włosy. Kolejna kompozycja do szybki "Wine Of Aluqah", który przemienił się w "Typhon". Zabójczy początek koncertu! Pod barierką spory ścisk, ale nie ma co się dziwić, skoro Klub Studio jest wypchany fanami po brzegi. Fakt, że nie jest to jakieś specjalnie pojemne miejsce na koncerty, ale te parę setek ludzi na pewno było. Pierwsze trzy utwory z tego koncertu to był jeden z bardziej emocjonujących fragmentów tego dnia. Po takiej dawce adrenaliny konieczna była chwila wytchnienia w postaci pięknie wyśpiewanego "The Perennial Sophia". Bardzo koncertowy kawałek i swoją rolę spełnił doskonale. Kolejna kompozycja pochodziła z najnowszej płyty i tym razem wybór padł na "Hellequin". Tutaj publiczność zaskoczyła zespół - muzycy zupełnie nie spodziewali się odśpiewania refrenów przez fanów. Widać było spore uśmiechy zadowolenia na ich twarzach. Koncertowa karuzela rozkręciła się na dobre i kolejne kawałki przeleciały jak "z bicza strzelił". Były to: pokombinowany wokalnie "Nifelheim", rozpędzony "Voyage Of Gurdjieff (The Fourth Way)" i ballada "Ljusalfheim". Przed kolejnym usłyszeliśmy ze sceny, że Therion opiera się na muzyce klasycznej i jako hołd dla niej usłyszymy "Dies Irae", który jest cytatem z Mozarta ("Requiem"). Kapitalnie wyśpiewany zrobił na mnie spore wrażenie. Zresztą praktycznie w każdym utworze byłem zachwycony stroną wokalna zaprezentowaną na scenie. Podobnie było na poprzedniej trasie koncertowej. Wokalizy rozpisane na poszczególne głosy, potężnie wyśpiewane z wielkimi emocjami. Świetnie to wszystko się razem zazębiało i pasowało idealnie. Po prostu majstersztyk. Snowy zapowiada kolejny kawałek i mówi, że teksty Theriona pozwalają podróżować w różne miejsca. Dodaje, że tym razem udamy się na daleką północ. Hmm... czyli to ponownie musi być coś z płyty "Secret Of The Runes!". Pierwsze nutki i już wiadomo, że to "Ginnungagap", a ja lekko odpływam, gdyż to jest jeden z moich ulubionych utworów Theriona. Kapitalna sprawa. Niestety wszystko co dobre, szybko się kończy i mamy kolejną nowość tego wieczora. "Kali Yuga, Part 3". Chyba najsłabszy z 4 premierowo prezentowanych kawałków, co oczywiście nie znaczy, że to jest jakiś gniot. Spokojny początek "Call Of Dagon" nikogo nie zmylił, podobnie jak kolejna pozycja w koncertowej setliście, czyli "Clavicula Nox". Tutaj to było aż za spokojnie chyba... Zabawa pod sceną nie ustaje ani na chwilę. Therion doskonale rozpisał tą setlistę i idealnie dozuje emocje. Po szybszym i agresywniejszym fragmencie mamy momentalne wyciszenie i chwilę spokojniejszego grania. To po prostu wychodzi sceniczne doświadczenie zespołu. Kolejna kompozycja to oparty na mocarnym riffie "Enter Vril-Ya". Niesamowicie przypadł mi do gustu tego wieczora. Kolejny mocny punkt tej setlisty. Następny był rozpędzony i ciężki "The Blood Of Kingu". Kapitalna sprawa! Tutaj pod sceną zrobiło się naprawdę gorąco, nikt się nie oszczędzał. Przed następnym utworem Snowy zapowiada, że udamy się do pewnej krainy, która powinnam nam się kojarzyć z błękitem... to jest oczywiście "Lemuria". Jakoś niespecjalnie przepadam za tą balladą i po tym koncercie niewiele się zmieniło. Na szczęście kolejny "Abraxas" przywrócił mnie do "normalności". Therion prezentuje kolejny i ostatni już nowy kawałek. Tym razem Snowy wyszedł na scenę z... miotłą i pyta fanów, czy wiedzą co to jest? Ogólna wesołość, tym bardziej, że wokalista udaje jakby sprzątał na scenie. Po chwili jednak przyjmuje "pozycję zasadniczą", czyli dosiada miotły i zapowiada "Unguentum Sabbati". Muszę przyznać, że ten kawałek jest po prostu wyśmienity i przed koncertem miałem wielką nadzieję, iż go usłyszę na żywo. Coś wspaniałego... Niestety pod koniec tego utworu muzycy po kolei opuszczają scenę żegnając się z publicznością. Okazało się, że była to ostatnia pozycja w koncertowej setliście. Oczywiście jeśli chodzi o jego zasadniczą część, bo nie ma mowy o tym, żeby zabrakło bisów. Chwila wywoływania zespołu i z głośników zaczyna sączyć się intro... achh to jest "The Rise Of Sodom And Gomorrah". Nie wyobrażam sobie koncertu zespołu Therion bez tego kawałka. Uwielbiam absolutnie i po raz kolejny z lekka odpływam. Przed ostatnim utworem kilka słów powiedział Christofer Johnsson. Tradycyjnie podziękował za wsparcie, przez te wszystkie lata, za ten wieczór. Przypomniał, że Therion istnieje już prawie 25 lat i jeśli my będziemy dalej tak wspierać zespól, to będzie istniał kolejne 25. Wzbudziło to trochę żartów na scenie, bo Christofer troszkę udawał staruszka o tym mówiąc, co szybko podłapał Snowy Shaw i Divy. Na koniec lider zespołu zapowiedział ostatni utwór słowami: "trzy najważniejsze słowa, szczególnie tutaj w Polsce!", na co całą sala ryknęła "To Mega Therion!". Co działo się dalej to nie trzeba opisywać. Po prostu szaleństwo, odlot i magia. Chwila moment i zespół już żegna się z nami. Tradycyjne ukłony ze środka sceny i to by było tyle jeśli chodzi o ten koncert.
W klubie pozostajemy dłuższą chwilę, no ale jak do pociągu 3h, to nie ma gdzie się śpieszyć. Po odpoczynku i nabraniu sił udajemy się w godzinny spacer na dworzec i tutaj oczekujemy na transport do Wrocławia. Zima atakuje na całego i zastanawiam się, czy pociąg w ogóle przyjedzie, ewentualne opóźnienie jakoś przeboleję. Na szczęście ośnieżony pociąg wjechał na stację praktycznie o planie i dzięki temu zakończyło się oczekiwanie w niezbyt komfortowych warunkach na dworcu. Niestety w Krakowie (ku mojemu zaskoczeniu) koczuje całkiem sporo "bezdomnych" i ludzi o podejrzanej reputacji. Co gorsze to "zapach" jaki roznoszą powodował totalną niechęć do przebywania w tym miejscu. W pociągu odnajdujemy wolne miejsca i praktycznie po chwili zasypiam w ciepłym przedziale. Podróż do Wrocławia dzięki temu "trwa" dosyć krótko. Na miejscy melduję się o 7:30, a tutaj totalny paraliż miasta. Zima, zima, zima... nie mam siły iść pieszo do domu, więc pokornie czekam na autobus. Chwilę to trwa, ale koniec końców godzinę później jestem u celu.
Therion widziałem po raz 7 w moim życiu (pierwszy raz w 1998 w Katowicach) i każdy z tych występów wspominam z dużym sentymentem. Po prostu jest to bardzo koncertowy zespół i w tej roli sprawdza się doskonale. Na pewno przy najbliższej sposobności wybiorę się po raz kolejny na ich koncert. Co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości.
|